Cudowna brońTekst

Z serii: s-f
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Lars doskonale wiedział, że kawiarnia jako instytucja ma za sobą wielką przeszłość. Wynalazek kawiarni oczyścił z pajęczyn umysły angielskich intelektualistów w czasach Samuela Johnsona, rozwiał mgłę zasnuwającą wnętrza siedemnastowiecznych pubów. Podstępne piwa i portery podlewały nie mądrość, nie błyskotliwe poczucie humoru, nie poezję, nawet nie polityczny porządek, lecz nieokreślone tępe niezadowolenie, wzajemne i stężone, zdegenerowane z czasem do religijnej bigoterii. Właśnie to, wraz z ospą, zdziesiątkowało wielki naród.

Kawa odwróciła ten trend. Historia skręciła w miejscu, przybrała nowy kształt… a wszystko z powodu kilku ziaren zamarzniętych i przykrytych śniegiem, które odkryli obrońcy Wiednia po wycofaniu się wojsk tureckich.

No i proszę, miejsce na kanapie w kącie zajmowała już mała, śliczna pani Miękka, ukazująca światu spiczaste piersi ze srebrem na sutkach, jak nakazywała moda.

– Pan Lars! Przysiądzie się pan? Proszę – powitała wchodzących.

Pete usiadł, splótł palce, oparł na stole włochate ramiona i w tej pozycji uważnie obserwował panią Miękką.

– Hej, jak to się stało, że nie przegoniłaś jeszcze tej dziewczyny, która mu prowadzi paryskie biuro, Maren Jakiejśtam?

– Panie Freid – odparła panna Miękka – nie jestem seksualnie zainteresowana. Nikim.

Pete uśmiechnął się i spojrzał na Larsa.

– Szczera z niej dziewczyna.

Szczerość, pomyślał Lars. Szczerość w Mr Lars, Incorporated. Jakie to ironiczne! Co za marnotrawstwo! Ale z drugiej strony panna Miękka nie miała pojęcia, o co chodzi. Była wzorem prościaka. Jakby era przed upadkiem powróciła i objęła mniej więcej cztery miliardy ludzi Za-Bloku i Oko-Wschodu. Ciężar, który niosła na swych barkach cała ludzkość, spoczywał teraz wyłącznie na barkach kognizów, myślących trybów. Te tryby uwolniły swą rasę od przekleństwa… jeśli słowo „tryb” naprawdę pochodziło od „trybów nadających pęd”, a nie „trybików w maszynie”. Zawsze wydawało mu się to niezwykle trafnym określeniem: „tryb”. Tryb decyduje, może się zaciąć, może zatrzymać maszynę. Można nim dużo załatwić, ale pozwala kantować.

Ale nic nie wiedząc, mógłbym być szczery: nie widzę w wiedzy nic szczególnego. Od czasów średniowiecza głupiec – bez obrazy, panno Miękka, bardzo proszę – miał wszelkie prawo gadać, co mu ślina na język przyniosła. Ale powiedzmy, powiedzmy tylko na chwilę, na czas, kiedy siedzimy ściśnięci na kanapie w kawiarni, we trójkę, dwaj mężczyźni kognizi, tryby, i jedna drobna, śliczna dziewczyna, prościaczka troszcząca się przede wszystkim, jeśli nie wyłącznie, o to, żeby jej śliczne, trzeba przyznać, spiczaste piersi najlepiej się prezentowały… ale powiedzmy, że mógłbym robić i mówić, co mi się podoba, raz to, raz tamto, jak pani, zamiast starannie oddzielać to, co wiem, od tego, co mówię.

Wówczas rana byłaby uleczona, zrozumiał. Koniec z pigułkami. I koniec z nocami, których nie mógł, lub nie chciał, przesypiać.

– Panno Miękka – powiedział – przyznaję szczerze, że panią kocham. Proszę mnie dobrze zrozumieć, mówię wyłącznie o miłości duchowej. Nie cielesnej.

– Niech będzie – powiedziała panna Miękka.

– Kocham panią – powiedział Lars – ponieważ panią podziwiam.

– Tak bardzo ją podziwiasz – burknął Pete – że aż nie możesz iść z nią do łóżka? Co za dziecinada! Ile ty masz lat, Lars? Prawdziwa miłość oznacza, że idzie się do łóżka, jak w małżeństwie. Nie mam racji, panno, jak tam się pani nazywa? Gdyby Lars naprawdę panią kochał…

– Pozwólcie mi wyjaśnić – przerwał mu Lars.

– Nie chcemy słuchać twoich wyjaśnień – stwierdził Pete.

– Proszę mi dać szansę. Przyjęła to pani bardzo zimno.

– „Wcale nie tak znowu zimno”. – Pete zacytował wielkiego klasyka, poetę i kompozytora z zeszłego wieku, Marca Blitzsteina.

Pannę Miękką to zirytowało.

– Jestem aż zbyt zimna – zaprotestowała. – Właśnie to wam przed chwilą powiedziałam. I nie tylko to…

Przerwała, bo przy ich stoliku pojawił się nagle niski starszy pan z resztką siwych włosów pokrywających nieregularnymi plamami lśniącą na różowo czaszkę. Na nosie miał staroświeckie okulary, w ręku trzymał teczkę, a jego zachowanie wydawało się jednocześnie nieśmiałe i zdeterminowane, jakby nie mógł już odwrócić się i wyjść, choć bardzo tego pragnął.

– Komiwojażer – powiedział Pete.

– Nie – zaprotestowała panna Miękka. – Nie jest wystarczająco dobrze ubrany.

– Doręczyciel nakazów sądowych – powiedział Lars. Stary, niski mężczyzna wyglądał jakoś dziwnie oficjalnie. – Mam rację? – spytał.

– Pan Lars? – upewnił się mężczyzna.

– Tak, to ja. – Lars był pewien, że jego przypuszczenie jest prawdziwe.

– Kolekcjoner autografów! – ucieszyła się panna Miękka. – Poznał pana i teraz chce dostać autograf!

– Na pewno nie włóczęga – zauważył Pete z namysłem. – Spójrzcie na jego szpilkę do krawatu. To prawdziwy oszlifowany diament. Ale kto dzisiaj nosi…

– Panie Larsie… – Stary mężczyzna usiadł ryzykownie na samej krawędzi kanapy. Położył przed sobą teczkę, odsuwając w tym celu cukier, sól i puste filiżanki po kawie. – Proszę wybaczyć, że pana niepokoję, ale… jest problem. – Mówił cicho, słabym głosem, wydawał się takim dobrym Świętym Mikołajem, a jednak przyszedł w interesach, twardych, niezostawiających miejsca na sentymenty. Nie zatrudniał elfów, nie rozdawał zabawek. Był ekspertem, czego dowodził sposób, w jaki grzebał w teczce.

Nagle Pete trącił Larsa, a potem pokazał mu coś palcem. Przy pustym stoliku obok drzwi siedziało dwóch młodych mężczyzn o bezbarwnych, jakby podwodnych, pozbawionych wyrazu twarzach dorszy. Weszli razem z tym dziwnym dziadkiem, a teraz obserwowali, jak rozwija się sytuacja. Lars natychmiast sięgnął do kieszeni płaszcza. Wyjął z niej dokument, który zawsze tam nosił.

– Proszę wezwać policję – zwrócił się do panny Miękkiej.

Panna Miękka zamrugała szybko, zdezorientowana, ale zaczęła się podnosić.

– Idź, dziewczyno – popędził ją szorstko Pete, a potem rzekł podniesionym głosem: – Niech ktoś zawiadomi policję.

– Bardzo proszę – powiedział starszy dżentelmen, błagalnie, ale też z nutką zniecierpliwienia. – Chcę tylko zamienić kilka słów. Jest coś, czego nie rozumiemy.

Można już było zobaczyć zdjęcia, które wyjął z teczki, kolorowe, na błyszczącym papierze. Lars natychmiast je rozpoznał. Były to zgromadzone przez KACH reprodukcje jego własnych rysunków, od numeru 260 do numeru 265, a także zdjęcia gotowych rysunków technicznych, przygotowanych do prezentacji Lanferman Associates.

Rozłożył kartkę papieru i powiedział do starszego pana:

– Czy pan wie, co to za dokument? To sądowy zakaz zbliżania się. Wie pan, co on oznacza?

Starszy mężczyzna skinął głową, niechętnie i z niesmakiem.

– Oznacza on, że każdy przedstawiciel rządu Związku Radzieckiego, Chin Ludowych, Kuby, Brazylii i Republiki Dominikańskiej…

– Tak, tak… – Starszy pan energicznie kiwał głową.

– …oraz wszystkich innych narodowych czy państwowych podmiotów tworzących całość zwaną Oko-Wschód na czas obowiązywania niniejszego mają zakaz niepokojenia, napastowania, zbliżania się, grożenia lub wchodzenia w kontakt fizyczny z powodem – ja nim jestem, Lars Powderdry – zwracania na siebie jego uwagi lub zbliżania na odległość…

– W porządku – powiedział starszy pan. – Jestem oficjalnym przedstawicielem Oko-Wschodu. Mam prawny zakaz rozmawiania z panem. My o tym wiemy, panie Larsie. Ale ten rysunek, numer 265… Widzi pan? – Obrócił zdjęcie KACH tak, by Lars mógł mu się dokładniej przyjrzeć. Lars nawet na nie nie spojrzał. – Któryś z pana pracowników opisał je… – zmarszczył czoło, powiódł palcami wzdłuż angielskich słów u dołu zdjęcia – jako „Broń Ewolucyjną”. Mam rację?

– Tak – powiedział głośno Pete. – I lepiej niech pan uważa, bo zamieni panu kręgosłup w protoplazmiczną galaretę.

– Nie, to nie jest szkic transowy – powiedział radziecki urzędnik. Zachichotał cicho. – Musi mieć prototyp. Pan jest z Lanferman Associates? Wy zrobiliście model i przeprowadziliście pierwsze testy? Tak, sądzę, że tak. Jestem Aksel Kaminski. – Wyciągnął rękę do Pete’a. – A pan…

Jednostka patrolowa wydziału policji miasta Nowy Jork podpłynęła do krawężnika przed kawiarnią. Wyskoczyli z niej dwaj umundurowani policjanci. Ręce trzymali na kaburach, a ich przenikliwy wzrok w jednej chwili ogarnął wszystkich i każdego z osobna, kto mógłby im zagrozić, choćby tylko poruszając się lub wykazując inną aktywnością, w szczególności wyciągając własną dowolną broń w dowolny możliwy sposób.

– Tutaj proszę – powiedział Lars z rezygnacją.

Nie podobało mu się to, co się działo, ale władze radzieckie zachowały się idiotycznie. Czego się spodziewały, nawiązując kontakt tak otwarcie, w miejscu publicznym? Wstał i wręczył wyrok sądowy pierwszemu policjantowi, który do niego podszedł.

– Ta osoba – powiedział, wskazując na starszego urzędnika Oko-Wschodu, siedzącego sztywno ze zmarszczonym czołem, nerwowo bębniącego palcami w teczkę – pogwałciła wyrok Sądu Okręgowego Queens, wydział trzeci. Proszę ją zatrzymać. Mój prawnik wniesie oskarżenie. Jestem zobowiązany poinformować o tym władze.

Czekał. Policjanci studiowali zakaz.

– Interesuje mnie tylko jedna rzecz – błagalnie powiedział radziecki urzędnik. – Część nr 76, wy nadaliście jej taki numer. Do czego się odnosi?

Wyprowadzono go. Dwaj cisi, bardzo schludni, modnie ubrani młodzi ludzie o oczach śniętych ryb, którzy mu towarzyszyli, wstali od stolika przy drzwiach i poszli za nim, ale nie zdradzali żadnego zamiaru przeszkodzenia policji w wykonywaniu jej obowiązków. Wydawali się obojętni, zrezygnowani.

 

Pete usiadł.

– Ogólnie rzec biorąc – orzekł – obyło się bez przesadnych przykrości. – Skrzywił się przeraźliwie, najwyraźniej nie bawił się przesadnie dobrze. – Stawiam dwa do jednego, że facet jest z ambasady.

– Oczywiście – zgodził się z nim Lars.

Starszy pan był z ambasady ZSRR, a nie z BeGabu. Wydano mu polecenie, więc próbował je wykonać, ku satysfakcji przełożonych. Oni wszyscy kręcili się jak szczur w kołowrotku, dla Sowietów to spotkanie też nie było przecież przyjemnością.

– Dziwne, że zainteresowała ich właśnie dwieściesześćdziesiątkapiątka – zastanowił się Pete. – Nie mieliśmy z nią żadnych kłopotów. Kto z twoich ludzi pracuje dla KACH, jak myślisz? Warto byłoby zatrudnić FBI do ich sprawdzenia?

– Nie ma szans – odparł Lars. – Ani FBI, ani CIA, ani w ogóle nikt w tym biznesie nie znajdzie wśród naszych ludzi wtyczki KACH. Sam dobrze o tym wiesz. A co z Lanferman Associates? Widziałem zdjęcia twoich modeli.

Pete oczywiście i tak to wszystko wiedział. Jego samego niepokoiło nie tyle potwierdzenie faktu, że KACH ma kogoś w Mr Lars, Incorporated, że Oko-Wschód wie o jego produkcjach dokładnie tyle, ile on o produkcjach panny Topczewej, ale że coś jest nie tak z dwieściesześćdziesiątkąpiątką. Wyjątkowo ją lubił. Z zainteresowaniem obserwował kolejne stadia jej rozwoju. Testy prototypu odbywały się w tym tygodniu, gdzieś tam, w niemal nieskończonym podziemnym labiryncie Lanfermana.

W każdym razie testy według jednego szczególnego znaczenia tego słowa.

Ale gdyby zastanawiał się nad tym zbyt długo, to w końcu musiałby zrezygnować z uprawiania zawodu. Nie winił za nic Jacka Lanfermana, a już z pewnością nie Pete’a. Żaden z nich nie opracował reguł rządzących tą grą. Byli, jak on, pasywni. Uznali, że takie jest prawdziwe życie.

A w podziemnym labiryncie, łączącym Lanferman Associates z San Francisco z ich „filią” w Los Angeles, czyli na południowym krańcu tytanicznej wręcz, podziemnej sieci samej organizacji, artykuł 265, Broń Ewolucyjna (nagryzmolona pospiesznie niezdarna nazwa towaru produkowanego przez biznes tak pozbawiony charakteru, że nie wpisał w nią nawet słowa „działająca”), ta superbroń wyrwana ze swego medium, badana metodą prób i błędów, pozna to, co prościaki lubią opisywać słowami „dzieje się”.

Jakiegoś biednego prościutkiego kogoś, kogo łatwo zastąpić, jakąś ofiarę, potraktuje się pacnięciem z artykułu 265, a cała ta akcja zarejestrowana zostanie przez obiektywy mediów, przez magi, gazy, telewizję i w ogóle wszystko co możliwe, z wyjątkiem wypełnionych helem sterowców ciągnących za sobą czerwone neonowe reklamy.

Tak, pomyślał Lars, Za-Blok mógłby dodać je do swego repertuaru medialnego, dzięki któremu prościaki utrzymywane są i w biedzie, i w prostocie. Coś, co się świeci, powinno przesuwać się przez nocne niebo bardzo powoli albo, jak w dawnych czasach, podskakiwać sobie bez końca wokół zwieńczenia wieżowca, moralizując maluczkich w stopniu koniecznym i pożądanym. Ze względu na wysokospecjalizowany charakter tego infomedium przekaz musiałby być oczywiście bardzo prosty.

Lars pomyślał, że rozpoczynający podróż sterowiec mógłby zacząć od stosunkowo łatwego do strawienia kęsa radosnej informacji. Choćby i takiego, że to, co „się dzieje” z urządzeniem numer 265, przekazywane z kalifornijskiego podziemia, jest całkowitym i absolutnym fałszerstwem.

A takiej informacji nikt nie doceni. Prościaki dostałyby ataku furii. Ale, co Lars nagle sobie uświadomił, Narbez ONZ-Z nie. Z takim przeciekiem poradziłby sobie bez problemu. Kognizi zniosą wystawienie na dane, wiedzę, bo ona definiowała ich jako rządzącą elitę. Nie, ta wiedza skruszyłaby wyłącznie prościaków. Ta świadomość przyprawiała go o bezsilny gniew i dzień w dzień pomniejszała jego samoocenę i wiarę w pracę, którą wykonywał.

Uświadomił sobie, że tu, w kawiarni, „Siorb i Chlip u Joego”, mógłby przecież wstać i krzyknąć: „Nie ma żadnej broni!”. I co bym zobaczył? – spytał sam siebie. Kilka bladych, przerażonych twarzy. A potem wszystkie prościaki w zasięgu słuchu rozbiegłyby się i znikły najszybciej, jak potrafią.

Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Aksel Kandinski, Kaminski czy jak tam siebie zwał, uprzejmy, starszy urzędnik ambasady radzieckiej też doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Pete zdaje sobie z tego sprawę. Generał Nitz i jemu podobni też doskonale zdają sobie z tego sprawę.

Urządzenie 265 jest równie udane jak wszystkie inne. Zawsze produkowałem i zawsze będę produkował Broń Ewolucyjną, zdolną przemienić każde inteligentne życie w promieniu pięciu mil, cofnąć je w rozwoju o dwa miliardy lat, zdewaluować je wstecz, do najodleglejszej przeszłości. Skomplikowane struktury morfologiczne ustąpią miejsca czemuś przypominającemu ameby, śluzowi bez kręgosłupa, nawet bez płetw, czemuś jednokomórkowemu, przesączalnemu jak cząsteczki białka. Tłum prościaków, zgromadzony jak jeden mąż przy wiadomościach o szóstej, będzie to widział. Będzie widział coś, co się rzeczywiście zdarzy. W pewnym sensie.

Po to, z użyciem wielu kamer, zmontuje się kłamstwo na kłamstwie. Żeby prościaki mogły ułożyć się do snu szczęśliwe. Pewne, że młot Thora ochrania ich życie i życie ich dzieci przed potężnym przeciwnikiem, czyli Oko-Wschodem, także testującym przerażające bronie zdolne rozpętać piekło.

Bóg byłby zdumiony, a zapewne i zachwycony ogromem ruin, jakie spowodowały artykuły o numerach od 260 do 280 po ich skonstruowaniu w Lanferman Associates; istna manifestacja greckiej hybris, ucieleśniona przez logos, a raczej zpolijakaśtam, zmetalizowana, zminiaturyzowana, z kopią zapasową systemu na wypadek, gdyby nawalił któryś z komponentów wielkości komara.

A nawet Bóg, niespieszący się bynajmniej przy produkcji ostatecznego Stworzenia, nie poszedł w zminiaturyzowaną kopię zapasową. Złożył wszystkie jajka w fatalnie uplecionym koszyku, myślącej rasie, która teraz fotografowała w 3-D, ultrastereofonicznie, z wideomatyczną głębią, coś, co zwyczajnie nie istnieje. Pomyślał: Nie lekceważ ludzkości – uzyskanie ultrastereofonicznych obrazów 3-D z wideomatyczną głębią czegoś, co nie istnieje, nie jest proste. Zabrało nam piętnaście tysięcy lat.

– Kapłani starożytnego Egiptu – powiedział głośno. – Mniej więcej w czasach Herodota.

– Co? – zdziwił się Pete.

– Używali ciśnienia hydraulicznego do otwierania wrót świątyni z pewnej odległości, ale unosili ramiona i modlili się do bogów o głowach zwierząt.

– Nie rozumiem – przyznał Pete.

– Naprawdę nie rozumiesz? – Lars był zdumiony. Jemu wydawało się to wręcz boleśnie jasne. – To monopol, Pete. Mamy tylko jakiś cholerny monopol. I właśnie o to chodzi.

– Odbiło ci – burknął Pete. Bawił się uszkiem pustej filiżanki po kawie. – Nie pozwól, żeby ten sługus Oko-Wschodu, który wszedł tu sobie jak gdyby nigdy nic, aż tak tobą wstrząsnął.

– Nie o niego chodzi. – Pete bardzo chciał powiedzieć, co miał do powiedzenia, udowodnić, co chciał udowodnić. – Chodzi o to, co jest pod Monterey, tam, gdzie wy testujecie prototypy. Miasta wysadzane w powietrze, zestrzeliwane satelity… – Przerwał. Pete kiwnął głową, wskazując mu pannę Miękką o spiczastych piersiach. – Satelity jeże – powiedział ciszej, myśląc o tym, co jeszcze zostało. Jeże uważano za niezniszczalne, a tam, w górze, z przeszło siedmiuset satelitów na ziemskiej orbicie niemal pięćdziesiąt było jeżami. – Artykuł 221 – powiedział głośno. – Jonizująca Ryba rozkładająca się do poziomu cząsteczkowego, unosząca się w postaci gazu…

– Milcz – uciszył go ostro Pete.

Dopili kawę w milczeniu.


6

Tego wieczoru Lars Powderdry spotkał się ze swą kochanką Maren Faine w paryskim oddziale Mr Lars, Incorporated, w którym ta utrzymywała biuro tak ozdobne, że…

Szukał w myślach właściwej metafory, ale estetyczne gusta Maren wymykały się opisowi. Rozglądał się dookoła, podczas gdy jego kochanka poszła przypudrować sobie nosek i w ogóle przygotować się do zstąpienia w rzeczywisty świat. Dla niej życie się zaczynało, gdy kończyła pracę. Mimo że pełniła ważną funkcję kierowniczą. Logika nakazywałaby, by na pierwszym miejscu stawiała karierę, poświęcając się jej z tym samym mrocznym zapałem co najbardziej ponury kalwinista swemu powołaniu.

Ale nie działało to w ten sposób. Maren miała dwadzieścia dziewięć lat, była nieco za wysoka – pięć stóp i siedem cali na bosaka – i miała lśniące rude włosy. Nie, nie rude, raczej mahoniowe i gładkie, nie jak sztuczny ziarnisty plastik na zdjęciu, lecz wspaniałe, autentyczne. Ta ich barwa, jak jej wszystkie barwy, przeszła test na autentyczność. Budziła się rozświetlona, z oczami świecącymi jak… – o do diabła, pomyślał Lars. Jakie to ma znaczenie? Kogo to obchodzi o wpół do ósmej rano? Piękna, ożywiona, nieco za wysoka kobieta, barwna, pełna wdzięku o tej porze dnia, to obraza rozsądku i seksualne zboczenie, bo co można z nią zrobić? Przynajmniej po pierwszych kilku tygodniach? Nie da się tak raz za razem, raz za razem…

Maren weszła do biura w płaszczu zarzuconym na ramiona.

– Ciebie naprawdę nie obchodzi, co się tu dzieje – powiedział do niej.

– Chodzi ci o pracę? O firmę? – Kocie oczy rozszerzyły się, błysnęły humorem. Wyprzedzała go, jak zawsze. – Słuchaj, masz moją somę w nocy, a moją pracę w dzień. Czego chcesz jeszcze?

– Nienawidzę wykształcenia – warknął Lars. – Poważnie mówię. – Był głodny, zirytowany, za dużo rzeczy mu się nie zgadzało. Te cholerne strefy czasowe, z wyliczeń wynikało, że nie spał od dobrych szesnastu godzin.

– Nienawidzisz mnie – powiedziała Maren tonem doradcy małżeńskiego, który dawał do zrozumienia: „Znam twoje sekretne motywacje”. I dodawał: „A ty ich nie znasz”.

Maren patrzyła mu wprost w oczy. Nie bała się niczego, co mógłby jej powiedzieć lub z nią zrobić. Lars uświadomił sobie, że może wprawdzie zwolnić ją z dnia na dzień albo wykopać ze swego paryskiego spółapta z nocy na noc, ale i tak nie ma nad nią żadnej władzy. Czy kariera coś dla niej znaczyła czy nie, zawsze mogła znaleźć sobie dobrą pracę. W każdej chwili. Nie potrzebowała go. Jeśli się rozstaną, potęskni za nim tydzień czy coś koło tego, pożałuje rozstania akurat na tyle, by raz rozpłakać się rzewnie po trzecim martini… i to będzie wszystko.

A z drugiej strony, gdyby to on stracił ją, ta rana nigdy by się nie zagoiła.

– Masz ochotę na kolację? – spytał bez śladu entuzjazmu w głosie.

– Nie. Mam ochotę na modlitwę – powiedziała.

– Ccc… co? – Spojrzał na nią z niedowierzaniem.

– Chcę pójść do kościoła, zapalić świeczkę, pomodlić się – powiedziała Maren spokojnie. – Co w tym takiego dziwnego? Robię to kilka razy w tygodniu, co cię tak zaskoczyło? Dowiedziałeś się, kiedy… – Dokończyła delikatnie: – Poznałeś mnie. W sensie biblijnym. Powiedziałam ci to pierwszej nocy.

– W jakiej intencji? – Świeczkę zawsze zapala się przecież w jakiejś intencji.

– To moja tajemnica.

Wszystko to było bardzo dziwne.

– Idę do łóżka – oznajmił Lars. – Dla ciebie może być koło szóstej po południu, ale dla mnie jest po drugiej w nocy. Chodźmy do twojego spółapta, zrobisz mi coś lekkiego do zjedzenia, potem pójdę do łóżka, a tym możesz pójść się pomodlić.

Podszedł do drzwi.

– Słyszałam – powiedziała Maren – że zdołał cię dziś dorwać radziecki urzędnik?

To zaskoczyło Larsa.

– Kto ci powiedział?

– Dostałam ostrzeżenie. Od Zarządu. Oficjalna nagana dla firmy. Z wiadomością, że mamy strzec się niskiego starszego mężczyzny.

– Nie sądzę, by było to konieczne.

Maren wzruszyła ramionami.

– Paryskie biuro powinno być o wszystkim informowane, chyba się ze mną zgodzisz? To się zdarzyło w miejscu publicznym.

– Nie szukałem tego idioty! Pierwszy do mnie podszedł. Wyskoczyłem na kawę.

Ale Lars czuł się niezbyt pewnie. Czyżby Zarząd rzeczywiście przekazał oficjalną naganę? Jeśli tak, to on powinien się o tym dowiedzieć.

– Ten generał, którego nazwiska zawsze zapominam… ten gruby, którego tak się boisz… Nitz. – Maren uśmiechnęła się, a ten uśmiech jeszcze przekręcił ostrze tkwiącej w jego boku włóczni. – Generał Nitz skontaktował się z nami tu, w Paryżu, za pomocą ultrazamkniętej wideolinii. Powiedział, że powinniśmy być ostrożniejsi. Ja mu na to, żeby raczej skontaktował się z tobą. A on mówi…

 

– Wymyśliłaś to sobie. – Ale Lars widział, że nie, nie wymyśliła. Prawdopodobnie zdarzyło się to w ciągu godziny od spotkania z Akselem Kaminskim. Maren miała cały dzień na przekazanie ostrzeżenia generała Nitza. Bardzo to do niej pasowało, to czekanie aż do samego końca, kiedy stężenie glukozy we krwi miał obniżone i kiedy nie potrafił się przed nią obronić. – Lepiej się do niego odezwę – powiedział, na wpół do siebie.

– W tej chwili śpi. Sprawdź rozkład stref czasowych dla Portlandu w Oregonie. A poza tym i tak mu wszystko wyjaśniłam.

Wyszła z biura, Lars machinalnie poszedł za nią. Stojąc ramię w ramię, czekali na windę, którą mieli wyjechać na dach, na lądowisko kopterów. Czekała już tam na nich maszyna, własność firmy. Maren nuciła coś wesoło, doprowadzając go tym do szaleństwa.

– Jak mu wszystko wyjaśniłaś?

– Powiedziałam, że rozważasz to od dłuższego czasu. To znaczy rozważasz, czy nie zdradzić. Jeśli nie będą cię lubić, doceniać we właściwy sposób.

– I co on na to? – spytał spokojnie Lars.

– Generał Nitz przyznał, że owszem, zawsze zdawał sobie z tego sprawę. Że możesz zdradzić. Rozumie twoje stanowisko. W ostatnią środę w Festung Waszyngtonie odbyło się zamknięte spotkanie wojskowych członków Zarządu, poświęcone tej właśnie kwestii. Ludzie generała Nitza poinformowali go, że mają trzech projektantów mody broniowej, gotowych do podjęcia obowiązków. Trzy nowe media, przygotowane przez psychiatrę Kliniki Wallingford w Saint George w Utah.

– Czyli tę sprawę uważają za załatwioną.

– Do pewnego stopnia.

Lars dokonał w myśli szybkich obliczeń.

– W Oregonie jest południe, a nie druga w nocy. Południe! – Odwrócił się, żeby wrócić do biura.

– Zapominasz – zwróciła mu uwagę Maren – że mamy teraz czas ekonomiczny Tolivera.

– Ale w Oregonie słońce wisi najwyżej na niebie!

– I co z tego? – rzekła cierpliwie Maren. – Według obecnego czasu jest druga w nocy. Nie dzwoń do generała Nitza, daj sobie spokój. Gdyby chciał z tobą rozmawiać, zadzwoniłby do biura w Nowym Jorku. Zadzwonił tutaj, bo cię nie lubi, obojętne czy w południe, czy o północy. – Uśmiechnęła się uroczo.

– Siejesz ziarna niezadowolenia – powiedział Lars.

– Mówię prawdę. Ch.w.j.m.p?

– Nie. Nie chcę wiedzieć, jaki mam problem.

– Twój problem…

– Daj spokój!

– Twój problem polega na tym – Maren nie dała się zbić z tropu – że nie radzisz sobie z mitami, które nazywasz kłamstwami, i czujesz się wobec nich wytrącony z równowagi. Więc cały dzień chodzisz po świecie wytrącony z równowagi. A potem, kiedy ktoś zaczyna mówić prawdę, dostajesz wysypki. Jesteś psychosomatycznie chory, od palców stóp do czubka głowy. Ze względu na twą chwiejność i zmienny temperament należałoby, przynajmniej z punktu widzenia tych, którzy muszą się z tobą kontaktować, ci powiedzieć, że mit…

– Och, zamknij się. Nitz powiedział ci coś o tych nowo odkrytych mediach?

– Jasne. Chłopiec, tłusty jak Tweedledee, wiecznie ssący lizaka, po prostu obrzydliwy. Chuda stara panna w średnim wieku z Nebraski. I…

– Mity – przerwał jej Lars. – Opowiedziane tak, żeby wydawały się prawdą.

Wrócił do biura Maren i już po krótkiej chwili, po odblokowaniu jej widsetu, łączył się z Festung Waszyngtonem i z ziemskim centrum Zarządu.

Ale gdy na ekranie zaczął się kształtować obraz, usłyszał ostry trzask. Obraz zbiegł się, bardzo nieznacznie, lecz jeśli uważnie mu się przyglądałeś, zauważalnie, a jednocześnie zapaliło się czerwone ostrzegawcze światełko.

Gdzieś na kablu transmisyjnym do widsetu podłączono podsłuch. I to nie cewką, lecz przez rozdzielenie sygnału. Natychmiast się rozłączył, zerwał na równe nogi i dopadł Maren, która przepuściła windę i czekała na niego, niczym nie zdradzając zniecierpliwienia.

– Masz podsłuch na łączach – powiedział.

– Wiem o tym – odparła kobieta.

– Nie wezwałaś służb telekomunikacyjnych, żeby go usunęli?

– Przecież oni i tak wiedzą. – Maren powiedziała to grzecznie, spokojnie, powoli, jakby przemawiała do kogoś poważnie upośledzonego umysłowo.

„Oni”. Bardzo niedokładne określenie, mogło oznaczać KACH, agencję bez afiliacji, wynajętą przez Oko-Wschód, lub ramię Oko-Wschodu, takie jak choćby KWB. Niezależnie od tego, o kim mówiła, mówiła prawdę. „Oni” i tak wiedzą.

Mimo wszystko bardzo go to irytowało: próbować łączyć się z klientem za pomocą urządzenia wziętego na podsłuch w ten sposób, że nie podjęto najmniejszego wysiłku, choćby dla formalności, by ukryć obecność w układzie wrogiego, samolubnego, nienaturalnego fragmentu obcej elektroniki.

– Podsłuch założyli któregoś dnia w zeszłym tygodniu – powiedziała Maren z namysłem.

– Nie sprzeciwiam się temu, że monopol na wiedzę ma wąska klasa ludzi – oznajmił Lars. – Nie porusza mnie, że jest bardzo wielu kognizów i bardzo wielu prościaków. Każdym społeczeństwem rządzi elita.

– Więc w czym problem, najdroższy?

– Niepokoi mnie… – przyjechała winda jadąca do góry i wsiedli do niej oboje – że w tym przypadku elita nie próbuje nawet strzec wiedzy, która czyni z niej elitę.

Lars pomyślał, że ONZ-Zachód przygotowała nawet darmową broszurkę, kolportowaną na życzenie, zatytułowaną JAK WAMI RZĄDZIMY I CO MACIE ZAMIAR Z TYM ZROBIĆ, LUDZIE?

– Przecież to ty rządzisz – zauważyła Maren.

Lars spojrzał na nią z ukosa.

– Masz włączony telepatyczny wzmacniacz mózgowy. Mimo rozporządzenia Behrena.

– Instalacja kosztowała mnie pięćdziesiąt milów. Naprawdę myślisz, że będę go wyłączała? Zarabia na siebie i to z górką. Dzięki niemu wiem na przykład, czy jesteś mi wierny, czy też odwiedzasz spółapty…

– Przeczytaj moją podświadomość.

– Czytałam. A w ogóle to po co miałabym czytać? Kogo obchodzi, gdzie ukrywasz wszystkie te nieprzyjemne rzeczy, o których sam nie chcesz wie…

– Przeczytaj! Przeczytaj aspekt prognostyczny. Co zamierzam zrobić, jakie podjąć potencjalne działania, w tej chwili będące jeszcze w stanie zalążkowym?

– Takie wielkie słowa, takie małe idee. – Maren pokręciła głową.

Rozbawiła ją jego reakcja. Zachichotała. Kopter, z włączonym auto-auto, osiągnął wysokość przelotową nad rampami. Lecieli w kierunku granic miasta. Odruchowo wydał mu rozkaz opuszczenia Paryża… jeden Bóg wie czemu.

– Zanalizuję cię, złotko – oznajmiła Maren. – To naprawdę urocze, co myślisz, raz za razem, w głębi swego substandardowego móżdżku… substandardowego z wyjątkiem guza na płacie przednim, który czyni z ciebie medium.

Czekał. Wiedział, że usłyszy samą prawdę.

– Twój wewnętrzny głos popiskuje, bezustannie, raz po raz popiskuje: „Dlaczego prościacy muszą wierzyć, że jest tak, kiedy tak nie jest? Dlaczego nie można im powiedzieć tego, co jest, tak, żeby uwierzyli w to, co jest?”. – Mówiła z wielkim współczuciem. Było to u niej niezwykłe. – Nie potrafisz przyjąć do wiadomości tej nieprawdopodobnej prawdy, że nie są w stanie!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?