Rodowa klątwa

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Candace Camp
Rodowa klątwa

Tłumaczenie:

Małgorzata Hesko-Kołodzińska

Prolog

Biegła ku niemu z rozpostartymi ramionami, piękną twarz wykrzywiał grymas strachu. Rozchyliła usta do krzyku. W jej oczach czaiło się przerażenie. Stał nieruchomo, nie mógł się poruszyć ani nawet wyciągnąć do niej rąk. Choć pędziła tak, jakby ścigały ją upiory, nie była w stanie się do niego zbliżyć.

– Reed! – wykrzyknęła jego imię. Drżący głos odbijał się echem w mrocznych, szerokich korytarzach.

Nie ustawała w wysiłkach, za wszelką cenę pragnęła do niego dobiec, lecz oddalała się, pochwycona przez niewidzialną siłę. Wiedział, że nigdy do niej nie dotrze, że więcej jej nie ujrzy. Ogarnęły go żal i strach.

– Anno! – Reed usiadł gwałtownie, szeroko otwierając oczy. – Anno...

Za drugim razem wypowiedział to imię znacznie czulej. Odetchnął i opadł na poduszki. To był tylko sen.

Przez chwilę odpoczywał ze wzrokiem wbitym w baldachim nad łóżkiem. Usiłował pozbierać myśli. Nie po raz pierwszy śnił o tej dziewczynie i podejrzewał, że nie po raz ostatni. Nawiedzała go nocami bardzo wiele razy.

Doświadczał gorących, pełnych pożądania snów, po których budził się spocony i zadyszany, lecz zdarzały się też koszmary – przerażające, mroczne. Z upływem lat sny o Annie pojawiały się coraz rzadziej, mijało wiele miesięcy od poprzedniego. Żaden z dotychczasowych jednak nie napełnił go taką grozą.

Annie groziło ogromne niebezpieczeństwo. Reed nie rozumiał, skąd bierze tę pewność, niemniej ani przez chwilę w to nie wątpił. Potrzebowała pomocy, a on był całkowicie bezsilny.

Wstał z łóżka i podszedł do okna. Zasłony były odciągnięte, okno otwarte. Łagodny letni wietrzyk chłodził skórę. Reed popadł w zadumę, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w rozległe ogrody Broughton House.

Przed nim rozciągał się skąpany w księżycowym blasku, staranie wypielęgnowany, przystrzyżony na francuską modłę ogród, lecz Reed go nie dostrzegał. Oczami wyobraźni widział bujną, dziko rosnącą roślinność, otaczającą posiadłość Winterset. Po raz ostatni był tam trzy lata temu, lecz tamten widok wrył mu się w pamięć niemal równie mocno jak twarz Anny.

Ponownie poczuł gorzki żal. Zamknął oczy. W pamięci ożyło wspomnienie: ciemnoniebieskie oczy Anny, jej twarz w kształcie serca, otoczona gęstwiną jasnobrązowych loków, poprzecinaną złotymi pasemkami. Miała pełne wargi o lekko uniesionych kącikach i dlatego wyglądała tak, jakby bezustannie tłumiła rozbawienie. Gdy ujrzał ją po raz pierwszy, stała w ogrodzie w Winterset, jedną ręką osłaniała oczy i patrzyła, jak Reed się do niej zbliża. Poczuł się wówczas tak, jakby ktoś wymierzył mu cios w pierś. Natychmiast zrozumiał, że spotkał kobietę, którą będzie kochał przez resztę życia.

Wielokrotnie potem żałował, że się wówczas nie pomylił. Niestety, ukochana nie odwzajemniała jego uczuć.

Reed westchnął, odwrócił się i osunął na krzesło. Oparł łokcie na kolanach, a głowę na dłoniach, wsuwając palce w gęstą, ciemną czuprynę.

Pomyślał, że po trzech latach jego dusza powinna znaleźć ukojenie. Tak się jednak nie stało. Wprawdzie nie odczuwał bezustannego, tępego bólu, który towarzyszył mu przez pierwsze miesiące po odrzuceniu oświadczyn przez Annę i jego powrocie do Londynu, lecz nadal nie mógł normalnie funkcjonować. Od tamtej pory ani jedna kobieta nie przykuła jego uwagi, w najlepszym przypadku potrafił zmusić się do tańca albo uprzejmej rozmowy. Za każdym razem, gdy Anna powracała do niego we wspomnieniach, niestety, odczuwał żal, gorycz odrzucenia.

Postanowił skończyć z rozdrapywaniem starej rany i przeanalizować sen. Dobrze zapamiętał strach w oczach Anny, jej przeraźliwy krzyk. Od czego uciekała? Co to wszystko oznaczało? I przede wszystkim, dlaczego był dogłębnie przekonany, że jego ukochanej groziło realne niebezpieczeństwo?

Reed Moreland stąpał twardo po ziemi, nie wierzył w wizje i jasnowidzenie. Jego babka utrzymywała, że potrafi rozmawiać ze zmarłymi krewnymi, ale zdaniem matki Reeda, starsza pani w typowy dla siebie sposób postanowiła prześladować nieszczęsnych bliskich nawet po ich śmierci. Poza tym wszyscy byli zgodni co do tego, że babka była nieco ekscentryczna. Rozsądni dorośli nie widują rzeczy, które nie istnieją, ani nie otrzymują informacji we śnie. Racjonalni, wykształceni mężczyźni, tacy jak Reed, powinni żyć w zgodzie z logiką, nie z przesądami.

Nie potrafił jednak zapomnieć o zdarzeniu, które dwa lata temu spotkało jego siostry. Żadnej z nich nie można by nazwać przewrażliwioną histeryczką, podatną na humory i kaprysy, a jednak zarówno Olivia, jak i Kyria miały do czynienia z osobliwymi, mistycznymi mocami, których istnienia nie sposób było wyjaśnić.

Choć było to irracjonalne, Reed nie potrafił zignorować wymowy snu. Czuł, że Anna znalazła się w bardzo trudnej dla siebie sytuacji. Przyjął to do wiadomości i zadał sobie pytanie: jak powinien postąpić?

Rozdział 1

Anna Holcomb zeszła po schodach do kuchni. Było stosunkowo wcześnie, jeszcze nawet nie zjadła śniadania, ale wolała się upewnić, czy kucharka pamiętała o upieczeniu ciasta. Anna wybierała się w odwiedziny do jednego z dzierżawców, któremu właśnie urodziło się dziecko, a także jak co tydzień do pastora. Anna i jej brat Kit byli jedynymi przedstawicielami dwóch wielkich rodów, które od wieków zamieszkiwały w tej okolicy, i tylko od niej zależało, czy honorowane w wyższych sferach zasady będą przestrzegane. Anna nie lekceważyła obowiązków, chociaż zdarzały się momenty, kiedy z niechęcią myślała o powinnościach, gdyż odnosiła wrażenie, że pochłaniają cały jej czas. Te chwile słabości były jednak rzadkie i przez większość czasu Anna akceptowała swój los bez zastrzeżeń. Miała świadomość, że wiedzie wyjątkowo szczęśliwy żywot i byłoby głupotą i małostkowością uskarżać się na przejściowe trudności.

Idąc do kuchni, zauważyła, że drzwi na końcu korytarza są uchylone. Były bardzo niskie, niesymetrycznie wybite w murze, gdyż właśnie tak zaplanowano je w średniowiecznym klasztorze, do którego z latami dostawiano pozostałe części rozległej budowli. Rzadko korzystano z tego przejścia i Anna tym bardziej się zdumiała, gdy nagle drzwi się otworzyły i na progu pojawiła smukła dziewczyna.

Rozejrzała się niespokojnie i podskoczyła, gdy jej wzrok padł na Annę. Zrobiła skruszoną minę i przeniosła spojrzenie na tylne schody, oddalone zaledwie o kilka kroków. Anna znała tę młodą osobę. Była to Estelle, pracowała w posiadłości jako jedna z pokojówek. Przez moment Anna nie rozumiała podejrzanego zachowania dziewczyny, ale prędko uświadomiła sobie, że Estelle właśnie wróciła do domu. Innymi słowy, najwyraźniej nie spędziła nocy we własnym łóżku na piętrze.

Anna chciała coś powiedzieć, ale nagle w bocznym korytarzu rozległ się gromki głos gospodyni.

– Estelle!

Służąca posłała swojej pani błagalne spojrzenie i ruszyła ku kuchennym schodom.

– Do diaska! Gdzie ta dziewucha? – burczała gospodyni, ciężkim krokiem zmierzając do skrzyżowania dwóch korytarzy, na którym stała Anna. Pani Michaels znajdowała się w miejscu, z którego nie mogła dostrzec nikogo znajdującego się na kuchennych schodach. – Och, panna Holcomb. Nie miałam pojęcia, że tutaj panią zastanę. Szukam tej niemądrej dziewczyny, Estelle.

Anna uśmiechnęła się.

– Chyba widziałam ją na górze, sprzątała sypialnie – skłamała gładko.

Odkąd Anna sięgała pamięcią, pani Michaels pracowała dla rodziny Holcombów. Była wierną i rzetelną gospodynią, ale też osobą o surowych zasadach i silnym charakterze. Estelle popatrzyła na chlebodawczynię z wdzięcznością i pobiegła na górę. Anna kontynuowała rozmowę z gospodynią.

– Przyszłam sprawdzić, co z wypiekami, które zamierzam zabrać ze sobą, udając się do pastora i pani Simmons.

– Och, wszystko będzie gotowe na czas, panienko – pospieszyła z zapewnieniem pani Michaels. – Już tego dopilnowałam. Ciasta zostały upieczone z samego rana. Kucharka przed chwilą wystawiła je, by ostygły.

– Dziękuję. Czy byłaby pani łaskawa zawiadomić stajnie, że na dziesiątą będę potrzebowała bryczki? Zamierzam pojechać z ciastami do wsi.

– Jak najbardziej, panienko.

Anna ruszyła do małej jadalni, gdzie wraz z bratem zwykle jadała posiłki. Kit, ranny ptaszek, siedział już przy stole i sączył kawę. Nabrał tego nawyku kilka lat wcześniej, podczas wyprawy na kontynent.

– Dzień dobry – przywitał siostrę, wstał i wysunął krzesło od swojej lewej strony, by usiadła. – Mam nadzieję, że dobrze się miewasz dzisiejszego poranka.

– Po prostu świetnie. A ty? – Nalała sobie herbaty.

W posiadłości nie obowiązywały w codziennym życiu sztywne konwenanse. Pani Holcomb zmarła, gdy Anna skończyła czternaście lat, i od tamtej pory dziewczyna musiała zarządzać gospodarstwem w imieniu ojca i młodszego brata.

Od początku uważała, że to niedorzeczne, by dla trzech osób utrzymywać całą posiadłość Holcomb zgodnie z wymogami etykiety, narzuconymi przez matkę, z domu de Winter, przywykłą do wykwintnego życia. Anna odbyła rozmowę z panią Michaels, dla której tradycja była rzeczą świętą, i grzecznie, lecz stanowczo powiadomiła o zmianie zasad funkcjonowania całego domu. Oburzona gospodyni zwróciła się nawet o poparcie do sir Edmunda, lecz ostatecznie Anna dopięła celu i wprowadziła nowe zwyczaje.

Z pozoru łagodna, była uparta i wytrwała. W rezultacie lokaje nie nosili liberii, posiłki podawało tylko dwóch służących, a przy śniadaniu nie asystował ani jeden; potrawy wystawiano na kredensie, aby Anna i Kit mogli samodzielnie się obsługiwać.

 

Przy jedzeniu rodzeństwo gawędziło ze swobodą ludzi, którzy zdecydowaną większość życia spędzili we własnym towarzystwie. Byli jedynymi dziećmi swoich rodziców, a dzieliła ich tylko dwuletnia różnica wieku. Od najwcześniejszej młodości byli bliskimi towarzyszami i zaufanymi powiernikami.

Ich wzajemne kontakty siłą rzeczy osłabły, gdy Kit dorósł do pójścia do szkoły, a także później, kiedy wybrał się na peregrynacje po kontynencie – takie wyprawy były obyczajem młodych mężczyzn z ich sfery.

Dwa lata temu, po śmierci sir Edmunda, Kit powrócił jako dziedzic tytułu oraz posiadłości. Siostra i brat bez trudu odbudowali dawne, bliskie relacje.

Oboje pasowali do siebie charakterami, byli opanowani i łagodni, lubili się śmiać i rzadko wpadali w złość. Wprost uwielbiali swój stary dom, którego fragmenty pochodziły ze średniowiecza, i przepadali za okolicą. Chociaż byli młodzi, bez szemrania wzięli na swoje barki odpowiedzialność za utrzymanie największej posiadłości w tej części Gloucestershire.

Z wyglądu nie byli do siebie tak podobni, jak z charakteru. Anna wyrosła na wysoką, smukłą dziewczynę. Miała ciemnoniebieskie oczy i jasnobrązowe włosy o złocistym połysku, zupełnie jak matka. Kit był zbudowany znacznie mocniej, miał jasne włosy i zielone oczy po ojcu. Wprawdzie twarz Anny o delikatnych regularnych rysach wyraźnie różniła się od wyrazistego męskiego oblicza Kita, lecz ich usta były bardzo podobne; wargi lekko unosiły się w kącikach, co sprawiało, że zarówno siostra, jak i brat wyglądali na lekko rozbawionych.

Podczas śniadania mówili o tym, co na dziś zaplanowali. Podczas gdy Anna postanowiła pojechać w odwiedziny na wieś, Kit zamierzał spędzić większość dnia z zarządcą posiadłości. Holcombowie, choć od dawna pozostający w cieniu ekspansywnego arystokratycznego rodu de Winterów, uważani byli za szacowną i zamożną rodzinę, zwłaszcza że mieszkali w tym samym miejscu od czasów średniowiecza.

– Nie zazdroszczę ci tego – zauważyła z westchnieniem Anna. – Moim zdaniem, odwiedziny są nieporównanie przyjemniejsze.

Młodzieniec wzruszył ramionami.

– Bo ja wiem – powiedział. – Weź pod uwagę, że prawdopodobnie będziesz musiała spotkać się z panią Bennett. Wysłuchiwanie peanów, które wygłasza na cześć swoich dzieci, zdecydowanie przekracza moje możliwości. Nie mam za to zastrzeżeń do Milesa. Co prawda, jest trochę humorzasty...

– Raczej wrażliwy – sprostowała Anna. – Jego matka zapewniła mnie, że to wrażliwy młodzieniec, wręcz poeta.

Kit prychnął drwiąco.

– Przynajmniej zazwyczaj siedzi cicho – zauważył. – W przeciwieństwie do swojej siostry. Gada jak katarynka, a na dodatek chichocze bez opamiętania. Kiedy jednak słucha się pani Bennett, można by pomyśleć, że jej córka jest uosobieniem uroku i gracji.

– To dlatego, że pani Bennett żywi skrytą nadzieję, że ożenisz się z jej córką.

– Chyba żartujesz.

– Och, przeciwnie. Jak myślisz, dlaczego bezustannie powtarza, że Felicity będzie doskonałą żoną?

– Pomijając, że Felicity to pryszczata niezgraba, której nie zamykają się usta, to ma siedemnaście lat. Jeszcze nawet nie jest panną na wydaniu.

– Wierz mi, w opinii pani Bennett to absolutnie nieistotny drobiazg. Na szczęście dzisiaj nie zamierzam złożyć jej wizyty, bo musiałabym znosić trajkotanie Felicity. Chyba liczy na to, że zostaniemy bliskimi przyjaciółkami i w ten sposób do ciebie się zbliży.

Kit parsknął śmiechem.

– Pół godziny w jej towarzystwie to aż nadto, byś zyskała pewność, że nigdy się nie zaprzyjaźnicie – oznajmił, a siostra przyznała mu w duchu rację.

Dokończyli śniadanie w milczeniu. Po posiłku Anna spędziła trochę czasu nad księgami rachunkowymi, potem włożyła kapelusz, wzięła rękawiczki i wyszła przed dom, gdzie czekała na nią bryczka zaprzężona do kasztanka.

Dwóch kuchcików pieczołowicie przenosiło ciasta i układało je na ręcznikach rozłożonych na podłodze powozu. Anna usiadła na koźle i wzięła lejce od stajennego. Rozejrzała się po podwórzu i ujrzała łowczego, który stał kilka jardów dalej, na podjeździe. Lekko potrząsnęła lejcami i koń ruszył. Kiedy zbliżyła się do łowczego, ten zdjął kapelusz na znak szacunku. Anna ściągnęła wodze.

– Witaj, Rankin – powiedziała i skinęła głową.

– Dzień dobry, panno Anno – odparł łowczy i dodał: – Dostarczyłem paczkę.

– Doskonale – pochwaliła go. – Wszystko w porządku?

– Jak zwykle, proszę panienki. Jak zwykle.

Anna ze zrozumieniem pokiwała głową.

– Czy czegoś im potrzeba?

– Nie, panienko. Bradbury o nic nie prosił. Zresztą zawiozłem im bażanta. Zwykle lubi bażanty.

– To dobrze. Dziękuję ci.

– Drobiazg. – Rankin ukłonił się i odszedł.

Anna lekko potrząsnęła lejcami i koń natychmiast ruszył. Jechała znajomym, krętym podjazdem, aż dotarła do drogi, która prowadziła do wioski. Lubiła przebywać na świeżym powietrzu. Dzisiejsza przejażdżka sprawiała jej szczególną przyjemność; czerwcowe słońce łagodnie rozgrzewało skórę, podziwiała kwitnące rododendrony.

Znała okolicę i kochała ją tak jak rodzinną siedzibę. Czasami, gdy ogarniał ją zły nastrój i nieokreślona tęsknota, przypominała sobie, jak dobrze czuje się w tych stronach, jaki urokliwy krajobraz roztacza się wokół, jacy wspaniali ludzie są częścią jej codzienności.

Na początek pojechała do domu dzierżawcy, gdzie wręczyła gospodarzom jedno ze świeżo upieczonych ciast i sumiennie pozachwycała się popiskującym noworodkiem. Następnie ruszyła do pastora, który mieszkał tuż obok kamiennego kościoła.

Gdy podjeżdżała do plebanii, ujrzała przed budynkiem powóz należący do Bennettów. Anna miała ochotę zawrócić i odjechać, wiedziała jednak, że nie wolno jej tego uczynić. Rejterada zostałaby wyjątkowo źle odebrana. Zeskoczyła więc na ziemię, przywiązała konia do niskiego płotu, zabrała ciasto i skierowała się do domu z mocnym postanowieniem, że skróci wizytę do niezbędnego minimum.

Służąca dygnęła i odebrała ciasto, a następnie wprowadziła Annę do salonu, gdzie gawędziły już nie tylko pani Bennett i żona pastora, pani Burroughs, lecz również miejscowy lekarz. Na widok Anny doktor Felton wstał z tak promiennym uśmiechem, że bez trudu domyśliła się, że znużyła go rozmowa z panią Bennett.

– Panna Holcomb, co za szczęśliwy zbieg okoliczności! – zawołał i ruszył przez pokój, by się przywitać.

Martin Felton, samotny mężczyzna pod czterdziestkę, należał do wąskiego kręgu osób, wśród których obracali się Anna i Kit. Wielokrotnie widywała lekarza na przyjęciach i spotkaniach towarzyskich i choć raczej nie nazwałaby go przyjacielem, z pewnością był jej dobrym znajomym.

– Och, tak, panna Holcomb, cudownie panią widzieć – zawtórowała mu pani Burroughs, drobna energiczna kobieta. Zerwała się na równe nogi i przybiegła, aby złapać Annę za ręce. – Jak to miło, że pani przyjechała. I jeszcze przywiozła wyśmienite ciasto. Pani kucharka jest mistrzynią w swoim fachu. – Przez chwilę podziwiała trzymany przez służącą placek, po czym wzięła Annę za łokieć i zaprowadziła ją do kanapy, gdzie usiadły obok siebie.

Pani Bennett, o wiele grubsza od przyjaciółki, dołączyła do entuzjastycznego powitania.

– Panno Holcomb, świetnie, że się spotykamy. Jak się miewa pani brat? Zawsze powtarzam, że to wspaniały człowiek. Rachel, pamiętasz, jak parę dni temu mówiłam, że sir Christopher to dżentelmen w każdym calu?

– Ależ tak, oczywiście, bez wątpienia. Ideał dżentelmena – potwierdziła pani Burroughs.

– Proszę mu powtórzyć, jak bardzo żałujemy, że nie przyjechał. Każda jego wizyta to dla nas prawdziwe święto.

– Niestety, ma sporo obowiązków. Musi przeprowadzić rozmowę z zarządcą majątku.

– Och, cóż za odpowiedzialny młodzieniec. Życzyłabym sobie, aby mój Miles tak samo interesował się sprawami naszych ziem. Co robić, kiedy to go nie interesuje. Obawiam się, że z natury jest raczej naukowcem. Bezustannie tkwi w pokoju, z nosem w książkach.

Anna kilka razy rozmawiała ze wspomnianym młodzieńcem i żadną miarą nie nazwałaby go naukowcem. Powstrzymała się jednak od uwag. Zresztą nawet gdyby chciała coś powiedzieć, nie udałoby się jej przerwać słowotoku pani Bennett.

– Ostatnio Milesowi coś dolega – trajkotała pani Bennett. – Mam nadzieję, że to nie przeziębienie. Parę dni temu złapał go deszcz. Mówiłam, żeby koniecznie wziął parasol, ale mnie nie posłuchał i wyszedł na spacer tak, jak stał. – Zachichotała i zasłoniła usta dłonią. – Och, dostałby szału, gdyby mnie teraz słyszał. Ledwie wczoraj oświadczył: „Mamo, nie jestem już dzieckiem. Mam przecież dwadzieścia jeden lat!”. To prawda, w rzeczy samej, ale dla mnie jeszcze wciąż to mały chłopczyk. Dla pani zapewne nie, to oczywiste, przecież sama pani jest prawie dzieckiem.

– Obawiam się, że nie, proszę pani – zaprotestowała Anna.

Ku jej zdumieniu, gadatliwa pani Bennett nie skupiła się na złym stanie zdrowia potomka. Nie napomknęła nawet o córce. Tak nietypowe zachowanie powinno zastanowić Annę, lecz dostrzegła w oczach rozmówczyni charakterystyczny błysk, a w jej zachowaniu tłumione podniecenie. Na podstawie dotychczasowych obserwacji Anna mogła śmiało stwierdzić, że pani Bennett ma w zanadrzu pierwszorzędną plotkę.

Pani Bennett najwyraźniej nie potrafiła dłużej trzymać języka za zębami.

– Czy słyszała pani nowiny? – spytała pospiesznie. – To takie ekscytujące...

– Nie, obawiam się, że do mnie jeszcze nie dotarły – odparła Anna, zerkając na doktora Feltona, który lekko wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że nie wie, o co chodzi.

– Dzierżawca powiedział mi – a jestem pewna, że dysponuje wiadomościami bezpośrednio od pana Nortona, radcy prawnego, rzecz jasna – że Reed Moreland wraca do Winterset.

Pani Bennett umilkła i wyczekująco spojrzała na Annę.

– Czyż to nie cudownie?

– Tak – potwierdziła Anna, z trudem poruszając pobladłymi ustami. – Tak, w rzeczy samej.

– Cóż to za mężczyzna! – wtrąciła pani Burroughs. – Inteligentny, z dobrego domu. Właśnie taki powinien być syn księcia.

– A przy tym wcale nie pyszni się pochodzeniem – dodała pani Bennett.

– Skąd, ani odrobinę, masz całkowitą rację – przytaknęła przyjaciółka. – Nie jest zarozumiały, ale też nie nazbyt wylewny.

– Co racja, to racja. To ideał.

– Wzór do naśladowania, bez dwóch zdań – wtrącił doktor Felton. W jego głosie zabrzmiała nuta rozbawienia.

– Otóż to. Świetnie powiedziane. – Pani Bennett, osoba kompletnie niezdolna do wyczuwania ironii, gorliwie pokiwała głową. – Panie doktorze, czy spotkał go pan, kiedy tutaj ostatnio zawitał?

– Zdaje się, że zostaliśmy sobie przedstawieni podczas przyjęcia. Sprawiał wrażenie sympatycznego.

Annie zrobiło się niedobrze. Dlaczego Reed wraca? Jak ona to zniesie?

– Z pewnością ogarnął panią entuzjazm – oświadczyła pani Bennett i uśmiechnęła się szelmowsko. – O ile pamiętam, ten dżentelmen był panią bardziej niż zainteresowany.

– Nie powiedziałabym – zaprotestowała Anna bez przekonania. – Był dla mnie bardzo miły, to prawda, ale nie sądzę, że darzył mnie szczególnymi względami.

Pozostałe panie wymieniły znaczące spojrzenia.

– Bardzo ładnie to pani ujęła, moja droga – zauważyła pani Burroughs z aprobatą. – Pasuje do pani ta młodzieńcza rezerwa. Nie ma jednak nic złego w tym, że taki mężczyzna zwrócił na panią uwagę.

– Zresztą nie była pani jeszcze gotowa... – dodała pani Bennett natychmiast.

– Rzecz jasna, zachowała się pani niesłychanie stosownie, pozostając tutaj i zarządzając gospodarstwem w imieniu ojca i brata – życzliwie wtrąciła żona pastora.

– Żadna kobieta nie zasługuje na względy takiego dżentelmena bardziej od pani – zakończyła pani Bennett triumfalnie.

– To niezwykle uprzejme słowa – odrzekła Anna, usiłując nadać głosowi jak najbardziej stanowcze brzmienie. – Muszę jednak panie zapewnić, że między mną a lordem Morelandem do niczego nie doszło. Przez pewien czas pozostawaliśmy tylko znajomymi. Wątpię, by w ogóle mnie pamiętał.

Anna zdawała sobie sprawę, że jej oświadczenie mija się z prawdą. Reed Moreland mógł nie wspominać jej życzliwie, lecz z pewnością nigdy nie zapomniał afrontu, jakim było odrzucenie oświadczyn.

– Ciekawe, czemu lord Moreland powraca po tak długiej nieobecności – zauważył doktor Felton, a Anna popatrzyła na niego z sympatią, wdzięczna, że skierował rozmowę na temat niezwiązany z jej stosunkiem do Reeda.

– W liście do pana Nortona wspomniał, że nosi się z zamiarem sprzedaży Winterset – wytłumaczyła mu pani Bennett. – Chciał sprawdzić, co należy zrobić, aby doprowadzić to miejsce do przyzwoitego stanu. Ponadto poprosił pana Nortona o zatrudnienie służby i uprzątnięcie domu.

 

– Czy... czy wiadomo, kiedy przyjeżdża? – chciała wiedzieć Anna.

– Podejrzewam, że na dniach – pospieszyła z zapewnieniem pani Bennett. – Dzierżawca oświadczył, że zdaniem pana Nortona lord Moreland nie może się doczekać przyjazdu. – Wymownie spojrzała na Annę.

– Niewątpliwie dobrze by się stało, gdyby sprzedał posiadłość – wyraził swoją opinię doktor Felton. – Ktoś powinien tam zamieszkać. Winterset nie powinno świecić pustkami tak długo.

– Tak, tak, to piękny dom – potwierdziła pani Burroughs gorliwie. – Ale trochę nietypowy, prawda? – dodała i spojrzała na Annę ze skruchą. – Nie chciałam pani urazić, moja droga. Wiem, że tam mieszkali pani przodkowie...

Anna uśmiechnęła się do niej.

– Proszę się nie obawiać, nie uraziła mnie pani ani trochę – zapewniła. – Wszyscy wiedzą, że budowniczy tego domu, lord de Winter, był odrobinę, jakby to ująć... kapryśny.

– Otóż to. – Żona pastora odetchnęła z ulgą.

– Byłoby świetnie, gdyby ktoś się tam wprowadził – wtrąciła pani Bennett, a jej oczy zalśniły z nadzieją. – Dość pomyśleć o przyjęciach... balach... Pamiętają państwo bal wydany przez lorda Morelanda, kiedy jeszcze tutaj mieszkał? Zjawiły się tłumy.

– Och, tak, całe mnóstwo gości – zgodziła się pani Burroughs.

Anna milczała. Wiedziała, że rozmowa będzie się toczyła nawet bez jej udziału. Świetnie pamiętała bal, o którym mówiła pani Bennett. Wspomnienia prześladowały ją od lat.

Wyglądała wtedy olśniewająco i była tego świadoma. Włosy miała upięte na czubku głowy, włożyła ciemnoniebieską suknię, przy której jej oczy przybrały barwę wieczornego błękitu. Promieniała wewnętrznym blaskiem.

Sala balowa w Winterset lśniła od świateł, w powietrzu unosiła się woń gardenii. Anna wspomniała wcześniej Reedowi, że gardenie to jej ulubione kwiaty, i przepełniała ją satysfakcja, bo podejrzewała, że zamówił je specjalnie dla niej.

Była to najcudowniejsza noc w jej życiu. Tylko dwukrotnie tańczyła z Reedem, bo na więcej nie pozwalały zasady etykiety, niemniej te krótkie chwile w jego ramionach dały jej przedsmak szczęścia. Wiedziała, że nigdy nie zapomni czułego uśmiechu, ciepłego spojrzenia szarych oczu, twarzy, która wydawała się jej tak bliska i droga, jakby znała ją od zawsze, a nie tylko od miesiąca.

Później, po kolacji, Reed wyprowadził ją dyskretnie na taras. Zeszli po schodach do ogrodu. Zrobiło się chłodno, ale im to nie przeszkadzało. Przeciwnie, ponieważ byli bardzo rozgrzani tańcami. W pewnym momencie podczas spaceru Reed przystanął i zwrócił się twarzą do Anny.

Pochylił się i pocałował ją, a wtedy ogarnęła ją nieokiełznana radość, której nigdy dotąd nie odczuwała. Zrozumiała, że stoi przy jedynym na świecie mężczyźnie, który jest jej przeznaczony.

Nawet teraz wspomnienie wywołało w jej piersiach skurcz tak nagły i silny, że niemal straciła oddech. Anna zamknęła na chwilę oczy, licząc na to, że cierpienie złagodnieje. Rezygnacja z Reeda Morelanda była dla niej najtrudniejszą życiową decyzją. Musiały minąć trzy długie lata, nim osiągnęła obecny stan: nie była szczęśliwa, ale przynajmniej zadowolona.

Perspektywa ponownego pojawienia się Reeda w jej życiu zakrawała na okrutny żart. Ogarniał ją lęk na samą myśl o tym, co może się stać, gdy go znowu ujrzy. Czy widok tego mężczyzny zburzy jej z trudem wypracowany spokój?

Anna mocno zacisnęła pięści, aby nad sobą zapanować. Nie mogła tutaj zostać, powinna zaszyć się gdzieś w samotności, bez względu na to, co pomyślą inni. Miała nadzieję, że jej wizyta trwała dostatecznie długo i że nikt nie oskarży jej o nieuprzejmość. Korzystając z chwilowej przerwy w rozmowie, zabrała głos i oznajmiła, że powinna wrócić do domu, by przekazać bratu najnowsze wieści.

Skierowała konia na drogę powrotną do majątku Holcomb, lecz nim dotarła na miejsce, skręciła w lewo, ku Winterset. Jechała długim podjazdem, z obu stron wysadzanym lipami. Coraz luźniej trzymała wodze, koń stopniowo zwalniał. Między drzewami od czasu do czasu widniały luki po uschniętych i wyciętych roślinach. Majątek Winterset leżał w najbliższym sąsiedztwie jej posiadłości, lecz od trzech lat nie jechała tą drogą.

Wreszcie rzędy drzew się skończyły, zastąpione przez rozległy trawnik, który ciągnął się do budynku usytuowanego na lekkim wzniesieniu, niczym wyeksponowany klejnot. Przed wejściem podjazd zakręcał i kończył się nieopodal, tuż przed niskim, kamiennym murem z żelaznymi sztachetami. Środek ogrodzenia wyznaczały dwie kamienne kolumny, wznoszące się wyżej niż żelazne sztachety. Na każdym ze słupów warował duży pies myśliwski z czujnie nadstawionymi uszami. Powiadano, że srogie zwierzęta wyrzeźbiono na cześć ogarów lorda Jaspera de Wintera, siedemnastowiecznego budowniczego gmachu.

Między żelaznym ogrodzeniem a domem rozciągał się niewielki, wewnętrzny dziedziniec z szeroką, kamienną ścieżką, która prowadziła od podjazdu do głównego wejścia. Dom prezentował się elegancko i był symetryczny, przy czym jego długą, centralną część ograniczały z obu stron dwa krótsze skrzydła o spadzistych dachach. Budynek wzniesiono z żółtawego kamienia, który w czasie budowy miał barwę niemal miodową, ale pociemniał ze starości i był upstrzony licznymi plamami porostów. W rezultacie, kiedy padało na niego słońce, tak jak teraz, kamień wydawał się łagodnie żółty. W brzydkie dni był ciemny i ponury.

W niemałym stopniu elegancję budynek zawdzięczał dużym oknom oraz kamiennej balustradzie, która biegła wzdłuż gzymsu. Z dachu wyrastały kamienne kominy, rzeźbione od przodu, przez co wydawały się spiralnie skręcać ku górze. W różnych kątach dachu czaiły się posągi srogich gryfów oraz orłów.

Anna popatrzyła na dom. Zawsze lubiła Winterset; kiedy była dzieckiem, chętnie przypatrywała się fantastycznym gryfom i poskręcanym kominom. Teraz rozumiała, dlaczego na widok budowli wielu ludzi ogarniał zabobonny lęk. Posągi oraz dziwaczne kominy sprawiały, że budynek wyglądał niepokojąco, wręcz złowróżbnie, zwłaszcza w pochmurne dni. Wiernie i precyzyjnie uwiecznione psy myśliwskie, stróżujące na słupach bramy, podkreślały tajemniczy charakter budowli. Pomimo niszczycielskiego działania czasu pyski ogarów zachowały realizm i niemal czuło się na sobie ich czujne spojrzenia. Anna pomyślała, że uzdolniony rzeźbiarz, autor posągów, przyczynił się do powstania miejscowej legendy, zgodnie z którą przy pełni księżyca ogary zrywały się na przenikliwy gwizd swego od dawna nieżyjącego pana, lorda Jaspera de Wintera, i wraz z nim biegły na upiorne, nocne polowanie.

Nagle w krzakach rozległ się szelest.