Jane Eyre

Tekst
Z serii: Filmowa
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jane Eyre
Jane Eyre
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,61  47,69 
Jane Eyre
Jane Eyre
Audiobook
32,41 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Мэнди Хейл, Cast Full, Tom Burke
48,70 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
75,70 
Szczegóły
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Alison Larkin
136,96 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Juliet Mills
162,07 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Wanda McCaddon
172,89 
Szczegóły
Jane Eyre
Jane Eyre
Darmowy e-book
Szczegóły
Jane Eyre
Darmowy e-book
Szczegóły
Jane Eyre
E-book
2,24 
Szczegóły
Jane Eyre
E-book
2,24 
Szczegóły
Jane Eyre
E-book
2,24 
Szczegóły
Jane Eyre
E-book
4,53 
Szczegóły
Tekst
Jane Eyre
E-book
9,38 
Szczegóły
Tekst
Jane Eyre
E-book
27 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział V

Było to dziewiętnastego stycznia. Zaledwie wybiła piąta rano, kiedy Bessie wniosła świecę do mojej komórki i zastała mnie już na nogach, prawie ubraną. Wstałam na pół godziny przed jej przyjściem, umyłam twarz i ubrałam się przy świetle blednącego właśnie księżyca, którego promienie wpadały przez wąskie okno w pobliżu mego łóżka. Miałam opuścić Gateshead tego dnia dyliżansem przejeżdżającym obok portierni o szóstej rano. Bessie była jedyną osobą, która dotychczas wstała; rozpaliła ogień w dziecinnym pokoju, a teraz zaczęła przyrządzać mi śniadanie. Dzieci rzadko kiedy potrafią jeść, gdy je podnieca myśl o czekającej podróży, i ja też jeść nie mogłam. Bessie, która na próżno usiłowała wmusić we mnie trochę mleka i bułki, zawinęła w papier kilka biszkoptów i wsunęła do mojej torebki; następnie pomogła mi włożyć płaszcz i kapelusz i zawinąwszy się w szal, wyszła ze mną z dziecinnego pokoju. Przechodząc koło sypialni pani Reed zapytała:

– Czy panienka wejdzie pożegnać się z panią?

– Nie, Bessie – odpowiedziałam. – Pani Reed przyszła wczoraj wieczorem do mojego łóżka, podczas gdy ty jadłaś na dole kolację, i powiedziała mi, że nie potrzebuję budzić rano ani jej, ani moich kuzynek i mam pamiętać, iż zawsze była moją najlepszą przyjaciółką, tak mam mówić o niej i być jej wdzięczna.

– A panienka co na to odpowiedziała?

– Nic, zakryłam twarz kołdrą i obróciłam się do ściany.

– To zupełnie niesłusznie, panno Jane.

– To było zupełnie słusznie, Bessie. Twoja pani nie była moją przyjaciółką, ona była moim wrogiem.

– O, panno Jane! Niech panienka tego nie mówi!

– Żegnam cię, Gateshead! – zawołałam, gdy minąwszy hall wychodziłyśmy frontowymi drzwiami.

Księżyc już zaszedł i było bardzo ciemno; światło latarni, którą Bessie niosła, migało po mokrych stopniach i żwirze drogi rozmiękłej w świeżej odwilży. Ostry i chłodny był ten zimowy ranek, szczękałam zębami, idąc szybko aleją. Świeciło się w portierni: doszedłszy tam, zastałyśmy odźwierną rozpalającą właśnie ogień. Walizka moja, przyniesiona tu poprzedniego wieczoru, stała przy drzwiach obwiązana sznurami. Brakło tylko kilku minut do szóstej, a zaledwie godzina ta wybiła, daleki turkot kół zwiastował, że dyliżans nadjeżdża. Stanęłam w drzwiach i śledziłam jego latarnie zbliżające się szybko w ciemności.

– Czy ona jedzie sama? – zapytała odźwierna.

– Tak, sama.

– A jak daleko?

– Pięćdziesiąt mil.

– Taka długa droga! Dziwię się, że pani Reed nie boi się tak daleko puścić dziecka samego.

Dyliżans podjechał; oto stał przed bramą, zaprzężony w cztery konie, naładowany pasażerami. Konduktor i woźnica głośno nawoływali do pośpiechu. Wwindowano moją walizkę, zabrano mnie z objęć Bessie, do której tuliłam się, obsypując ją pocałunkami.

– Niech się pan nią dobrze opiekuje – zawołała Bessie, gdy konduktor wsadzał mnie do środka.

– Dobrze, dobrze – odpowiedział. Drzwiczki zatrzaśnięto, jakiś głos zawołał: ,,Wszystko w porządku!”, i ruszyliśmy.

W ten sposób rozstałam się z Bessie i z Gateshead; w ten sposób dyliżans unosił mnie w świat nieznany, a jak mi się wtedy wydawało, w jakieś odległe i tajemnicze regiony.

Z tej podróży niewiele pamiętam. Wiem tylko, że dzień ten wydał mi się nienaturalnie długi, i myślałam, że przebywamy setki mil. Przejeżdżaliśmy przez wiele miast, a w jednym, bardzo dużym, dyliżans się zatrzymał. Wyprzężono konie i pasażerowie wysiedli na obiad. Zaniesiono mnie do zajazdu, gdzie konduktor namawiał mnie, żebym coś zjadła. Ponieważ jednak nie miałam apetytu, zostawił mnie w ogromnym pokoju, na którego dwu końcach znajdowały się dwa kominki, świecznik zwisał z sufitu, a wysoko na ścianie biegła mała czerwona galeryjka pełna narzędzi muzycznych. W tej sali spacerowałam dłuższy czas i było mi dziwnie i strasznie; śmiertelnie się bałam, że może ktoś wejść i porwać mnie, bo wierzyłam ,,w porywanie”, nasłuchawszy się o tym w wieczornych opowieściach Bessie. Nareszcie konduktor powrócił, wpakował mnie znów do dyliżansu, zajął swoje miejsce, zatrąbił i turkocząc ruszyliśmy ,,kamienistą drogą”, prowadzącą do Lowood.

Popołudnie było wilgotne i trochę mgliste. Gdy zmierzch zaczął zapadać, ogarnęło mnie wrażenie, że Gateshead zostało rzeczywiście bardzo daleko za nami; już nie przejeżdżaliśmy przez miasta; zmienił się widok okolicy; wielkie szare wzgórza wyłoniły się na horyzoncie. Gdy mrok gęstniał, zjechaliśmy w dolinę ciemną, zalesioną, a chociaż już ciemny wieczór zasłonił wszelki widok, słyszałam, jak wiatr szumi pośród drzew.

Ukołysana tym szumem, zapadłam w końcu w sen. Niedługo spałam, gdy mnie zbudziło nagłe ustanie ruchu; drzwiczki dyliżansu były otwarte i jakaś osoba wyglądająca na służącą stała przy nich. Zobaczyłam jej twarz i ubranie przy świetle latarni.

– Czy jest tu mała dziewczynka nazwiskiem Jane Eyre? – zapytała. Odpowiedziałam ,,tak!” i wtedy mnie wysadzono, oddano moją walizkę i dyliżans natychmiast ruszył w dalszą drogę.

Zesztywniała byłam od długiego siedzenia i oszołomiona turkotem i ruchem dyliżansu. Zbierając myśli, rozejrzałam się dokoła. Deszcz, wiatr, ciemności wypełniały powietrze. Pomimo to rozpoznałam przed sobą mur i otwarte w nim drzwi; tymi drzwiami weszłam za moją przewodniczką, która je za sobą zamknęła na klucz. Teraz dojrzeć mogłam dom czy też domy, gdyż budynek rozsiadł się szeroko – o wielu oknach; niektóre z nich były oświetlone. Szłyśmy po szerokiej ścieżce chlapiącej wilgocią, przez jakieś drzwi weszłyśmy do środka, a wtedy służąca przeprowadziła mnie przez korytarz do pokoju, gdzie palił się ogień, i tam zostawiła mnie samą.

Stałam, grzejąc zgrabiałe palce nad płomieniem, a potem obejrzałam się. Nie było świecy, w chwiejnym blasku ognia płonącego na kominku migały tapety, dywan, firanki, błyszczące meble mahoniowe. Był to salonik, nie tak obszerny ani wspaniały jak salon w Gateshead, ale wcale przyzwoity. Zastanawiałam się, chcąc zrozumieć, co przedstawia obraz wiszący na ścianie, gdy otworzyły się drzwi i weszła do pokoju osoba niosąca świecę, a tuż za nią druga.

Pierwszą była wysoka dama o ciemnych włosach, ciemnych oczach i bladym, szerokim czole. Postać jej częściowo okrywał szal, twarz jej wyrażała powagę, trzymała się prosto.

– Dziecko jest zbyt małe, żeby je wysyłać samo – zauważyła, stawiając świecę na stole. Przypatrywała mi się uważnie przez dłuższą chwilę, a potem dodała: – Najlepiej byłoby położyć ją prędko do łóżka, wydaje się zmęczona. Czy jesteś zmęczona? – zapytała, kładąc mi rękę na ramieniu.

– Trochę, proszę pani.

– I głodna także zapewne. Niech jej pani każe dać coś do zjedzenia, zanim się położy, panno Miller. Czy po raz pierwszy opuściłaś rodziców, jadąc do szkoły, moje dziecko?

Odpowiedziałam jej, że nie mam rodziców. Zapytała, od jak dawna nie żyją, a potem, ile mam lat, jak się nazywam, czy umiem czytać, pisać i szyć trochę; a w końcu łagodnie pogłaskawszy mnie po twarzy, powiedziała, że ,,spodziewa się, że będę dobrym dzieckiem”, i pożegnała mnie i pannę Miller.

Pani, którą pożegnałam, mogła mieć jakie dwadzieścia dziewięć lat. Ta, która ze mną poszła, wydawała się o kilka lat młodsza; pierwsza wywarła na mnie silne wrażenie głosem, wyglądem i obejściem. Panna Miller miała powierzchowność pospolitszą, czerwonawą cerę i wyraz twarzy zatroskany; śpieszyła się, gdy chodziła czy cokolwiek robiła, jak ktoś, kto ma zawsze mnóstwo spraw do załatwienia: sprawiała wrażenie nauczycielki niższych klas i tym też, jak się później dowiedziałam, była. Idąc za nią przechodziłam z oddziału do oddziału, z korytarza do korytarza wielkiego i nieregularnego budynku, aż wydostawszy się z całkowitej i dość przykrej ciszy panującej w przebytej przez nas części domu, usłyszałyśmy brzęczenie wielu głosów i weszłyśmy do obszernego, długiego pokoju. Po dwa wielkie sosnowe stoły stały w każdym końcu tego pokoju; po dwie świece paliły się na każdym stole, a na ławkach dokoła nich siedziała cała gromada dziewcząt różnego wieku, od dziewięciu lub dziesięciu lat do dwudziestu. Widziane przy ciemnym świetle lichych świeczek wydawały mi się niezliczone, chociaż w rzeczywistości nie było ich więcej niż osiemdziesiąt, a wszystkie jednakowo ubrane w brązowe wełniane suknie dziwnego fasonu i długie płócienne fartuchy. Była to godzina nauki: obkuwały jutrzejsze zadanie, a brzęczenie, które słyszałam, był to łączny rezultat ich szeptanego powtarzania.

Panna Miller dała mi znak, że mam usiąść na ławce przy drzwiach, po czym poszedłszy na front długiego pokoju, zawołała głośno:

– Dyżurne, zebrać i odłożyć książki!

Cztery wysokie dziewczynki podniosły się od stołów, zebrały książki i odłożyły je. Panna Miller znowu wygłosiła słowa komendy:

– Dyżurne, przynieście tace z kolacją!

Wysokie dziewczynki wyszły i wróciły zaraz, niosąc każda tacę z ustawionymi na niej porcjami czegoś (nie mogłam na razie rozpoznać, co to jest), dzbankiem i garnuszkiem. Porcje rozdawały wokoło; kto chciał, brał łyk wody; garnuszek był wspólny dla wszystkich. Gdy kolej przyszła na mnie, napiłam się, bo miałam pragnienie, ale nie tknęłam jedzenia; podniecenie i zmęczenie podróżą zagłuszyły we mnie apetyt; teraz jednak zobaczyłam, że był to jakiś cienki owsiany placek, podzielony na kawałki.

Po skończonej wieczerzy panna Miller odczytała modlitwy i klasy wyszły rzędem, parami na górę. Wyczerpana doszczętnie, ledwie zauważyłam, jak wygląda sypialnia, spostrzegłam tylko, że podobnie jak pokój szkolny była bardzo długa. Tej nocy miałam dzielić łóżko z panną Miller; ona mi pomogła rozebrać się; leżąc już, popatrzyłam na długie rzędy łóżek, w których szybko układały się dziewczęta, w każdym po dwie. W dziesięć minut potem zgaszono jedyną świecę, a ja wśród milczenia i zupełnej ciemności zasnęłam.

 

Noc minęła szybko; zanadto byłam zmęczona, ażeby śnić. Raz się tylko obudziłam, słysząc, jak wiatr szaleje wściekłymi podmuchami i deszcz leje strumieniem, poczułam też, że panna Miller zajęła miejsce przy mnie. Gdy znów otworzyłam oczy, dzwonił głośny dzwonek; dziewczęta wstawały i ubierały się; dzień jeszcze nie świtał; jedna czy dwie świeczki paliły się w pokoju. I ja niechętnie wstałam, gdyż okropnie było zimno; trzęsąc się cała, ubrałam się, jak mogłam, i umyłam, gdy się doczekałam wolnej miednicy, co nastąpiło nieprędko, gdyż jedna miednica wypadała na sześć dziewcząt. Miednice były ustawione pośrodku sypialni. Znowu odezwał się dzwonek i wszystkie ustawiły się rzędem, parami, i w tym porządku zeszły ze schodów i weszły do zimnego, słabo oświetlonego szkolnego pokoju. Tutaj panna Miller odczytała modlitwy, po czym zawołała:

– Uformować się w klasy!

Wielki gwar zapanował na kilka minut. Panna Miller kilkakrotnie wołała: ,,Cicho!”, ,,Utrzymać porządek!”. Gdy się uciszyło, zobaczyłam, że dziewczynki ustawiły się półkolem przy czterech stołach. Wszystkie trzymały w ręku książki, a wielka książka, podobna do Biblii, leżała na każdym stole przed pustym krzesłem. Nastąpiło teraz kilka sekund pauzy, wypełnionej szmerem półgłośnych szeptów dziewcząt. Panna Miller przechodziła od klasy do klasy i uciszała te nieokreślone odgłosy.

Z daleka odezwał się dzwonek; natychmiast weszły trzy nauczycielki, z których każda zajęła miejsce przy stole; czwarte krzesło zajęła panna Miller. Krzesło to stało najbliżej drzwi i dokoła niego zgromadziły się najmniejsze dzieci; do tego najniższego oddziału zaliczono mnie i umieszczono na końcu.

Zaczęła się teraz praca. Powtarzano kolektę dnia, następnie przepowiadano pewne teksty Pisma Świętego, po czym nastąpiło dłuższe odczytywanie rozdziałów z Biblii, a wszystko to trwało godzinę. Gdy zajęcie to ukończono, już i dzień pełny nastał. Niezmordowany dzwonek odezwał się po raz czwarty. Dziewczęta ustawiły się klasami i pomaszerowały do innego pokoju na śniadanie. Jakże mnie ucieszyła nadzieja, że dostanę coś do zjedzenia! Słabo mi się robiło z czczości, tak mało przecież jadłam poprzedniego dnia.

Refektarz był wielki, niski i posępny: na dwóch długich stołach dymiły miseczki czegoś gorącego, co jednak, ku memu niemiłemu zdziwieniu, wydawało woń wcale nie zachęcającą. Zauważyłam ogólne objawy niezadowolenia, gdy woń potrawy uderzyła w nosy dziewcząt; od pierwszych par procesji dziewczynek z najstarszej klasy pobiegły szeptem słowa:

– Obrzydliwość! Owsianka znowu przypalona!

– Cicho! – wykrzyknął jakiś głos; nie głos panny Miller, lecz jednej z nauczycielek wyższych klas, małej, ciemnej osoby, elegancko ubranej, ale nieco surowego wyglądu, która zajęła miejsce na czele jednego stołu, podczas gdy przy drugim prezydowała pełniejsza i przystojniejsza osoba. Na próżno rozglądałam się za tą, którą zobaczyłam wczoraj wieczorem, nie było jej tu. Panna Miller siedziała na końcu stołu, przy którym i ja siedziałam, a naprzeciw niej dziwna, z cudzoziemska wyglądająca starsza dama, nauczycielka Francuzka, jak się później dowiedziałam. Zmówiono długą modlitwę i odśpiewano hymn, następnie służąca przyniosła herbatę dla nauczycielek i zaczęło się śniadanie.

Zgłodniała i już w tej chwili bardzo osłabiona, pochłonęłam łyżkę czy dwie swej porcji, nie zastanawiając się nad smakiem; po zaspokojeniu jednak pierwszego głodu spostrzegłam, że dostałam jakąś wstrętną potrawę; przypalona kasza owsiana nie lepsza jest prawie od zgniłych kartofli, nawet głód przed nią się cofa. Łyżki poruszały się powoli: widziałam, że każda dziewczynka próbuje pożywienia i stara się je przełknąć, ale większość dawała za wygraną. Skończyło się śniadanie, a nikt nic nie jadł. Po odmówieniu dziękczynnej modlitwy za to, czego nie dostałyśmy, i po odśpiewaniu drugiego hymnu opuściłyśmy refektarz i przeszły do pokoju szkolnego. Przechodząc prawie na końcu orszaku, koło stołów zobaczyłam, że jedna z nauczycielek wzięła miseczkę z kaszą i spróbowała jej; popatrzyła na inne; wszystkie miały twarze niezadowolone, a ta tęga szepnęła:

– Wstrętne jadło! To wstyd doprawdy!

Minął kwadrans, zanim się znów rozpoczęły lekcje, a w czasie tego kwadransa zapanowała w pokoju szkolnym wspaniała wrzawa; wolno było w tym czasie głośno i swobodnie rozmawiać, toteż dziewczęta korzystały z tego przywileju. Cała rozmowa toczyła się dokoła śniadania, na które wszystkie bez wyjątku wymyślały, co się zowie. Biedaczki! Była to ich marna pociecha. Panna Miller była jedyną nauczycielką obecną w pokoju. Kilka starszych dziewcząt otaczających ją rozprawiało z poważnymi i chmurnymi minami. Słyszałam kilka razy powtórzone nazwisko pana Brocklehursta; na to panna Miller potrząsała głową z naganą, ale nie zadawała sobie wiele trudu, by powstrzymać ogólne oburzenie; najprawdopodobniej sama je podzielała.

Zegar w pokoju szkolnym wybił dziewiątą. Panna Miller opuściła swoje kółko i stanąwszy pośrodku pokoju, zawołała:

– Cicho! Na miejsca!

Rygor zrobił swoje: w pięć minut chaotyczna gromadka rozdzieliła się w porządku i względna cisza zapanowała w tej chwilowej wieży Babel. Nauczycielki wyższych klas wróciły teraz punktualnie na swoje miejsca; wszyscy jednakże zdawali się czekać. Rzędami na ławkach w czterech rogach pokoju siedziało osiemdziesiąt dziewcząt prosto i bez ruchu; dziwnym się wydawały zbiorowiskiem, wszystkie ze sczesanymi gładko z czoła włosami, bez jednego widocznego loczka, w brązowych, wysoko zapiętych sukniach z wąskimi, białymi kołnierzykami przy szyi i płóciennymi kieszonkami (kształtem podobnymi do góralskich sakiewek), przywiązanymi z przodu u paska, a mającymi służyć za torebki do roboty; wszystkie też nosiły wełniane pończochy i na wsi fabrykowane trzewiki, zapięte na mosiężne klamerki. Ze dwadzieścia z nich, w ten sposób ubranych, były to dziewczęta dorosłe; nie do twarzy było im w tym stroju i nawet najładniejsze wyglądały dziwacznie.

Wciąż jeszcze przyglądałam się im, w przerwach także obserwowałam nauczycielki, z których żadna mi się zbytnio nie podobała; tęga bowiem wyglądała nieco ordynarnie, ciemna – ostro i surowo, cudzoziemka – szorstko i dziwacznie, a panna Miller, biedaczka! czerwona, z wypiekami, miała wygląd przepracowanej. Jeszcze im się przyglądałam, przesuwając wzrok od jednej twarzy do drugiej, gdy cała szkoła, jak gdyby sprężyną poruszona, podniosła się równocześnie.

Co się stało? Nie słyszałam, by wydano jakiś rozkaz – byłam zdziwiona. Zanim się opamiętałam, klasy zasiadły z powrotem. Ale ponieważ teraz wszystkie oczy zwróciły się w jeden punkt, więc moje poszły w tym kierunku i napotkały osobę, która mnie przyjmowała poprzedniego wieczoru. Stała na końcu długiego pokoju przed kominkiem, w obu bowiem końcach pokoju palił się ogień, i lustrowała obydwa rzędy dziewcząt milcząco i poważnie. Panna Miller przybliżyła się do niej, zapytała o coś, a dostawszy odpowiedź, wróciła na swoje miejsce i powiedziała:

– Dyżurna najstarszej klasy niech przyniesie globusy!

Podczas gdy ten rozkaz wykonywano, pani przeszła powoli przez pokój. Przypuszczam, że muszę mieć dosyć silny zmysł uwielbienia, gdyż dziś jeszcze odczuwam wrażenie podziwu i czci, z jaką oczy moje biegły za jej krokami. Widziana teraz w jasnym świetle dnia, wydała mi się wysoka, ładna i kształtna; piwne oczy pełne dobrotliwego wyrazu i blasku, przy długich rzęsach i pięknie zarysowanych brwiach, podnosiły biel jej szerokiego czoła; włosy bardzo ciemne zwijały się na skroniach w okrągłe, krótkie pukle, według ówczesnej mody, kiedy to nie noszono ani gładkich niobów, ani długich loków; suknię miała na sobie także wedle panującej mody z pąsowego sukna, przystrojoną czarnym aksamitem; złoty zegarek (zegarki nie były wtedy w tak powszechnym użyciu jak teraz) błyszczał u jej paska. Niech czytelnik doda dla uzupełnienia obrazu delikatne rysy, cerę jasną, chociaż bladą, pełną godności postać i ruchy, a będzie miał o tyle dokładne, o ile słowa oddać je mogą, pojęcie o powierzchowności panny Temple, Marii Temple, jak kiedyś później wyczytałam na jej książce do nabożeństwa, którą dała mi do niesienia, idąc do kościoła.

Przełożona szkoły w Lowood (gdyż nią była ta pani), zasiadłszy przed parą globusów, wezwała pierwszą klasę ku sobie i zaczęła z nią lekcję geografii. Niższymi klasami zajęły się inne nauczycielki; przez godzinę powtarzano historię, gramatykę itp., następnie przyszło pisanie i arytmetyka, a niektórym starszym dziewczętom udzielała panna Temple lekcji muzyki. Zegar odmierzał czas trwania każdej lekcji; nareszcie wybiła dwunasta. Przełożona wstała.

– Mam słowo do powiedzenia uczennicom – rzekła.

Rozpoczynał się już hałas po skończonej lekcji, ale umilkł uciszony jej głosem. Mówiła dalej:

– Dostałyście dzisiaj śniadanie, którego nie mogłyście jeść; musicie być głodne. Zarządziłam, żeby drugie śniadanie, chleb z serem, zostało podane dla wszystkich.

Nauczycielki popatrzyły na nią zdziwione.

– Kazałam to zrobić na własną odpowiedzialność – zwróciła się do nich z wyjaśnieniem, po czym natychmiast wyszła z po-koju.

Zaraz też wniesiono i rozdzielono chleb z serem ku pokrzepieniu i wielkiej radości całej szkoły. Teraz padło słowo komendy: ,,Do ogrodu!”. Dziewczęta włożyły kapelusze z grubej słomy wiązane na szarfy z kolorowego perkalu i płaszcze z szarej syberyny. Mnie ubrano podobnie i w ślad za innymi wyszłam na świeże powietrze.

Ogród stanowiła obszerna przestrzeń otoczona tak wysokim murem, że wykluczał wszelką możliwość wyjrzenia dalej. Wzdłuż jednego jego boku ciągnęła się kryta weranda, a szerokie ścieżki otaczały przestrzeń środkową, rozdzieloną na cały szereg małych grządek; te grządki wyznaczone były dla uczennic jako ogródki do uprawiania i każda grządka miała swoją właścicielkę. Latem pełne kwiatów grządki musiały niewątpliwie ładnie wyglądać, ale teraz, w drugiej połowie stycznia, wszystko było po zimowemu puste i sczerniałe. Drżałam, stojąc i rozglądając się dokoła; przykry to był dzień, niezachęcający do ruchu na świeżym powietrzu; nie był dżdżysty, lecz przyćmiony żółtą mgłą; ziemia pod stopami nasiąkła wilgocią po wczorajszej ulewie. Silniejsze dziewczęta biegały i uprawiały jakieś ożywione gry, ale niektóre, blade i szczupłe, skupiały się w gromadki, szukając osłony i ciepła na werandzie; wśród tych, w miarę jak gęsta mgła przenikała drżące ich postacie, słyszałam częsty odgłos głuchego kaszlu.

Dotychczas jeszcze nie przemówiłam do nikogo i nikt też nie zdawał się zwracać na mnie uwagi. Stałam sobie samotna na boku; do tego uczucia osamotnienia byłam przyzwyczajona; nie dokuczało mi ono zbytnio. Oparta o filar werandy otuliłam się jak najszczelniej w fałdy płaszcza i starając się zapomnieć o zimnie i głodzie, zajęłam się przyglądaniem i rozmyślaniami. Moje rozmyślania zbyt były nieokreślone i niepowiązane, żeby je warto wspominać. Zaledwie wiedziałam, gdzie się znajduję; Gateshead i moje dotychczasowe życie uleciały gdzieś strasznie daleko, teraźniejszość była niejasna i dziwna, a przyszłości nie umiałam sobie wyobrazić. Rozglądałam się po tym, jakby klasztornym, ogrodzie, a potem spojrzałam na dom, obszerny budynek, którego jedna połowa wydawała się poszarzała i stara, druga zaś zupełnie nowa. Nowa część, obejmująca pokój szkolny i sypialnie, miała gotyckie okna, co nadawało jej wygląd kościelny; kamienna tablica nad drzwiami nosiła napis:

Zakład Lowood. Ta część została przebudowana A.D. ... przez Naomi Brocklehurst z Brocklehurst Hall w tym hrabstwie. Tak niechaj świeci światłość wasza przed ludźmi, aby widzieli uczynki wasze dobre i chwalili Ojca waszego, który jest w niebiosach. Św. Mateusz V 16.

Odczytywałam raz po raz te słowa; czułam, że wymagają jakiegoś wyjaśnienia, gdyż nie potrafiłam znaczenia ich w pełni zrozumieć. Gdy tak rozmyślałam nad znaczeniem słowa ,,zakład” i usiłowałam znaleźć związek między tym słowem a początkiem wersetu biblijnego, odgłos czyjegoś kaszlu tuż za mną sprawił, że odwróciłam głowę. W pobliżu na kamiennej ławce siedziała młoda dziewczyna pochylona nad książką, którą czytała z zajęciem. Z miejsca, gdzie stałam, mogłam przeczytać tytuł „Rasselas”3. Imię to wydało mi się dziwne, więc tym bardziej pociągające. Obracając kartę, podniosła oczy, ja zaś zagadnęłam ją w tej chwili.

– Czy to zajmująca książka? – już postanowiłam poprosić ją, by mi tę książkę kiedy pożyczyła.

– Mnie się podoba – odpowiedziała po chwilce, przyjrzawszy mi się uważnie.

– O czym tam jest mowa? – zapytałam znowu. Nie wiem, skąd mi się wzięła ta śmiałość wszczynania rozmowy z kimś obcym; taki krok przeciwny był mojej naturze i przyzwyczajeniom. Myślę, że jej zajęcie dotknęło jakiejś struny sympatii we mnie, gdyż i ja lubiłam czytać, choć tylko rzeczy lekkie i dziecinne; nie mogłam strawić ani zrozumieć lektury poważnej.

 

– Możesz ją obejrzeć – odpowiedziała dziewczynka, podając mi książkę.

Przejrzałam książkę. Krótki ten przegląd wystarczył, by mnie przekonać, że zawartość jej była mniej porywająca niż tytuł. „Rasselas”, jak na mój gust dziecinny, wydał mi się nudny; nic tam nie znalazłam o wróżbach, nic o czarodziejach, żadna barwna rozmaitość nie snuła się po gęsto zadrukowanych stronicach. Oddałam jej książkę; wzięła ją spokojnie i nic nie mówiąc, zabierała się znów do uważnego czytania, gdy po raz wtóry odważyłam się jej przeszkodzić.

– Czy możesz mi powiedzieć, co znaczy napis na tym kamieniu nad drzwiami? Co to jest Zakład Lowood?

– Ten dom, w którym zamieszkasz.

– A dlaczego nazywają go zakładem? Czy różni się pod jakimś względem od innych szkół?

– Jest to częściowo szkoła dobroczynności publicznej; ty i ja, i my wszystkie jesteśmy dziećmi korzystającymi z dobroczynności publicznej. Przypuszczam, że jesteś sierotą; czy nie straciłaś ojca albo matki?

– Oboje umarli, gdy byłam maleńka, tak że ich wcale nie pamiętam.

– Otóż wszystkie dziewczęta tutaj straciły albo jedno z rodziców, albo oboje, a ten dom nazywa się zakładem wychowawczym sierot.

– Więc my tutaj nic nie płacimy? Czy oni nas utrzymują za darmo?

– Płacimy albo ktoś za nas płaci piętnaście funtów rocznie za każdą.

– A więc dlaczego nazywają nas dziećmi korzystającymi z dobroczynności publicznej?

– Ponieważ piętnaście funtów nie wystarcza na utrzymanie i na naukę, a brakujące pieniądze dopełnia się ze składek.

– A kto się składa?

– Rozmaici dobroczynni panowie i panie z tej okolicy i Londynu.

– Kto to była Naomi Brocklehurst?

– Ta pani, która zbudowała nową część tego domu, jak o tym napisano na tablicy, i której syn kieruje i rządzi wszystkim tutaj.

– Dlaczego?

– Ponieważ jest skarbnikiem i dyrektorem zakładu.

– Ach, więc ten dom nie należy do tej wysokiej pani, która nosi zegarek i która powiedziała, że mamy dostać chleba z serem?

– Do panny Temple? O, nie! Dobrze by było, gdyby należał! Ona odpowiada przed panem Brocklehurstem za wszystko, co robi. Pan Brocklehurst kupuje całe nasze pożywienie i wszystkie ubrania dla nas.

– Czy on tutaj mieszka?

– Nie, dwie mile stąd w dużym dworze.

– Czy to dobry człowiek?

– Jest duchownym i mówią, że robi wiele dobrego.

– Czy powiedziałaś, że ta wysoka pani nazywa się panna Temple?

– Tak.

– A inne nauczycielki jak się nazywają?

– Ta, która ma rumiane policzki, nazywa się panna Smith; ona uczy robót i kroju, gdyż my same szyjemy sobie ubrania, płaszcze i wszystko. Ta mała z czarnymi włosami to panna Scatcherd; ona uczy historii i gramatyki i przesłuchuje drugą klasę. A ta, która chodzi w szalu i chustkę do nosa przywiązuje do paska żółtą wstążką, to madame Pierrot; pochodzi z Lisle we Francji i uczy francuskiego.

– Czy ty lubisz nauczycielki?

– Dosyć.

– A tę małą, czarną i madame?... Nie umiem wymówić jej nazwiska tak jak ty.

– Panna Scatcherd jest prędka... uważaj, żebyś jej się nie naraziła. Madame Pierrot to wcale niezła osoba.

– Ale panna Temple jest najlepsza, prawda?

– Panna Temple jest bardzo dobra i bardzo mądra; ona przewyższa tamte, gdyż umie o wiele więcej niż one.

– Czy od dawna jesteś tutaj?

– Od dwóch lat.

– Czy jesteś sierotą?

– Matka moja nie żyje.

– Czy czujesz się tutaj szczęśliwa?

– Trochę za wiele pytasz. Dałam ci na razie dosyć odpowiedzi, teraz chciałabym poczytać.

W tejże chwili odezwał się dzwonek wzywający nas na obiad; wróciłyśmy do domu.

Zapach unoszący się teraz w refektarzu nie o wiele był ponętniejszy od tego, który uraczył nasze nosy przy śniadaniu. Podano obiad w dwóch dużych blaszanych naczyniach, z których unosiła się para woniejąca zjełczałym tłuszczem. Potrawa składała się z niesmacznych kartofli i dziwnych obrzynków nie pierwszej świeżości mięsa, a wszystko to było wymieszane i ugotowane razem. Tej papki wydzielono po dość pełnym talerzu każdej uczennicy. Jadłam, ile mogłam zjeść, zadając sobie pytanie, czy też jedzenie będzie co dzień takie.

Po obiedzie przeszłyśmy natychmiast do pokoju szkolnego. Lekcje rozpoczęły się znowu i trwały do godziny piątej.

Po południu zobaczyłam, i to był jedyny ważniejszy wypadek, jak dziewczynkę, z którą rozmawiałam na werandzie, panna Scatcherd odprawiła za karę z lekcji historii i kazała jej stanąć na środku wielkiego pokoju. Kara ta wydała mi się wielce zawstydzająca, zwłaszcza dla tak dużej dziewczynki, wyglądała ona na trzynaście lat co najmniej. Myślałam, że okaże, jak ją to martwi albo zawstydza, ale ku mojemu zdziwieniu ani nie płakała, ani się nie zarumieniła; spokojna, chociaż poważna, stała na oczach wszystkich. ,,Jak ona może tak spokojnie, tak mężnie to znosić? – zadawałam sobie pytanie. – Gdyby mnie to miało spotkać, życzyłabym sobie, żeby się ziemia pode mną rozstąpiła. Ona zaś jakby myśli o czymś, co jest dalekie od jej kary, od tego, co się z nią dzieje, o czymś, co nie jest ani dokoła niej, ani przed nią. Słyszałam o śniących na jawie, może ona teraz śni na jawie? Oczy jej patrzą w ziemię, ale jestem pewna, że nie widzą ziemi, wzrok jej wydaje się skierowany gdzieś do głębi serca: patrzy, zdaje mi się, w to, co pamięta, a nie w to, co jest rzeczywiście obecne. Ciekawa jestem, co to za dziewczyna, dobra czy niedobra?...”.

Wkrótce po piątej dostałyśmy jeszcze jeden posiłek składający się z małego garnuszka kawy i pół kromki ciemnego chleba. Połknęłam chleb i wypiłam kawę ze smakiem i z przyjemnością, ale byłabym rada, gdyby mi dano drugie tyle – wciąż byłam głodna. Miałyśmy pół godziny rekreacji, a potem odrabianie lekcji. Następnie przyszła pora na szklankę wody i kawałek owsianego placka, na modlitwy i spoczynek. Taki był mój pierwszy dzień w Lowood.

3 Mowa tu o powieści filozoficznej osiemnastowiecznego pisarza angielskiego Samuela Johnsona.