Jane Eyre

Tekst
Z serii: Filmowa
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jane Eyre
Jane Eyre
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,77  47,82 
Jane Eyre
Jane Eyre
Audiobook
32,57 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Мэнди Хейл, Cast Full, Tom Burke
48,94 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
76,07 
Szczegóły
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Alison Larkin
137,36 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Juliet Mills
162,86 
Szczegóły
Audio
Jane Eyre
Audiobook
Czyta Wanda McCaddon
173,73 
Szczegóły
Jane Eyre
Jane Eyre
Darmowy e-book
Szczegóły
Jane Eyre
Darmowy e-book
Szczegóły
Jane Eyre
E-book
2,25 
Szczegóły
Jane Eyre
E-book
2,25 
Szczegóły
Jane Eyre
E-book
2,25 
Szczegóły
Jane Eyre
E-book
4,54 
Szczegóły
Tekst
Jane Eyre
E-book
9,43 
Szczegóły
Tekst
Jane Eyre
E-book
27,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział III

Przypominam sobie, że potem obudziłam się z uczuciem, jakby straszna zmora dręczyła mnie we śnie. Widziałam przed sobą okropny czerwony blask, popstrzony grubymi, czarnymi drągami, słyszałam głucho brzmiące głosy, jakby stłumione płynącą wodą albo wiatrem; wzburzenie, niepewność i górujące nad wszystkim przerażenie zmąciły moje zmysły. Niebawem poczułam, że ktoś mnie dotyka, że mnie podnosi i podtrzymuje w pozycji siedzącej, i to delikatniej, niż to kiedykolwiek czyniono ze mną. Oparłam głowę o poduszkę czy ramię i poczułam się lepiej.

Po pięciu minutach chmura otumanienia rozwiała się, wyraźnie zdałam sobie sprawę, że znajduję się we własnym łóżku i że ten czerwony blask to ogień na kominku w pokoju dziecinnym. Była noc, świeca paliła się na stole, Bessie stała w nogach łóżka z miednicą w rękach, a jakiś pan siedział na krześle koło mojej poduszki, pochylając się nade mną.

Poczułam niewymowną ulgę, uspokajającą pewność opieki i bezpieczeństwa, gdy się przekonałam, że w pokoju jest obcy człowiek, ktoś, kto nie należy do Gateshead ani nie jest krewnym pani Reed. Odwróciwszy się od Bessie (choć jej obecność nie była mi tak niemiła, jak byłaby, na przykład, obecność Abbot), przyjrzałam się twarzy tego pana. Poznałam go, był to pan Lloyd, aptekarz, wzywany niekiedy przez panią Reed, gdy zachorował ktoś ze służby; do siebie i dzieci wzywała doktora.

– No, proszę, kto ja jestem? – zapytał.

Wymówiłam jego nazwisko i równocześnie podałam mu rękę. Wziął ją uśmiechając się i powiedział:

– Pomaleńku przychodzimy do siebie.

Po czym ułożył mnie z powrotem i zapowiedział Bessie, że muszę mieć zupełny spokój w nocy. Dał jeszcze kilka wskazówek, zapowiedział, że zajrzy nazajutrz, i odszedł ku mojemu zmartwieniu; dopóki siedział przy moim łóżku, czułam się bezpiecznie, a gdy zamknął drzwi za sobą, cały pokój pociemniał i serce się we mnie ścisnęło, osiadł w nim niewymowny smutek.

– Czy panienka czuje, że będzie mogła zasnąć? – zapytała Bessie wcale łagodnie.

Zaledwie śmiałam jej odpowiedzieć, tak się bałam, że następne zdanie będzie brzmiało szorstko.

– Spróbuję.

– Czy nie chciałaby panienka napić się czego? A może by panienka co zjadła?

– Nie, dziękuję.

– Jeżeli tak, to ja się położę, bo to już po dwunastej, ale może mnie panienka zawołać, gdyby potrzebowała czego w nocy.

Co za zadziwiająca uprzejmość! Ośmieliło mnie to, więc zapytałam:

– Co się ze mną dzieje? Czy jestem chora?

– Zasłabła panienka, zdaje się, w czerwonym pokoju od płaczu, ale wkrótce z pewnością panienka wydobrzeje.

Bessie weszła do pokoju służącej, który znajdował się obok. Słyszałam, jak mówi:

– Saro, śpij ze mną w pokoju dziecinnym. Za nic w świecie nie chciałabym być sama z tym biednym dzieckiem dziś w nocy, a nuż umrze. To taka dziwna rzecz, że miała ten atak; ciekawa jestem, czy ona co zobaczyła. Pani była za surowa.

Bessie wróciła z Sarą, położyły się, szeptały z sobą przed zaśnięciem dobre pół godziny. Z urywków ich rozmowy, które mnie dolatywały aż nadto wyraźnie, dorozumieć się mogłam, o czym mówią.

– Coś koło niej przeszło, całe ubrane na biało, i znikło... Wielki czarny pies szedł za nim... Trzy głośne stuknięcia do drzwi pokoju... Światło na cmentarzu wprost nad jego grobem... itp., itp.

W końcu obie zasnęły. Ogień na kominku wygasł, świeca się wypaliła; długa wydała mi się ta noc strasznej bezsenności; oczy, uszy i umysł wyostrzał strach – taki strach, jaki dzieci tylko potrafią odczuwać.

Żadna poważna dłuższa choroba nie nastąpiła po tym wypadku w czerwonym pokoju, uległam tylko wtedy wstrząsowi nerwów, którego ślady odczuwam do dziś dnia. Tak, pani Reed, tobie zawdzięczam niektóre straszne męki duchowe, ale powinna bym ci wybaczyć, gdyż nie wiedziałaś, co czynisz; szarpiąc struny mego serca, sądziłaś, że tylko wykorzeniasz ze mnie złe skłonności.

Nazajutrz w południe, wstawszy i ubrawszy się, usiadłam otulona w szal przy kominku w pokoju dziecinnym. Fizycznie czułam się słaba i wyczerpana, ale więcej dokuczało mi to, że czułam się tak niewypowiedzianie nieszczęśliwa; tak nieszczęśliwa, że mi to wyciskało milczące łzy z oczu; ledwie jedną słoną kroplę otarłam z policzka, płynęła za nią druga. A jednak – myślałam – powinnam czuć się dobrze, gdyż żadnej z moich kuzynek nie ma w pobliżu. Wyjechały powozem z matką. I Abbot szyła w innym pokoju, a Bessie, krzątając się tu i tam, zbierając zabawki i porządkując w szufladach, przemawiała do mnie raz po raz niezwykle dobrotliwie. Taki stan rzeczy powinien był być dla mnie rajem, dla mnie, przyzwyczajonej do ciągłej besztaniny, do ciągłego komenderowania; w rzeczywistości moje rozstrojone nerwy były w takim stanie, że żaden spokój nie mógł ich uciszyć, żadna przyjemność nie była im miła.

Bessie zeszła do kuchni i przyniosła mi ciasteczko z owocami na barwnie malowanym porcelanowym talerzu. To malowidło na porcelanie, przedstawiające rajskiego ptaka otoczonego girlandą pączków różanych, było zawsze przedmiotem mojego najgorętszego podziwu. Często prosiłam, żeby mi pozwolono wziąć ten talerz do ręki, bym się dokładniej mogła przyjrzeć rysunkowi – nigdy jednak nie uważano mnie za godną tego przywileju. Ten cenny przedmiot umieszczono mi teraz na kolanach i zapraszano serdecznie, żebym zjadła delikatne ciasteczko. Daremna łaska! Przychodziła za późno, jak wiele innych upragnionych, a długo odwlekanych łask. Nie mogłam zjeść ciastka, a upierzenie ptaka i barwy kwiatów wydały mi się dziwnie wyblakłe; odsunęłam talerz i ciastko. Bessie zapytała, czy podać mi jaką książkę; słowo „książka” ożywiło mnie na razie, poprosiłam ją, żeby mi przyniosła z biblioteki „Podróże Guliwera”. Książkę tę czytałam wiele razy z rozkoszą. Uważałam ją za opowieść prawdziwą i więcej mnie zajmowała niż bajki o wróżkach i krasnoludkach. Co się tyczy krasnoludków, to ponieważ szukałam ich na próżno pod liśćmi łopianu i dzwonków, pod grzybami i w cieniu bluszczów osłaniających stare zakątki murów, pogodziłam się w końcu z tą smutną prawdą, że wszystkie one musiały opuścić Anglię i przenieść się gdzieś do dzikiego kraju, gdzie lasy są większe i gęstsze, a ludność nie tak liczna. Natomiast wierzyłam w istnienie krainy Liliputów i Brobdingnagów i nie wątpiłam, że kiedyś, odbywszy długą podróż, zobaczę na własne oczy te małe pólka, domki i drzewka, tych malusieńkich człowieczków, krowy, owce i ptaki jednego królestwa oraz zboża, wysokie jak lasy, olbrzymie psy, potworne koty, mężczyzn i kobiety jak wieże – drugiego kraju. Jednakże gdy dostałam teraz do rąk ten ulubiony tom, gdy zaczęłam przewracać jego karty, szukając w przedziwnych obrazkach tego uroku, który tam dotychczas zawsze znajdowałam – wszystko to wydało mi się niesamowite i straszne; olbrzymy były jakimiś ogromnymi upiorami, pigmejczycy – złośliwymi, przeraźliwymi chochlikami, Guliwer zaś był nieszczęsnym wędrowcem po strasznych i niebezpiecznych krainach.

Zamknęłam książkę, której nie śmiałam już dłużej oglądać, i położyłam ją na stole obok nietkniętego ciastka.

Bessie skończyła tymczasem ścierać kurze i porządkować w pokoju. Umywszy ręce, otworzyła małą szufladę, pełną resztek wspaniałych jedwabi i atłasów, i zaczęła fabrykować nowy kapelusz dla lalki Georgiany. Przy robocie śpiewała. Była to piosenka, która się zaczynała:

Kiedy szliśmy na wędrówkę

Dawno temu...

Ile razy dawniej słyszałam tę piosenkę, zawsze odczuwałam żywą przyjemność, gdyż Bessie miała miły głos, przynajmniej mnie się takim wydawał. Ale tym razem, chociaż głos jej ciągle był miły, odczułam w tej melodii niewysłowiony smutek. Chwilami, zajęta swoją robotą, śpiewała końcowy refren ciszej, mocno go zwalniając. ,,Dawno temu” brzmiało jak najsmutniejszy refren żałobnego hymnu. Zaczęła śpiewać inną balladę, tym razem naprawdę smutną.

Stopy mam obolałe i chwiejny mój krok,

A droga taka długa przez górskie wykroty;

Wkrótce spłynie na ścieżkę bezmiesięczny mrok

I noc zagubi ślady ubogiej sieroty.

O, czemuż mię wysłano w tę samotną dal,

Gdzie wrzos się jeno pleni od groty do groty?

Twarde są ludzkie serca i obcy im żal,

Anioł czuwał jedynie nad drogą sieroty.

Delikatny i ciepły owiewał mię wiatr

I gwiazdy z nieb mi słały blask senny i złoty,

Jak gdyby sam Bóg Ojciec w dobroci swej kładł

Spoczynek i nadzieję pod stopy sieroty.

Gdyby nawet pode mną miał zwalić się most

Czy błędny ognik zwiódł mię w toń ziejącą błotem –

Wiem, że mój Ojciec w niebie usłyszy mój głos

I przytuli do łona ubogą sierotę.

Wiem, że jest ktoś na niebie, kto doda mi sił,

Choć nie mam już do życia na ziemi ochoty,

Dziś niebo moim domem, gdy ziemię mrok skrył,

A Bóg jest przyjacielem ubogiej sieroty1.

– No, proszę, panno Jane, proszę nie płakać – powiedziała Bessie, skończywszy. Mogła równie dobrze powiedzieć ogniowi: ,,Nie pal się”. Lecz skądże ona mogła odgadnąć, jak bardzo cierpię? Przed południem przyszedł znowu pan Lloyd.

– Jak to? Wstaliśmy już? – zapytał, wchodząc. – Jakże, panno Bessie, czuje się nasza chora?

Bessie odpowiedziała, że czuję się bardzo dobrze.

– W takim razie powinna mieć weselszą minkę. Proszę tu przyjść, panno Jane. Panience na imię Jane, prawda?

– Tak, proszę pana, Jane Eyre.

– Otóż panienka płakała, czy może mi panienka powiedzieć dlaczego? Czy panienkę co boli?

– Nie, proszę pana.

– Ach! myślę, że ona płacze, ponieważ nie mogła wyjechać z panią powozem – wtrąciła Bessie.

 

– Z pewnością nie dlatego. Za duża jest na taką dziecinadę.

I ja to samo myślałam, a dotknięta w miłości własnej tym niesłusznym zarzutem odpowiedziałam czym prędzej:

– Nigdy w życiu dla czegoś podobnego nie płakałam, nie cierpię jeździć powozem. Płaczę, bo jestem nieszczęśliwa.

– O, wstydziłaby się panienka! – rzekła Bessie.

Poczciwy aptekarz zdawał się trochę zdziwiony. Stałam przed nim; przyglądał mi się długo. Miał małe siwe oczy, nie bardzo jasne, ale dziś nazwałabym je bystrymi; twarz jego o surowych rysach miała wyraz poczciwości. Przypatrzywszy mi się do woli, powiedział:

– Wskutek czego to panienka zachorowała?

– Upadła – rzekła Bessie, znów się wtrącając.

– Upadła! To znowu jak małe dzieciątko! Czy to ona nie umie chodzić w tym wieku? Musi mieć chyba z osiem albo dziewięć lat.

– Upadłam, bo mnie uderzono – dałam śmiałe wyjaśnienie, które wyrwała ze mnie znów boleśnie dotknięta duma. – Ale to nie od tego zachorowałam – dodałam, podczas gdy pan Lloyd zażywał niuch tabaki.

W chwili gdy wkładał tabakierkę z powrotem do kieszeni, odezwał się głośny dzwonek wzywający służbę na obiad. Pan Lloyd wiedział, co to znaczy.

– To na pannę – rzekł. – Proszę spokojnie iść na dół, ja tu tymczasem dam burę panience Jane.

Bessie byłaby wolała zostać, ale musiała pójść, gdyż punktualność w porze posiłków była surowo przestrzegana w Gateshead Hall.

– Więc nie upadek spowodował zasłabnięcie panienki, co zatem? – dopytywał pan Lloyd dalej po odejściu Bessie.

– Zamknięto mnie w pokoju, gdzie duch pokutuje, i trzymano nawet, kiedy się ściemniło.

Ujrzałam, że pan Lloyd uśmiecha się i równocześnie marszczy.

– Duch! No co, dzieciak z panienki, koniec końców. Boi się panienka duchów?

– Ducha pana Reeda boję się: umarł w tym pokoju, tam go wystawiono po śmierci; ani Bessie, ani nikt inny nie wejdzie tam za żadne skarby w nocy, i to było okrutne zamykać mnie tam samą bez świecy, to było tak okrutne, że myślę, iż tego nigdy nie zapomnę.

– Co znowu? I to dlatego tak się panienka czuje nieszczęśliwa? Boi się panienka teraz, za dnia?

– Nie, ale noc znów niedługo przyjdzie, a przy tym... ja jestem nieszczęśliwa... bardzo nieszczęśliwa z innego powodu.

– Z innego powodu? Czy może mi panienka powiedzieć z jakiego?

Jak bardzo pragnęłam odpowiedzieć wyczerpująco na to pytanie! Jak trudno mi było ułożyć odpowiedź! Dzieci umieją czuć, ale nie umieją analizować swoich uczuć; a jeżeli nawet dokonują częściowo analizy w myśli, nie umieją rezultatu wyrazić słowami. Obawiając się jednak stracić tę pierwszą i jedyną sposobność ulżenia swemu zmartwieniu przez wypowiedzenie go, zdołałam, po kłopotliwym milczeniu, ująć je w szczupłą, ale szczerą odpowiedź:

– Przede wszystkim nie mam ani ojca, ani matki, ani sióstr, ani braci.

– Ma panienka dobrą wujenkę i kuzynków.

Milczałam znowu, a potem wybuchnęłam:

– Ale to John Reed tak mnie uderzył, że upadłam, a wujenka zamknęła mnie w czerwonym pokoju.

Pan Lloyd po raz drugi wyciągnął tabakierkę.

– Czy nie uważa panna Jane, że Gateshead Hall to bardzo piękny dom? – zapytał. – Czy nie jest panienka z tego rada, że może mieszkać w tak pięknym domu?

– To nie mój dom, proszę pana, a Abbot powiada, że mam mniej prawa być tutaj niż służąca.

– Co tam! Panienka nie jest chyba tak nierozsądna, żeby prag-nęła opuścić taki wspaniały dom.

– Gdybym miała dokąd pójść, opuściłabym go chętnie. Ale ja nigdy nie będę mogła wydostać się z Gateshead, dopóki nie będę dorosłą kobietą.

– A może by panienka mogła, kto wie? Czy panienka ma jakich krewnych oprócz pani Reed?

– Zdaje mi się, że nie, proszę pana.

– Żadnych ze strony ojca?

– Nie wiem. Pytałam raz wujenki, odpowiedziała, że może i mam jakichś biednych, niskiej kondycji krewnych nazwiskiem Eyre, ale ona nic o nich nie wie.

– A gdyby panienka miała takich krewnych, czy chciałaby panienka udać się do nich?

Namyślałam się. Bieda ma pozór straszny dla ludzi dorosłych, tym bardziej dla dzieci; nie mają one pojęcia o pracowitej, pilnej, przyzwoitej niezamożności; dla nich wyraz ,,bieda” wiąże się z łachmanami, głodem, kominkiem bez ognia, szorstkim obejściem i niskimi nałogami; dla mnie ,,bieda” oznaczała poniżenie.

– Nie, nie chciałabym należeć do ludzi biednych – odpowiedziałam.

– Nawet gdyby byli dobrzy dla ciebie?

Potrząsnęłam głową: nie mogłam zrozumieć, jakim sposobem ludzie biedni mogą być dobrzy; nauczyć się mówić jak oni, nabrać ich manier, być niewykształconą, wyrosnąć na podobieństwo jednej z tych biednych kobiet, jakie widywałam niekiedy, gdy karmiły dzieci albo prały ubrania przed drzwiami chat we wsi Gateshead; nie, nie miałam w sobie dosyć bohaterstwa, by chcieć kupić wolność za cenę wyjścia ze swej sfery.

– Ale czyż krewni panienki są aż tak bardzo biedni? Czy to są robotnicy?

– Nie wiem. Wujenka Reed powiedziała, że jeżeli mam jakich, to muszą być żebraczą hołotą, a ja bym nie chciała chodzić po żebraninie.

– Czy chciałaby panienka pójść do szkoły?

Znowu zaczęłam się namyślać, niewiele wiedziałam, czym jest szkoła. Bessie niekiedy mówiła o szkole jako o miejscu, gdzie panienki za karę sadzano w dybach, gdzie im zawieszano tablice na piersiach i gdzie wymagano od nich nadzwyczajnej dystynkcji i dokładności we wszystkim. John Reed nie cierpiał swojej szkoły i wygadywał na nauczyciela; jednak gusta Johna Reeda nie były dla mnie prawem, a jeżeli opowiadania Bessie o rygorze w szkole (słyszała o tym od panienek tej rodziny, w której przebywała, zanim przybyła do Gateshead) wzbudzały we mnie pewien strach, to szczegóły o rozmaitych umiejętnościach, nabytych przez te same panienki, nęciły mnie wielce. Wychwalała piękne widoki i kwiaty malowane przez nie, piosenki, które umiały śpiewać, i utwory, które umiały grać; opowiadała o sakiewkach, które umiały robić szydełkiem, o francuskich książkach, które umiały tłumaczyć. Słuchając tego, miałam ochotę współzawodniczyć z nimi. A przy tym szkoła byłaby całkowitą odmianą; łączyła się z nią długa podróż, zupełne rozstanie z Gateshead, przejście do nowego życia.

– Tak, chciałabym pójść do szkoły – brzmiała odpowiedź, głośny wynik moich rozmyślań.

– No, no, nie wiadomo, co się stać może – powiedział pan Lloyd, wstając. – Dziecku potrzeba zmiany powietrza i otoczenia – dodał mówiąc do siebie – nerwy w nieszczególnym stanie.

Bessie powróciła; równocześnie rozległ się turkot powozu po wysypanej żwirem drodze.

– Czy to wasza pani przyjechała, panno Bessie? – zapytał pan Lloyd. – Chciałbym pomówić z nią, zanim odejdę.

Bessie poprosiła pana Lloyda do pokoju śniadaniowego i wyszła pierwsza, by wskazać mu drogę. W rozmowie, która nastąpiła teraz, wnosząc z tego, co zaszło później, pan aptekarz odważył się poradzić, by mnie odesłano do szkoły. Rada ta niewątpliwie była chętnie przyjęta, gdyż jak powiedziała Abbot, omawiając tę sprawę z Bessie, podczas gdy szyły pewnego wieczora w dziecinnym pokoju, a ja leżałam już w łóżku i one myślały, że śpię: ,,Pani byłaby, zdaje mi się, kontenta pozbyć się takiego nudnego, niemiłego dziecka, które zawsze wszystkich szpieguje i jakieś tam intrygi po cichu obmyśla”. Abbot widocznie poczytywała mnie za jakiegoś dziecinnego Guya Fawkesa2.

Przy sposobności dowiedziałam się po raz pierwszy z tego, co Abbot opowiadała Bessie, że ojciec mój był niezamożnym duchownym; że matka wyszła za niego wbrew woli rodziny, która uważała tę partię za nieodpowiednią dla niej; że mój dziadek Reed tak się rozgniewał tym jej nieposłuszeństwem, iż wydziedziczył ją i nie dał ani szylinga; że po roku małżeństwa ojciec zaraził się podczas epidemii tyfusu, odwiedzając biednych w wielkim fabrycznym mieście, gdzie leżała jego parafia; że matka zaraziła się od niego i oboje zmarli, jedno w miesiąc po drugim.

Słysząc to opowiadanie, Bessie westchnęła i powiedziała:

– Biedna panna Jane też jest godna litości, Abbot!

– Tak, zapewne – odpowiedziała Abbot – gdyby to było miłe, ładne dziecko, można by współczuć z jej sieroctwem; ale doprawdy nie można lubić takiej małej ropuchy jak ona.

– Nie można jej bardzo lubić, przyznaję – zgodziła się Bessie – w każdym razie taka piękność jak panna Georgiana byłaby bardziej wzruszająca w tym samym położeniu.

– Tak, ja przepadam za panną Georgianą! – zawołała Abbot z zapałem. – Ślicznotka kochana!... z długimi lokami, niebieskimi oczami i tymi ślicznymi rumieńczykami jak malowanie!... Zjadłabym grzanki z serem na kolację, Bessie.

– I ja też, z przyrumienioną cebulką. No, chodźmy na dół.

I poszły.

1 Przełożył Włodzimierz Lewik.

2 Guy Fawkes (1570–1606) – przywódca ,,spisku prochowego”; zamierzał wysadzić w powietrze gmach Parlamentu angielskiego, podczas gdy przebywali tam król i posłowie; skazany na karę śmierci.

Rozdział IV

Rozmowa moja z panem Lloydem i to, co usłyszałam z rozmowy między Bessie a Abbot, dodały mi dostatecznego bodźca, by pragnąć powrotu do zdrowia; zdawało się, że nadchodzi jakaś zmiana, pragnęłam jej i oczekiwałam w milczeniu. Odwlekało się to jednak, dni i tygodnie mijały. Odzyskałam zdrowie, ale nie było żadnej wzmianki o sprawie, która mnie tak interesowała. Pani Reed przyglądała mi się czasem surowym okiem, ale rzadko do mnie przemawiała. Od czasu mojej choroby akcentowała silniej przedział pomiędzy mną a własnymi dziećmi. Wyznaczyła dla mnie małą komóreczkę, gdzie sypiałam sama, kazała mi osobno jadać i przebywać stale w pokoju dziecinnym, gdy kuzynki bawiły ciągle w salonie. Ani słowem jednak nie wspomniała o sprawie posłania mnie do szkoły; pomimo to odczuwałam instynktowną pewność, że już niedługo będzie mnie znosić pod wspólnym dachem, gdyż jej spojrzenia, zwracane ku mnie, wyrażały teraz więcej niż kiedykolwiek nieopanowaną i głęboką odrazę.

Eliza i Georgiana, widocznie stosując się do rozkazów, mówiły do mnie możliwie jak najmniej; John naigrawał się ze mnie, ile razy mnie zobaczył, a raz nawet spróbował mnie zbić; ponieważ jednak natychmiast stanęłam w pozycji obronnej, poruszona tym samym uczuciem gniewu i rozpaczliwego buntu, jaki mnie był poniósł poprzednio, uważał, że lepiej dać spokój, i uciekł, wymyślając mi i zaklinając się, że mu rozbiłam nos. Istotnie wymierzyłam w ten wystający punkt cios niezgorszy, a widząc, że go poskromiłam tym uderzeniem czy też wyrazem twarzy, miałam wielką ochotę dopełnić miary zwycięstwa; on jednakże już zdążył schronić się pod skrzydła swojej mamusi. Słyszałam, jak płaczliwym głosem zaczął opowiadać, że ,,ta szkaradna Jane rzuciła się jak wściekła kotka...”. Matka przerwała mu ostro:

– Nie mów mi o niej, kochanie. Powiedziałam wam, że macie się do niej nie zbliżać; ona nie jest tego godna, nie chcę, ażebyście się z nią zadawali, ani ty, ani twoje siostry.

Wtedy, przechylając się przez poręcz schodów, zawołałam nagle, wcale się nad moimi słowami nie zastanowiwszy:

– To oni nie są godni zadawać się ze mną!

Pani Reed była osobą raczej tęgą, ale usłyszawszy to dziwne i zuchwałe oświadczenie, wbiegła lekko na schody, jak wicher porwała mnie i zaciągnęła do pokoju dziecinnego; rzuciwszy mnie na brzeg mego łóżka, z całym naciskiem zapowiedziała:

– Żebyś mi nie śmiała ruszyć się stąd i słowa jednego wymówić do końca dnia!

– Co by na to wuj Reed powiedział, gdyby żył? – zapytałam prawie mimo woli. Mówię: ,,prawie mimo woli”, gdyż język mój wymawiał wyrazy bez zgody mojej woli; mówiło przeze mnie coś, nad czym nie panowałam.

– Co? – powiedziała pani Reed głosem ściszonym; jej zwykle spokojne, zimne siwe oczy zamąciły się jak gdyby wyrazem lęku; puściła moje ramię i patrzyła na mnie, jakby w istocie nie wiedziała, czy ma przed sobą dziecko, czy szatana. Ale ja już wzięłam na kieł.

– Wuj Reed jest w niebie i stamtąd może widzieć wszystko, co wujenka robi i myśli; i mój tatuś, i moja mama też, oni widzą, że wujenka mnie całymi dniami zamyka i życzy sobie, żebym umarła.

Pani Reed opanowała się niebawem: wytrzęsła mnie z całej siły, wytargała za uszy i nie mówiąc słowa, wyszła. Bessie następnie wygłosiła mi godzinne kazanie, w którym dowodziła niezbicie, że jestem najniegodziwszym, najniepoczciwszym dzieckiem, jakie się kiedykolwiek uchowało. Uwierzyłam jej w połowie, gdyż czułam istotnie, że tylko złe, gniewne uczucia kotłują w mej duszy.

 

Minął listopad, grudzień i połowa stycznia. Boże Narodzenie i Nowy Rok obchodzono w Gateshead jak zwykle radośnie i uroczyście; wymieniano nawzajem podarki, wydawano obiady i przyjęcia wieczorne. Ze wszystkich tych uciech byłam, naturalnie, wyłączona i mój udział w tych wesołościach polegał na przypatrywaniu się, jak strojono Elizę i Georgianę, jak potem schodziły do salonu ubrane w lekkie muślinowe sukienki i szkarłatne szarfy, z włosami ufryzowanymi starannie w loki; a później na przysłuchiwaniu się płynącym z dołu dźwiękom fortepianu i harfy, na przypatrywaniu się, jak tam i na powrót krążyli lokaje, jak dźwięczało szkło i porcelana, gdy roznoszono zakąski, a ile razy otwierano drzwi salonu, dolatywał zmieszany gwar rozmów. Zmęczywszy się tym zajęciem, wracałam ze schodów do pustego i cichego dziecinnego pokoju; tam, chociaż trochę smutna, nigdy nie czułam się nieszczęśliwa. Prawdę powiedziawszy, nie miałam najmniejszej ochoty iść pomiędzy gości, gdyż w towarzystwie rzadko na mnie zwracano uwagę, i gdyby tylko Bessie była dobra i towarzysko usposobiona, uważałabym za prawdziwą przyjemność spędzać wieczory z nią, zamiast pod groźnym okiem pani Reed w salonie pełnym pań i panów. Jednakże Bessie, skoro tylko ubrała swoje panienki, zwykła była przenosić się w bardziej ożywione sfery kuchni i do pokoju gospodyni, zazwyczaj i świecę zabierając z sobą. Wtedy, dopóki ogień nie przygasł, siedziałam z lalką na kolanach, oglądając się raz po raz dokoła, by się przekonać, czy coś gorszego ode mnie nie pokutuje w tym mrocznym pokoju; a gdy już głownie nabierały ciemnoczerwonego koloru, rozbierałam się prędko, szarpiąc, jak umiałam, węzły i tasiemki, i chroniłam się przed zimnem i ciemnością do łóżeczka. Do tego łóżeczka zabierałam zawsze swoją lalkę. Istota ludzka musi coś kochać, a ja w braku godniejszych kochania przedmiotów znajdowałam przyjemność w kochaniu i pieszczeniu tej wyblakłej podobizny człowieka, lichej i źle ubranej jak miniaturowy strach na wróble. Zastanawia mnie to, gdy sobie przypominam, jak niedorzecznie a szczerze rozpływałam się nad tą zabaweczką, wyobrażając sobie, że ona żyje i zdolna jest odczuwać. Nie byłabym mogła usnąć, nie otuliwszy jej wpierw swoją nocną koszulką, a gdy leżała przy mnie bezpieczna i ciepła, czułam się stosunkowo dobrze, wierząc, że i ona również czuje się dobrze.

Dłużyły mi się godziny oczekiwania na odjazd gości. Nadsłuchiwałam odgłosu kroków Bessie na schodach; niekiedy przychodziła to po naparstek, to po nożyczki, czasami przynosiła coś na kolację – jakąś bułeczkę albo ciastko z serem, wtedy siedziała na łóżku, podczas gdy jadłam, a gdy skończyłam, otulała mnie szczelnie kocami, pocałowała mnie nawet dwa razy i powiedziała: ,,Dobranoc, panno Jane”. Gdy była taka miła i łagodna, wydawała mi się najlepszą, najładniejszą, najpoczciwszą w świecie istotą i tylko jak najgoręcej pragnęłam, żeby zawsze była taka miła i dobra, a nie popychała mnie, nie burczała na mnie, nie stawiała mi nierozsądnych żądań, co aż nazbyt często robiła.

Bessie Lee była, jak sądzę, zdolną z natury dziewczyną, gdyż wszystko robiła składnie i ładnie i miała wybitny dar opowiadania, tak mi się przynajmniej zdaje, sądząc z wrażenia, jakie wywierały na mnie jej bajki. I ładna była przy tym, jeżeli dobrze pamiętam jej twarz i figurę. Przypominam ją sobie jako młodą dziewczynę, wiotką, o czarnych włosach, ciemnych oczach, bardzo ładnych rysach i świeżej, jasnej cerze; ale miała usposobienie kapryśne i porywcze i niezbyt gruntowne pojęcie o zasadach i sprawiedliwości; pomimo to wolałam ją niż wszystkich innych mieszkańców Gateshead Hall.

Działo się to piętnastego stycznia, około godziny dziewiątej rano. Bessie zeszła na dół na śniadanie; kuzynek moich jeszcze nie zawołano do matki. Eliza wkładała kapelusz i ciepły płaszcz ogrodowy, by pójść nakarmić swój drób; zajęcie, za którym przepadała, nie mniej przepadając za sprzedawaniem jaj gospodyni i gromadzeniem otrzymanych tą drogą pieniędzy. Miała ona żyłkę kupiecką i wybitną skłonność do oszczędzania; dowodem tego było nie tylko sprzedawanie jaj i kurcząt, ale też sprzedawanie ogrodnikowi za drogie pieniądze cebulek i nasion kwiatowych, i ciętych kwiatów; ogrodnikowi nakazała pani Reed kupować od panienki wszelkie produkty jej ogródka, jakie by tylko sprzedać pragnęła. Eliza zaś sprzedałaby włosy z głowy, gdyby tylko mogła na tym porządnie zarobić. Pieniądze chowała początkowo w rozmaitych kątach, zawinięte w gałganek albo w stare papierki od papilotów; ponieważ jednak niektóre z tych skarbów odkryła pokojowa, Eliza w obawie, żeby nie stracić reszty, zgodziła się powierzyć je matce na lichwiarski procent, jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt od sta; te procenty wyciągała co kwartał, z największą skrupulatnością prowadząc rachunki w książeczce.

Georgiana siedziała na wysokim krześle, czesząc włosy przed lustrem i przetykając loki sztucznymi kwiatami i wyblakłymi piórami, których zapas znalazła w jakiejś szufladzie na strychu. Ja słałam swoje łóżko, otrzymawszy wyraźny rozkaz od Bessie, bym je doprowadziła do porządku, zanim ona powróci (Bessie bowiem często teraz używała mnie do czynności służby w pokoju dziecinnym, do porządkowania, odkurzania krzeseł itp.). Złożywszy nocną bieliznę i zaścieliwszy kapę, podeszłam do okna, chcąc ułożyć niektóre rozrzucone tam książki z obrazkami i mebelki z pokoju lalek; zatrzymał mnie nagły rozkaz Georgiany, żeby nie ruszać jej zabawek (bo malutkie krzesełka i lustra, talerzyki i filiżaneczki do zabawy były jej własnością). Wtedy, nie mając nic lepszego do roboty, zaczęłam chuchać na zamarzłą w kwiaty szybę, by tym sposobem odczyścić kawałek szkła i móc wyjrzeć na świat, gdzie wszystko było takie ciche i stężałe pod wpływem silnego mrozu.

Z okna widać było niszę portiera i podjazd; właśnie też w chwili gdy rozpuściłam tyle tych srebrnobiałych liści zasłaniających szybę, że można było wyjrzeć, zobaczyłam otwierającą się bramę i jakiś wjeżdżający powóz. Obojętnie przyglądałam się powozowi podjeżdżającemu przed dom; ekwipaże często przyjeżdżały do Gateshead, ale nigdy żaden nie przywiózł gości, którzy by mnie interesowali; powóz zajechał przed dom i stanął; odezwał się głośny dzwonek, gość został wpuszczony.

Ponieważ to wszystko niczym było dla mnie, zwróciłam uwagę na coś ciekawszego, na małą, głodną raszkę, która nadleciała i ćwierkała na gałęziach bezlistnej czereśni, przywiązanej do muru pod oknem. Reszta mojego śniadania, składającego się z bułki i mleka, stała na stole; rozkruszywszy kawałek bułki, starałam się właśnie otworzyć okno, ażeby wysypać okruszyny, gdy Bessie wpadła pędem do dziecinnego pokoju.

– Panno Jane, proszę zdjąć fartuszek. Co tam panienka robi? Czy panienka umyła dziś rano twarz i ręce?

Szarpnęłam oknem raz jeszcze, zanim odpowiedziałam, gdyż chciałam, żeby ptaszek dostał pożywienie; okno puściło, a ja wysypałam okruszyny trochę na kamienny parapet, a trochę na gałęzie czereśni, po czym zamykając okno, odpowiedziałam:

– Nie, Bessie, ja dopiero w tej chwili skończyłam ścierać kurze.

– Nieznośne, niedbałe dziecko! A cóż to panienka robi tam teraz? Cała czerwona, z pewnością jakaś psota była w robocie. Po co było otwierać okno?

Nie potrzebowałam się silić na odpowiedź, gdyż Bessie widocznie za bardzo się spieszyła, by czekać na wyjaśnienia; pociągnęła mnie do umywalni, niemiłosiernie, choć na szczęście prędko, wyszorowała mi twarz i ręce wodą, mydłem, wytarła grubym ręcznikiem, wyszczotkowała głowę ostrą szczotką, zdjęła ze mnie fartuszek i wyprowadziwszy mnie szybko na schody, kazała natychmiast zejść na dół i stawić się w saloniku.

Miałam ochotę zapytać, kto się ze mną chce widzieć, miałam ochotę zapytać, czy tam jest pani Reed, ale Bessie już odeszła i zamknęła za sobą drzwi dziecinnego pokoju. Z wolna schodziłam ze schodów. Od trzech miesięcy prawie nie byłam nigdy wzywana przed oblicze pani Reed; dla mnie, skazanej tak długo na pokój dziecinny, jadalnia oraz salon stały się jakąś straszną strefą, do której bałam się wkraczać.

Stałam teraz w pustym hallu, przede mną były drzwi saloniku, a ja zatrzymałam się onieśmielona i drżąca. Co za biednego, małego tchórza uczynił ze mnie w owych czasach strach, zrodzony z niesprawiedliwej kary! Lękałam się wracać do dziecinnego pokoju, lękałam się iść naprzód i wejść do saloniku; z dziesięć minut tak stałam, wahając się, wzruszona; gwałtowne dzwonienie z saloniku zdecydowało: muszę wejść.