Cel

Tekst
Z serii: Off-Campus #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 8
Tucker

— Dajemy dupy — ubolewa Hollis.

— Fakt. Nie wymiatamy — przyznaję mu rację.

Dzisiejszy trening okazał się kolejną porażką, co nie wróży dobrze przed jutrzejszym meczem z Yale. Miałem nadzieję, że jazda do Bostonu odciągnie naszą uwagę od fatalnej gry, ale siedzimy w tej knajpie od prawie godziny i jak dotąd nawijamy jedynie o hokeju. Mecz Bruinsów wyświetlany na monitorach rozsianych dookoła wcale nie pomaga — oglądanie dobrej drużyny grającej w hokeja to jedynie lukier na torcie z gówna.

Spoglądam na pustą butelkę piwa, a potem macham w powietrzu, by przywołać kelnerkę. Będę potrzebował jeszcze z pięciu dolewek, jeśli mam poprawić sobie ten ponury nastrój.

Hollis nadal marudzi u mojego boku.

— Jeśli nie zaczniemy grać w obronie, możemy się pożegnać z szansami na kolejne Frozen Four.

— To długi sezon. Nie stawiajmy jeszcze krzyżyka — stwierdza Fitzy siedzący po przeciwnej stronie stołu. Popija colę, bo dziś wieczorem robi za naszego kierowcę.

— Chłopaki, będziecie truć o hokeju przez całą noc? — narzeka Brody, brat Hollisa. Facet ma dwadzieścia pięć lat, ale z gładko ogoloną twarzą i czapką Red Sox założoną tył na przód wygląda o wiele młodziej.

— A o czym innym mielibyśmy tu gadać? Trafiliśmy na zjazd penisów. — Hollis rzuca serwetką w brata.

Fakt. W całej knajpie urzędują tylko dwie kobiety. Są w naszym wieku, seksowne jak cholera, ale tak się składa, że siedzą w boksie i liżą się jak szalone. Dziewięćdziesiąt pięć procent mężczyzn obecnych na sali, mnie nie wyłączając, zdążyło rzucić niejedno ukradkowe spojrzenie na te przyssane do siebie laski. A pozostałe pięć procent przyssane jest do siebie.

— Dobra, frajerzy. — Brody wzdycha z przesadą. — Nie podoba się wam to miejsce? To spadamy.

— Gdzie? — dopytuje braciszek.

— Tam, gdzie są dziewczyny.

— Pełna zgoda.

Trzy minuty później wskakujemy do samochodu Fitzy’ego i podążamy przez miasto za audi Brody’ego.

— Niezła bryka — zauważam, wskazując na błyszczący srebrny samochód przed nami.

— Wynajęta — informuje mnie Hollis. — Mój braciszek lubi się zgrywać na wielką szychę, którą tak naprawdę nie jest.

— Reeeetyyy — siedzący na miejscu kierowcy Fitzy przeciąga samogłoski. — Skąd ja to znam?

W odpowiedzi od kumpla z drużyny widzi środkowy palec.

— Koleś. Większa ze mnie szycha niż twój pedziowaty tyłek. Nawet się nie bzyknąłeś w swoje urodziny w tym tygodniu.

— Wcale nie szukałem okazji do bzykania. Możesz mi wierzyć, że gdyby tak było, to byś mnie nawet nie zobaczył tamtego wieczoru.

— I tak prawie cię nie widzieliśmy! Szybko zmyłeś się do chaty, by grać w gry wideo!

— By przetestować grę, którą sam zaprojektowałem — poprawia go. — Jakoś nie zauważyłem, byś sam robił cokolwiek produktywnego z czasem.

— A właśnie, że machanie moim berłem jest niezwykle produktywne, dziękuję ci bardzo.

Skrywam uśmiech. Nie bardzo ogarniam, jak tych dwóch kolesi może się tak przyjaźnić. Hollis to pyskaty gościu z jedną tylko rzeczą w głowie — laski. Fitzy zaś jest poważny i zasadniczy z jedną tylko rzeczą w głowie — granie. A właściwie może i z dwoma rzeczami, biorąc pod uwagę, jak bardzo lubi się tatuować. Jakoś udaje im się żyć w przyjacielskiej komitywie, choć wydaje się, że głównie dzięki nieustannym spięciom i machaniu środkowym palcem.

Wjeżdżamy na żwirkowy podjazd i parkujemy obok Brody’ego. Jego samochód nie odstaje od innych wozów, ale do baru też nie pasuje. Neonowy znak nad nijakim budynkiem oznajmia świetliście nazwę Boots & Chutes, umiejscowioną pod półnagą dziewczyną ujeżdżającą byka.

Hollis gapi się na znak.

— Serio? Striptizerski bar à la Dziki Zachód w Bostonie? Przecież to totalna klapa. — Wygląda tak, jakby chciał przyłożyć bratu.

— Ale z ciebie miss Mary Sunshine. — Brody zarzuca ramię na plecy Hollisa i macha, byśmy podeszli bliżej. — Dzieci chciały cipek, to proszę bardzo.

— Czy właśnie tak wygląda życie po uniwerku? Za cipki trzeba płacić? — Hollis zwiesza głowę. — Nigdy nie opuszczę Briar, brachu. Nigdy.

Chichoczę.

— Hej, pomyśl tylko o tych wszystkich resztkach w hokejowych fanklubach, do których będziesz miał dostęp, kiedy Garrett albo Logan przejdą na zawodowstwo.

Natychmiast się ożywia.

— Słuszna uwaga. I zobacz — wskazuje na znak — teraz i ty możesz zostać w Bostonie. Po cholerę wracać do Teksasu, skoro masz tu kowbojki pod nosem?

— Kuszące — odpowiadam oschle — ale myślę, że będę się trzymał pierwotnego planu.

Po absolutorium wracam do Patterson. Chyba że mamie nagle zachce się przeprowadzki na Wschodnie Wybrzeże. Nie jestem pewien, czy nasze małe miasteczko jest dobrym miejscem na rozkręcenie biznesu, ale zawsze mógłbym spróbować otworzyć coś w Dallas i wracać do domu na weekendy. Mama poświęciła mnóstwo, bym dotarł tu, gdzie jestem, i nie zostawię jej samej.

Striptizerski klub cuchnie potem, dymem i desperacją. Na czele naszej grupy brat Hollisa wciska coś w dłonie bramkarza i odbywają krótką rozmowę.

— Żadnego dotykania. Prywatne tańce zaczynają się od pięciu dolców. — Przywołuje kelnerkę. — Pierwszy rząd, stolik przed sceną — oznajmia jej.

Wszyscy zaczynają się ruszać.

Wszyscy oprócz mnie.

— Jakiś problem?

Ostry głos bramkarza wprawia mnie w ruch.

— Nie — odpowiadam beztrosko.

Ale w pewnym sensie tak. Bo faktycznie mam duży problem. Kurewsko wielgachny problem.

Ponieważ pod grubą kreską eyelinera i utapirowanymi włosami rozpoznaję kelnerkę. Do diabła, moje dłonie i usta wędrowały wszędzie po tej wyeksponowanej skórze.

Zaskoczone spojrzenie Sabriny krzyżuje się z moim. Widzę, nagle blednie i wszelkie kolory znikają z jej twarzy, co mówi wiele, ponieważ nie szczędziła sobie różu przy nakładaniu makijażu.

— Tędy proszę — mamrocze. Okręca się ze świstem ciemnych włosów, ale udaje mi się dostrzec błysk ostrzeżenia w jej oczach. Zrozumiałem. Nie chce, żebym powiedział chłopakom, że się znamy. Trudno się dziwić. Ta sytuacja musi być dla niej cholernie niezręczna.

— Co za laski tu pracują? — mówi Hollis, obrzucając pożądliwym spojrzeniem niesamowity tyłek Sabriny, ledwie przykryty maleńkimi szortami.

— Seksowne — odpowiada oschle Fitzy.

To delikatne ujęcie tematu. Dziewczyny są bardziej niż seksowne. Są zajebiste. Źródło: moje oczy.

Wysokie, niskie, o bujnych kształtach. Jasne, ciemne i wszystko pomiędzy. Ale moje spojrzenie nieustannie wraca do Sabriny, jakby było przymocowane do niewidzialnego sznurka kontrolowanego jej perfekcyjnym tyłkiem.

— Odwołuję każdą jedną niefajną rzecz, którą powiedziałem o kowbojkach na parkingu. Każda z tych lasek może się na mnie przejechać.

Krew krzepnie mi w żyłach. Nie podoba mi się wizja Hollisa — albo któregokolwiek z tych kolesi tutaj — bycia ujeżdżanym przez Sabrinę. Ona jest moja.

— Wszystko okej? — pyta Fitzy. — Wyglądasz na wkurzonego.

Wciągam powietrze.

— Tak, przepraszam. Myślałem o drużynie.

Kupuje to.

— Jest o co się wkurzać. Chodź. Napijmy się i zapomnijmy o hokeju.

Potakuję w zamyśleniu, zbyt zauroczony widokiem Sabriny od tyłu. Jej plecy są niemal nagie z wyjątkiem jednego marnego paska, który wygląda tak, jakby miał się rozwiązać, gdybym tylko dmuchnął. Moje spojrzenie opada niżej, chłonę idealne wgłębienie jej kręgosłupa kończące się na szczycie czarnych satynowych spodenek.

Nim docieramy do sceny, mój fiut staje do połowy, co jest kurewsko żenujące. Wzwód od samego widoku tyłka dziewczyny nie zdarzył mi się od czasów liceum.

Podnoszę wzrok w ostatniej chwili, by nie zderzyć się ze stolikiem pełnym chłopaków należących do braterstwa. Jeden z nich sięga dłonią, by klepnąć Sabrinę w tyłek, gdy przechodzi obok.

Przeszywa mnie uczucie wściekłości. Pcham się do przodu, ale ochroniarz siedzący przy scenie dopada gnojka, zanim ja to robię.

— Żadnego dotykania, dupku. — Stawia ubranego w koszulkę polo dzieciaka na nogi. — Idziemy.

— Hej, przepraszam — protestuje dupek. — To był odruch.

Ale ochroniarz go nie słucha i chłopak zostaje wyprowadzony. Jego kumple tylko odprowadzają go wzrokiem.

Hollis się szczerzy.

— Surowe jebaki na pokładzie.

— Potrzebujemy tego kolesia w drużynie — zauważa Fizzy.

— Święta prawda.

Sabrina wyciąga dłoń.

— Co wam podać, chłopcy? — Jej głos z ledwością przebija się przez głośny taneczny beat ryczący w klubie.

— Jakiekolwiek piwo z beczki. — Utrzymuję wzrok nad jej brodą, co jest wielkim wyczynem.

Widzę nieszczęście zalewające jej twarz. Nie trzeba być żadnym geniuszem, by zreflektować się, że jest zawstydzona i nie wiem, jak jej powiedzieć, że to, gdzie pracuje, nie ma dla mnie żadnego znaczenia.

Brody zwala się na krzesło obok mojego. Opiera przedramiona na stole i pochyla do przodu, by pogapić się na półnagą kobietę tańczącą półtora metra od nas. Wysoka rudowłosa tancerka jest w trakcie strząsania z siebie stringów i zostaje jedynie w skórzanym pasie dookoła talii i dwoma fałszywymi pistoletami.

— A dla ciebie?

Brat Hollisa odrywa spojrzenie od nagiej kowbojki i spogląda na Sabrinę.

— Whisky, czysta.

— Zaraz wracam.

— Dzięki, dziecinko.

Sabrina znika z wymuszonym uśmiechem i jakoś udaje mi się nie rzucić na Brody’ego. Ona nie jest jego dziecinką. Jeśli nazwie ją tak jeszcze raz, nie jestem pewien, czy będę w stanie powstrzymać się przed stłuczeniem go na kwaśne jabłko.

 

— Wygląda znajomo — Hollis wydziera mi się do ucha. — Ta kelnerka. Prawda?

Wzruszam ramionami.

— Nie wiem.

Fitzy odwraca się, by się jej przyjrzeć, gdy pochyla się nad pobliskim stolikiem, przyjmując zamówienia.

— Podobna trochę do Olivii Munn?

— Ale gdzie tam. Jest milion razy seksowniejsza — obwieszcza Hollis. Potem wzrusza ramionami. — Nieważne, może wcale jej nie znam.

Jego brat się szczerzy.

— Zapytam ją później, czemu wygląda ci znajomo. Wiesz, jak już wyląduje przede mną na kolanach.

Zaciskam pięści na udach. Muszę, bo inaczej przerobię brata Hollisa na mielone mięso, a wtedy Hollis się wkurzy. Lubię Hollisa.

Na szczęście Brody decyduje się przestać być mendą, jakby na jakimś poziomie podświadomości dotarło do niego, że byłem o krok od zamordowania go. Odwraca się do mnie.

— Mikey wspominał, że planujesz otworzyć własny biznes?

Potakuję.

— Taki mam plan.

— Coś konkretnego?

— Na razie analizuję kilka opcji, ale jeszcze na nic się nie zdecydowałem. Byłem skupiony na hokeju.

— No tak, rozumie się.

— Ale jak tylko skończę naukę, ocenię moje plany.

— Jeśli będziesz potrzebował pomocy, daj znać. Mam kilka polis z nowymi możliwościami zawodowymi. Na zupełny początek działalności. Nie wiem, ile masz kasy, ale te możliwości inwestycji nie są powszechnie dostępne. Jednego dnia pakujesz w interes parę stówek, a trzy lata później jesteś bilionerem, gdy twoje udziały wykupuje Facebook. — Strzela palcami, jakby to było aż tak łatwe.

— Brzmi interesująco. Może zadzwonię do ciebie, kiedy będę gotów na podjęcie konkretnych decyzji. — Ponownie kiwam głową, ale tak naprawdę nie mam zamiaru dzwonić do Brody’ego Hollisa, żeby się radzić w sprawie inwestycji. Nie dam się wciągnąć w żadne piramidy, dziękuję bardzo.

Sabrina wraca z tacą w dłoni i cała moja uwaga natychmiast skupia się na niej. Stawia nasze drinki na stół. Jest tuż koło mojego ramienia. Domyślam się, że to dlatego, że jestem najmniej skłonny chwycić ją za tyłek, a nie, że chce potrzeć cyckami o mój policzek.

— Zajrzę do was za jakiś czas — mruczy, zanim się zmywa.

Jezus. Gapię się na nią w zachwycie, żałując, że nie mogę za nią pobiec i przytulić do siebie. Obsługiwanie bandy chłopaków z Briar — nie wspominając nawet, że z jednym spała — na pewno jest dla niej niezręczne. Mogła poprosić szefa o przeniesienie do innej sekcji, ale nie skorzystała z takiej opcji. Robi dalej, co do niej należy, jakby nasza obecność nie miała najmniejszego znaczenia.

Przez kolejne pół godziny chłopaki i ja patrzymy, jak striptizerki robią swoje. To znaczy chłopaki patrzą. Ja zaś jestem całkowicie skupiony na Sabrinie. Rzucam jej ukradkowe spojrzenia co sekundę, ledwo zwracając uwagę na to, co się dzieje dookoła mnie. Jak przez mgłę rejestruję śmiech, gwizdy i strzępy rozmów, bo cały mój świat został zredukowany do Sabriny James. To zmysłowe kołysanie bioder, gdy się porusza. Wysokie obcasy, dzięki którym jej nogi wydają się niemożliwie długie. Za każdym razem, gdy przechodzi obok naszego stolika, walczę z pokusą, by przyciągnąć ją na swoje kolana i całować nieprzytomnie.

— Ile kosztuje taka dziewczyna jak ty? — bełkocze donośny głos za moimi plecami.

— Nie jestem tancerką.

Czuję, jak sztywnieją mi ramiona, gdy rozpoznaję głos Sabriny. Kobieta na scenie właśnie skończyła wygibasy i ściszono nieco muzykę, podczas gdy kolejna tancerka szykuje się do wyjścia. Odwracam się na krześle i okazuje się, że to znowu te parszywe typy z bractwa szukają guza.

— Ale byłabyś za odpowiednią cenę — zawodzi jeden z dupków.

— Nie. Ja tylko serwuję drinki. — Z mojego miejsca widzę napięcie jej szczupłych ramion.

— A co jeśli chciałbym więcej niż drinka — kpi dupek.

— Serio, szkoda kasy. Fatalnie tańczę. — Jej ton jest łagodny z wierzchu, ale tnie jak żyleta od środka. — Potrzeba wam czegoś jeszcze?

— Słoneczko, nie proszę o broadwayowskie show. Chcę tylko, żebyś mi przed nosem pomachała cyckami i tyłkiem. Może trochę się o mnie poocierała.

Koniec. Miarka się przebrała.

Dostrzegam zmieszane spojrzenie Fitzy’ego, gdy odsuwam krzesło i podchodzę do stolika dupków.

— Powiedziała nie — warczę.

Głównodowodzący dupek uśmiecha się złośliwie.

— To pieprzona striptizerka, kolo.

Krzyżuję ramiona na klatce piersiowej.

— Powiedziała nie — powtarzam.

Kącikiem oka dostrzegam, jak Sabrina się wycofuje.

— Do czego pijesz? — chce wiedzieć dupek. — Pilnuj swoich spraw, bo jak nie, to...

Nogi od krzesła za moimi plecami szurają o podłogę i dupek kurczy się na swoim siedzeniu, podczas gdy dwieście siedemdziesiąt kilogramów wściekłych hokeistów patrzy na niego z góry. Szczególnie Fitzy z dwoma rękawami z tatuaży i rozcięciem nad łukiem brwiowym, które zaliczył podczas ostatniego meczu, sieje postrach.

— To co? — dopytuję, unosząc brew.

— Nic — chłopak z bractwa odburkuje obrażonym tonem.

— Tak właśnie myślałem. — Szczerzę kły do tych warchołów, a chłopaki i ja sadowimy się z powrotem na krzesłach.

Mija sekunda, nim uświadamiam sobie, że Sabrina zdążyła czmychnąć na salę. Odwraca się na krótko, by zerknąć na nasz stół. Gdy nasze spojrzenia się spotykają, dostrzegam wyraźny smutek w jej oczach.

Nim zdołam się powstrzymać, wyciągam telefon i wysyłam jej szybką wiadomość. Nie wiem, czy nadal blokuje mój numer, ale nie zaszkodzi spróbować.

Przepraszam za to.

Nie oczekuję odpowiedzi, więc gdy mój telefon brzęczy trzy minuty później, jestem szczerze zaskoczony. Ale potem wkurzony, gdy czytam odpowiedź:

Śledziłeś mnie tutaj?

Zebranie myśli zabiera mi jakąś minutę. Popijam piwo, biorę oddech, a potem odpowiadam jej: Spotkamy się w toalecie?

Tym razem odpisuje od razu.

5 min.

Przez kolejne cztery minuty zmuszam się, by nie gapić się na telefon. Albo nie nastawić minutnika. Zniecierpliwienie nasila się z każdą mijającą sekundą. Aż się gotuję w środku. Gdy w końcu wstaję z krzesła, jestem spięty jak cholera.

— Idę opróżnić pęcherz — mruczę, ale chłopaki nie zwracają na mnie uwagi. Hollis i Brody są zbyt zajęci wpychaniem dolarówek za stringi striptizerki, z kolei Fitzy przygląda się im ze znudzonym wyrazem twarzy.

Przedzieram się przez tłum składający się głównie z facetów w kierunku drzwi po drugiej stronie ciemnej sali. Boots & Chutes zaszalało z wystrojem w stylu Dzikiego Zachodu — drzwiczki rodem z westernu oddzielają toalety od głównej sali, a na drewnianych znakach na toaletach umieszczono napisy: „Uzbrojeni bandyci” oraz „Dzierlatki”.

Zza drzwi „Dzierlatek” dobiegają stłumione dźwięki damskich jęków wymieszanych z męskimi pomrukami. Ale klasa.

— Tak czy nie?

Odwracam się na dźwięk głosu Sabriny. Podchodzi do mnie sztywnym krokiem, z ramionami zaciśniętymi na klatce w ten sposób, że rowek między jej piersiami niemal wypada ze stanika.

— Pytasz, czy cię śledziłem? — Zaciskam usta. — Nie, moja droga, nie śledziłem cię.

Wpatruje się we mnie przez kolejne kilka sekund, a potem kiwa głową.

— Okej. Wierzę ci. — I odwraca się, żeby odejść.

Co to, to nie, do diabła.

— Sabrino — mówię cicho.

Zatrzymuje się.

— C-co?

Coś w środku mnie topnieje, gdy słyszę, jak łamie jej się głos. Stoi plecami do mnie, jej kręgosłup napiety niczym metalowy pręt. Zanim do niej podchodzę, ulatuje ze mnie wszelkie oburzenie, które się we mnie zebrało po jej niesprawiedliwym oskarżeniu. Delikatnie dotykam jej ramienia, by ją odwrócić i teraz stoimy twarzą w twarz.

— Sabrino? — Przemawiam łagodnym, spokojnym głosem.

Przełyka ślinę w widoczny sposób.

— Tutaj pracuję.

Kiwam wolno głową.

— Tutaj pracujesz.

— I to wszystko? Nie masz nic więcej do powiedzenia w tej kwestii?

Głaszczę jej nagie ramię opuszkiem kciuka; w nagrodę czuję, jak drży.

— To twoje miejsce zatrudnienia. Dostajesz wynagrodzenie za tę pracę. Wypłatą opłacasz rachunki, jak przypuszczam. Co jeszcze chcesz, żebym powiedział?

Wiem, czego się po mnie spodziewała. Osądu. Pogardy. Może wulgarnego komentarza albo dwóch.

Ale ja nie jestem taki.

Nie spuszcza ze mnie oczu, aż w końcu maleńki uśmiech pojawia się na jej olśniewających ustach.

— Czekam na tekst w stylu, że nigdy nie chodzisz w takie miejsca, twoi kumple cię tu zaciągnęli wbrew twojej woli, ble, ble, ble.

— Skłamałbym, gdybym ci powiedział, że nigdy nie byłem w klubie ze striptizem. Ale w pewnym sensie zostałem tu zaciągnięty — głosowałem za sportową knajpą. A do Bostonu przyjechałem tylko dlatego, że... — milknę, ponieważ ostatnia rzecz, którą chcę teraz zrobić, to znów ją spłoszyć.

— Że co?

Kurwa. Wzruszam ramionami i mówię:

— Miałem nadzieję, że może wpadnę na ciebie.

Sabrina się śmieje.

— Boston to duże miasto — naprawdę spodziewałeś się, że przypadkowo na mnie wpadniesz?

— Spodziewałem się, nie. Miałem nadzieję? Abso-cholernie-tak.

Znów się śmieje.

Gapimy się na siebie przez chwilę. Mój głos brzmi chropawo, gdy mruczę:

— Odblokowałaś mój numer.

— Odblokowałam twój numer — potwierdza.

Potem zwilża dolną wargę koniuszkiem języka, a ja połykam jęk. Kurwa, chcę ją pocałować.

— Powinnam... wracać do pracy.

W jej słowach jest tylko skrawek niechęci, ale ten skrawek to wszystko, czego potrzebuję.

— Kiedy kończysz?

— O drugiej.

— Chcesz się spotkać po pracy?

Nie odpowiada natychmiast. Stoję tam, wstrzymując oddech, mając nadzieję, że to surowe, zniewalające pożądanie, które czuję w stosunku do niej, nie maluje się teraz na mojej twarzy i modlę się, by powiedziała...

— Tak.

Rozdział 9
Tucker

Czekam na Sabrinę na parkingu. Prawie wszystkie samochody zniknęły oprócz tych kilku, które należą pewnie do pracowników. Chłopaki wróciły do mieszkania Brody’ego kilka godzin temu, gdzie pewnie będą pić do rana. Powiedziałem im, że spotykam się z dziewczyną na późnej kolacji, czym zasłużyłem sobie na przybicie piątki z Hollisem mimo biadolenia, że jestem kiepskim kumplem, skoro nie upewniłem się, czy nie ma koleżanki.

Podrzucili mnie do całodobowej restauracji kilka przecznic od klubu, miejsca mojej rzekomej randki. Spędziłem tam godzinę, pałaszując burgera i połykając kawę, by nie zasnąć w trakcie pierwszych pięciu minut spotkania z Sabriną. Potem pieszo poszedłem do Boots & Chutes i teraz stoję oparty o hondę Sabriny, monitorując główne wejście w niecierpliwym oczekiwaniu.

Wreszcie się pojawia i moja ekscytacja wzrasta. Ma na sobie wełniany płaszcz sięgający kolan. Pod spodem jej nogi są nagie.

Zastanawiam się, czy wciąż ma na sobie te zajebiste spodenki i mój fiut odpowiada drżeniem. Potem daję sobie w myślach kopniaka, bo widziałem przecież, jak bardzo wstydziła się tego kusego stroju.

— Hej — mówi, gdy do mnie dochodzi.

— Hej.

Chcę ją pocałować, ale nie wysyła mi żadnych „chodź do mnie” sygnałów. Muszę jednak ją dotknąć, więc robię krok do przodu i odgarniam kosmyk jej włosów za ucho.

Wahając się, zagryza wargę.

— Gdzie idziemy?

— A gdzie byś chciała? — Zostawiam decyzję jej.

— Jesteś głodny?

— Nie. Właśnie jadłem. A ty?

— Podczas ostatniej przerwy zjadłam batona energetycznego.

Mrugam do niej.

— Pomyślałaś, że przyda ci się energia? A na co?

Jej policzki słodko różowieją. Widzę, jak walczy z uśmiechem i kiedy się poddaje, przybijam sobie w myślach piątkę. Jest najcudowniejsza, gdy się uśmiecha. Szkoda, że robi to tak rzadko.

Rozgląda się dookoła.

— Nie ma twojego wozu.

— Został w Hastings. Przyjechaliśmy samochodem Fitzy’ego.

Kiwa głową i ponownie przygryza wargę.

— Ja... co robimy w takim razie?

— Zero presji. — Przybliżam się do niej jeszcze bardziej, kładę swobodnie dłoń na jej biodrze, a drugą błądzę po linii jej podbródka. Czuję, jak przyspiesza mi puls, gdy nie wzbrania się przed moim dotykiem.

— Możemy się przejść. Albo posiedzieć w samochodzie i pogadać. Cokolwiek chcesz.

Sabrina wypuszcza oddech, który zostawia białą chmurkę w zimnym wieczornym powietrzu.

 

— Nie mam ochoty na spacer. Jest zimno, a mnie bolą stopy od biegania cały wieczór. A mój samochód jest o wiele za mały dla ciebie. Byłoby ci niewygodnie.

— Chcesz wrócić do siebie?

Napina się.

— Nie za bardzo. — Wymyka się kolejny oddech. — Nie chcę, żebyś...

— Żebym co?

— Żebyś zobaczył, gdzie mieszkam. — Brzmi defensywnie. — To gówniana nora, okej?

Czuję ucisk w sercu. Nie odpowiadam, ponieważ nie jestem pewien, co powiedzieć.

— To znaczy, mój pokój nie — łagodnieje. — To akurat nie jest gówniana nora.

Sabrina milknie, jakby toczyła wewnętrzną walkę.

— Mówiłem już — mówię łagodnym głosem. — Zero presji. Jeśli martwisz się, że będę cię oceniał po tym, gdzie mieszkasz, to przestań natychmiast. Mam gdzieś, czy mieszkasz w rezydencji, czy szopie. Chcę po prostu spędzić z tobą czas, kiedykolwiek i gdziekolwiek.

Pocieram kciukiem jej wargi i widzę, jak jej ramiona się rozluźniają.

— Dobra — odzywa się w końcu szeptem. — Jedźmy do mnie.

Przyglądam się jej badawczo.

— Jesteś pewna?

— Tak, w porządku. Wolę być teraz w jakimś ciepłym i przytulnym miejscu. Nie, że mój dom jest ciepły i przytulny, ale z pewnością jest tam cieplej niż tutaj.

Po podjęciu decyzji otwiera samochód i siada za kierownicą. Ja zajmuję miejsce po stronie pasażera. I miała rację — moje nogi są za długie na ten samochód. Nawet gdy popycham fotel do samego końca, nadal nie mam miejsca, żeby je wyprostować.

Odpala silnik i wycofuje się z parkingu.

— Mieszkam niedaleko stąd.

A potem przez resztę drogi nie mówi już za wiele. Nie wiem, czy jest zdenerwowana albo czy żałuje, że zgodziła się ze mną umówić, ale mam piekielną nadzieję, że nie chodzi o to drugie.

Nie naciskam na rozmowę, bo wiem, jak łatwo ją spłoszyć. Cierpliwość, tak nazywa się ta gra, a za cierpliwość wobec Sabriny James czeka nagroda. Ona ma w sobie tyle namiętności, że trzeba tylko pomóc jej dotrzeć do strefy komfortu, by pozwoliła sobie na jej uwolnienie.

Skręcamy w ulicę, przy której mieszka, a ja udaję, że jestem tu po raz pierwszy. Że nie rozpoznaję wąskich, rozklekotanych szeregowców. Że nie spałem tu w samochodzie przy tym nierównym krawężniku tamtej nocy, gdy jechałem za nią do domu, żeby upewnić się, iż dotarła bezpiecznie.

Sabrina skręca na podjazd z boku domu, kierując się pod niewielką wiatę na tyłach. Wyłącza silnik i wysiada z samochodu w milczeniu.

— Tędy — mruczy, gdy obchodzę pojazd.

Nie bierze mnie za rękę, ale sprawdza, czy podążam za nią, gdy pokonuje trzy niskie stopnie na werandzie. Jej klucze pobrzękują łagodnie w nocnej ciszy, gdy przekręca zamek w drzwiach.

Chwilę później wchodzimy do maleńkiej kuchni. Na ścianach ohydna tapeta w żółtoróżowy deseń, a na środku stoi kwadratowy drewniany stół otoczony czterema krzesłami. Urządzenia wyglądają na stare, ale muszą działać, ponieważ brudne garnki i patelnie piętrzą się na palnikach kuchenki.

Sabrina blednie na widok bałaganu.

— Moja babcia zawsze zapomina posprzątać po sobie — mówi, nie patrząc mi w oczy.

Rozglądam się po ciasnym wnętrzu.

— Mieszkacie tu tylko we dwie?

— Nie. Mój ojczym też tu mieszka. — Nie rozwodzi się, a ja nie pytam o szczegóły. — Ale nie martw się. Piątek to pokerowa noc, zazwyczaj nocuje poza domem, a potem wraca chwiejnym krokiem koło południa następnego dnia. A Nana zażywa ambien każdej nocy przed położeniem się spać. Śpi jak zabita.

Nie martwiłem się, ale mam wrażenie, że ona nie próbuje uspokoić mnie, tylko siebie.

— Do mojego pokoju tędy. — Nurkuje w korytarz, zanim zdołam powiedzieć słowo.

Podążam za nią. Rejestruję wąski korytarz, brudny dywan i brak rodzinnych fotografii na ścianach. Serce mnie boli, ponieważ skulone ramiona Sabriny mówią mi, że wstydzi się tego miejsca.

Kurwa. Dobija mnie to, że widzę ją tak przybitą. Chcę jej powiedzieć o łuszczącej się farbie w moim domu w Teksasie, o tym, jak przez cały okres liceum spałem w najmniejszej sypialni w domu, tak by mama mogła przerobić większy pokój na domowy zakład fryzjerski, który uzupełniał przychody z jej fryzjerskiej pracy w mieście.

Ale nie odzywam się. Robię to, co ona.

Sypialnia Sabriny jest mała, uporządkowana i bez wątpienia jest jej schronieniem. Podwójne łóżko jest perfekcyjnie zasłane jasnobłękitną narzutą. Na nieskazitelnie czystym biurku stoi rząd porządnie ustawionych podręczników. W powietrzu unosi się zapach czystości i świeżości, jakby sosna zmieszana z cytryną i czymś uzależniająco kobiecym.

Sabrina rozpina płaszcz, ściąga go i wiesza na oparciu krzesła.

Ślinię się. Na skąpy biustonosz, reprezentujący „strój pracowniczy”, narzuciła T-shirt, ale nadal ma na sobie te maleńkie szorty. I szpilki. Ja pierdolę, te szpilki.

— Więc — zaczyna.

Rozpinam kurtkę.

— Więc — powtarzam.

Jej ciemne oczy podążają za ruchem moich dłoni, gdy rzucam kurtkę na bok. Potem gwałtownie potrząsa głową, jakby próbowała otrząsnąć się ze... sprawdzenia mnie, jak mi się wydaje? Skrywam uśmiech.

— Mówiłam prawdę, gdy ci powiedziałam, że nie chcę się angażować.

— Wiem. Dlatego nie dzwoniłem. Podchodzę do biurka, skanuję tytuły książek, stoi ich tam cała masa.

Na ścianie wisi mała korkowa tablica z przyczepionymi zdjęciami. Uśmiecham się na widok Sabriny wciśniętej między dwie dziewczyny. Ta po jej lewej stronie ma jasnorude włosy i wystawia język, ściskając tyłek Sabriny w przesadny sposób. Ta z prawej, z długimi cienkimi warkoczami, zostawia całusa na policzku Sabriny. Nie ma wątpliwości, że obie ją uwielbiają i czuję iskierkę aprobaty, że ma przynajmniej dwie osoby, na których wsparcie może liczyć.

— Moje dziewczyny — tłumaczy Sabrina, podchodząc do mnie. Wskazuje na prawo. — To Hope. — Wskazuje na lewo — i Karin. Moje anioły zesłane z niebios. Serio.

— Wydają się fajne. — Skaczę wzrokiem po innych zdjęciach, a potem zatrzymuję się na białej kartce papieru z emblematem Harvardu w rogu. — Jasna cholera — dyszę. — Czy to jest to, co mi się wydaje?

Cała twarz Sabriny rozjaśnia się.

— Yhm. Dostałam się na Harvard Law.

— Ja pierdolę! — Okręcam się i przyciągam ją do siebie. — Gratki, moja droga. Jestem z ciebie dumny.

— Ja też jestem z siebie dumna. — Jej głos jest stłumiony, bo twarz ma wciśniętą w moją szyję.

O kurczę. Te przytulanki to nie był dobry pomysł. Teraz jedyne, na czym mogę się skupić, to sposób, w jaki jej okrągłe, pełne piersi przyciskają się do mojej klatki. Przysięgam, że jej sutki już są twarde.

Sabrina zadziera głowę w momencie, gdy czuję zmiany, które zaszły w moim ciele.

— Sorry — mówię, z żalem odsuwając biodra. — Mój fiut zgłupiał.

Odpowiada mi jej śmiech. Odchyla głowę, by na mnie spojrzeć z rozbawieniem w oczach. I pożądaniem. Z całą pewnością widzę iskierkę pożądania.

— Biedny chłopiec — mruczy. — Naprawdę muszę mu wytłumaczyć różnicę między przytuleniem a pieprzeniem?

Nie. Tej dziewczynie nie wolno wymawiać słowa „pieprzenie”. Brzmi ono za bardzo obiecująco, gdy opuszcza te wydęte wargi.

— Niezły pomysł — odpowiadam poważnie. — Chociaż ten chłopiec do bystrzaków nie należy. Być może będziesz musiała udzielić mu praktycznej lekcji.

Unosi brew.

— A gdzie się podziało „zero presji”?

— Ach, tak się tylko bawię. Zero presji, słonko. — Oprócz presji za moim rozporkiem, rzecz jasna.

Na chwilę milknie. Już się nie przytulamy, ale wciąż stoimy kilka centymetrów od siebie.

— Szczerze? — mówi. — Funkcjonuję lepiej pod presją. Czasem potrzebuję... małego pchnięcia.

Słyszę niewypowiedzianą prośbę, ale choć mój fiut twardnieje, zmuszam się, by wykazać się opanowaniem.

— Nie będę naciskać. Nie, dopóki nie będę pewien na sto procent, że sama tego chcesz. — Przypatruję się jej. — Chcesz tego?

Zwilża usta.

— ...tak.

— Za mało. Powiedz mi dokładnie, czego pragniesz.

— Ciebie. Pragnę ciebie.

— A konkretniej? — Kurwa, jestem masochistą, bez dwóch zdań. Ale ta dziewczyna zdążyła dwukrotnie mnie spławić od chwili, gdy się przespaliśmy. Muszę mieć pewność, że chcemy tego samego.

— Chcę ciebie. Chcę tego. — Kładzie dłoń na moich jajkach i erekcja niemal wybija sobie drogę na wolność.

— A gdzie tego chcesz? — Mój głos to czysty żwir.

— W ustach.

Żegnaj, opanowanie. Sabrina James dosłownie rozbiła je stalową kulą w tych dwóch ociekających pożądaniem słowach.

Całuję ją, zanim którekolwiek z nas zdąży mrugnąć. I to ten rodzaj pocałunku, który w ciągu sekundy z iskry zmienia się w ogień. Mój język chciwie wślizguje się przez jej rozchylone wargi. Ona wzdycha z rozkoszą i oddaje pocałunek, jej język splata się z moim przez kilka roztapiających mózg sekund, a potem zaczyna wycałowywać drogę w kierunku mojej szyi. Jej klatka piersiowa unosi się, gdy głęboko wciąga powietrze, a cichy jęk, który z siebie wydaje, trafia prosto w moje jajka.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?