CelTekst

Z serii: Off-Campus #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Elle Kennedy

Cel


Tytuł oryginału

The Goal ISBN 978-83-8116-218-0 Copyright © 2016 by Elle Kennedy All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2017 Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Redakcja Marta Stołowska Opracowanie graficzne i techniczne Przemysław Kida Wydanie I Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Epilog

Od Autorki

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1
Sabrina

— Kurde. Kurde. Kurde. Kuuuuurde. Gdzie są moje kluczyki?

Zegar w wąskim przedpokoju pokazuje, że zostały mi pięćdziesiąt dwie minuty na pokonanie sześćdziesięcioośmiominutowej drogi samochodem, jeśli nie chcę się spóźnić na imprezę.

Ponownie sprawdzam torebkę, ale kluczy tam nie ma. Obskakuję strategiczne miejsca. Kredens? Nie. Łazienka? Dopiero co tam byłam. Kuchnia? Może.

Już mam się obrócić, gdy słyszę brzdęk metalu za plecami.

— Szukasz tego?

Pogardliwe prychnięcie melduje się w moim gardle, gdy się obracam i wchodzę do pokoju dziennego, tak małego, że pięć staroświeckich mebli — dwa stoliki, dwuosobowa kanapa, sofa i jedno krzesło — są ściśnięte niczym sardynki w puszce. Kawał mięcha na sofie macha kluczykami w powietrzu. Na moje zirytowane westchnienie uśmiecha się szeroko i wsuwa je pod dresowe spodnie — pod sam tyłek.

— Chodź i weź je.

Przeciągam sfrustrowana dłonią po rozprostowanych włosach, zanim podchodzę do mojego ojczyma.

— Oddaj mi kluczyki — żądam.

Ray rzuca mi w odpowiedzi pożądliwe spojrzenie.

— Jaaasna cholera, wyglądasz dziś seksownie. Zmieniłaś się w prawdziwą laskę, Rina. Ty i ja powinniśmy iść do łóżka.

Ignoruję mięsistą łapę, która ląduje na jego kroczu. W życiu nie spotkałam faceta z tak desperacką potrzebą dotykania swoich klejnotów. Przy nim Homer Simpson wygląda jak dżentelmen.

— Ty i ja nie istniejemy, więc nawet nie patrz w moim kierunku i przestań nazywać mnie Riną. — Tylko Ray zwraca się do mnie w ten sposób i cholernie tego nie znoszę. — A teraz oddawaj klucze.

— Już ci mówiłem — chodź i weź je sama.

Zaciskając zęby, wsuwam dłoń pod ten otłuszczony tyłek i szukam kluczy. Ray stęka i kręci się niczym obleśny kawał gówna, którym zresztą jest, aż w końcu moja dłoń styka się z metalem.

Wyciągam kluczyki i pędzę do drzwi.

— Z czego tu robić aferę? — woła drwiąco za moimi plecami. — Przecież nie jesteśmy spokrewnieni, więc kazirodztwo nie jest problemem.

Zatrzymuję się i poświęcam trzydzieści sekund swojego cennego czasu, by popatrzeć na niego z niedowierzaniem.

— Jesteś moim ojczymem. Ożeniłeś się z moją matką. I — przełykam falę żółci — obecnie sypiasz z Naną. Nie, nie chodzi o to, czy jesteśmy ze sobą spokrewnieni. Chodzi o to, że jesteś najbardziej obleśnym człowiekiem na ziemi i twoje miejsce jest w więzieniu.

Jego orzechowe oczy ciemnieją.

— Uważaj na to, co mówisz, panienko, albo pewnego dnia wrócisz do domu i pocałujesz klamkę.

Mam to gdzieś.

— Opłacam jedną trzecią czynszu — przypominam mu.

— Kto wie, może będziesz musiała dołożyć więcej.

Odwraca się z powrotem do telewizora, a mnie kolejne cenne trzydzieści sekund upływa na fantazjach, by walnąć go w łeb torebką. Warto było.

W kuchni Nana siedzi przy stole, pali papierosa i czyta magazyn „People”.

— Widziałaś to? — krzyczy. — Znowu goła Kim K.

— I dobrze. — Chwytam kurtkę z oparcia krzesła i kieruję się ku kuchennym drzwiom.

Przekonałam się, że bezpieczniej opuszczać dom przez tylne drzwi. Uliczne punki zbierają się zazwyczaj na gankach wąskich kamienic na naszej niezbyt zamożnej ulicy, w tej nie bardzo zamożnej części Southie. A poza tym wiata na samochody znajduje się za domem.

— Słyszałam, że Rachel Berkovich zaciążyła — zauważyła Nana. — Powinna usunąć, ale pewnie to wbrew jej religii.

Zaciskam ponownie zęby i odwracam się twarzą do mojej babci. Jak zwykle ma na sobie niechlujny szlafrok i puchate różowe kapcie, ale jej włosy w kolorze wyblakłego blond są perfekcyjnie utapirowane i ma pełen makijaż, mimo że rzadko wychodzi z domu.

— Ona jest żydówką, Nano. Nie sądzę, że to wbrew jej religii, a nawet jeśli, to i tak jest to jej wybór.

— Pewnie chce te ekstraznaczki na jedzenie — stwierdza Nana, wydmuchując długą chmurę dymu w moją stronę. Kurde. Mam nadzieję, że nie zacznę śmierdzieć jak popielniczka, zanim dotrę do Hastings.

— Przypuszczam, że nie jest to powód, dla którego Rachel zatrzyma dziecko. — Mam już jedną dłoń na drzwiach, przesuwam się niespokojnie i czekam, aż się otworzą, by powiedzieć Nanie „do widzenia”.

 

— Twoja mamuśka zastanawiała się, czy cię nie usunąć.

No i proszę bardzo.

— Okej, wystarczy już — mamroczę. — Jadę do Hastings. Wrócę wieczorem.

Jej głowa odrywa się od magazynu, a oczy zwężają, gdy przygląda się mojej czarnej dzierganej spódnicy, czarnemu sweterkowi z krótkimi rękawkami i dekoltem w łódkę oraz szpilkom na ośmiocentymetrowym obcasie. Już słyszę słowa, które układają się w jej głowie, nim jeszcze wychodzą z ust.

— Wyglądasz jak snobka. Wybierasz się na ten swój wysferzony uniwerek? Macie zajęcia w sobotę wieczorem?

— To przyjęcie koktajlowe — odpowiadam niechętnie.

— Oooch, koktajl-szoktajl. Żeby ci tylko wargi nie spierzchły od całowania tam tych wszystkich tyłków.

— Taak, dzięki, Nano. — Otwieram szarpnięciem tylne drzwi i zmuszam się, by dodać: — Kocham cię.

— Ja też cię kocham, dziecinko.

Faktycznie, kocha mnie, ale czasami ta miłość jest tak skażona, że sama nie wiem, czy bardziej mnie rani, czy pomaga.

Droga do małego miasteczka Hastings nie zabiera mi ani pięćdziesięciu dwóch minut, ani sześćdziesięciu ośmiu. Trwa całe półtorej godziny, ponieważ warunki na cholernych drogach są fatalne. Kolejne pięć minut upływa na szukaniu miejsca do zaparkowania i gdy docieram do domu profesor Gibson, jestem bardziej napięta niż drut fortepianowy, a jednocześnie równie krucha.

— Witam, panie Gibson. Przepraszam za spóźnienie — zwracam się do stojącego w drzwiach mężczyzny w okularach.

Mąż profesor Gibson obrzuca mnie łagodnym uśmiechem.

— Nic się nie martw, Sabrino. Pogoda jest okropna. Pozwól, wezmę twój płaszcz. — Wyciąga dłoń i czeka cierpliwie, podczas gdy ja wyswobadzam się z wełnianego okrycia.

Profesor Gibson pojawia się, gdy jej mąż wiesza mój tani płaszcz między samymi drogimi okryciami w szafie. Moje palto w widoczny sposób odstaje od reszty, zupełnie jak ja. Odsuwam na bok uczucie niedostosowania i przywołuję jasny uśmiech.

— Sabrina! — woła z radością profesor Gibson. W jej obecności natychmiast się koncentruję. — Tak się cieszę, że dotarłaś cała i zdrowa. Pada już śnieg?

— Nie, tylko deszcz.

Na jej twarzy pojawia się grymas i chwyta mnie za ramię.

— Jeszcze gorzej. Mam nadzieję, że nie planujesz jechać z powrotem do miasta dziś wieczorem. Drogi zamienią się w lodowisko.

Ponieważ rano muszę iść do pracy, odbędę tę podróż bez względu na warunki na drogach, ale nie chcę jej niepokoić, więc uśmiecham się uspokajająco.

— Będzie dobrze. Wciąż tu jest?

Profesor Gibson ściska moje ramię.

— Jest i nie może się doczekać, by cię poznać.

Super. Oddycham głęboko, po raz pierwszy, odkąd tu przyszłam, i pozwalam, by poprowadzono mnie przez pokój w kierunku niskiej siwowłosej kobiety, ubranej w pastelowy żakiet i czarne spodnie. Ten strój jest raczej nijaki, ale diamenty połyskujące w jej uszach są dłuższe niż moje kciuki. A poza tym? Jak na profesor prawa sprawia zbyt miłe wrażenie. Zawsze wyobrażałam sobie, że prawo wykładają posępne, poważne stworzenia. Jak ja.

— Amelio, pozwól, że ci przedstawię Sabrinę James. To studentka, o której ci opowiadałam. Najlepsza w grupie, pracuje w dwóch miejscach, a w LSAT zdobyła sto siedemdziesiąt siedem punktów. — Profesor Gibson odwraca się do mnie. — Sabrino, Amelia Fromm, nadzwyczajny znawca prawa konstytucyjnego.

— Bardzo miło panią poznać — mówię, wyciągając dłoń i modląc się do Boga, by była sucha, a nie wilgotna. Ćwiczyłam potrząsanie własnej dłoni przez godzinę, żeby się przygotować do tej chwili.

Amelia ściska mnie lekko, a potem robi krok do tyłu.

— Matka Włoszka, ojciec Żyd, stąd ta dziwna kombinacja imion. James jest szkocki. Stamtąd pochodzi twoja rodzina? — Jej jasne oczy omiatają mnie i odpieram pragnienie poskubania moich tanich ciuchów z Target.

— Trudno powiedzieć, proszę pani. — Generalnie moja rodzina pochodzi z rynsztoka. Szkocja wydaje się o niebo za ładna i zbyt królewska, by zostać mianowana naszą ojczyzną.

Macha dłonią.

— Nieważne. Po godzinach param się genealogią. A więc złożyłaś podanie do Harvardu? Kelly wspominała o tym.

Kelly? Znam jakąś Kelly?

— Chodzi jej o mnie, moja droga — mówi profesor Gibson, śmiejąc się łagodnie.

Rumienię się.

— A tak, przepraszam. Myślę o pani jako o profesor.

— Tak formalnie, Kelly! — odzywa się profesor Fromm. — Sabrino, gdzie jeszcze złożyłaś podania?

— Na uniwersytety Boston, Suffolk i Yale, ale moim marzeniem jest Harvard.

Amelia unosi brew na tę wyliczankę bostońskich uczelni.

Profesor Gibson spieszy z usprawiedliwieniem.

— Chce zostać blisko domu. I oczywiście, że jej miejsce jest w czymś lepszym niż Yale.

Dwie profesorki wymieniają pogardliwe prychnięcia. Profesor Gibson skończyła Harvard i najwyraźniej potwierdza, że absolwent Harvardu zawsze będzie przeciwnikiem Yale.

— Z tego, co słyszałam od Kelly, wygląda mi na to, że Harvard byłby zaszczycony, gdyby miał cię w gronie studentów.

— To ja byłabym zaszczycona, gdybym została studentką tej uczelni, proszę pani.

— Już wkrótce roześlą listy z informacją o przyjęciu. — Jej oczy błyszczą psotnie. — Z całą pewnością dodam jakieś dobre słowo od siebie.

Amelia obdarowuje mnie kolejnym uśmiechem, a ja prawie mdleję ze szczęścia i ulgi. Wcale nie ściemniałam. Harvard to naprawdę moje marzenie.

— Dziękuję — udaje mi się wydusić z siebie.

Profesor Gibson prowadzi mnie do stolików z jedzeniem.

— Może coś przekąsisz? Amelio, chcę z tobą porozmawiać o tym dokumencie, który, jak słyszałam, ma być opublikowany przez Browna. Miałaś okazję rzucić na to okiem?

Odwracają się obie i zanurzają głęboko w dyskusję o intersekcjonalności czarnego feminizmu i teorii rasowej — temat, w którym profesor Gibson jest ekspertem.

Podchodzę do nakrytego białym obrusem stolika z przekąskami, obładowanego serami, krakersami i owocami. Moje dwie najbliższe przyjaciółki — Hope Matthews oraz Carin Thompson — już tam stoją. Jedna ciemna, druga jasna — dwa najpiękniejsze, najmądrzejsze anioły na świecie.

Pędzę do nich i prawie omdlewam w ich ramionach.

— No i? Jak poszło? — pyta niecierpliwie Hope.

— Dobrze, tak mi się wydaje. Powiedziała, że wygląda na to, iż Harvard będzie zaszczycony, mając mnie w szeregach studentów i że lada dzień zaczną rozsyłać pierwsze listy do przyjętych kandydatów.

Chwytam talerz i zaczynam go napełniać, żałując, że kawałki sera są takie małe. Jestem bardzo głodna i mogłabym zjeść cały blok. Umierałam z niepokoju od rana przez to spotkanie i teraz, kiedy jest już po wszystkim, chcę jedynie dorwać się do stołu pełnego jedzenia.

— Przyjęli cię na mur-beton — obwieszcza Carin.

Cała nasza trójka znajduje się pod opiekuńczymi skrzydłami profesor Gibson, która całym sercem wierzy w pomoc młodym kobietom. Na kampusie działają inne sieciowe organizacje, ale ona całkowicie skupia się na rozwoju kobiecych karier i nie mogłabym być jej bardziej wdzięczna.

Dzisiejsze koktajlowe przyjęcie jest zorganizowane dla jej studentek, by poznały członków wydziałów najbardziej konkurencyjnych programów dla absolwentów w kraju. Hope celuje w miejsce na Harvard Medical School, a Carin mierzy w Instytut Technologiczny w Massachusetts.

Tak, tak, to morze estrogenu w domu profesor Gibson. Poza jej mężem obecnych jest zaledwie kilku mężczyzn. Naprawdę będę tęsknić za tym miejscem po skończeniu nauki. To mój drugi dom.

— Trzymajcie kciuki — odpowiadam na słowa Carin. — Jeśli nie dostanę się do Harvardu, zostaje BC albo Suffolk. — To również świetne uniwerki, ale Harvard praktycznie gwarantuje mi posadę, którą chcę otrzymać po zakończeniu studiów — posadę w jednej z topowych kancelarii prawnych w kraju, zwanej potocznie BigLaw.

— Dostaniesz się — mówi z przekonaniem Hope. — I miejmy nadzieję, że jak tylko otrzymasz list akceptacyjny, przestaniesz się zadręczać, ponieważ, Boże, wyglądasz na spiętą.

Obracam sztywno głową. Taak, jestem spięta.

— Wiem. Grafik ostatnio mnie dobija. Położyłam się wczoraj spać o drugiej nad ranem, bo dziewczyna, która miała zamknąć Boots & Chutes, dała nogę i zostawiła mnie ze wszystkim, a potem musiałam wstać o czwartej, by sortować pocztę. Do domu dotarłam koło południa, padłam i niemal zaspałam.

— Nadal ciągniesz dwa etaty? — Carin strzepuje rudy kosmyk z twarzy. — Mówiłaś, że zostawisz kelnerowanie.

— Jeszcze nie teraz. Profesor Gibson powiedziała, że nie pozwolą mi pracować na pierwszym roku prawa, więc jedyne, co mogę zrobić, to odłożyć wystarczającą kwotę na jedzenie i mieszkanie przed wrześniem.

Carin odzywa się współczująco.

— Rozumiem cię. Moi rodzice zaciągają taką pożyczkę, że stać by mnie było na jakiś mały kraj.

— Chciałabym, żebyś zamieszkała z nami — mówi Hope płaczliwym tonem.

— Naprawdę? Nie miałam pojęcia — żartuję. — Powtarzałaś to tylko dwa razy dziennie od początku semestru.

Marszczy w odpowiedzi swój śliczny nosek.

— Zakochałabyś się w tym domu, który wynajął dla nas tato. Ma okna do sufitu i jest tuż przy metrze. Transport publiczny — rusza kusząco brwiami.

— Jest za drogie.

— Wiesz, że dołożyłabym różnicę, a raczej moi rodzice — poprawia się. Rodzina tej dziewczyny ma więcej kasy niż potentat ropy, ale człowiek w życiu by się tego nie domyślił podczas rozmowy z nią. Jak to mówią, Hope twardo stąpa po ziemi.

— Wiem — mówię między kęsami minikiełbasek. — Ale ja czułabym się winna, a potem poczucie winy zmieniłoby się we frustrację i niechęć, a potem nie byłybyśmy już przyjaciółkami, a niebycie twoją przyjaciółką byłoby do bani.

Potrząsa głową, patrząc na mnie.

— Jeśli w jakimś momencie twoja cholerna duma pozwoli ci poprosić o pomoc, jestem tu.

— My jesteśmy — wtrąca Carin.

— Widzicie? — macham widelcem między nimi. — Właśnie dlatego, dziewczyny, nie mogłabym mieszkać z wami. Znaczycie dla mnie za dużo. A poza tym wszystko się układa. Mam prawie dziesięć miesięcy, by trochę zaoszczędzić przed rozpoczęciem zajęć. Wszystko gra.

— Przynajmniej chodź z nami na drinka, jak się skończy ta imprezka — błaga Carin.

— Muszę jechać do domu. — Robię minę. — Wpisali mnie na poranną zmianę do sortowania paczek.

— W niedzielę? — pyta wyzywająco Hope.

— Półtorej stawki. Nie mogłam odmówić. Właściwie to już niedługo powinnam się zmywać. — Kładę talerz na stole i próbuję rozeznać, co się dzieje za ogromnym oknem w wykuszu. Widzę jedynie ciemność i strugi deszczu na szybie. — Im szybciej wyjadę na drogę, tym lepiej.

— Na pewno nie w taką pogodę. — Profesor Gibson pojawia się przy moim łokciu z kieliszkiem wina. — Słyszałam ostrzeżenia przed gołoledzią — temperatura spada i deszcz zmienia się w lód.

Jedno spojrzenie na twarz mojej doradczyni i wiem, że muszę się poddać. I robię to, ale z wielką niechęcią.

— No dobra — mówię — ale działam pod przymusem. A ty — celuję widelcem w Carin — lepiej, żebyś miała lody w zamrażarce, jeśli będę musiała u was przenocować, inaczej naprawdę się wścieknę.

Wszystkie trzy się śmieją. Profesor Gibson odmaszerowuje, zostawiając nas w towarzystwie, o jakim trzy studentki ostatniego roku mogłyby pomarzyć. Po godzinie mieszania się z tłumem Hope, Carin i ja chwytamy płaszcze.

— Dokąd idziemy? — pytam dziewczyny.

— D’Andre jest w Malone’s i powiedziałam mu, że tam się spotkamy — odpowiada Hope. To jakieś dwie minuty stąd samochodem, więc powinnyśmy dać radę.

— Serio? Malone’s? To knajpa hokeistów — zawodzę. — Co tam robi D’Andre?

— Pije i czeka na mnie. Ponadto tobie trzeba seksu, a sportowcy to twój ulubiony typ.

Carin parska śmiechem.

— Jedyny typ.

— Hej, gustuję w sportowcach nie bez powodu — stwierdzam.

— Tak, tak. Słyszałyśmy już. — Przewraca oczyma. — Potrzebujesz odpowiedzi na pytania ze statystyki? Znajdź matematycznego maniaka. Chcesz zaspokoić fizyczne potrzeby? Idź do sportowca. Ciała są narzędziami, którymi dysponują sportowe elity. Dbają o nie, wiedzą, jak z nich korzystać, bla, bla, bla. — Carin robi lewą dłonią gest, jakby ujadała.

 

Macham jej środkowym palcem.

— Ale seks z kimś, kogo się lubi, jest o niebo lepszy. — Tą mądrością raczy nas Hope, która jest z D’Andre, futbolistą. Kręcą ze sobą od pierwszego roku.

— Ale ja ich lubię — protestuję. — ...używam ich tylko przez godzinę czy coś.

Chichoczemy wspólnie, aż Carin przywołuje imię faceta, który zaniżył średnią.

— A pamiętasz Grega „Dziesięć Sekund”?

Wzdrygam się.

— Po pierwsze, bardzo ci nie dziękuję za odświeżenie tych złych wspomnień, a po drugie, wcale nie zaprzeczam, że i w tej grupie zdarzają się porażki. Generalnie jednak szanse są lepsze ze sportowcem.

— A hokeiści to porażki? — pyta Carin.

Wzruszam ramionami.

— Skąd mam wiedzieć. Nie wykreśliłam ich z listy potencjalnych kandydatów z powodu ich występów w łóżku, ale dlatego, że to megauprzywilejowane dupki, mogące liczyć na specjalne względy profesorów.

— Sabrino, dziewczyno, odpuść już — zaleca mi Hope.

— O nie. Hokeiści nie przebrną przez eliminacje.

— Boże, ale zobacz tylko, co ci przechodzi koło nosa. — Carin oblizuje wargi z przesadnym pożądaniem. — Ten brodacz na przykład? Chcę wiedzieć, jak to jest. Brodacze są na mojej liście do zaliczenia przed śmiercią.

— To do dzieła. Mój bojkot hokeistów oznacza po prostu więcej kąsków dla ciebie.

— Pełna zgoda, ale... — uśmiecha się złośliwie. — Mam ci przypomnieć, że jednego zaliczyłaś? Pan puszczalski Di Laurentis?

Uch! O tym wypadku nie chcę już słyszeć.

— Po pierwsze, byłam totalnie pijana — burczę. — Po drugie, mówimy o sytuacji z drugiego roku. A po trzecie, to przez niego skreśliłam wszystkich hokeistów.

Mimo że Uniwersytet Briar ma mistrzowską drużynę futbolową, znany jest jako uczelnia hokejowa. Chłopaki z łyżwami na nogach są traktowani jak bogowie. Dobry przykład — Dean Heyward Di Laurentis. Ma ten sam co ja wiodący przedmiot, czyli nauki historyczne, więc niektóre zajęcia mieliśmy razem, włączając w to statystykę na drugim roku. Cholernie trudny przedmiot. Wszyscy walczyli o przetrwanie.

Wszyscy oprócz Deana, który pieprzył się z asystentką.

I — uwaga! — ona wstawiła mu piątkę, na co absolutnie nie zasługiwał. Wiem to na pewno, bo zostaliśmy sparowani na ostatnie zadanie i widziałam śmieci, które oddał.

Kiedy się dowiedziałam, że dostał piątkę, chciałam odrąbać mu fiuta. To było nie fair. Wypruwałam sobie żyły na tym przedmiocie. Kurde, wszędzie wypruwałam sobie żyły. Każde zaliczenie splamiłam krwią, potem i łzami. A tymczasem jakiś pieprzony dupek dostaje cały świat podany na tacy.

Pierdolić. To.

— Znów się wścieka — Hope szepcze teatralnym szeptem do ucha Carin.

— Rozmyśla o tym, jak Di Laurentis dostał piątkę z tamtego jednego przedmiotu — odpowiada Carin scenicznym szeptem. — Naprawdę potrzeba jej rżnięcia. Ile to już czasu minęło?

Zaczynam pokazywać jej środkowy palec, gdy dociera do mnie, że nie pamiętam, kiedy ostatnio się z kimś przespałam.

— To był, ee, Meyer? Chłopak od lacrosse. We wrześniu. A po nim był Beau... — Rozpływam się w uśmiechu. — Ha! Widzisz? Minął ledwie miesiąc. Nie trzeba włączać krajowego alarmu.

— Dziewczyno, ktoś z grafikiem jak twój nie ma pozwolenia na miesiąc bez seksu — odparowuje Hope. — Jesteś chodzącym kłębkiem stresu, co oznacza, że potrzebujesz dobrego rypania przynajmniej... raz dziennie — stwierdza.

— Co drugi dzień — kłóci się Carin. — Niech ogródek tej panienki ma trochę wypoczynku.

Hope potakuje.

— Dobra. Ale dziś wieczorem ta muszelka sobie nie odpocznie.

Parskam śmiechem.

— Słyszałaś, B? Zostałaś nakarmiona, zaliczyłaś popołudniową drzemkę, a teraz czas na seks — oznajmia Carin.

— Ale Malone’s? — powtarzam z rezerwą. — Ustaliłyśmy już, że tam się roi od hokeistów.

— Nie tylko. Założę się, że Beau też tam jest. Chcesz, żebym zapytała D’Andre? — Hope chwyta za telefon, ale potrząsam przecząco głową.

— Z Beau schodzi za dużo czasu. Na przykład zachciewa mu się rozmów podczas seksu. A ja chcę zrobić, co trzeba, i wyjść.

— Oooch, rozmowy! Co za tragedia.

— Zamknij się już.

— Zmuś mnie. — Hope obraca gwałtownie głowę, jej długie warkocze uderzają o mój płaszcz, a potem opuszcza dom profesor Gibson.

Carin wzrusza ramionami i podąża za nią, a po sekundzie wahania dołączam i ja. Płaszcze nam przemakają, zanim dobiegamy do samochodu Hope, ale na głowach mamy kaptury, więc nasze włosy przetrzymują ulewę.

Dziś wieczorem naprawdę nie jestem w nastroju na flirty z jakimiś facetami, ale nie mogę zaprzeczyć, że moje przyjaciółki mają rację. Od tygodni żyję w stresie i przez te ostatnie kilka dni z całą pewnością odczuwałam... swędzenie. Tego rodzaju swędzenie, które można podrapać jedynie twardym, wyrzeźbionym ciałem i, miejmy nadzieję, fiutem w ponadprzeciętnym rozmiarze.

Tyle że jestem bardzo wybredna, jeśli chodzi o facetów, z którymi sypiam, i kiedy pięć minut później wchodzimy z dziewczynami do środka, jest dokładnie tak, jak się obawiałam — w Malone’s roi się od hokeistów.

Ale hej, jeśli takie karty dostałam w rozdaniu, no to przecież nie zaszkodzi zagrać i przekonać się, co z tego wyniknie.

Mimo wszystko z zerowymi oczekiwaniami podążam za dziewczynami do lady przy barze.