BłądTekst

Z serii: Off-Campus #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Grace

Wykład z psychologii trwa trzy godziny i z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie usłyszałam ani jednego słowa z tego, o czym mówił profesor. Ani jednego. Przez sto osiemdziesiąt minut odtwarzałam w głowie każdą niewiarygodną sekundę każdej niewiarygodnej rzeczy, którą zrobił mi rano Logan.

Czy można tak po prostu nominować kogoś na boga, czy też obowiązują kryteria kwalifikacyjne?

Czy można nominować czyjś język do świętości? A może są nagrody za orgazmy, które wręcza Departament do spraw Seksualnych?

Jeśli tak, to Logan zasługuje na zwycięstwo.

Wciąż jestem oszołomiona faktem, że pojawił się w moich drzwiach i niemal zażądał, bym pozwoliła mu dać mi orgazm. Przypuszczam, że jego ego jest w tej kwestii tak wrażliwe, jak opisywali to w tym artykule w „Cosmo”. Ale wiecie co? Uważam, że to jest na swój sposób urocze. I dziwnie satysfakcjonujące, że ktoś tak pewny siebie jak John Logan faktycznie zwątpił w swoją sprawność seksualną.

Śmieszne. Niecały tydzień temu lamentowałam z powodu braku ekscytacji w moim życiu, a teraz, proszę bardzo, seksowny hokeista zjawia się w moich drzwiach i funduje mi ekscytujący odlot.

Kurde. Nagroda należy do mnie.

Logan nadal dominuje w moich myślach, gdy spotykam się z Ramoną i dziewczynami na lunch, dołączam do nich przy naszym stoliku stojącym naprzeciw tylnej ściany w ogromnej stołówce.

Carver Hall to moje ulubione miejsce na kampusie. Architekt tego budynku musiał nie przejmować się pozostałymi zabudowaniami, ponieważ Carver wyróżnia się rustykalnym stylem. Wysokie sufity, ściany wyłożone drewnianymi panelami i bogato zdobione kinkiety, które rzucają delikatny, żółty blask zamiast fluorescencyjnego światła dominującego w pozostałych stołówkach. A poza tym znajduje się dwie minuty od mojego akademika, co oznacza, że mogę rozkoszować się tą wspaniałością każdego dnia.

Stawiam tacę na stoliku, otwieram puszkę bezalkoholowego piwa korzennego i siadam na pustym krześle.

— Hej — witam się ze wszystkimi. — O czym gadacie?

Ramona, Jess i Maya milkną natychmiast, a skrytość wymalowana na ich twarzach nie pozostawia mi złudzeń, o czym rozmawiały.

O mnie.

Zwężam oczy.

— O co chodzi?

Ramona rzuca zmieszane spojrzenie.

— Dobra, tylko się nie złość… ale powiedziałam im o Loganie.

Czuję przypływ złości, ale głównie na siebie. Nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle dzielę się jeszcze z Ramoną swoimi prywatnymi sprawami. Powierzenie jej sekretu to jak rzucenie psu piłki i proszenie, by za nią nie pobiegł. No nic, rzuciłam cholerną piłkę, a teraz Ramona wraca z nią w podskokach. A w tym roku poznała i zaprzyjaźniła się z dwoma dziewczynami, które plotkują jeszcze więcej niż ona. Jess i Maya spędzają tyle czasu na śledzeniu życia innych ludzi, że gdyby założyły stronę internetową, mogłyby konkurować z największymi portalami plotkarskimi.

— Więc to prawda? — dopytuje się Jess. — Serio się z nim spiknęłaś?

Czuję się niezręcznie, rozmawiając z nimi o Loganie, ale dobrze znam te dziewczyny i wiem, że nie zostawią mnie w spokoju, dopóki ich czymś nie nakarmię. Próbując zachować się normalnie, okręcam makaron dookoła widelca i ładuję go do buzi. Potem spoglądam na Jess i odzywam się jakby nigdy nic.

— Aha.

— I to wszystko? „Aha”? — Wygląda na osłupiałą. — To wszystko, co masz do powiedzenia?

— Laski, mówiłam wam, że ona jest superskryta w tym temacie. — Ramona się uśmiecha. — Najwidoczniej musimy przypomnieć Grace podstawową zasadę przyjaźni. Czyli nieżałowanie nam szczegółów z igraszek z najseksowniejszym facetem na kampusie.

Przeżuwam makaron.

— Mam zasadę. Nie opowiadam o romansach ze znanymi osobami.

Odzywa się Maya, a w jej głosie wybrzmiewa szydercza nuta:

— No wiesz, biorąc pod uwagę kompletny brak szczegółów, ktoś mógłby pomyśleć, że ta historia w ogóle się nie wydarzyła.

„Ktoś mógłby pomyśleć”?

Obracam głowę do Ramony. Niewiarygodne. Czy właśnie takie rzeczy rozpowiada na prawo i lewo? Że jestem jakąś walniętą patologiczną kłamczuchą?

Ramona szybko zabiera się do obrony przed moim niewypowiedzianym na głos oskarżeniem.

— Hej, wyjaśniłyśmy to sobie, pamiętasz? Święcie wierzę, że się z nim zabawiałaś, kochana.

— Dwa razy. — Wyznanie wymyka mi się z ust, zanim zdołałam je powstrzymać. Cholera jasna.

Ramona rozdziawia buzię.

— Jak to „dwa razy”?

Wzruszam ramionami.

— Wpadł z wizytą dzisiaj rano.

W odpowiedzi słyszę dwa zachłyśnięcia się powietrzem, po których rozlegają się piski o wysokiej częstotliwości autorstwa Jess i Mayi. Ramona pozostaje dziwnie spokojna, ale nie potrafię rozszyfrować jej miny.

— O mój Boże. Naprawdę?! — krzyczy Jess.

— Kiedy? — pyta Ramona.

Jej ton jest zbyt uprzejmy, żeby mnie zdenerwować.

— Zaraz po tym, jak wyszłaś na zajęcia. Ale nie był długo.

Przymyka ciemne oczy.

— Czy tym razem przynajmniej wzięłaś od niego numer telefonu?

— Nie — przyznaję. — Ale on wziął mój.

— Więc nadal nie masz możliwości się z nim skontaktować. — To nie jest pytanie. To nie jest nawet szczególnie miłe stwierdzenie. W jej głosie słychać złość i gdy spoglądam na Mayę, nie sposób nie zauważyć ironicznego uśmieszku na jej twarzy.

Nie wierzą mi.

Ramona może temu zaprzeczać, aż stanie się niebieska na twarzy i wyląduje na Księżycu, ale prawda jest taka, że moja najlepsza przyjaciółka nadal uważa, że zmyślam. A do tego wciąga w te niedowierzania nasze przyjaciółki.

„Nasze przyjaciółki”?

Pogardliwy ton trafia w samo sedno, bo gdyby się nad tym dobrze zastanowić, to każda osoba, z którą się zadawałam w tym roku, została mi przedstawiona przez Ramonę. Kiedyś zaprosiłam do nas kilka dziewczyn z zajęć z literatury angielskiej. Ramona śmiała się i gadała z nimi przez cały wieczór, zapewniając, że świetnie się bawi, ale jak tylko wyszły, poinformowała mnie, że to same nudziary i mam ich nie przyprowadzać, kiedy ona jest w pobliżu.

Do jasnej cholery, dlaczego pozwalam, żeby organizowała mi życie? Tolerowałam to w liceum, ponieważ… kurde, sama nawet nie wiem dlaczego. Ale nie jesteśmy już w liceum. To jest uniwersytet i powinnam być w stanie spędzać czas, z kim mam ochotę, nie martwiąc się, co Ramona myśli na ten temat.

— Nie — odpowiadam przez zaciśnięte zęby. — Nie mam możliwości się z nim skontaktować. Ale nie martw się, jestem pewna, że mój zmyślony partner do figli-migli odezwie się prędzej czy później.

Ramona marszczy czoło.

— Grace…

— Wracam do akademika pisać esej. — Odechciało mi się jeść. — Zobaczymy się później.

Może jestem naiwna, ale myślałam, że na studiach będzie inaczej. Że to całe plotkowanie, wbijanie szpil i inne bzdury przestają istnieć wraz z opuszczeniem ogólniaka, ale coś mi się wydaje, że wredne dziewczyny można spotkać na każdym etapie edukacji. To jak wizyta na farmie — jeśli człowiek nie spodziewa się widoku krowich gówien na każdym kroku, to może się ciężko zdziwić. Proszę bardzo, pytanie za sto punktów: W szkole roi się od wrednych dziewczyn, a na farmie jest pełno __________.

Gówna. Prawidłowa odpowiedź brzmi: „gówna”.

Obcasy Ramony stukają z pośpiechem na wapiennych płytach i dopada mnie, jak tylko udaje mi się znaleźć na zewnątrz.

— Grace, zaczekaj.

Odwracam się z zaciśniętymi zębami.

— Co znowu?

W jej oczach błyska panika.

— Proszę, nie wkurzaj się na mnie. Nie znoszę, gdy jesteś na mnie wkurzona.

— O rany, jak mi przykro, że się zdenerwowałaś. Co mam zrobić, byś poczuła się lepiej?

Jej dolna warga drży.

— Daruj sobie ten sarkazm. Przyszłam cię przeprosić.

Kurde. Jeśli za chwilę odstawi tu szopkę z tymi swoimi krokodylimi łzami, to przysięgam, że mogę stracić nad sobą panowanie.

— Nie mam ochoty rozmawiać z tobą na ten temat po raz kolejny — mówię chłodnym tonem. — Mam to gdzieś, że posądzasz mnie o kłamstwo. Ja wiem, co się wydarzyło, i tylko to ma dla mnie znaczenie, rozumiesz? Ale chcę, byś wiedziała, że to mnie niewiarygodnie obraża. Skoro moja najlepsza przyjaciółka, z którą się przyjaźnię, odkąd skończyłam sześć lat, uważa, że…

— Jestem zazdrosna — wyrzuca z siebie.

Przestaję mówić.

— Co?

Jej twarz załamuje się, gdy nasze spojrzenia się spotykają. Ścisza głos i powtarza swoje słowa:

— Jestem zazdrosna, dobra?

Chyba piekło zamarzło. Bo nie ma innego wytłumaczenia na to, co słyszę. W ciągu trzynastu lat naszej przyjaźni Ramona nigdy nie przyznała, że jest zazdrosna o mnie.

— Od roku uganiam się za Deanem — lamentuje. — Od pieprzonego roku, a on nawet nie wie o moim istnieniu, a ty właśnie się spiknęłaś z jego najlepszym kumplem, nie kiwnąwszy nawet palcem. — Na jej twarzy maluje się niespodziewana bezradność, która łagodzi jej rysy. — Zachowywałam się jak ostatnia suka i za to przepraszam. Poczułam się niepewnie i wyżyłam się na tobie, co nie było fair, ale proszę, nie bądź na mnie wkurzona. W środę są twoje urodziny. Chcę je z tobą świętować i chcę, żebyśmy się pogodziły. Ja…

Przerywam jej, wzdychając.

— Zgoda, Ramona.

— Naprawdę?

Złość, tak swobodnie krążąca w moich żyłach, wyparowała, kiedy spoglądałam na jej pełną nadziei twarz. To jest właśnie ta Ramona, w którą zainwestowałam trzynaście lat życia. Dziewczyna, która godzinami słuchała mojej paplaniny o licealnych zauroczeniach, przynosiła mi zeszyty, gdy byłam chora, nauczyła mnie, jak się malować, i groziła, że skopie tyłek każdemu, kto spojrzy krzywo w moją stronę. Może i czasami jest zbyt pochłonięta sobą i płytka, ale jest też bezwzględnie lojalna i niebywale miła, kiedy przestaje się zgrywać na zimną sukę.

 

Ta cała gówniana historia z Jess i Mayą nadal sprawia mi przykrość, ale nie mogę przekreślić wieloletniej przyjaźni przez coś tak trywialnego.

— Zgoda — zapewniam ją. — Obiecuję.

Cudowny uśmiech wypełnia jej twarz.

— To dobrze. — Owija mnie w pasie rękami i ściska do utraty tchu. — A teraz idziemy do pokoju, byś mogła mi opowiedzieć o każdym świństewku, które zrobił ci John Logan dziś rano. Z najmniejszymi szczegółami.

Rozdział 8
Logan

Jadę do Munsen w środę rano, poziom mojego entuzjazmu oscyluje wokół zera.

Rzadko jestem zmuszony jechać do domu w trakcie roku akademickiego, ale bywa, że nie mam wyboru. Zazwyczaj dzieje się tak, gdy mechanik zatrudniony na pół etatu w warsztacie taty nie może zastąpić Jeffa, który zawozi tatę na wizytę do lekarza. Dzisiaj tak się zdarzyło, ale utwierdzam się w przekonaniu, że dam radę wymieniać olej, stroić silnik przez kilka godzin i nie zwariować.

A poza tym to będzie dobra rozgrzewka przed latem. Zdarza mi się zapominać, jak bardzo nienawidzę pracować w warsztacie, więc ten pierwszy dzień po powrocie to jakby zesłanie na linię frontu. Czuję ucisk w żołądku i ogarnia mnie strach — uzmysławiam sobie, że z tego będzie się składać moje życie przez kolejne trzy miesiące. Jeśli dzisiaj tego skosztuję, to przynajmniej będę miał małą namiastkę.

Samochodu Jeffa już nie ma, gdy parkuję pikapem przed szyldem „Warsztat samochodowy Logana i Synów”. Ta nazwa jest nieco ironiczna, biorąc pod uwagę fakt, że warsztat nazywał się tak, jeszcze zanim moi rodzice mieli dzieci. To dziadek założył ten biznes i pewnie miał nadzieję spłodzić wielu postawnych potomków płci męskiej. Spłodził tylko jednego, więc formalnie warsztat powinien się nazywać „Logan i Syn”.

Cały warsztat to jeden mały ceglany budynek, w którym jest miejsce tylko na dwa podnośniki. Ale to nie przez ten skromny metraż biznes tak cienko przędzie. Ojciec zarabia tyle, by utrzymać warsztat, opłacić rachunki i hipotekę na nasz parterowy dom usytuowany na tyłach nieruchomości. Jako dziecko nie znosiłem tego, że nasz dom był tak blis ko warsztatu. W środku nocy budziło nas dobijanie się do drzwi klientów, którym zepsuł się samochód gdzieś w pobliżu, albo słyszeliśmy telefony z pomocy drogowej informującej, że przywieźli jakiś wóz.

Jednak od wypadku taty to bliskie sąsiedztwo stało się udogodnieniem, ponieważ oznacza, że droga z domu do pracy zajmuje mu niecałą minutę.

Nie żeby spędzał dużo czasu w warsztacie. To Jeff ma na głowie całą robotę, a ojciec upija się na szezlongu w salonie.

Podchodzę do wgniecionych metalowych drzwi, które są zamknięte i zakluczone. Ktoś przykleił do nich kartkę w linie poszarpanym kawałkiem taśmy izolacyjnej. Natychmiast rozpoznaję pismo brata. SPÓŹNIŁEŚ SIĘ.

Dwa słowa, drukowanymi literami. Kurde, Jeff się wkurzył.

Używam swojego kompletu kluczy, by otworzyć boczne wejście, potem wchodzę do środka i uderzam przycisk, który podnosi ogromne, mechaniczne drzwi do góry. Na zewnątrz wciąż jest chłodno, ale zawsze trzymam drzwi otwarte, nie zważając na pogodę. To mój jedyny warunek pracy tutaj. Po chwili wszechobecny zapach oleju i spalin sprawia, że mam ochotę się zabić.

Jeff zostawił mi listę rzeczy do zrobienia, ale na szczęście nie jest zbyt długa. W starym modelu buicka zaparkowanym na podjeździe trzeba wymienić olej i przedni reflektor. Pikuś. Narzucam na siebie niebieski kombinezon z logo L&S na plecach, nastawiam pierwszą znalezioną stację grającą metal i zabieram się do roboty.

Po godzinie robię pierwszą przerwę. Piję duszkiem wodę z kranu w biurze, a potem wyskakuję na zewnątrz na szybkiego papierosa.

Właśnie zdążyłem zgnieść niedopałek glanem, gdy usłyszałem w oddali silnik samochodu. Widok przedniego zderzaka białego vana mojego brata przesuwający się między drzewami rosnącymi wzdłuż podjazdu wywołuje bolesny ścisk w mojej klatce piersiowej.

Jak tchórz daję nura do środka i pędzę do podniesionej maski buicka. Pochylam się i udaję, że sprawdzam silnik i jednocześnie jestem tym tak pochłonięty, że nie słyszę zatrzaskiwanych drzwi i szorstkiego głosu ojca, gdy warczy coś do mojego brata. Rozlega się chrzęst kroków, jedne są wolne i ciężkie. Oddalają się po nieutwardzonej nawierzchni, a drugie uderzają z impetem o ziemię i Jeff wpada jak burza do warsztatu.

— Nie możesz nawet podejść, żeby się z nim przywitać? — pyta ze złością mój starszy brat.

Prostuję się i zamykam maskę.

— Sorry, właśnie kończyłem. Wpadnę przed odjazdem.

— Oby, bo właśnie mi się za to oberwało, a to nie ja nie raczyłem powiedzieć „Dzień dobry”! — Ciemne brwi Jeffa się zbiegają, gdy marszczy z niezadowoleniem czoło. Wygląda, jakby dalej miał ochotę prawić mi kazania, więc szybko zmieniam temat.

— Co powiedział lekarz?

Jeff odpowiada beznamiętnym tonem:

— Albo przestanie pić, albo umrze.

Prycham.

— Nie ma szans, żeby przestał.

— Oczywiście, że nie przestanie. Pije, by umrzeć. — Jeff potrząsa ze złością głową. — Przed wypadkiem to było uzależnienie. A teraz pije celowo.

Jezus. W życiu nie słyszałem bardziej dołującego stwierdzenia.

Ale nie mogę z tym dyskutować. Wypadek faktycznie zmienił zasady gry — pchnął ojca z powrotem do kieliszka i właściwie przekreślił te wszystkie lata trzeźwości. Dobre lata, cholera jasna. Całe trzy lata, gdy czułem, że mam ojca.

Gdy byłem w wieku czternastu lat, ostatni pobyt taty na odwyku jakimś cudem mu pomógł. Był trzeźwy przez cały rok i mama, zanim odeszła, tylko i wyłącznie z tego powodu zgodziła się, byśmy z nim zostali.

Podczas rozwodu mogliśmy wybrać, z którym rodzicem chcemy mieszkać, i ponieważ Jeff nie miał zamiaru zmieniać szkoły ani rozstawać się z dziewczyną, postanowił zostać z ojcem. A ja postanowiłem zostać ze starszym bratem. Nie tylko dlatego, że go uwielbiałem, lecz także z powodu przysięgi — że zawsze będziemy na siebie uważać — którą sobie złożyliśmy, gdy byliśmy mali.

Ojciec wytrzymał w trzeźwości jeszcze dwa kolejne lata, ale wszechświat zadecydował, że rodzina Loganów nie ma prawa do szczęścia, ponieważ gdy miałem szesnaście lat, tata uczestniczył w poważnym wypadku samochodowym, gdy wracał do domu po zawiezieniu nas do Bostonu na spotkanie z mamą.

Jego obie nogi zostały zmiażdżone. Dosłownie zmiażdżone — miał szczęście, że nie skończyło się paraliżem. Cholernie cierpiał, ale lekarze nie palili się do zapisywania leków przeciwbólowych facetowi obciążonemu historią destruktywnego nałogu. Powiedzieli, że trzeba go monitorować dwadzieścia cztery godziny na dobę, więc Jeff rzucił studia i wrócił do domu, by pomóc mi się nim zająć. Nowy mąż mamy zaproponował, że weźmie pożyczkę na opłacenie kogoś do opieki nad tatą, ale zapewniliśmy Davida, że sobie poradzimy. W tamtym czasie szczerze w to wierzyliśmy. Nogi taty miały się zagoić, a rehabilitacja wskazana przez lekarzy — pozwolić mu normalnie chodzić w przyszłości.

Ale wszechświat po raz kolejny dał Loganom kopa w dupę. Tata cierpiał tak bardzo, że zaczął pić, by uśmierzyć ból. Nie skończył rehabilitacji, co oznacza, że jego nogi nie wyleczyły się tak, jak powinny.

Teraz fatalnie kuleje, ból nie daje mu o sobie zapomnieć i ma dwóch synów, którzy pogodzili się z faktem, że będą musieli się nim opiekować, dopóki nie umrze.

— Co robimy? — pytam ponuro.

— To co zawsze. Będziemy mężczyznami i zadbamy o naszą rodzinę.

Frustracja skręca mi żołądek, mieszając się z poczuciem winy zadomowionym tam na dobre. Dlaczego to my mamy dla niego wszystko poświęcić?

„Ponieważ to wasz ojciec i jest chory. Ponieważ mama musiała to robić przez czternaście lat i teraz przyszła wasza kolej”.

Następna myśl wypływa na powierzchnię, ta, którą miewałem już wcześniej i od której chce mi się rzygać za każdym razem, gdy pojawia się w mojej głowie.

„Byłoby o wiele łatwiej, gdyby umarł”.

Żółć parzy moje gardło, a ja wypędzam tę samolubną, obrzydliwą myśl. Nie chcę, żeby umierał. Może być w totalnej rozsypce, może być pijany i zachowywać się czasem jak skończony dupek, ale to wciąż mój ojciec, do cholery. To on woził mnie na treningi hokeja, w ulewnym deszczu i palącym słońcu. Pomagał mi wykuć na pamięć tabliczkę mnożenia i nauczył wiązać sznurowadła.

Kiedy nie pił, był naprawdę dobrym ojcem i przez to ta cała sytuacja jest cholernie trudna. Nie mogę go nienawidzić. Nie nienawidzę go.

— Słuchaj, tak się zastanawiałem… — milknę, bojąc się reakcji Jeffa. Pokasłując, wyławiam kolejnego papierosa z paczki i ruszam do drzwi. — Pogadajmy na zewnątrz.

Chwilę później zaciągam się głęboko dymem, mając nadzieję, że nikotyna przyniesie mi tak bardzo teraz potrzebną dawkę pewności siebie. Jeff mierzy mnie z dezaprobatą i pokonany wypuszcza powietrze.

— Daj mi jednego.

Zapala papierosa, a ja wydycham chmurę dymu i zmuszam się do kontynuowania.

— Zainteresował się mną jeden agent z Nowego Jorku. Naprawdę poważny agent. — Waham się. — Uważa, że bez problemów podpisałbym kontrakt z drużyną, gdybym tylko spróbował.

Rysy Jeffa natychmiast twardnieją.

— To mogłoby oznaczać przyzwoity bonus przy podpisywaniu umowy. I kontrakt. Pieniądze, Jeff. — Desperacja zaciska mi gardło. — Moglibyśmy zatrudnić kogoś do prowadzenia warsztatu, pielęgniarkę na pełen etat dla taty. Może nawet spłacić dom, jeśli kontrakt będzie wystarczająco wysoki.

Mój brat wybucha szyderczym śmiechem.

— A myślisz, że jak wysoki kontrakt z tobą podpiszą, John? Przestańmy żartować w tej kwestii. — Potrząsa głową. — Słuchaj, już o tym rozmawialiśmy. Jeśli chciałeś przejść na zawodowstwo, to trzeba było wybrać Major Junior. Ale ty wolałeś najpierw ukończyć studia. Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka.

To prawda, wybrałem studia. Bo, do cholery, dobrze wiedziałem, że gdybym wybrał tamtą opcję, nigdy nie opuściłbym ligi, a to oznaczałoby wypięcie się na brata. Po moim trupie musieliby wyrwać mi kijek z rąk, żeby powstrzymać mnie od grania.

Ale teraz, gdy zbliża się czas zamiany miejsc z Jeffem, jestem przerażony.

— To mogłoby być dużo pieniędzy — mamroczę, ale moja marna próba przekonania go nie działa, Jeff już potrząsa głową.

— Nie ma mowy, Johnny. Mieliśmy umowę. Nawet gdybyś podpisał kontrakt z drużyną, nie dostałbyś tych wszystkich pieniędzy z góry, a ułożenie wszystkiego tutaj zabrałoby dużo czasu. Nie mam go, rozumiesz? Jak tylko wręczą ci dyplom do rąk, ja się stąd zmywam.

— E tam, daj spokój. Myślisz, że uwierzę, że natychmiast pryśniesz z miasta?

— Wyjeżdżamy z Kylie do Europy już za rok, w maju — mówi cicho Jeff. — Dzień po twoim zakończeniu studiów już nas tu nie będzie.

Jestem zszokowany.

— Od kiedy to planowaliście?

— Od dawna. Mówiłem ci już, zanim się pobierzemy, chcemy podróżować przez parę lat. A potem zatrzymać się na jakiś czas w Bostonie, a potem poszukać czegoś dla siebie w Hastings.

Moja panika przybiera na sile.

— Ale plan jest nadal aktualny, tak? Będziesz mieszkał w Hastings i pracował tutaj?

Właśnie taką umowę zawarliśmy, gdy skończyłem szkołę średnią. Jeff zostaje na posterunku na czas moich studiów, a potem ja przejmuję wartę, dopóki on z narzeczoną nie osiedlą się w tej okolicy. Wtedy ponownie przejmie warsztat, a ja będę wolny.

Będę miał wtedy dwadzieścia pięć lat i szanse na zawodowstwo nie będą już tak korzystne. Teoretycznie mogę wylądować gdzieś w American Hockey League, ale nie wiem, ile drużyn będzie mną zainteresowanych.

— To nadal nasz plan — zapewnia mnie. — Kylie chce mieszkać w małym miasteczku i tutaj wychowywać nasze dzieci. A ja lubię być mechanikiem samochodowym.

Przynajmniej jeden z nas.

— I nie mam nic przeciwko zajmowaniu się ojcem. Ja… — Oddycha ciężko. — Po prostu potrzebuję przerwy, rozumiesz?

Moje gardło zacisnęło się na dobre, więc kiwam jedynie głową. Potem gaszę papierosa i wymuszam uśmiech, w końcu odzyskuję głos:

— Muszę jeszcze wymienić ten reflektor. Zabieram się do roboty.

Wchodzimy do środka, Jeff kieruje się do biura, a ja wracam do buicka.

Piętnaście minut później odwieszam kombinezon na hak, rzucam pospieszne „Do widzenia” i praktycznie biegnę sprintem do swojego pikapa.

 

Nie zajrzałem do ojca, ale mam cholerną nadzieję, że mój brat tego nie zauważył.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?