Jak uleczyć serceTekst

Z serii: Medical
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dianne Drake
Jak uleczyć serce

Tłumaczenie:

Iza Kwiatkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kawa. Czarna i mocna. Poranna przyjemność. Oraz jedna z niewielu rzeczy, na które Daniel Caldwell zawsze mógł liczyć.

Upił łyk, po czym otworzył lokalną gazetę wydawaną w Seattle. Jego wzrok przyciągnął artykuł na temat wahań cen ropy naftowej. Miał niewiele czasu na czytanie, ponieważ wyznaczył sobie tylko pół godziny czasu „dla siebie” przed udaniem się do pracy.

Resztę dnia wypełniały mu obowiązki szpitalne oraz te związane z wychowywaniem trzyletniej córeczki.

Jego życie często było chaotyczne, ale te pół godziny w kafejce sprawiało, że mógł bardziej poczuć się jak człowiek. Odpowiadał mu taki niezobowiązujący kontakt z ludźmi, tym bardziej że na tym etapie nie miał czasu na życie towarzyskie.

Miło było znaleźć się wśród ludzi, którzy niczego od niego nie oczekują. Bo dla niego to rzadkość.

Dokończył lekturę artykułu poświęconego galopującym cenom ropy. Nie wstrząsnął nim, bo sam jeździł małym ekonomicznym autkiem, a poza tym do pracy miał ledwie kilka kilometrów. Niczym typowa babcia, która w tygodniu korzysta z samochodu, by pojechać po warzywa.

Jednak kiedy miał wolne, zabierał Maddie do parku albo na przystań, gdzie dziewczynka z upodobaniem karmiła mewy albo przyglądała się wędkarzom.

Spojrzawszy na zegarek, zorientował się, że jego czas się kończy. Gdy dopijał kawę, zadzwonił dzwoneczek nad drzwiami kafejki.

Do środka weszła kobieta.

Atrakcyjna to mało powiedziane. Elegancka i subtelna mimo granatowych szpitalnych spodni.

Czyżby już ją widział w szpitalu?

Pospiesznie odwrócił wzrok, by nie pomyślała, że się na nią gapi. Gdy zdecydowanym krokiem podeszła do barku, znowu na nią popatrzył. Chyba ją zna. Te same kształty, wysoko uniesiona głowa…

Nie, niemożliwe. Ale… może ma teraz trochę jaśniejsze włosy. Już nie związane w koński ogon, a rozpuszczone, opadające na ramiona. Ładnie. Jednak brakuje okularów.

Zoey nosiła okulary w tak dużych oprawkach, że zasłaniały niemal połowę twarzy. Nie pasowały do niej, świadczyły jedynie o tym, że za plastikiem chce ukrywać urodę.

Zoey. Jedno było pewne: nie spodziewał się na nią natknąć. Nawet wcale nie chciał.

Podejść i uprzejmie zapytać, jak jej się powodzi?

Rozmawiając z baristą, młodzieńcem z dredami do pasa, roześmiała się. Była optymistką, gdy przez długie tygodnie opiekowała się Elizabeth. Podziwiał ją już wtedy.

Podobnie jak jej umiejętności. W jego oczach była pielęgniarką modelową. Tym bardziej że wykonywała pracę, której on nie byłby w stanie się podjąć.

Zdawał sobie sprawę, że jej pozytywne nastawienie działało kojąco na Elizabeth w jej ostatnich chwilach. Potrafiła nawet ją rozbawić.

Śmiech kobiety przy ladzie brzmiał tak samo. Unosił się ponad gwarem panującym w kawiarence. Był tak samo zaraźliwy. Nie mógł się nie uśmiechnąć.

Nagle odwróciła się, trzymając filiżankę z kawą, wrzuciła napiwek do słoika przy kasie, po czym spojrzała prosto na niego.

Błyskawicznie wbił spojrzenie w gazetę.

Gdy się do niego zbliżała, rozmyślnie nie podnosił wzroku, niepewny, czy chce z nią rozmawiać. Kojarzyła mu się z okresem, o którym wolałby zapomnieć.

Gdy przystanęła przy stoliku, powitał ją wymuszonym uśmiechem. Cholera, co robić, pomyślał, spoglądając w jej niebieskie oczy.

– Daniel…?

– Zoey? Zoey Evans?

Przytaknęła.

– Dawno się nie widzieliśmy.

– Cały rok. – Długi samotny rok od śmierci Elizabeth.

– Co u ciebie?

– W porządku. Pracuję i zajmuję się Maddie… Na nic więcej nie mam czasu.

– Domyślam się, że samotny ojciec nie ma lekko. Nie ożeniłeś się powtórnie?

– Nie. – Gestem wskazał jej krzesło naprzeciwko. – Porozmawiamy? – Spojrzał na zegarek. – Mam siedem minut do rozpoczęcia dyżuru.

Ściągnęła brwi, ale przytaknęła.

– Też mam mniej więcej tyle samo. Muszę odwiedzić pacjenta, a wolałabym się nie spóźnić.

Przypomniały mu się jej wizyty u Elizabeth. Zawsze co do sekundy stawiała się na czas.

– Pamiętam, jaka byłaś punktualna.

– A ty zawsze się spóźniałeś.

– To przeszłość. Wyzbyłem się wielu wad.

Zoey postawiła kawę na stoliku.

– Elizabeth nie podobało się, że zawsze się spóźniasz. Mówiła, że według tych spóźnień można było ustawiać zegarek.

Od dawna nie rozmawiał o Elizabeth, mimo że stale była obecna w jego myślach. Ale rozmawiać o niej z kimś…

Bał się, że to rozdrapie jeszcze niezabliźnione rany po jej stracie. Nie było dnia, by nie wpatrywał się w jej fotografię, nie rozmawiał z nią w myślach.

Ale z kimś obcym? Nawet z Abby, jej matką, która pod jego nieobecność opiekowała się Maddie. Zgodnie z niepisaną umową nigdy nie padało imię Elizabeth.

– Tak, nie lubiła spóźnialstwa i miała mi je za złe. To był chyba jedyny powód naszych kłótni. Teraz już się nie spóźniam, ale przyznam, że trudno o punktualność, gdy nie ma się kogoś, kto do tego mobilizuje.

Zoey upiła łyk kawy.

– Była szczęśliwa w tym związku. Często o tym mówiła.

– Ja też byłem szczęśliwy, chociaż pięć lat to niedługo. – Ich plany na przyszłość zniszczyła białaczka. Trzy miesiące od diagnozy Elizabeth…

– Pięć lat szczęścia. Pomyśl, masz Maddie. Jaka ona jest?

– Twarda z niej sztuka. Jak jestem w pracy, opiekuje się nią mama Elizabeth. Ma swoje zdanie i wie, czego chce.

– Ma teraz trzy lata, prawda? Kiedy widziałam ją po raz ostatni, była niemowlakiem i pewnie teraz bym jej nie poznała. Jak one szybko rosną…

Dopił kawę.

– Tego się boję. – Zamknął gazetę z zamiarem zabrania jej do pracy. Robił tak co rano, ale nigdy niczego nie przeczytał. – Babcia ją rozpieszcza, co moim zdaniem utwierdza ją w przekonaniu, że jest najważniejsza. Miewa napady złości, grozi, że jak nie zrobię tego, czego chce, to zamieszka u babci.

– Napady złości? Dlaczego?

– Na pewno nie jest jej łatwo kursować między moim domem i domem babci. Jest jeszcze mała, a jej życie takie… chaotyczne. Nie wiem, czy można z tego czerpać poczucie bezpieczeństwa. – Sfrustrowany wzruszył ramionami. – Nawet nie ma pewności, czy zobaczy mnie wieczorem, bo i ja nie wiem, o której wrócę do domu.

– Musisz zdobyć się wobec niej na cierpliwość. Pewnie jest zdezorientowana. Przykro mi to słyszeć, bo jak pamiętam, Maddie była słodkim maluchem.

– Czuję to i modlę się, żeby nie wyszła z tego trwale pokiereszowana.

– Danielu, wyrażamy emocje na różne sposoby. Maddie też. Wątpię, żeby pozostawiło to jakieś blizny. Nawet w wieku trzech lat. Mała podąża swoją drogą.

– Tak, rozumiem, co przeżywa, ale przez to wcale nie jest mi łatwiej. Babcia spełnia wszystkie jej zachcianki… – Potrząsnął głową. – Więc Maddie uważa, że wszyscy muszą traktować ją jak babcia.

– Chyba od tego są dziadkowie? Zawsze mi mówiono, że to jest ich święte prawo.

– Ale Maddie tego nadużywa.

– Albo ty przesadnie reagujesz na jedyny znany babci sposób okazywania miłości. Można to robić na różne sposoby.

– Możliwe, bo wiem, że ma najlepsze intencje. Kocha Maddie. I jest wspaniałą babcią. Kiedy rozmawialiśmy z Elizabeth o metodach wychowawczych, obojgu nam zależało, by jej nie rozpieszczać tak jak Abby. Elizabeth zależało, żeby nasza córka wyrosła na osobę silną i niezależną.

„Wiem, że będziesz troszczył się o Maddie, ale musisz też dbać o siebie. Danielu, nie zamykaj się w sobie. Ciesz się życiem. Poszukaj sobie kogoś. Nie chcę, żebyś żył jak pustelnik”, mówiła Elizabeth.

Niestety, realizacja planu Elizabeth na jego życie okazała się nader trudna.

– Jestem pewna, że z czasem twoje życie się ułoży, a i Maddie z tego wyrośnie.

Daniel westchnął. Czuł, że teściowa stara się zastąpić wnuczce matkę, więc nic nie mówił, bo jej strata była równie wielka jak jego.

– Początkowo chciałem zapisać Maddie do przyszpitalnego żłobka, ale wierzę w rodzinę, więc uznałem, że więcej może skorzystać, przebywając z babcią, jeżeli ta nieco się ograniczy.

– Więc porozmawiaj z Abby, bądź szczery, niczego nie ukrywaj. Miałam sposobność kilka razy ją spotkać. To silna kobieta. Na pewno bardzo kocha wnuczkę, więc jestem pewna, że cię wysłucha.

– Mam nadzieję, tym bardziej że uważam, że przebywanie razem dobrze robi im obydwu.

– Powtórzę, porozmawiaj z Abby. To wam dobrze zrobi.

– Nie omieszkam. I dzięki za radę. Od dawna nie miałem sposobności z nikim o tym porozmawiać. – Uśmiechnął się, wstając od stolika. – Muszę iść. Czeka mnie obchód z trójką rezydentów oraz piątką studentów, spotkanie o dziewiątej, a do tego kilkunastu pacjentów et cetera, et cetera.

– Nadal pracujesz w szpitalu?

– Oczywiście. Prywatna praktyka to nie moja specjalność. Zbyt ogranicza. Lubię rozmaitość, jaką daje szpital. W szpitalu nie ma miejsca na nudę.

– Uważasz praktykę prywatną za nudną?

– Nie wiem, bo nie próbowałem, ale wyobrażam sobie, że polega na siedzeniu w gabinecie. Dolegliwości pacjentów mogą być różne, ale to dla mnie za mało. Nie, nie, ja lubię otwarte szpitalne przestrzenie, po których mogę swobodnie się przemieszczać.

– Swobodnie?

– Okej, może nie aż tak swobodnie. – Uśmiechnął się. – W szpitalu mamy do czynienia z przytłaczającą liczbą przypadków. A ty często bywasz w szpitalu?

– Nie. Pracuję dla agencji z siedzibą nieopodal. Bywam tam mniej więcej dwa razy w tygodniu. I to na krótko. Nie przepadam za szpitalami.

 

– Dlaczego?

– Hm, tobie odpowiadają otwarte przestrzenie, a ja wolę pracować w bardziej kameralnych miejscach.

– Dlatego wolisz pracę w domach pacjentów?

– Tak, bo w swoim domu pacjent jest najszczęśliwszy.

– Ale opieka pielęgniarska w hospicjum? To chyba bardzo trudne.

– I najbardziej satysfakcjonujące. Przekonałam się do pracy w hospicjum już na etapie pisania pracy dyplomowej. I tę specjalizację wybrałam.

– To musi być bardzo trudne. Niełatwo pogodzić się ze stratą jednego pacjenta, a co dopiero wszystkich po kolei.

Wzruszyła ramionami.

– Co mam powiedzieć? Lubię ludzi wspierać i opiekować się nimi do samego końca. To bardzo ważna praca, a nie każdy się do niej nadaje. Jestem wyjątkiem.

– Czyli oboje jesteśmy zadowoleni z życia.

– To chyba dobrze?

Przytaknął.

– Musimy się jeszcze raz umówić na kawę – powiedział. – Miło mi się z tobą rozmawiało.

– Z chęcią, ale rzadko bywam w tej dzielnicy o tej porze, chyba że jest to konieczne. Po lunchu zazwyczaj odwiedzam pewną pacjentkę, ale dzisiaj moja wizyta się przesunęła, bo pacjentka była umówiona z lekarzem. Ta kafejka jest po drodze do jej domu. Normalnie bywam tu między dwunastą a pierwszą.

– Czyli mniej więcej sześć godzin później niż dzisiaj.

– Na to wychodzi.

– Okej, może kiedyś wpadnę tu w południe.

– I może mnie zastaniesz.

– Muszę już iść. Dzięki za towarzystwo. Miło było znowu cię spotkać.

– To ja dziękuję tobie.

Wyszedł, nie oglądając się na piękność popijającą espresso. Dopiero na zewnątrz zerknął na nią przez szybę. W ciągu tych długich tygodni, kiedy przychodziła do Elizabeth, nie miał okazji rozmawiać z nią na inny temat niż Elizabeth.

Okazało się, że bardzo miło się z nią gawędzi. Nie miałby nic przeciwko temu, żeby znowu się z nią spotkać. Ale chyba tylko przypadkiem, bo nie miał czasu na poszerzanie swoich horyzontów towarzyskich. Teraz jego życie było na to zbyt skomplikowane, ale perspektywa spotkania z Zoey wydawała się atrakcyjna.

Jednocześnie gryzło go sumienie, że nie jest lojalny wobec Elizabeth. Nie powinien mieć poczucia winy, jeżeli chce od nowa ułożyć sobie życie.

Daniel Caldwell.

Wyglądał zdecydowanie inaczej rok wcześniej, kiedy widziała go po raz ostatni. Stres robi swoje. Opiekował się żoną, dzieckiem, robił wszystko, by nie stracić pracy w szpitalu. Był to dla niego piekielnie trudny czas.

Tak, Daniel jest inny. Radził sobie z tragedią lepiej niż inni i zawsze stawiał potrzeby otoczenia przed swoimi. Dbał nawet o nią. Zawsze czekał na nią dzbanek kawy, całkiem niepotrzebny, ale mile widziany.

Przekonywała go, że sama może zrobić sobie kawę, ale on twierdził, że każdy drobny gest pomaga sprawie, którą w jego przypadku była Elizabeth.

Słusznie, bo w miarę jak stan Elizabeth się pogarszał, Zoey miała coraz mniej czasu na drobiazgi. Wtedy była mu wdzięczna za każdy kubek kawy.

Co więcej, była pełna szacunku dla jego oddania umierającej żonie, bo zauważyła, że wielu bliskich w ostatnich chwilach się odsuwa, usiłując nie widzieć tego, co nieuchronne. Daniel nie był taki. Wytrwał do samego końca, żeby pomagać żonie oraz jej.

Wolałaby oglądać tak idealne, w jej mniemaniu, małżeństwo na innym etapie swojego życia. Nie potrafiła sobie wyobrazić równie szczęśliwego związku. Jej się to nie udawało, więc w końcu straciła nadzieję.

Nieudany związek niemal ją zniszczył. Prawdę mówiąc, przestała wierzyć, że jest zdolna ponownie z kimś się związać. Na pewno nie z takim samym entuzjazmem, z jakim brała ślub. Potem było już coraz gorzej.

Nie do końca wykluczała taką możliwość, bo jeszcze tliła się w jej sercu iskierka nadziei. Zastanawiała się jednak, czy potrafi ponownie wykrzesać z siebie namiętność, która wygasła dawno temu. O co postarał się Brad.

Może pewnego dnia spróbuje, bo życie singielki wcale nie jest fajne. Jednak dopiero gdy odnajdzie w sobie wszystko to, co odebrał jej Brad, gdy ich małżeństwo się rozpadało. Przede wszystkim nadzieję, w miejsce której wkradło się rozczarowanie. Raz za razem pozbawiał ją nadziei, aż całkiem znikła.

Godziła się na to w przekonaniu, że na tym polega prawdziwa miłość. Naiwna.

Ta prawdziwa miłość w krótkim czasie ją zawiodła. Całkiem szybko zorientowała się, jaki jest Brad, ale jeszcze przez kilka miesięcy ich związku starała się pojąć, jak mogła kogoś takiego pokochać.

Jak mogła być taka durna?

Przez niego straciła wiarę w siebie, ufność, że potrafi dokonywać słusznych wyborów. Z powodu Brada pełna wątpliwości przestała wiedzieć, czego pragnie. Z nikim się nie spotykała, nawet o tym nie myślała.

Łatwiej było odwrócić się plecami do tego koszmarnego rozstania i czekać na chwilę, kiedy nabierze pewności, że nie wpakuje się znowu w tarapaty. Na razie była z życia dość zadowolona.

Westchnęła, zastanawiając się, co może przynieść przyszłość. Związek z prawdziwego zdarzenia? Z kimś, komu będzie mogła zaufać?

Nagle pomyślała, jak dobrze byłoby wracać do domu do kogoś podobnego do Daniela. Człowieka opiekuńczego i oddanego. Czysta iluzja. Daniel jest jedyny w swoim rodzaju. Słyszała, jak czule przemawia do żony, widziała, jak się nią opiekuje. Całymi godzinami siedział przy niej i trzymał za rękę, gdy spała; całował, gdy ból stawał się nie do zniesienia; przytulał w ostatnich chwilach.

Niewielu jest takich jak Daniel. Elizabeth miała szczęście, a ona, Zoey, w pewnym sensie jej go zazdrościła, bo sama marzyła o takim partnerze jak Daniel.

Znajdzie go? Kogoś, kto będzie kochał ją tak, jak Daniel kochał Elizabeth?

Daniel…

Myślała o nim, jadąc do swojego pierwszego własnego mieszkania. Dobrze, że trochę przytył, a z jego oczu zniknęła pustka. To znaczy, że się otrząsnął po tamtych przeżyciach. Niektórzy tkwią w żałobie w nieskończoność. On jednak musi wychowywać dziecko oraz pracować. To dobrze, bo ma cel w życiu.

Miło było rano spotkać go znowu. Z reguły unikała kontaktów z bliskimi osób, którymi się opiekowała. Tak było lepiej dla obu stron.

Takie spotkanie jak to z Danielem należało do rzadkości. Prawdę mówiąc, przytrafiło się jej po raz pierwszy. Nie miała pojęcia, co kazało jej się do niego przysiąść.

Może dlatego, że teoretycznie wykonują ten sam zawód? Zatrudnia ich ten sam szpital. W zeszłym roku, gdy przychodziła do szpitala, rozglądała się, czy gdzieś go nie zobaczy. Jednak ich drogi nigdy się nie skrzyżowały.

Nie szukała go, ponieważ zawsze przestrzegała zasad profesjonalizmu nakazujących rozdział spraw prywatnych od zawodowych.

Prawdę mówiąc, nie ma czasu na ciekawe życie prywatne. Dom, karty pacjentów, karmienie Fluffy, kapryśnego persa, kilka telefonów, późna kolacja, chwila lektury i… spać. Następnego dnia to samo.

W weekendy wyprawa do sklepu, pranie oraz co najmniej pół dnia wklepywania do komputera informacji o stanie pacjentów. Aha, w soboty ścianka wspinaczkowa, a od wielkiego dzwonu kino i maślana prażona kukurydza.

W mroku sali kinowej nikt nie zwracał uwagi, że siedzi sama. Odpowiadała jej ta parugodzinna anonimowość. Zero oczekiwań, zero zmartwień.

W każdy niedzielny poranek obowiązkowy telefon do matki.

– Skarbie, co u ciebie?

– W porządku.

– Wydarzyło się coś nowego w twoim życiu?

– Stara bieda.

– Nie masz chłopaka, z nikim się nie umawiasz?

– Nie, mamo. Pracuję.

– To kiedy znajdziesz sobie jakiegoś sympatycznego młodego człowieka? Nie mogę doczekać się wnuków.

– Mamo, w najbliższej przyszłości się na to nie zanosi. W mojej pracy nie ma zbyt wielu kawalerów.

– To podejmij pracę w szpitalu, gdzie jest wielu młodych przystojnych lekarzy.

– Nie chcę pracować w szpitalu i nie potrzebuję przystojnego lekarza.

– Ech, Zoey, ty się w ogóle nie zmieniasz…

Ta sama rozmowa co niedziela. Niezmiennie. Jednak Zoey nie potrafiła zerwać z tym przyzwyczajeniem. Znosiła te powtarzające się pytania w zamian za poczucie, że ktoś się o nią troszczy, a nie tylko ona o innych.

Zaparkowała na podjeździe przed białym domem na wzgórzu. Przyjemnie byłoby spędzić więcej czasu z Danielem, pomyślała, ale służba nie drużba. Teraz jej obowiązkiem jest decyzja, czy pani Barrow może jechać na wizytę do lekarza. Czy jest wykąpana, uczesana, ubrana, stabilna i czy wzięła wszystkie leki…

Zoey czuła się uprzywilejowana, sprawując opiekę nad kimś tak energicznym mimo choroby jak pani Barrow.

Z torbą lekarską podeszła do drzwi. Westchnęła, bo spotkanie z Danielem obudziło w niej dziwny niepokój. Nie wiadomo dlaczego wyobraziła sobie z nim randkę. Tak, randkę. Tylko jeden wieczór. Wino, kolacja, żadnych zobowiązań. To przerwałoby monotonię w jej życiu, pokazało, że mimo wszystko zachowała trochę ludzkich potrzeb.

Ale z Danielem? Nie była tego pewna, bo przecież przypomina jej, że czegoś w jej życiu brakuje.

ROZDZIAŁ DRUGI

Instrukcja na zaproszeniu kierowała go do stolika numer siedemnaście prawie na samym końcu ogromnej sali bankietowej. Dwa lata wcześniej, gdy wraz z Elizabeth przybyli na szpitalną galę dobroczynną, posadzono ich wraz z jeszcze trzema małżeństwami zdecydowanie bliżej sceny, z dobrym widokiem na podium. Ot, od ważnego do nieważnego, pomyślał.

Nie przepadał za podobnymi imprezami, zwłaszcza za tymi, które wymagały smokinga. Za to Elizabeth lubiła włożyć coś specjalnego, by ściągnąć na siebie uwagę, więc ulegał jej namowom. Przypomniała mu się suknia, w której wystąpiła na ich ostatniej wspólnej gali. Niebieska, do ziemi, bez ramiączek. Z rozpuszczonymi blond włosami Elizabeth wyglądała bosko.

Wszystkie oczy były zwrócone na nią. Zazdrościli mu jej wszyscy mężczyźni, a jego rozpierała duma.

– Jak mnie zabraknie, nie rezygnuj z tego, co sprawiało nam przyjemność.

Rok temu jako singiel przytłoczony wspomnieniami nie uczestniczył w gali. W tym roku ordynator wydziału Walter Downing osobiście poprosił go o udział w tej imprezie.

– Za mało się udzielasz – powiedział. – Martwi mnie to, bo mam wrażenie, że od śmierci Elizabeth unikasz ludzi. Otrząśnij się i zacznij znowu cieszyć życiem.

Owszem, jego życie powoli zaczynało się układać, wracać do normalności, więc uznał, że w ramach tego procesu w tym roku powinien wziąć udział w gali dobroczynnej.

Westchnąwszy, zaczął przeciskać się przez zatłoczony bar w stronę wyznaczonego stolika. Już z daleka dostrzegł kartonik z numerem „17” oparty o gustowną kwiatową aranżację. Dwa odsunięte krzesła świadczyły, że już dwie osoby znalazły swoje miejsca, po czym się oddaliły. Zapewne udały się do baru.

Zaintrygowało go, że te dwa zajęte krzesła nie stały obok siebie, a po przeciwnych stronach stołu. Czyli dzisiejszego wieczoru przy tym stoliku nie zanosi się, by nawiązano nowe przyjaźnie, pomyślał, siadając.

Spojrzał na zegarek. Jeszcze kwadrans. Piętnaście długich nudnych minut, bo niemal pewne, że nie zna żadnego z gości, więc wymiana myśli ograniczy się do minimum. Nawet mu to odpowiadało, bo nie miał zamiaru z nikim się zaprzyjaźniać.

Dawniej wystarczała mu Elizabeth, ale od jej śmierci wydawało mu się, że w jego obecności ludzie czują się niezręcznie. Na początku kilka razy zapraszano go na różne spotkania towarzyskie, ale za każdym razem odmawiał, nie chcąc stwarzać krępujących sytuacji. Poza tym zawsze miał wymówkę, że musi zająć się Maddie.

Córeczka stanowiła doskonały pretekst, ale z drugiej strony godziny z nią spędzane naprawdę sprawiały mu przyjemność. Zazdrościł teściowej, że tak długo może mieć ją u siebie.

– To miejsce jest zajęte? – Z zamyślenia wyrwał go znajomy głos.

– Ciebie też sadzają przy stołach dla singli? – zapytał, odsuwając dla niej krzesło.

– To jest stół dla singli?

Uśmiechnął się krzywo.

– Zawsze na uboczu, żeby inni nie musieli patrzeć na nasze skrępowanie, że nie mamy partnera.

– A jeżeli to nasz świadomy wybór? – Wzruszyła ramionami. – To stan umysłu. Lepiej zostać w domu, niż pokazać się bez partnera, ale ty przyszedłeś sam. I jak się czujesz?

– Owszem, sam, ale nie z wyboru.

– Jak to? Ktoś cię zmusił?

– Powiedzmy, że dostałem polecenie wzięcia udziału w tegorocznej gali. Od ordynatora. Szczerze mówiąc, wolałbym zostać w domu w dżinsach i T-shircie, popijać piwo i czytać bajki Madddie.

 

– To moja pierwsza taka impreza, więc nie wiem, jak to skomentować – przyznała. – Zaproszenie przyjęłam z radością. Poczułam się zaszczycona, że organizatorzy wzięli mnie pod uwagę. Nawet kupiłam sukienkę na tę okazję. – Przez ramię zerknęła na gości sadowiących się przy stołach. – Domyślam się, że organizatorzy oczekują, że trochę później wypiszemy czeki na pokaźne kwoty.

– Wśród gości jest tu wielu VIP-ów oraz szefów korporacji, więc głównym celem jest wyciągnięcie jak najwięcej kasy od nich. Niech oni wykładają książeczki czekowe.

– To co my tu robimy?

– Jesteśmy tu na dowód, że popieramy ten szczytny cel.

– Pokazują nas jako jedną szczęśliwą rodzinę?

– Coś w tym stylu.

Uśmiechem przywitała mężczyznę sadowiącego się na wprost.

– Sporo tu ludzi – zauważyła, zwracając się do Daniela. – Każdego roku zbiera się tu tylu gości?

– Chyba z każdym rokiem coraz więcej. Dawniej organizowano tę imprezę w szpitalu, ale się rozrośliśmy i parę lat temu przeniesiono ją do hotelu.

– Szpital świadczy coraz więcej usług, prawda? Pewnie właśnie to się przekłada na rosnące uczestnictwo VIP-ów. Lubisz pracować w tak dużej placówce?

– Jasne. Możemy świadczyć więcej usług niż mniejsze szpitale. Tutaj każdego dnia mogę osiągnąć więcej.

– Wiesz, że Elizabeth była dumna z twoich osiągnięć? Wspomniała o tym kilka razy.

– Naprawdę? – Nadal nie było mu łatwo rozmawiać o Elizabeth, ale ku jego zaskoczeniu Zoey sprawiała, że nie było to aż takie trudne.

Przytaknęła.

– Mówiła, że zmieniasz świat na lepsze, że twoja praca jest bardzo ważna.

– Hm, myślę, że nie była obiektywna. – Rozejrzał się po sali. Kurczę, coraz więcej ludzi…

Jednak perspektywa spędzenia tego wieczoru u boku Zoey nie była taka zła.

– Zmarszczyłeś czoło. Dlaczego?

– Wolałbym, żeby posadzili mnie w ostatnim rzędzie. Nawet o to poprosiłem organizatorów, ale powiedzieli, że to stoły zarezerwowane dla spóźnialskich.

– W ostatnim rzędzie? Dlaczego? Chciałeś się ulotnić?

– To nie brzmi najlepiej. Po prostu bym się pożegnał i wyszedł. W pośpiechu.

– Czyli twój plan spalił na panewce, bo posadzono cię daleko od wyjścia?

– Wydostać się stąd nie byłoby łatwo. Za dużo świadków.

– Nie obrażasz kogoś?

– Niby dlaczego?

– Masz przy tym stole wyborne towarzystwo. – Prawie wszystkie miejsca przy ich stole były już zajęte, ale tylko Daniel i Zoey z sobą rozmawiali. – Łącznie ze mną. Czuję się urażona, że chcesz uciec.

– Nie uciec, ale oddalić się pod pewnym pretekstem.

– Jakim? – Roześmiała się. – Że nie lubisz bankietów, gali dobroczynnych czy dużych skupisk ludzi?

– To jest quiz? Mogę wybrać wszystkie trzy odpowiedzi? – To dziwne, ale podobała mu się ta rozmowa.

Jak zauważył już wcześniej, z Zoey rozmawiało mu się wyjątkowo łatwo. Gdy Elizabeth umierała, unikał Zoey. Być może dlatego, że stale przypominała mu o tym, co nieuchronne.

– Udawaj, że siedzisz w kafejce, sam, i czytasz gazetę. Może to pomoże ci doczekać końca.

– Akurat. Siedzę w kafejce otoczony pół tysiącem kolegów i koleżanek w smokingach i eleganckich sukniach. – Skrzywił się. – Chyba poszukam sobie innej kafejki. Bardziej zacisznej, gdzie nie obowiązuje taki sztywny dress code.

– Cierpisz na agorafobię?

– To raczej chęć unikania bliskości. Źle się czuję w dużych grupach. Trudno mi się pogodzić z myślą, że znalazłem się w sytuacji, kiedy tak na prawdę wszystkim jest obojętne, czy tu jestem, czy nie. Wolę małe grupy, kontakt twarzą w twarz.

– Hm, sądzę, że po dwóch podwójnych whisky przed końcem wieczoru tańczyłbyś na stole.

– Po dwóch podwójnych whisky znalazłbym się pod stołem. – Na tę uwagę sąsiadka Zoey uniosła brwi. – A propos, przynieść ci coś baru? – Spojrzał jej w oczy. By nie patrzeć na dekolt.

Ładna suknia. Złota, połyskująca, pasująca do jego smokinga. Zoey prezentowała się zupełnie inaczej niż na co dzień. Jednak tego wieczoru zaskoczyła go głębokością dekoltu. Takiej pokusy nie przewidział. Ani na ten wieczór, ani na najbliższą przyszłość. Nie był przygotowany na taką pokusę.

-- Chętnie coś ci przyniosę – ciągnął. – Wino? Może koktajl? Albo podwójną whisky?

– Mam ochotę na wino, ale nie aż taką, żeby ustawić się w tej kolejce. I wolałabym nie ryzykować, że wymkniesz się bocznymi drzwiami. – Popatrzyła na tłum kłębiący się przy barze. – Zamierzałeś nie wrócić?

– Nie zostawiłbym cię na lodzie, a drink pomoże ci wytrwać do końca tego wieczoru.

– Psujesz mi zabawę. Cieszyłam się na ten wieczór, a ty mnie gasisz swoim pesymizmem. – Uśmiechnęła się. – Wiem od Elizabeth, że nie znosisz takich oficjalnych spędów.

– To mało powiedziane. Mam powiedzieć, jak bardzo ich nie znoszę?

– Nie! Już to wiem. Ale pozwolę sobie zapytać, czy stwierdzono u ciebie osobowość dyssocjalną?

– Nie, nie stwierdzono. Ale usłyszałem wiele takich opinii na swój temat. Zaczynając od moich rodziców, a skończywszy na Elizabeth.

– Zawsze taki byłeś? Nigdy nie lubiłeś dużych grup?

– Nie chodzi o to, że ich nie lubię. Po prostu staram się ich unikać.

– Okej. Powiedzmy, że zachowujesz dystans.

– To nie kwestia dystansu. Myślę raczej, że jestem odludkiem.

– Hm… Zupełnie inaczej niż ja. Uwielbiam takie imprezy, tłumy obcych, którzy mogą zostać moimi przyjaciółmi. W pracy mam ograniczony kontakt z ludźmi, więc takie wyjścia są przyjemną odmianą.

– Nie spotykasz się z nikim? – wyrwało mu się. – Przepraszam, cofam to pytanie jako zbyt osobiste.

– Owszem, osobiste, ale ci wybaczam, bo moja przeszłość nie jest tajemnicą. W tej chwili z nikim się nie spotykam. Nie spotkałam nikogo, kto by mnie zainteresował. Poza tym nie bardzo ufam mężczyznom. Dawno, dawno temu byłam mężatką, a teraz jestem rozwódką. Po tych przejściach boję się ponownej próby.

– To nie był udany związek?

– Od samego początku, czego nie dostrzegałam zaślepiona miłością.

– I w konsekwencji wolisz z nikim się nie spotykać?

– Nie mówię, że nigdy, ale już raz się sparzyłam. – Wzruszyła ramionami. – Możliwe, że jestem przesadnie ostrożna.

– Jak długo byłaś w tym związku?

– Całe dziewięć miesięcy, z których sześć było wyjątkowo trudnych. – Upiła łyk wody. – Był rezydentem na trzecim roku i rozpaczliwie szukał kogoś, kto mu sfinansuje studia oraz styl życia, a ja właśnie obroniłam doktorat z pielęgniarstwa, więc uznał mnie za dobrą kandydatkę. Szybko się pobraliśmy i równie szybko wzięliśmy rozwód. W trakcie tych kilku miesięcy nie przestawał się rozglądać za kimś z grubszym niż mój portfelem.

– Ale ty go kochałaś?

– Do szaleństwa. Mniej więcej przez minutę. W końcu dotarło do mnie, jaki jest naprawdę. Reszta, jak to się mówi, ginie w pomroce dziejów.

– Złamał ci serce?

Ściągnęła brwi.

– Nie tylko serce. Podciął mi skrzydła tak, że teraz boję się spróbować znowu.

– Bo nie chcesz znowu cierpieć?

– Bo dowiedziałam się, że w kwestii związków jestem kompletnie zielona. Raz popełniłam błąd i nie ufam sobie, że tego nie powtórzę.

– Nie wymagasz od siebie za dużo?

Potrząsnęła głową.

– Wolę to niż za jakiś czas znowu się rozwodzić.

Daniel podniósł wzrok, bo do stołu podszedł wysoki mężczyzna w marynarce smokingowej w czerwono-czarną kratę. Przybysz zajął ostatnie wolne krzesło.

– Stan Kramer – przedstawił się. – Kierownik działu w księgowości. – Pospiesznie wypił swojego drinka.

Po tym, jak wszyscy dokonali prezentacji, Stan Kramer zamilkł na dobre.

Prowadzona półgłosem konwersacja zaczęła powoli się rozwijać. Daniel nawet pomyślał, że miło jest znaleźć się wśród ludzi, którzy nie są pacjentami i którzy niczego od niego nie oczekują. Mimo to wolał się rozmowie jedynie przysłuchiwać.

– Nie bawisz się dobrze – stwierdziła Zoey, zwracając się do niego półgłosem.

– Nie jest tak źle, jak się obawiałem.

– Ale się nie odzywasz. – Odsunęła się lekko, by kelner mógł postawić przed nią talerz.

Kurczak cordon bleu, szparagi i sałatka z pomidorów z octem balsamicznym.

– Bo nie mam nic do powiedzenia.

– Jesteś aż tak zamknięty w sobie?

Zastanowił się.

– Chyba tak. Elizabeth na siłę wciągała mnie do rozmowy. Twierdziła, że dla mojego dobra. Ale ja zawsze byłem zamknięty.

W odróżnieniu od swojego brata bliźniaka Damiena. Introwertyk i ekstrawertyk. Daniel już w dzieciństwie pogodził się z rolą introwertyka. Owszem, bywało, że zazdrościł bratu otwartości. Na przykład teraz, kiedy Damien w poszukiwaniu medycznych przygód wyjechał do Kostaryki. Nie, nie, tego nie pragnął, ale był pełen podziwu dla wolnych duchów, które potrafią swobodnie przerzucać się z jednej scenerii w drugą.