Druga twarz doktora Robinsona

Tekst
Z serii: Medical
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dianne Drake
Druga twarz doktora Robinsona

Tłumaczenie:

Iza Kwiatkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ben Robinson otworzył drewniane okiennice, by zaczerpnąć powietrza. Z zadowoleniem stwierdził, że w nocy spadł nowy śnieg. Szykował się kolejny dzień na nartach, ostatni przed wyjazdem. Doskonale.

Prawdę mówiąc, cały urlop udał się doskonale. Po raz pierwszy od sześciu lat Ben mógł się zrelaksować. Od dawna marzyła mu się Toskania zimą, mimo że już zwątpił, czy uda mu się to zrealizować. Spał do późna, co wieczór rozkoszował się włoskimi makaronami, sosami i deserami, a w międzyczasie zwiedzał bajkowe dwustuletnie wioski z bacówkami na zboczach oraz wiekowe kościółki, samotnie, zamki i fortece.

Oraz poznał Shannę, swoją towarzyszkę podczas tych wypadów oraz późnych kolacji.

Jak nazwać to, co ich zbliżyło? Przyjaźń? Przelotna znajomość? Cokolwiek to było, każde z nich codziennie miało własne plany. On jutro wyjeżdża. Było, minęło, zostaną tylko wspomnienia.

Nie był to wakacyjny romans, nie było nawet cmoknięcia w policzek na dobranoc. Nie spędzała nocy w jego łóżku, nie patrzyli sobie w oczy. Poprzedniego wieczoru rozstali się, nawet nie wspominając, że to ich ostatnie spotkanie. Sam tak zdecydował, prawda? Zachowuj dystans, ciesz się towarzystwem, ale bez przesady.

Jakiś czas temu przez moment zastanawiał się, co by się wydarzyło, gdyby sobie odpuścił, ale nie trwało to długo, bo przecież zaraz wyjeżdża. Wystarczy mu, że na nią popatrzy. Na nic więcej nie liczy. Od dawna.

– Czy to miejsce jest wolne? – usłyszał znajomy głos.

– Może być wolne – odparł, nie podnosząc wzroku. – Jeżeli właściwa osoba ładnie poprosi.

– To znaczy kto?

– Ktoś skłonny zrezygnować ze swoich planów, żeby dzisiaj pojeździć ze mną na nartach, a na zakupy pojechać jutro, jak już mnie nie będzie. – Zadbał, by w jego głosie nie zabrzmiała nuta nadziei.

Shanna Brooks. Po same oczy otulona szalami, z czapką nasuniętą tak głęboko, że chyba opierała się na rzęsach, spod której wymykały się kosmyki rudych włosów. Na jej widok dech zaparło mu w piersiach. Gdy siadała, nie mógł się oprzeć, by nie spojrzeć w jej zielone oczy.

– Mogę być tą osobą – odparła.

– Ale czy to ty?

Odkładała czapkę na parapet, zastanawiając się, co powiedzieć.

– Czy rozważałeś możliwość towarzyszenia mi w zakupach? – zapytała. – Zamiast tego, że ja będę ci towarzyszyć na nartach?

– Nie – odparł szybko. – Moją misją jest spędzić dwanaście dni na nartach, nie łamiąc sobie nogi.

– A jak ci się nie poszczęści i dziś ją złamiesz?

– Złamanie otwarte?

– Co to to nie, za duże ryzyko infekcji. – Rzuciła na parapet rękawiczki. – Mam na myśli złamanie kości piszczelowej z przemieszczeniem. – Między kostką i kolanem. – Albo złamanie bliższej nasady kości piszczelowej. – Tuż pod kolanem. – A jak przez nieuwagę wyrzuci cię na muldzie i spadniesz na plecy?

– Raczej nie. Za duże ryzyko artretyzmu w późnym wieku. A może złamanie wewnątrzstawowe dalszej nasady piszczeli typu pilon? Bliżej kostki. Tak samo poważne, równie długie leczenie, ale mniejsze ryzyko trwałej niepełnosprawności.

– Słusznie. – Rozpromieniła się. – Obiecuję po operacji stawić sie ze wszystkimi paczkami i torbami, bo dzisiaj idę na zakupy.

– Jeszcze więcej szali, czapek i rękawiczek?

– Tego nigdy za mało.

– Ale jak już wiesz, co mi się dziś przydarzy, dalej wybierasz rękawiczki i czapki? – Robiło się niebezpiecznie. Zdawał sobie z tego sprawę, ale mimo że znali się już dwa tygodnie, nadal nie wiedział, dlaczego porzuciła praktykę lekarską. Jak pierwszego dnia, kiedy zignorował ją podczas śniadania, by nieco później zorientować się, że siedzi obok niego na wyciągu.

– Rękawiczki wygrywają z ranami, bo ciągle jestem na urlopie.

– Jak już zdiagnozowałaś moje obrażenia, to mogłabyś się zająć ich naprawieniem.

– Nie ta specjalizacja.

– Jaką masz specjalizację? – zapytał. – Powiedz, zanim się oddalisz. – Milczała. Wcześniej upłynęło pięć czy sześć dni, zanim się wygadała, że jest lekarzem.

– Nie kości – odezwała się wreszcie, patrząc w przestrzeń, jakby chciała prześliznąć się nad czymś, co ją gnębi.

– Mnie też kości nie interesują, od kiedy złamałem paluch.

– Na nartach? – zapytała dosyć obojętnie.

– Nie, to taka przypadłość sportowców grających na sztucznej nawierzchni.

To ją zaciekawiło.

– Grałeś w piłkę nożną?

– Nie, goniłem kozę.

Szeroko otworzyła oczy.

– Wolę nie pytać, w jakim celu.

– To nic zdrożnego – odparł z uśmiechem. – Rodzice hodowali kozy i owce, a ta wyrwała się, jak ją strzygłem.

– Aha. Ale to raczej naciągnięte ścięgno, a nie złamanie.

– W moim przypadku jedno i drugie.

Roześmiała się.

– Biedny Ben! Nawet nie może się pochwalić obrażeniami na skutek uprawiania sportu. Koza to raczej nie powód do chwały. To wyjątkowo krępujące.

Skinął na kelnera, by podał im kawę.

– Czuję, że nie uda mi się namówić cię na pożegnalnego szampana. Bo to nasz ostatni wspólny poranek.

– Zadowolę się kawą. – Wystarczy, że zwierzył się z incydentu z kozą. Nie ma potrzeby bardziej się obnażać.

– Lepszy byłby szampan albo sok. – Zawahała się. – Ty nie pijesz, prawda? Ani kropli.

– Skąd wiesz?

– Do kolacji kilka razy zamawiałam wino, a ty zawsze… – Wzruszyła ramionami. – Masz rację, wystarczy kawa. Ben, należało mi powiedzieć. Nie zamawiałabym… – Kurczowo objęła dłońmi filiżankę. – Nic nas nie łączy, ale należało mi powiedzieć.

– Nie ma o czym. – Megakłamstwo. Po co o tym mówić? Żeby popsuć nastrój? Nic romantycznego się między nimi nie dzieje i to mu odpowiada, jednak teraz trzeba wrócić do normalnego Bena, który nikomu nic o sobie nie mówi. Ci, którzy wiedzą, to wiedzą, a reszta nigdy się nie dowie.

– Oprócz problemu z alkoholem? Domyślam się, że to przeszłość. Gdybym wiedziała, nie zamawiałabym wina…

– Zrezygnowałabyś z wina? Mnie to nie rusza.

– Wierzę ci, ale wystrzegam się nietaktownych zachowań. Gdybyś mi powiedział…

– To by zmieniło naszą znajomość. Byłabyś bardziej czujna albo zaczęłabyś się zastanawiać nad przyczynami. Nadal jestem alkoholikiem. Nasza znajomość przebiegałaby inaczej.

Teraz oboje poczuli się niezręcznie, zamiast spędzić ostatni beztroski dzień. To kolejna przyczyna, dla której nie angażuje się emocjonalnie. Shanna odkryła pierwszą, starannie ukrywaną przypadłość Bena Robinsona. Tak, jest alkoholikiem. Tak, od czasu do czasu musi walczyć z pokusą, mimo że od dziesięciu lat nie wziął alkoholu do ust. Tak, to jest bariera towarzyska.

– Ben, nie każdy jest bezwzględny w osądach. Naprawdę rozumiem, co to chwile słabości. Ale masz rację, nasza znajomość nie osiągnęła stadium wyznań. Prawdę mówiąc, godziny spędzone z człowiekiem funkcjonującym na tych samych częstotliwościach osłodziły mi ten urlop. – Dotknęła jego ręki. – Współczuję ci, że musiałeś walczyć z nałogiem i cieszę się, że z niego wyszedłeś. – Spoglądając na góry, cofnęła dłoń.

W trakcie śniadania rozmowa się nie kleiła, a potem było już po wszystkim. Skończone. On poszedł na narty, ona na zakupy.

Później, jak zawsze samotny, spędził trzydzieści sześć godzin w samolotach, zastanawiając się, dlaczego chociaż raz nie wykorzystał sytuacji i choćby przez chwilę nie pozwolił sobie żyć pełnią życia.

– Bo potem wraca skrzecząca rzeczywistość – mruknął, zapinając pasy na pokładzie kolejnego samolotu.

– Kawa czy herbata? Może lampka wina? – pytała stewardesa. – Albo koktajl? Mamy dżin, whisky…

On już nie pije. Tak powiedział Shannie i tego się trzyma od lat, jednak w trakcie takich nocy jego postanowienie słabło, bo tracił pewność, z czym walczy. Z alkoholem czy z sobą.

Przypomniały mu się zielone oczy Shanny, gdy pierwszego dnia spojrzała na niego, pytając jedynie, czy może podziwiać widok z okna, pod którym siedział. Dostrzegł w nich iskrę, pod wpływem której na czas urlopu zmienił sposób bycia. Ale teraz Shanna to tylko wspomnienie, a on musi, jak za każdym razem, gdy jego postanowienie się chwieje, odetchnąć głęboko i przypomnieć sobie o obowiązkach. I tak trzymać.

– Poproszę wodę.

– Okej, Ben, kim ty jesteś? – Gdy dwa dni temu zostawił ją w kafejce, zastanawiała się, dlaczego jej nie ufa. To nie kwestia wyłącznie choroby alkoholowej. Miło spędzali razem czas, ale czuła, że Ben się dystansuje. Byli razem, ale osobno, tak to odbierała. Razem siedzieli na wyciągu, razem jedli, odbyli kilka spacerów, ale o sobie Ben nie mówił.

– Kim ty jesteś? – To pytanie skierowała do komputera, wpisując jego nazwisko do wyszukiwarki. – I dlaczego jesteś w Argentynie?

Tylko gdzie w Argentynie? Po jego wyjeździe zdała sobie sprawę, że nawet nie ma numeru jego telefonu. Że Ben to nieznajomy, który zatrzymuje się gdzieś na chwilę, ale nic go z tym miejscem nie łączy.

Nieprawda, bo oto ona szuka o nim informacji.

Być może chodzi o to, że czuje się zagubiona, a on sprawiał wrażenie człowieka, który się odnalazł. Odnalazł stabilność, która w jej przypadku okazała się iluzją. Ben nie ulega złudzeniom, nawet ich do siebie nie dopuszcza. Trudno tak żyć, ale to gwarantuje poczucie bezpieczeństwa, a tego właśnie jej brakuje. Podcięto jej skrzydła. Runęło wtedy wszystko, w co wierzyła. Wystarczył jeden ruch, by straciła równowagę.

Ben też ją stracił. Dowodem są te blizny na szyi oraz alkoholizm. Ale się wyzwolił, a ona nie potrafi. Jak to się robi, jak zacząć od nowa i od czego? To dlatego wpisała jego nazwisko w wyszukiwarce i znalazła je w systemie argentyńskiej służby zdrowia.

 

Przed nią pustka. Nie ma dla niej miejsca ani zajęcia, dopóki nie odnajdzie się jako ktoś inny. Przed nią długa podróż, którą Ben ma ją już za sobą. I znalazł odpowiedź: beznamiętność. To go trzyma. Ona też musi pójść tą drogą, jeśli chce nadal być lekarzem. Bo jeśli na to się nie zdobędzie, to, co kocha, ją zniszczy. Ma zatem do wyboru: albo nauczy się dystansu do swojej pasji, albo się z nią pożegna.

Ben ją fascynuje, bo się odciął. Zauważyła to już pierwszego dnia, kiedy najpierw nie chciał siedzieć z nią przy jednym stole, a potem na wyciągu słowem się do niej nie odezwał. Mimo to jest lekarzem, szefem niedużego szpitala. Coś tu nie pasuje. Albo pasuje? Być może Ben jest mistrzem tego rozgraniczenia, które ona musi znaleźć i się go trzymać.

– Ben, chyba zwariowałam – szepnęła, przeglądając kolejne linki – ale czuję, że to nie koniec między nami. Jeżeli cię znajdę… Czy to tutaj jest mój Ben Robinson? – zwróciła się do zdjęcia, które w końcu pojawiło się na ekranie. Niezbyt przystojny, uśmiechnięty. Krótsze włosy, bez trzydniowego zarostu… – Doktor Benjamin Robinson, właściciel i dyrektor… – Westchnęła z ulgą. Nie, na pewno nie zwariowała. Szuka jedynie swojego miejsca.

Pomna tego zarezerwowała bilet na samolot, spakowała się i udała w podróż do Argentyny.

– Doszedłeś już do siebie? – zwróciła się do brata doktor Amanda Kenner – czy potrzebujesz jeszcze paru dni urlopu?

– Dobrze by mi zrobił jeszcze tydzień albo dwa w Toskanii, ale skoro to niemożliwe, to tak, już do siebie doszedłem.

Szli na główny oddział szpitala Caridad. Aktualnie nie było zagrożenia epidemią, a to dzięki mężowi Amandy, który dopiero co zażegnał kryzys wywołany giardiozą, ale w dalszym ciągu było wielu pacjentów. Tu jest moje miejsce, pomyślał. W Toskanii było pięknie, ale drugi taki urlop musi poczekać kolejne sześć lat.

Jego myśli powędrowały do Shanny. Zrobiło mu się żal niewykorzystanych okazji, bo przecież w kwestii marzeń i pragnień jest normalnym facetem. Jednak jego rzeczywistość jest inna, o czym co rano przypomina mu lustro w łazience. To niepodważalny fakt.

– To pewnie tęsknota przygnała cię z powrotem – zauważyła Amanda. – Prawdę mówiąc, dziwię się, że wytrzymałeś aż tak długo.

– Bardzo tam ładnie. Dobre jedzenie, fantastyczne trasy zjazdowe i rewelacyjny pensjonat signory Palmadessy. Ale nie można całe życie być na wakacjach.

– Chyba słyszę żal w twoim głosie.

– Nie. Zmęczyła mnie długa podróż. – Emocjonalnie i fizycznie.

– Poznałeś kogoś, tak?

– Ale to nie to, co myślisz.

– Zakochałeś się. Miało się skończyć na wakacyjnej przygodzie, ale się zakochałeś.

– Nie było żadnej przygody ani się nie zakochałem. Miło spędzaliśmy razem czas. Poza tym nie byłem skazany na samotne posiłki. Nic poważnego.

– To dlaczego tęsknie wzdychasz?

– Nie tęsknie, tylko niecierpliwie, bo pacjenci czekają, a ty mnie zagadujesz.

– Ben, przykro mi, że nic z tego nie wyszło, zwłaszcza że miałam nadzieję, że poznasz tam piękną Włoszkę, pokochasz ją od pierwszego wejrzenia i przeżyjecie gorący romans. Że może nawet się pobierzecie, a ty zawiadomisz mnie mejlem, że już tam zostaniesz, żeby cieszyć się życiem i gromadką dzieci. – Otarła łzy. – Bardzo bym chciała… żebyś był szczęśliwy.

– Wiem, Amando, ale już się pogodziłem z tym, co mam – odparł półgłosem. – Zajęło mi to wiele lat, ale to słuszny wybór. Teraz ty musisz się z tym pogodzić. Postarasz się? – Przysiągł sobie żyć samotnie, gdy miał piętnaście lat, a utwierdził go w tym postanowieniu zdławiony okrzyk, który wyrwał się Nancy Collier, jego dziewczynie, gdy po raz pierwszy się kochali. Nie był to krzyk rozkoszy. Miał wtedy lat dwadzieścia jeden.

Potem go przepraszała, ale żaden mężczyzna nie chciałby tego usłyszeć. Pojął wtedy, że tak będzie już zawsze. Wystarczy raz ujrzeć potwora, by zawsze się od niego odwracać. Taka reakcja budziła w nim prawdziwego potwora. Lepiej, by na niego nie patrzyli.

– Nie, nie zgadzam się. Ben, jesteś dla siebie zbyt okrutny. Bardzo mnie to martwi, bo jak zjawi się ktoś niezwykły…

Ktoś tak niezwykły jak Shanna.

– Jest jak jest. Nie jestem sam. – Bezwiednie dotknął blizn na szyi. – Zrobiłaś się w ciąży przesadnie sentymentalna. A propos, jak się ma mój siostrzeniec? – zapytał w nadziei, że uda mu się zmienić temat. – Stęskniłem się za nim. Jak mu się wiedzie w nowej rodzinie? – Amanda i Jack niedawno adoptowali dwunastoletniego Ezequiela. To niezbity dowód na istnienie happy endów. Ale nie w jego przypadku.

– Towarzyszy Jackowi w objeździe pacjentów, ale niedługo wrócą. Jack uznał, że warto go zabierać na krótsze wyprawy. Ojciec będzie spędzał czas tylko z synem, a poza tym da to chłopcu poczucie celu, bo może udawać pomocnika lekarza. – Uśmiechnęła się. – Mój nowy syn chłonie wszystko jak gąbka, jest żądny wiedzy. Myślę, że też zostanie lekarzem.

– Dzieci w tym wieku mają wielkie oczekiwania – zauważył, otwierając drzwi na oddział kobiecy.

Kiedyś też miał podobne oczekiwania. Nie w kwestii wyboru zawodu, ale tego, co przyniesie przyszłość. Wierzył naiwnie, że świat stanie przed nim otworem, by brał z niego wszystko, czego zapragnie. A pewnego dnia to się skończyło. Definitywnie. Żadnych oczekiwań, żadnej nadziei, żadnych marzeń, bo nie było na nie miejsca tam, gdzie spędził cały rok: na oddziale oparzeniowym, walcząc o życie, otrzymując kolejne przeszczepy skóry, zmagając się z infekcjami.

Jego oczekiwania koncentrowały się wtedy na przetrwaniu kolejnych minut, godzin i dni.

– Przykro mi, że ci nie wyszło – powiedziała Amanda. – Ten toskański romans.

– Nie mogło się udać. – Spojrzał na siostrę. – Tak musi być, Amando. Doceniam, że się o mnie martwisz, ale teraz masz ważniejsze sprawy na głowie, a ja muszę się zająć kobietą, która choruje na cukrzycę, a źle się odżywia.

– Pamiętasz ten domek na drzewie, który tato dla nas zbudował?

– Do którego nie pozwalałem wchodzić dziewczynkom? – Ciekawe, do czego ona prowadzi.

– Ale mnie zawsze udawało się tam wejść.

– Zostawiałaś tam lalki.

– Czułam, że nie chciałeś mieć siostry, bo gdy mama i tato mnie adoptowali, poczułeś się zagrożony. Miałam dopiero pięć lat, ale to czułam. Widziałam twoją niechęć i strach, że może chcą sobie mną zastąpić ciebie. Ben, to było widać.

– Ale jak pozbyłem się lalek, to potrafiliśmy się bawić.

– I różowych firanek, które mama uszyła.

Wspomnienia z czasów, kiedy tworzyli szczęśliwą rodzinę, przydatne w trudnych chwilach.

– Uważasz, że powinniśmy zbudować taki sam domek na drzewie dla Ezequiela? O to ci chodzi?

– Dobrze wiesz, że nie – wyszeptała. – Zanim mnie zaakceptowałeś, chowałeś się w tym domku. Nie chciałeś stamtąd zejść. Widziałam cię z okna swojego pokoju. Widziałam, że jesteś zły, smutny… że płaczesz. Ben, musisz opuścić ten domek. Nie możesz przez całe życie się ukrywać.

– Założyłem szpital. Pracuję po dwadzieścia godzin na dobę przez siedem dni w tygodniu. Nie ukrywam się.

– Można się ukrywać na różne sposoby. – Otarła łzy. – No cóż, ty masz pacjentów, ja mam pacjentów…

– Amando, niczego mi nie brakuje – zapewnił ją, gdy zaczęła się oddalać. Nie odpowiedziała. A on…?

– Nie spodziewałem się, że tak szybko tu wrócisz. – Przysunął sobie krzesło bliżej łóżka pacjentki. – Mario, wypisaliśmy cię trzy tygodnie temu. Widzę, że znowu musimy porozmawiać o tym, co może się stać, jak nie zaczniesz dbać o siebie – przemawiał do kobiety, która zerkała na ciasteczka przyniesione przez małżonka.

Westchnął. Doskonale wiedział, jak trudno zrezygnować z czegoś, co się lubi albo pragnie, niezależnie od przyczyny. Życie bywa jednak okrutne i wymusza na nas różne wyrzeczenia.

– Po pierwsze, komplikacje z sercem… – Coś, czego sam starannie unika w życiu prywatnym.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Tędy – mruknął ponuro kierowca, nie wyjmując z ust papierosa. – Dalej nie jadę.

Wypchnęła ciężką torbę na ziemię, nie oczekując, że facet się ruszy, by jej pomóc. Nie pomógł, ale wyciągnął tłustą łapę po napiwek. Gdy wepchnęła mu plik banknotów, bez słowa odjechał.

Zorientowała się, że to jeszcze nie wioska Aldea de Cascada, zwana również Aldea de Hospital z powodu szpitala założonego przez Bena.

– Okej – mruknęła, zarzucając torbę na ramię, aż się zachwiała pod jej ciężarem. – Chciałaś zaczynać od nowa, to masz.

Ruszyła wąską ścieżką, licząc, że doprowadzi ją do celu. Słońce chyliło się ku zachodowi, więc istniało realne ryzyko, że przyjdzie jej spędzić noc w dżungli pełnej Bóg wie jakich drapieżników.

Torba utrudniała marsz, ale nie było mowy, by ją zostawiła na ścieżce i wróciła po nią następnego dnia. Gdyby torba zniknęła albo coś się stało… Nie wzięła ze sobą dużo rzeczy, ale nie wyobrażała sobie życia bez kilku cennych drobiazgów. Idąc, układała sobie, jak się wytłumaczy przed Benem, by nie wyjść na idiotkę albo wariatkę, albo na jedno i drugie.

Kilka przyjemnych dni we Włoszech to za krótko, by zdecydować się na taki krok. Zwłaszcza że tam, w Toskanii, Ben był, a jakby go nie było. I o to musi go zapytać: jak wyłączyć emocje i robić swoje. On jest takim lekarzem, bez emocji. Właśnie tego ona musi się nauczyć. Przemierzyła pół świata po tę wiedzę albo żeby pogodzić się z tym, co zrobi ze swoim życiem, jeśli okaże się to niemożliwe. Bo medycyna plus emocje w świecie Brooksów to złe połączenie.

Ayúdeme por favor. Mi madre fue mordida por una serpiente. Está muy enferma. No puede mover. Pienso gue se morirá. Ayúdeme por favor!

Może dziesięcioletnia dziewczynka szarpnęła jej torbą. Nie by ją ukraść, tyle Shanna zrozumiała. Dziecko było przerażone, bo jej matkę ukąsił wąż. Una serpiente. Matka się nie rusza. Może umiera albo już umarła.

– Oddycha? – zapytała Shanna, zapominając, że mała nie mówi po angielsku. – Respira su madre?

Yo no se. Esta en el suelo, como duerme. Pero yo no se si puede respirar.

Nieprzytomna leży na ziemi. Nie wiadomo, czy oddycha.

– Gdzie jest szpital? – zapytała po hiszpańsku.

Dziewczynka wskazała kierunek.

– Bardzo daleko?

No.

Poleciła dziewczynce pobiec do szpitala po pomoc. Dowiedziała się też, że na imię jej Valeria, a matce Ines.

Dotarły do miejsca, gdzie na ziemi leżała matka Valerii. Oddycha! Ale ledwo, ledwo.

Postawiła torbę na ziemi, by wyjąć instrumenty, które pozwolono jej wwieźć do Argentyny. Nie leki, tylko instrumenty. A to za mało, by uratować tę kobietę.

– Jestem lekarzem, Valerio, ale potrzebna mi pomoc – stwierdziła, zbadawszy Ines.

Oraz antidotum, jeśli to jadowity grzechotnik. Częstoskurcz, tętno na granicy nitkowatego, opuchlizna na lewej kostce. Inne objawy: utrudniona mowa, wiotczenie mięśni, zawroty głowy, omdlenie, nadmierne pocenie, zaburzenia widzenia, może nawet częściowy paraliż prawdopodobnie ujawniły się wcześniej.

– Biegnij do szpitala.

Dziewczynka pociągnęła ją za koszulę.

Si, pero tengo a amigos cerca que puede a llevar a mi madre alli. Creo que seria más rápido.

Ma pod ręką przyjaciół, którzy ją tam zaniosą. Tak będzie szybciej.

– Więc ich tu sprowadź. Szybko!

Czekała na nich, czując taką samą bezradność jak tego dnia, gdy swojej pacjentce Elsie Willoughby obiecała przeszczep nerki. Ale nie przewidziała, że szpital się na to nie zgodzi. Tę odmowę przekazał jej dziadek, a ojciec potwierdził, podobnie kilku innych lekarzy noszących nazwisko Brooks.

– Twoja pacjentka jest za stara – oznajmił dziadek. Wymienił jeszcze kilka innych powodów, co poskutkowało wypisaniem pani Willoughby z Brooks Medical Center złożonego z trzech szpitali, dziewięciu przychodni i czternastu innych placówek służby zdrowia.

Pani Willoughby umarła cztery miesiące później.

Do tej pory śnił się Shannie ten dzień, kiedy musiała powiedzieć pacjentce, że system opieki zdrowotnej, do którego miała zaufanie, ją zawiódł. Załamana Shanna przepłakała całą noc, wątpiąc w sens swojej pracy.

Następnego dnia rano ponownie próbowała przekonać dziadka, ale bez skutku.

– Z takim zaangażowaniem emocjonalnym bardziej nadajesz się do pracy w administracji – orzekł.

 

Za to, że leży jej na sercu los pacjenta?

To dlatego porzuciła medycynę i zaczęła się rozglądać za czymś lepszym. Może innym. Za czymś, co by określiło jej miejsce w medycynie. A jak nie ma czegoś takiego?

Ben Robinson pokazał jej, że jest wyjście. Obserwując go, stale otrzymywała tego dowody. Zrobi wszystko, żeby tego się nauczyć, jednak znowu znalazła się w punkcie wyjścia. Nie może pomóc pacjentowi, więc czekając na Valerię, postąpiła tak jak wtedy, gdy przyszło jej poinformować panią Willoughby o odmowie: siedziała, trzymając nieznajomą kobietę za rękę. Medycyna z sercem.

Kilka minut później stanęło przed nią dwadzieścia osób. Nie z prowizorycznymi noszami, lecz z łóżkiem. Materac, koce, poduszki, wszystko…

Nim otworzyła usta, przenieśli Ines na łóżko i ruszyli ścieżką. Pół kilometra dalej zatrzymali się przed niewielkim drewnianym budynkiem, rozstępując się, by ją puścić. Postawili łóżko na ziemi, po czym na materacu wnieśli Ines do środka.

Shanna natychmiast dostrzegła Bena. Z bijącym sercem zastanawiała się, czy przyczyną takiej reakcji jest jego widok oraz szansa na jej metamorfozę jako lekarza, czy jedynie radość, że pacjentka otrzyma pomoc. Nieważne. Nieświadom jej obecności Ben pochylał się nad pustym stołem operacyjnym, ustawiając światło.

– Czy ten stół jest zajęty? – Uśmiechnęła się, gdy podniósł na nią wzrok.

– Chyba nie znalazłaś się tu przypadkiem – zauważył, wskazując jej krzesło w skromnym pokoju dla lekarzy. – To by znaczyło, że mnie prześladujesz, prawda?

Kurczowo ściskała kubek z yerba mate, której on był amatorem, ale ona jeszcze się z tym smakiem nie oswoiła. Podobnie jak ze zmianami, które powinna wprowadzić w swoim nastawieniu do zawodu lekarza.

– Miałam trzydzieści godzin na zastanawianie się, o co mnie zapytasz i co ci odpowiem. Co zabrzmi przekonująco, a co nie.

– Wskazane, żeby było przekonujące – odparł zaintrygowany. Może ma halucynacje, a może pod wpływem rzuconego przez kogoś uroku jego myśli się urzeczywistniły. Bo od wyjazdu z Toskanii myślał o niej w każdej wolnej chwili. I oto wyrosła przed nim jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. – Ale to będzie trudne.

– Nie prześladuję cię. – Upiła łyk. – Nie w tradycyjnym tego słowa znaczeniu.

– Okej, więc jak mam to rozumieć? – Pochlebiało mu, że przyleciała za nim aż do Argentyny. Taką miał przynajmniej nadzieję, bo nie mógł wykluczyć, że Shanna Brooks to po prostu wariatka, czego w Toskanii nie zauważył.

– Trudno to wytłumaczyć. Ja… szukam czegoś innego.

– I w poszukiwaniu tego czegoś innego wylądowałaś w moim szpitalu, którego nie ma na mapie ani w żadnym znanym mi systemie nawigacji satelitarnej. Stąd wniosek, że musiałaś sporo się napracować, żeby mnie znaleźć. – Coś takiego nigdy mu się nie przytrafiło. Chyba powinien mocno się uszczypnąć.

Wzruszyła ramionami.

– Owszem, nie ma na mapie, ale wspomniałeś kiedyś o Argentynie, a ja jestem zaradna.

Celowo mówi tak mętnie, czy może blefuje? Zwłaszcza że sprawia wrażenie tak samo jak on zdziwionej swoją obecnością w tym miejscu.

– Wrócimy do mojego pierwszego pytania.

– Dlaczego cię prześladuję. – Odetchnęła głęboko. – Odpowiedź brzmi: bo chcę być taka jak ty. Kto inny pokaże mi lepiej, jak to osiągnąć?

Chyba jednak wariatka, pomyślał.

– Chcesz być jak lekarz samotnik, który prowadzi z pomocą ochotników szpital pośrodku dżungli?

Uśmiechnęła się.

– Uważasz, że zwariowałam?

– Nie na tyle, żebyś kwalifikowała się do leczenia, ale na tyle, żebym miał cię na oku, usunął ostre narzędzia i pozwalał ci dysponować tylko tabletkami z cukru.

– Wcale ci się nie dziwię! – odparła ze śmiechem. – Na twoim miejscu pewnie wezwałabym ochroniarza.

– Tu nie ma ochroniarzy. Czego nie powiedziałaś mi w Toskanii, o czym powinienem wiedzieć?

– Słuszne pytanie.

Przypatrując mu się, odstawiła kubek. Trwało to całą wieczność.

– Należy ci się odpowiedź – przyznała – ale to niekoniecznie będzie odpowiedź właściwa, bo…

– Bo to trudno wytłumaczyć.

– Trudniej, niż sobie wyobrażasz.

– Zacznij od początku.

– Kłopot w tym, że ta opowieść ma wiele początków. Zacznijmy może od tego, że moje i medycyny drogi się rozeszły. Nazwijmy to rozbieżnością ideałów i przejdźmy dalej. Schowałam dyplom do szuflady i wybrałam się w podróż. W poszukiwaniu siebie, w poszukiwaniu prawdy, być może w poszukiwaniu sensu życia. Nie wiem, czego poszukiwałam, ale spotkałam ciebie i spodobało mi się, jak opowiadasz o swoim miejscu w lecznictwie. I jak sobie z tym radzisz. Przyznaję, że urzekło mnie tym bardziej, że przestałam się widzieć w tej profesji…

– Do rzeczy – przerwał jej. – Innymi słowy, przyjechałaś tu, żeby się mnie uczyć.

– Wiem, że to nie brzmi sensownie, i wiem, że nie wiem nic więcej. Kochałam tę pracę i myślę, że dalej chcę ją wykonywać, ale… – zająknęła się. – Potrzebujesz wolontariuszy, więc się zgłaszam.

O tym w Toskanii nie rozmawiali, a powinni, gdy się okazało, że oboje są lekarzami. Ile Ben powiedział jej o sobie? Niewiele. Podobnie ona.

– Na dobry początek stawiłaś się z pacjentką.

– Mogę zostać?

Wahał się, ale rozsądek wziął górę, bo dla niego najważniejszy był szpital.

– Zjawiasz się niezapowiedziana, deklarujesz chęć do pracy i uważasz, że od razu powinienem cię przyjąć?

– Na to liczyłam. Możesz poczytać o mnie w internecie.

– Nie omieszkam. – Ale i bez tego wiedział o niej wystarczająco dużo. Nie miał też podstaw wątpić, że Shanna jest tym, za kogo się podaje. Mimo to za przeszkodę uznał własne emocje, a cokolwiek Shanna miała robić, winno pozostać na płaszczyźnie zawodowej. Od tej pory przestanie być wspomnieniem z wakacji, stanie się jednym z wolontariuszy. Zrobiło mu się trochę żal, bo lubił te włoskie wspomnienia.

– Jesteś bardzo ostrożny.

– Muszę. – Uśmiechnął się. – Nigdy nie wiadomo, kto wyjdzie z dżungli i poprosi o pracę.

– Ben, dziękuję za tę szansę. Powiedz, co mam robić, a potem wskaż mi właściwy kierunek.

Wskazał na drzwi.

– Popołudniowe wizyty u pacjentów. Możesz… mi towarzyszyć, żeby zobaczyć, jak funkcjonujemy. Potem, jak odpoczniesz… – uśmiechnął się chytrze – i dokładnie cię sprawdzę, zapoznam cię z całym naszym grafikiem.

Nie bardzo wiedział, dlaczego ma mu towarzyszyć podczas wieczornego obchodu, tym bardziej że miał ją traktować jak innych ochotników, a ich nigdy z sobą nie zabierał. Lubił te samotne wyprawy, bo mógł wtedy, idąc, rozmyślać, więc co mu strzeliło do głowy?

– Widzę, że nie masz do mnie za grosz zaufania.

– Znasz to powiedzenie, żeby przyjaciół trzymać blisko, a prześladowców jeszcze bliżej…

– Wrogów – poprawiła go. – Wrogów trzymaj jeszcze bliżej.

Nie dostrzegał w niej nic, co mogłoby uczynić z niej wroga. Za to nie uszła jego uwadze jej… kruchość?

– Póki co niech zostanie prześladowca.

– Czy masz jakieś łóżko dla prześladowcy? – zapytała, dopiwszy herbatę.

W domu dla gości aktualnie mieszkała Amanda z rodziną, dopóki nie skończy się budowa ich domu, a wszystkie miejsca przeznaczone dla wolontariuszy były już zajęte, więc wybór miał praktycznie żaden. Jego dom był taki sam jak pozostałe: znajdowały się tam dwa mieszkanka rozdzielone korytarzem. Jako właściciel placówki korzystał z przywileju posiadania całego domku. Jedna połowa była magazynem, w drugiej mieszkał. Zanosiło się, że będzie zmuszony z kimś go dzielić. Interesująca perspektywa.

– Zajmuję pół domku, który mijałaś po drodze.

– Pół domku?

– Więcej mi nie potrzeba.

– Będziemy pod jednym dachem? Mam mieszkać w tej niepotrzebnej części?

– Tak. Będziesz miała pokój z łazienką i mały salonik. Poproszę kogoś, żeby wyniósł moje rzeczy. – Wszystko, co składało się na jego życie, mieściło się w tym domku, spakowane w trzech, może czterech kartonach.

– Bardzo praktyczne. Zważywszy że cię prześladuję…

Kaszlnął. Co można powiedzieć, gdy najpiękniejsza kobieta pod słońcem nazywa faceta praktycznym? Nic. Gdy kobieta uzna mężczyznę za praktycznego, dalej się nie posuną, ale przecież zależy mu właśnie na tym, nie? Ograniczą się do wizyt u pacjentów. Tak, dobrze być praktycznym, gdy chodzi o Shannę.