Małżeńska pułapka

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Annie Burrows
Małżeńska pułapka

Tłumaczenie:

Alina Patkowska

Rozdział pierwszy

– No, no… kogo my tu widzimy?

Clare zamarła. Mogła się spodziewać, że lord Rawcliffe wpadnie na pomysł, by przejechać przez Bedfordshire tego samego dnia co ona. I oczywiście pojawił się w tylnych drzwiach gospody, gdzie zmieniano konie, jak zwykle wytworny i elegancki, akurat w chwili, kiedy ona zmierzała do wychodka, odziana w płaszcz, który bardzo niewprawnie ufarbowała na czarno w swojej kuchni. Jak on to robił, że zawsze spotykała go w najgorszych momentach? Zawsze, gdy znalazła się w upokarzającej sytuacji, pojawiał się obok i bezczelnie z niej się wyśmiewał.

– Nie, nic nie mów, sam zgadnę – rzekł przeciągle, z denerwującą ostentacją powoli zdejmując rękawiczki. – Przyjechałaś tu z misją uszlachetniania ciemnej tłuszczy z Biggleswade.

To również było typowe. Za każdym razem, gdy ich drogi się krzyżowały, wykpiwał jej przekonania, ona zaś wyrażała się z pogardą o jego moralności i z godnością informowała, że tytuł oraz pieniądze w żadnym razie nie dają mu prawa do tego, by czuł się lepszy od całej reszty stworzonej przez Boga ludzkości. Ale dzisiaj nie miała czasu ani nastroju na takie gierki.

– Mówi pan od rzeczy – mruknęła tylko i prostując się dumnie, próbowała go wyminąć. Mogła się jednak spodziewać, że nie pozwoli jej umknąć tak łatwo. Zamiast odsunąć się na bok, by ją przepuścić, jak uczyniłby to każdy inny mężczyzna, a już na pewno dżentelmen, podniósł rękę i zagrodził jej przejście. Kiedyś pewnie próbowałaby schylić się i przemknąć pod jego wyciągniętym ramieniem, ale nie była już dzieckiem.

– Zechce pan mnie przepuścić – rzekła z lodowatą uprzejmością, zdecydowana zachowywać się jak osoba dorosła.

– Najpierw musisz mi powiedzieć, co tu robisz – odpowiedział drwiąco. – Widzę, że przestało ci już wystarczać krzewienie trzeźwości wśród parafian Watling Minor i próbujesz ponieść dobrą nowinę dalej w świat.

Skrzywiła się. Dlaczego zawsze mówił o niej tak, jakby była dewotką? Niech więc coś usłyszy, coś, co dla innych osób zabrzmiałoby niewinnie, ale dla niego będzie bolesną aluzją.

– Spośród wszystkich ludzi akurat pan powinien doskonale rozumieć, dlaczego zasady krzewione przez metodystów wzbudzają we mnie tak wielki oddźwięk – odrzekła wyniosłym tonem, który zawsze przybierała, gdy musiała się bronić przed jego sarkazmem. Ale gdy uśmiechnął się szerzej, co zapowiadało eskalację wrogości, do czego musiała się przyczynić owa bolesna aluzja, dodała pośpiesznie: – Nie przyjechałam tutaj, by kogokolwiek umoralniać.

– Naprawdę? – Z jawnym powątpiewaniem potrząsnął głową. – Joanno, nic na to nie poradzisz, że całe twoje życie to niekończące się kazanie. Wystarczy jedno twoje świętoszkowate spojrzenie, by wiedzieć, że patrzysz z góry na cały rodzaj ludzki, zresztą stworzony, jak sama słusznie zauważyłaś, przez Boga. A ty jesteś jeszcze wyżej – drwił bezlitośnie.

Clare wiedziała, że nie powinna wspominać, nawet aluzyjnie, o słabości jego matki do alkoholu. Równie dobrze mogłaby mu wetknąć palec w oko lub w inny sposób rozpętać burzę. Ale nie była w stanie się powstrzymać. Owszem, tego typu aluzje może i są małego lotu, a nawet podłe, ale markiz Rawcliffe był tak irytujący, że choć surowo przykazywała sobie trzymać język za zębami, wystarczało, że te zimne jak lód oczy spojrzały na nią spod przymkniętych powiek, i na najmniejszą lordowską zaczepkę cały jej rozsądek rozpraszał się jak poranna mgła.

– Pan z pewnością lepiej niż ja zna to uczucie pychy i wszechmocy – oznajmiła twardo Clare. – Bo wbrew pana insynuacjom, to nie ja, ale pan patrzy z góry na cały świat z pozycji swego urodzenia i majątku. – Obrzuciła go pełnym pogardy spojrzeniem. – I ile jeszcze razy mam panu powtarzać, żeby nie nazywał mnie pan Joanną?

– Możesz to powtarzać, ile razy zechcesz, a ja i tak będę mówił do ciebie Joanna, bo takie właśnie imię powinien ci nadać ojciec.

– Absolutnie nie.

– Właśnie że tak. Skoro wszyscy twoi bracia dostali imiona po papieżach, ty nie powinnaś być wyjątkiem. Ale z drugiej strony – skrzywił się ironicznie – twój ojciec nigdy nie był zanadto konsekwentny.

– Doskonale pan wie, że nie było żadnego papieża o takim imieniu! – Parsknęła gniewnie. Ta kłótnia powtarzała się od lat. – To tylko mit o tak zwanej papieżycy Joannie. I czy mógłby pan wreszcie odczepić się od mojego ojca? – Czy ten człowiek nie miał w sobie ani odrobiny współczucia?

– W żadnym wypadku. – Jego spojrzenie stwardniało. – Po pierwsze nie wierzę, by ojciec patrzył przychylnie na to, że odwiedzasz tego rodzaju miejsca. To znaczy gdyby w ogóle zdawał sobie sprawę, gdzie jesteś i co robisz.

Co za zwierzę! Jak śmiał się w ten sposób do niej odzywać? Zawsze wiedziała, że jest bezlitosny i ma twarde serce, ale tego było już za wiele. Przypomniała sobie wszystkie upokorzenia, które spotkały ją w ostatnich tygodniach, i na widok jego uśmiechu pomyślała, że markiz Rawcliffe jest ostatnim człowiekiem na świecie, z którym miałaby ochotę rozmawiać na ten temat.

Nic nie mogła poradzić na to, co się stało z jej ojcem, braćmi i przyszłością, ale jedno mogła zrobić: zetrzeć ten okrutny, irytujący uśmiech z twarzy markiza Rawcliffe’a. Zanim zdążyła się zastanowić nad konsekwencjami swojego uczynku, jej palce zwinęły się w pięści i cała jej rozpacz, gniew, upokorzenie i poczucie zdrady wyładowały się w tym jednym – w intencji niszczycielskim – ruchu ramienia. Celowała w szczękę, ale markiz poruszył się i jej pięść trafiła go prosto w nos. Poczuła się tak, jakby uderzyła w mur. Gdyby nie widziała, że głowa Rawcliffe’a odskoczyła do tyłu, pomyślałaby, że cios nie zrobił na nim żadnego wrażenia. Ale z lewej dziurki nosa popłynęła strużka krwi.

Przez chwilę stali nieruchomo, patrząc na siebie w ogłuszającym milczeniu. żadne z nich nie było w stanie uwierzyć w to, co przed chwilą zaszło. Emocje w nich buzowały, ale myśli jeszcze nie były składne.

– Bójka, bójka! – zawołał ktoś za jej plecami, wyraźnie podniecony i czekający na ciąg dalszy awantury.

Dopiero teraz Clare przypomniała sobie, że znajdują się w korytarzu gospody.

– To kobieta! – dodał ktoś inny.

– A to jest, zdaje się, lord Rawcliffe – oznajmił pierwszy głos.

Rzeczony lord wyjął z kieszeni chusteczkę, zwinął ją i przycisnął do nosa. Jego spojrzenie ciskało gromy i Clare była przekonana, że knuje już zemstę. Nie należał do ludzi, których ktokolwiek mógłby uderzyć bezkarnie, a już zwłaszcza kobieta. Serce podeszło jej do gardła jak wtedy, gdy omal nie spadła z dębu na polu farmera Westthorpe’a. Tylko dzięki temu, że jej fartuszek zaczepił się o gałąź, na której przed chwilą siedziała, zawisła z nogami o metr nad ziemią i sukienką zaplątaną wokół szyi. Gdyby nie lord Rawcliffe, czy raczej Robert Walmer, jak nazywał się wówczas, pewnie wisiałaby tam do dzisiaj. Ale on oczywiście znalazł ją i uwolnił, zaśmiewając się do rozpuku.

Teraz się nie śmiał, ale Clare stała jak sparaliżowana, płonąc z upokorzenia, innymi słowy, czuła się tak samo jak wtedy. Słyszała stuk kufli o stół, zgrzyt krzeseł na kamiennej posadzce i zbliżające się do nich ciężkie kroki, ale nie była w stanie oderwać przerażonego spojrzenia od twarzy lorda Rawcliffe’a.

Za ich plecami znowu rozległy się głosy.

– Jak myślisz, co on zrobi?

– Zaaresztuje ją? Może posłać po konstabla?

– Milordzie – powiedział ktoś tuż nad jej ramieniem, na które opadła ciężka dłoń. – Najpokorniej przepraszam. W mojej gospodzie nigdy dotychczas nie zdarzyło się nic podobnego. Ale rozumie pan, to jest publiczne miejsce i trafiają tu najrozmaitsi ludzie.

W końcu udało jej się oderwać wzrok od Rawcliffe’a i dostrzegła oberżystę, który stał przed nią z zachmurzoną twarzą i patrzył na nią takim wzrokiem, jakby była zwyrodniałą kryminalistką.

– Proszę zabrać rękę z ramienia mojej narzeczonej – powiedział lord Rawcliffe lodowato, odsuwając chusteczkę od nosa.

– Narzeczonej? – To słowo poruszyło tłumek gapiów jak jesienny wietrzyk przemykający przez korony drzew, ale nikt nie wydawał się bardziej zdumiony niż Clare.

– Nie – wyjąkała. – Ja nie jestem…

Rawcliffe zacisnął zęby i zdobył się na przerażający uśmiech.

– Wiem, najdroższa, że jesteś na mnie zła, ale to nie jest odpowiednie miejsce na zrywanie zaręczyn.

– Zaręczyn? Co pan…

Zanim zdążyła powiedzieć coś więcej, zagarnął ją ramieniem i mocno pocałował.

– Uff! – Udało jej się cofnąć, kiedy odsunął twarz od jej twarzy. Nogi się pod nią uginały, serce biło tak, jakby znowu gonił ją byk farmera Westthorpe’a. Dopadłby ją zresztą, gdyby upadła na pole, a nie zawisła na gałęzi.

– Na mój honor zaklinam się, że plotki o moim związku z tamtą kobietą są absolutnie pozbawione podstaw – dodał jedwabistym głosem.

O czym on mówił?

– To się już skończyło, a właściwie nigdy się nie zaczęło. Zastanów się, kochana, komu powinnaś zaufać, zawistnym plotkarzom czy mnie. Wiem, że masz ognisty temperament i zareagowałaś zgodnie ze swoim charakterem na ohydną obmowę wymierzoną we mnie, ale właśnie za ten temperament najbardziej cię kocham. Wiedz też, że nie mógłbym ożenić się z nikim oprócz ciebie. Gospodarzu – zwrócił się do oberżysty, mocno ściskając ją w pasie. Uznała, że jest to ostrzeżenie, by nie próbowała pisnąć choćby słowa. – Moja narzeczona i ja chcemy dokończyć tę rozmowę w spokojniejszym miejscu.

Ponieważ chodziło o potężnego markiza Rawcliffe’a, oberżysta natychmiast skłonił się nisko i oznajmił, że oczywiście dysponuje prywatnym pokojem i z największą przyjemnością odda go markizowi do dyspozycji. Ruchem ręki skierował ich w głąb budynku, który Clare właśnie miała zamiar opuścić.

 

Rozdział drugi

Lord Rawcliffe wciąż obejmował ją wpół i przyciskał do boku.

– Ani słowa więcej – mruknął jej do ucha, idąc za oberżystą. – Porozmawiamy, kiedy nikt nie będzie mógł nas usłyszeć.

Chciała zaprotestować, ale świadkami kłótni byliby inni pasażerowie jej powozu pocztowego, a także dwóch pijanych młodzieńców, którzy wytoczyli się z baru akurat w chwili, kiedy uderzyła markiza w nos.

– To w zupełności wystarczy – oznajmił Rawcliffe na widok niedużego pomieszczenia. Stał tu stół, dokoła niego kilka prostych krzeseł, a także dwa wyściełane fotele przy kominku, w którym płonął ogień, choć był już czerwiec.

– Czy mam coś podać, milordzie?

– Tak. Herbatę dla mojej narzeczonej. – Znów spojrzał na nią ostrzegawczo. – Piwo dla mnie. A także trochę chleba i sera. Aha – dotknął krwawiącego nosa – jeszcze miskę lodu albo przynajmniej bardzo zimnej wody i kilka czystych ręczników.

– Oczywiście, milordzie. – Oberżysta spojrzał na nią wymownie i wycofał się z ukłonem.

– Jeszcze jedno. – Lord Rawcliffe puścił ją i skupił wzrok na oberżyście. Nie słuchała, co powiedział. Poszła na drugi koniec pokoju, dzięki czemu oddzielał ją od lorda stół.

– Proszę posłuchać – odezwała się, gdy oberżysta wreszcie zniknął. – Wiem, że nie powinnam pana uderzyć i… – wzięła głęboki oddech – przepraszam. – Spojrzała z tęsknotą na drzwi. Zapewne Rawcliffe miał mnóstwo czasu, ale ona musiała zdążyć na powóz pocztowy. – Dziękuję za propozycję herbaty, ale mój dyliżans zaraz odjedzie…

Stał przy drzwiach, a gdy dostrzegł kierunek jej spojrzenia, oparł się o nie plecami i skrzyżował ramiona na piersiach.

– Co pan robi?

– Nie pozwolę ci stąd wyjść.

– Widzę, przecież nie jestem głupia. Ale dlaczego?

– Za tymi drzwiami czeka na ciebie skandal.

– Nie pozwolę się wplątać w żaden skandal.

– Wydaje ci się, że możesz uderzyć markiza w publicznej gospodzie i ujdzie ci to na sucho?

– A dlaczegóż by nie? Pana wszyscy znają, ale mnie nikt.

Skrzywił się z lekceważeniem.

– Zapewne przyleciałaś tu na anielskich skrzydłach?

– Oczywiście, że nie. Przyjechałam powozem pocztowym.

– No właśnie. Zapewne był zatłoczony i siedziało w nim mnóstwo innych pasażerów.

– Tak, ale żaden nie zwrócił na mnie uwagi.

– Tak było wcześniej, zanim rzuciłaś się z pięściami na lorda. A teraz wszyscy są bardzo ciekawi, kim jesteś, i dowiedzą się tego bardzo szybko.

Jej kufer wciąż leżał na dziedzińcu, a do rączki była przywiązana karteczka z jej nazwiskiem. Przypomniała sobie również, jak na nią spojrzał chłopak z gospody, który wyjął kufer z powozu, gdy dała mu żałośnie nędzny napiwek.

– Ale to nie ma żadnego znaczenia – powiedziała z wahaniem. – W każdym razie nie miałoby, gdyby nie stwierdził pan, że jestem pańską narzeczoną.

– Wydaje ci się, że choć uderzyłaś markiza w gospodzie na oczach wielu ludzi, nikt się tobą nie zainteresował? I dopiero moja wzmianka o narzeczeństwie to zmieniła? Nic bardziej mylnego. Gdy tylko twoja piąstka wylądowała na moim nosie, ruszyła lawina spekulacji na twój i mój temat. Zapewniam cię, że według jednej frakcji jesteś odrzuconą kochanką, i jest to najłagodniejsza wersja twego losu. Według innej frakcji jesteś matką gromadki moich nieślubnych dzieci. Zapewne są też tacy, którzy uważają cię za moją potajemnie poślubioną żonę.

– Żadna z tych możliwości nie wydaje mi się gorsza niż to, że miałabym być narzeczoną, o której nikt dotychczas nic nie wiedział.

– Nie jesteś w stanie zdobyć się na zwykłe podziękowanie za to, że wyratowałem cię od konsekwencji twojej własnej głupoty?

Spuściła wzrok i wpatrzyła się w czubki swoich butów. Chyba rzeczywiście powinna mu podziękować. W końcu uderzyła go, a on wcale nie zamierzał się na niej mścić. Przeciwnie, wymyślił historyjkę o zazdrosnej narzeczonej, żeby wszyscy uwierzyli, że miała pełne prawo rozbić mu nos w korytarzu.

– Niech będzie… – Westchnęła ciężko, jakby miała zrobić coś, co napawa ją głęboką niechęcią. – Dziękuję za to, że próbował mnie pan ocalić przede sobą samą. A teraz…

Wybuchnął krótkim śmiechem.

– Boże drogi, w ciągu pięciu minut udało ci się mnie przeprosić i przyznać, że zdarzyło mi się zachować przyzwoicie. Takie słowa w twoich ustach to po prostu cud. Jeśli będziesz się zmieniać w tym tempie, to wkrótce staniesz się idealną żoną. Za jakieś pięćdziesiąt lat – dodał drwiąco.

– I pan, i ja doskonale wiemy, że nigdy nie będę pańską żoną.

– Przecież właśnie ogłosiłem nasze zaręczyny.

– Wiem, że nie mówił pan serio.

Już kiedyś wspominał o małżeństwie z nią. Wzdrygnęła się mimowolnie, gdy przypomniała sobie tamto zdarzenie. Wtedy też nie była w najlepszej formie. Wylazła ze stawu dla kaczek cała pokryta szlamem i wodorostami, przyciskając do piersi worek pełen utopionych szczeniaków. Była zrozpaczona, bo nie zdążyła ich uratować. Dopiero później odkryła, że worek zanurzył się tak głęboko w mule, bo został obciążony kamieniami. Była przerażona okrucieństwem człowieka, który wrzucił te niewinne istoty do stawu, a Rawcliffe na jej widok zgiął się wpół ze śmiechu. A potem na dokładkę zachwiała się na brzegu i znów wpadła do wody. Żeby upokorzyć ją jeszcze bardziej, wyciągnął do niej rękę i oznajmił ze śmiechem, że jeśli za każdym razem, gdy odwróci od niej wzrok, ona będzie wpadać do stawu, to w końcu będzie musiał się z nią ożenić.

Przez krótką chwilę serce w niej zatrzepotało. Wiedziała jednak, że tak bogaty i przystojny arystokrata z pewnością nie rozważa na serio ślubu z drobną rudowłosą córką proboszcza, do tego panną niemającą choćby pensa posagu. To byłby zupełny absurd. Zresztą nie zamierzała stracić serca dla żadnego mężczyzny, a już szczególnie dla takiego, który na pstryknięcie palców może mieć każdą kobietę w tym kraju.

Na szczęście nic wtedy nie odpowiedziała, tylko dumnie podniosła głowę, a on znów wybuchnął śmiechem, bo przy tym geście z jej włosów zsunął się kłąb wodorostów. Tak czy owak, oczywiście tylko z niej kpił. Gdyby było inaczej, przyszedłby do jej ojca prosić o pozwolenie na zaloty, ale on rzecz jasna niczego takiego nie zrobił.

A teraz oderwał się od drzwi i stanął nad nią z groźną miną.

– W takim razie po co powiedziałem całemu światu, że jesteś moją narzeczoną?

– Nie wiem!

Cofnęła się, a przez jej głowę przemknęła myśl, że w tych szczególnych okolicznościach mogłaby wymóc na aroganckim markizie, żeby naprawdę się z nią ożenił. Miałby wtedy za swoje! Mogłaby mu odpłacić za wszystkie upokorzenia, jakich zaznała od niego przez te wszystkie lata. Ale co to byłoby za małżeństwo? Na pewno nie takie, o jakim czytała w Biblii, choć prawdę mówiąc, w prawdziwym życiu nigdy nie widziała pary, która przypominałaby związek Chrystusa z jego Kościołem. Ale gdyby tak się jednak złożyło, że kiedyś wyjdzie za mąż, to miała wielką nadzieję, że jej wybranek, który jak wszyscy ludzie odbiegać będzie od doskonałości, tak czy inaczej potraktuje związek małżeński jako sakramentalną świętość i przynajmniej będzie się starał być jej wierny.

– Naprawdę nie wiem – powtórzyła – po co pan tak powiedział, jakby zależało panu na opinii tych ludzi z gospody. Przecież tam nie było nikogo na tyle ważnego, kogo mógłby pan znać, jak sądzę.

– Jeden z tych dwóch młodzieńców należy do tego samego klubu co ja. Nowiny o moich zaręczynach z niską rudowłosą jędzą obiegną całe miasteczko w ciągu paru godzin.

– Nie jestem jędzą! – zaperzyła się, zdając sobie przy tym sprawę, że markiz cały czas złośliwie ją prowokuje.

– Tylko jędza mogła mnie uderzyć na oczach gawiedzi w odpowiedzi na niewinną zaczepkę. Przecież już wiele razy mówiłem ci podobne rzeczy.

– To nie to samo – wysyczała. – To, co pan powiedział, było niewybaczalne!

Zmarszczył czoło.

– Nie powiedziałem nic takiego, czego nie mówiłbym wcześniej.

– Ale teraz, gdy papy już nie ma… – Wzdrygnęła się i zamilkła przepełniona emocjami.

– Nie ma go? Co to znaczy, że go nie ma?

– Proszę nie udawać, że pan o niczym nie wie!

– Naprawdę nie wiem. – Ujął ją za ramiona i spojrzał głęboko w oczy, jakby szukał w nich prawdy. – Gdzie jest pani papa?

Strąciła jego ręce z ramion okrytych nierówno ufarbowanym płaszczem i cofnęła się o krok, bo ogarniała ją pokusa, by rzucić mu się na pierś i wybuchnąć szlochem.

– Nie zdziwiło mnie, że nie zjawił się pan na jego pogrzebie. Wiem, że jest pan zbyt ważnym i zajętym człowiekiem, żeby zawracać sobie głowę…

– Na pogrzebie?! Umarł? Kiedy? Boże drogi, Clare! – Znów pochwycił ją za ramiona. – Chyba nie sądzisz, że o tym wiedziałem? Nigdy bym tak nie powiedział, gdybym… – Boleśnie zacisnął palce na jej ramionach, po czym nagle ją puścił i roześmiał się gorzko. – Naprawdę byłaś przekonana, że wiem! Gdybym wiedział, moje kpiny świadczyłyby o okrucieństwie i zdziczałych manierach… – Obrócił się na pięcie, podszedł do brudnego okna i zapatrzył się w dal.

Teraz już nie zagradzał jej drogi do drzwi, ale jakoś odeszła ją ochota, żeby się wymknąć. W zarysie jego ramion było coś, co sprawiało wrażenie, jakby… Gdyby chodziło o kogoś innego, pomyślałaby, że wygląda na zmęczonego i pokonanego.

– Jeśli naprawdę pan nie wiedział… – Gdy wyraźnie zesztywniał, zmieniła taktykę: – W takim razie bardzo mi przykro, że pomyślałam, że mógłby się pan drażnić się ze mną mówiąc, że… – Urwała.

Lord Rawcliffe nigdy nie był okrutny, w każdym razie nie rozmyślnie. Owszem, wielokrotnie ją ranił, ale też nigdy nie zdawał sobie sprawy, jak łatwo może to zrobić. Uważał swoje słowa za zwykłe żarty, a ona wydawała mu się zabawna, bo choć starała się, jak mogła, żyć według Ewangelii, jej temperament zwykle brał górę nad rozsądkiem i ciągle pakowała się w jakieś kłopoty, a on jakimś sposobem zawsze się o tym dowiadywał i przy kolejnym spotkaniu znów z niej kpił.

– Myślę, że… – wymamrotała, ale zanim zdążyła znów go przeprosić, w pokoju pojawił się oberżysta w towarzystwie posługacza. Przynieśli wszystko, o co prosił lord Rawcliffe. On jednak nie zwrócił na nich uwagi. Wciąż milczał zwrócony plecami do pokoju. Clare zaś stała przy drzwiach, przestępując z nogi na nogę, i niecierpliwie czekała, aż sobie pójdą, bo choć nie powinna pozostawać w pokoju sam na sam z milordem, była zbyt dumna, by przeprosić go w obecności świadków, a z drugiej strony sumienie nie pozwalało jej wyjść bez przeprosin.