Ocalić przed małżeństwemTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Christine Merrill
Ocalić przed małżeństwem

Tłumaczenie:

Urszula Grabowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Sale klubu Almacka były pełne gości, jak zawsze u szczytu londyńskiego sezonu towarzyskiego. Amelia Summoner krążyła pod ścianami głównej sali i obserwowała tłum, pozostając niezauważoną. Świetnie znała zarówno to miejsce, jak i większość obecnych. Odbywało się tu coś na kształt giełdy matrymonialnej.

Od trzech lat nie opuściła ani jednej środy. W tym czasie zdążyła poznać trzy roczniki debiutantek; panny z dobrych domów pojawiły się na salonach, roztoczyły swój blask i znikły wraz z młodymi dżentelmenami, za których wyszły za mąż.

Ona sama zadebiutowała trzy lata temu i wywoławszy jedynie krótkotrwałe poruszenie wśród mężczyzn szukających żon, przestała zwracać uwagę towarzystwa i została zapomniana.

Teraz poruszała się po sali jak ryba na głębinie, niewidzialna, dopóki zechciała, by jej nie widziano. W odróżnieniu od rówieśnic, które jak ona pozostawały dotąd w stanie wolnym, nie poczytywała sobie tego za niepowodzenie, lecz raczej cieszyła się swobodą. O ileż przyjemniej było tańczyć, rozmawiać czy flirtować tylko wtedy, kiedy się miało na to ochotę, niż obsesyjnie wyczekiwać, aż któryś z panów zwróci na nią uwagę.

Znacznie wygodniej było być „tą dziwną panną Summoner”, w odróżnieniu od swej młodszej i ładniejszej siostry, która w tym sezonie właśnie wchodziła w świat.

Już po kilku pierwszych balach Amelia zorientowała się, że nie zrobi kariery towarzyskiej. Starsze dostojne damy uznały ją za „nietuzinkową piękność o nadmiernie wybujałej inteligencji”. Był to dość wątpliwy komplement, lecz Amy zdawała sobie sprawę, że gdyby nie jej nazwisko, nazwałyby ją po prostu „zarozumiałą i przeciętnej urody”. Małżeństwo z córką lorda Summonera mogło zapewnić młodemu człowiekowi przyszłość w polityce i wysokie miejsce w hierarchii towarzyskiej, lecz nawet owi ewentualni konkurenci pragnęli mieć żonę raczej piękną niż inteligentną, która przestrzega konwenansów.

Jednak Amy nie zamierzała się zmieniać i była całkiem zadowolona ze swego bezkompromisowego charakteru. Być może nie spotkała jeszcze mężczyzny, dla którego chciałaby się zmienić. Uparcie odrzucała oświadczyny kolejnych konkurentów, którzy przez małżeństwo pragnęli zaspokoić swe ambicje, i nawet najwytrwalsi jej zalotnicy dawno już dali za wygraną. W tym sezonie, jeśli prosili ją do tańca, to już tylko z litości. Aktualną sensacją towarzyską stała się panna Belle Summoner, młodsza córka lorda Summonera. W całym Londynie powtarzano, że jest to największa piękność ostatniej dekady. Dzisiejszego wieczoru Amy już kilkakrotnie zdarzyło się usłyszeć, jak młodzi panowie zaklinali się, że za jeden uśmiech przepięknej panny Belle gotowi są nawet prawić komplementy jej siostrze, zdziwaczałej starej pannie.

Nikt jednak jeszcze się na to nie zdobył. Usiadła więc w kącie i ukryta za wachlarzem obserwowała tłum. Amy nie miała zamiaru wysłuchiwać ich tanich pochlebstw i starała się nie prowokować takich sytuacji. Trzymała się z dala od znajomych, wiedząc, że nikt nie zagadnie jej, nie będąc przedstawiony. Unikała młodych ludzi także z innego powodu. Nie chciała ułatwiać im poznania Belle.

Wolała nie marnować czasu na tańce i czcze pogaduszki, zamiast tego uważnie słuchała i obserwowała. Zwracała uwagę na każdą wzmiankę o jej siostrze i każde męskie spojrzenie jej posłane. Jeśli któryś z młodych panów poważnie zainteresował się Belle, Amy wiedziała o tym pierwsza i zawsze miała czas pomyśleć o odpowiednich środkach obrony. Arabellę mógł poślubić tylko ktoś naprawdę wyjątkowy, inni nie mieli czego szukać.

Już tylko tego wieczoru Amy zauważyła i odrzuciła prawie tuzin potencjalnych kandydatów. Musieli dysponować dużym majątkiem i wysoką pozycją towarzyską oraz odebrać odpowiednie wychowanie, aby zapewnić córkom lorda Summonera taką przyszłość, na jaką zasługiwały. Pod uwagę mieli być brani tylko najlepsi.

Kilkuletnie, bezskuteczne poszukiwania męża dla Amy przekonały ojca, że nie jest w stanie nikogo jej narzucić. Ostatecznie przystał na to, że córka poślubi mężczyznę, którego sama sobie wybierze.

Z Belle jednak było inaczej... Nią łatwo było pokierować, zarówno ojcu, jak i komukolwiek innemu.

Amy westchnęła. Dobrze, że Belle ma chociaż siostrę, która się nią opiekuje i dba, żeby nikt nie zrobił jej krzywdy.

Oczywiście nie chodziło jej o to, żeby Belle nie wyszła za mąż i nie była szczęśliwa. W Londynie, oprócz nieudaczników i łowców majątku, byli przecież także odpowiedni kandydaci. Wyszukawszy ich, Amy zapisywała nazwiska z tyłu swojego balowego karneciku, aby później dowiedzieć się o nich więcej. Do tej pory znalazła ośmiu mężczyzn, którzy wydawali się odpowiednią partią dla Belle. Nie byli ani za młodzi, ani za starzy, co najmniej przeciętnie przystojni, o spokojnym usposobieniu, dobrze urodzeni i bogaci, lecz nie nadmiernie ambitni. Związek z jednym z nich oznaczał przyjemny, sielski tryb życia przez większą część roku i życie towarzyskie bez nadmiernego stresu.

Tego wieczoru, po oddzieleniu ziarna od plew, pozostał Amy tylko jeden mężczyzna, który nie pasował do żadnej kategorii i stanowił dla niej pewną zagadkę. Obserwowała Benjamina Lovella i nie musiała nawet słyszeć, co mówi, żeby wiedzieć, że szuka żony. Zbyt ostentacyjnie demonstrował brak zainteresowania obecnymi pannami, by Amy dała się nabrać. Przecież nie pojawił się na balu w Almacku tylko po to, żeby kilka razy zatańczyć i zjeść lekką kolację.

Stał pod ścianą i udawał tak znudzonego, że nawet odwrócił się tyłem do tańczących. A jednak w lustrze dobrze widział zarówno panny, jak i kawalerów i uważnie im się przyglądał.

Taki ktoś mógł okazać się znacznie niebezpieczniejszy dla młodych panien niż zwykły zalotnik. Pozorna obojętność miała przyciągać uwagę płci pięknej – Amy była tego pewna. Ten mężczyzna wolał być zwierzyną niż myśliwym, co jak na kogoś o niepewnym pochodzeniu było strategią dość śmiałą. Podziwiała nawet jego odwagę.

Wyglądało na to, że starsze damy też go podziwiały. Za żadne pieniądze nie dopuściłyby do klubu mężczyzny, który nie byłby godzien związać się małżeństwem z najlepszymi rodzinami w Anglii. Mało komu udawało się to, jeśli pochodził z nieprawego łoża. Plotka głosiła jednak, że pan Lovell jest bękartem zupełnie wyjątkowego rodzaju.

Wprawdzie książę Cottsmoor nie uznał pana Lovella oficjalnie, ale bez wątpienia zamierzał to uczynić. Przed nagłą śmiercią Cottsmoora często widywano Lovella w towarzystwie księcia i księżnej. Traktowali go jak krewnego, mimo że nie wypowiadali się na temat jego pochodzenia. Kiedy książę, księżna i ich pierworodny syn zmarli na influenzę, pan Lovell na rok wycofał się z życia towarzyskiego i pogrążył w żałobie jak po utracie rodziców i brata.

Jego narodziny i dzieciństwo okryte były tajemnicą. Kształcił się za granicą i mimo że nie uczęszczał do szkół w Oksfordzie ani w Cambridge, jego wykształcenie zupełnie na tym nie ucierpiało. Wysławiał się nienagannie. Uważano go za inteligentnego, lecz nie zarozumiałego, dowcipnego, umiejącego udzielić mądrej rady, z którą nigdy się nie narzucał. Z tego powodu młody Cottsmoor często zwracał się do niego o pomoc, wchodząc w nową dla siebie rolę dziedzica, i zawsze traktował go jak równego sobie.

Wydawało się, że jedyną skazą był fakt, że dostojny ojciec nie poślubił jego matki. Poznawszy czarującego pana Lovella, towarzystwo uznało, że skaza ta nie ma właściwie znaczenia. Może nawet jest zaletą... Książę pozostawił legat zapewniający jego nieślubnemu synowi dostatnie życie, a w towarzystwie chodziły pogłoski, jakoby pan Lovell pomnożył swój spadek, mądrze inwestując.

Jego zamożność nie rzucała się jednak w oczy. Ubrany był bez zarzutu, podobnie jak wszyscy inni obecni tu dżentelmeni. Dopiero uważny obserwator mógł dostrzec jakość materiałów i wysmakowany kontrast między głęboką czernią surduta a połyskliwą bielą kosztownej koszuli z przetykanego brokatem jedwabiu. Przy bryczesach miał solidne klamry ze srebra, a jego jedyną biżuterię stanowiła złota dewizka od zegarka, zakończona imponującym szmaragdem. Widać było, że Lovell jest skromny i wystarczająco pewny siebie, aby nie obnosić się ze swym niewątpliwym bogactwem.

Halsztuk nosił z pewną dozą niedbałości, a jego nieskazitelna biel mocno podkreślała oliwkową karnację pana Lovella, charakterystyczną dla Cottsmoorów, podobnie jak ich ciemne oczy i włosy. Gdyby młody książę wyrósł na równie przystojnego mężczyznę co pan Lovell, to nawet bez tytułu mógłby przebierać wśród najpiękniejszych panien towarzystwa.

Dziś wieczór jednak to pan Lovell skupiał na sobie uwagę wszystkich dziewcząt obecnych w sali. Amy oczywiście zainteresowała się nim wyłącznie ze względu na Belle. Chciała się tylko upewnić, że nie stanowi on zagrożenia dla jej siostrzyczki. Gdyby okazał się jej niegodzien, to bez względu na opinię lady Jersey nie doszłoby nawet do prezentacji.

A co jeśli był rzeczywiście taki, na jakiego wyglądał? – przemknęło Amy przez myśl. – Gdyby był zdolny kochać i dbać o swoją żonę tak, jak teraz dbał o swój wizerunek? Wówczas byłby to wymarzony dla Belle kandydat na męża.

Dyskretnie zbliżyła się do niego, udając, że obserwuje tańczących. Jeszcze raz przyjrzała mu się uważnie i coś ją w nim zaniepokoiło. Benjamin Lovell sprawiał zbyt dobre wrażenie i Amy nabrała przekonania, że ukrywa swoje prawdziwe oblicze.

Właściwie nawet tego nie potępiała; każdy przecież nosił jakąś maskę. Byłoby to jednak bardziej zrozumiałe w przypadku kogoś uboższego.

 

Lekko skryta za wachlarzem, przysunęła się jeszcze bliżej i usiadła na krzesełku w kącie, gdzie nie docierał blask kandelabrów. Tym sposobem zajęła znakomitą pozycję, by obserwować pana Lovella stojącego nieopodal i przysłuchiwać się jego rozmowie z przyjacielem Guyem Templetonem.

Templeton co jakiś czas dyskretnie obciągał na sobie bryczesy, w których najwyraźniej nie czuł się swobodnie. Zresztą cały strój balowy tylko go krępował.

Lovell uśmiechał się pobłażliwie.

– No cóż, szlachectwo zobowiązuje – zauważył. – Żadna prawdziwa dama nie będzie cię chciała, jeśli nie potrafisz kilku godzin wytrzymać w wieczorowym stroju, Templeton. – A swoją drogą, muszę ci polecić lepszego krawca, bo wzdrygasz się, jakby twoje ubranie było pełne pcheł.

– Rzeczywiście, coś mnie swędzi – przyznał Templeton, zaraz jednak westchnął błogo. – Panna, którą sobie upatrzyłem, i tak będzie mnie chciała.

– No to musi mieć świętą cierpliwość, żeby z tobą wytrzymać, skoro nie dbasz o takie subtelności.

Bez przesady, pomyślała Amy. Templeton pochodził z dobrej rodziny, był przystojny i bogaty. Na jej liście potencjalnych szwagrów zajmował jedno z pierwszych miejsc.

– Do diabła z subtelnościami – mruknął Templeton, kłaniając się uprzejmie mijającej ich starszej damie. – To właśnie takie czarownice upierają się, że mamy nosić pantalony, a herbatę i ciasto nazywają kolacją. Najgorsze jednak, że nie pozwalają z ładną panną na nic więcej niż walc... Dopiero potem może dojść do prezentacji... Bzdura! Wydaje im się, że mogą za nas decydować, kogo mamy poślubić! A co gorsza, musimy jeszcze płacić za ich pośrednictwo.

– Mimo wszystko mam wrażenie, że to całkiem nieźle działa – zauważył Lovell, wzruszając ramionami.

– Ale gdy się naprawdę kocha, to czyż nie można wybrać prostszej drogi?

Lovell uniósł brwi i popatrzył na przyjaciela z rozbawieniem.

– Czy romantyczne uczucia mają cokolwiek wspólnego z wyborem żony? – spytał.

W jego słowach było tyle zimnego wyrachowania, które tak bardzo kłóciło się z miłym wyrazem twarzy, że Amy w zdumieniu omal nie upuściła wachlarza. Odwróciła się w drugą stronę, żeby przypadkiem nie zauważyli jej gniewnego rumieńca.

A więc był pozbawionym serca oszustem, tak jak podejrzewała.

– Nie trzeba kochać ani pragnąć swojej przyszłej żony? – zapytał Templeton, szczerze zaskoczony. – Czyż nie jest to połowa przyjemności z małżeństwa?

– Przyjemności? – Lovell skrzywił się z takim wstrętem, jakby mucha wpadła mu do lemoniady. – Małżeństwo jest zbyt poważnym przedsięwzięciem, żeby łączyć je z pustą przyjemnością. Żeniąc się, wchodzimy w związek nie tylko z młodą damą, lecz także z jej rodziną i kręgiem towarzyskim. Uśmiech znów powrócił mu na twarz, lecz cała postawa w zdumiewający sposób przypominała Amy ojca w chwili, kiedy zaczynał polityczną przemowę. Taki człowiek wiedział, co jest właściwe, i nie miał skrupułów, aby przekonywać innych do swoich racji.

– Sądziłem, że ty nie musisz o takich rzeczach myśleć – zauważył Templeton. – Przecież Cottsmoor...

Lovell gestem dłoni przerwał mu.

– Potraktujmy rzecz teoretycznie i załóżmy, że nie mam żadnej rodziny. Jestem pierwszy w swojej linii i dlatego jest to tak ważne, abym wszedł w dobrze przemyślany związek. Dla mężczyzny z ambicjami dużo większe znaczenie ma odpowiedni teść niż choćby najlepsza żona.

– A więc potrzebujesz człowieka z tytułem – przerwał Templeton. – Książę Islington jest bogaty jak Krezus i ma trzy córki w odpowiednim wieku.

– Tytuł jest dziedziczny, a na jego majątku mi nie zależy. Mam własny.

– Nie potrzebujesz tytułu, nie chcesz się żenić dla pieniędzy... – zastanawiał się na głos Templeton. – Ale oczywiście córka zwyczajnego mieszczanina ci nie wystarczy, prawda?

– Ani uczonego, ani prawnika – przyznał Lovell. – Chcę prawdziwego torysa ze starej, dobrej rodziny, spokrewnionego z Pittami, młodszym i starszym; kogoś, kto ucztuje z Wellingtonem i ma ucho Grenville’a.

Amy w zdumieniu nastawiła uszu.

– Chodzi o politykę? – zapytał zaskoczony Templeton.

– Jeśli chce się coś zmienić w społeczeństwie, to gdzie jest lepsze miejsce, jak nie w parlamencie?

– A ty mówisz oczywiście o lordzie Summonerze.

– O nikim innym – przyznał Lovell.

– Rozumiem, że chcesz poślubić piękną Arabellę?

Templeton uśmiechnął się.

– W takim razie musisz ustawić się w kolejce za wszystkimi dżentelmenami w Londynie. Jej karnecik był prawie pełen, jeszcze zanim przyjechaliśmy. Ostatni taniec musiałem sobie wywalczyć.

– Ja nawet się o to nie starałem. Nie zostałem jej jeszcze przedstawiony – rzekł Lovell. – Nasze pierwsze spotkanie musi być pod każdym względem zgodne z etykietą.

To dawało Amy pewną przewagę czasową, jeśli chciała go powstrzymać.

– Nawet jeśli zostaniesz jej przedstawiony, to konwersacja z nią nie będzie łatwa – poinformował Templeton. – Jest bardzo nieśmiała. Uśmiecha się olśniewająco, ale ledwie się odzywa.

– Tym lepiej – odparł Lovell. – Kto żeni się z taką kobietą, żeby z nią rozmawiać?

Ten odpychający człowiek mówił o Belle, jakby stanowiła tylko niewielki dodatek do jego planów. Amy była tak rozgniewana, że omal nie zgniotła swego misternie zdobionego wachlarza. Zdawało jej się też, że to ostatnie stwierdzenie w jakiś sposób uwłacza jej siostrze i że dżentelmen nie powinien w ten sposób wyrażać się o kobiecie.

Najwyraźniej Templeton podzielał jej zdanie, bo zaczął:

– Uważaj...

Jednak Lovell powstrzymał go gestem dłoni.

– Nie miałem zamiaru obrazić damy, ale przecież dla kontaktu intelektualnego nie potrzeba żony, jeśli ma się zamiar zająć miejsce wśród najmędrszych przedstawicieli angielskiego społeczeństwa. – Zamilkł na chwilę, po czym kontynuował: – Chcę poślubić kobietę, która jest piękna i utalentowana i która przyniesie honor mojemu domowi oraz obdarzy mnie dziećmi. A zdobycie najpiękniejszej panny sezonu pokaże wszystkim, że mam gust i zdolność perswazji. Chcę być najlepszy i dlatego wybieram to, co najlepsze. Ale, jak już powiedziałem, nie tyle chodzi mi o zdobycie dziewczyny, ile jej ojca. Ma on prawo do dwóch miejsc w Izbie Gmin, a ja chcę zasiąść na jednym z nich przed końcem tego roku. Jeśli jest tu dzisiaj obecny, poszukam go i postaram się wkraść w jego łaski. Jeśli to mi się uda, wszystko inne będzie już proste.

Ty bękarcie, pomyślała Amy, lecz te słowa wydały jej się od razu niewystarczające, by go obrazić. Gdyby była mężczyzną, wiedziałaby, jakich epitetów użyć i żaden z nich z pewnością nie okazałby się dla niego za mocny. Ten człowiek był dumny jak paw i całkowicie przekonany o swojej racji. Jeszcze nie poznał Belle, a już postanowił, że ta kochana, słodka i niewinna istota będzie do niego należeć, tylko dlatego że chciał w ten sposób zdobyć miejsce w parlamencie. Po ślubie wcale już by się o nią nie troszczył, a może nawet wyładowywałby na niej swoje rozczarowanie, kiedy młodziutka żona nie umiałaby sprostać jego wybujałym ambicjom.

Coś trzeba zrobić, i to natychmiast!

Amy zerwała się z miejsca i omal nie przewróciła młodzieńca niosącego na tacy szklanki z lemoniadą. Przeprosił grzecznie i już miał ją wyminąć, lecz ona w tym momencie wpadła na doskonały pomysł.

Udając, że jej słabo, porwała z tacy dwie szklanki lemoniady, upiła łyk i zostawiając zaskoczonego młodzieńca, chwiejnym krokiem podeszła do Benjamina Lovella. Przez jej twarz przemknął cień triumfalnego uśmiechu, a potem szybkim ruchem wylała całą lemoniadę na jego nieskazitelnie białą kamizelkę.

ROZDZIAŁ DRUGI

Do diabła z tym wszystkim!

Ben Lovell potrafił nad sobą panować, szczególnie w towarzystwie. Dlatego teraz przeklął tylko raz, i to w duchu, nawet grymasem twarzy nie zdradzając swej złości. Wszystko układało się tak dobrze, że nie miał zamiaru psuć sobie reputacji kłótnią z jakąś niezdarną idiotką, która właśnie oblała go lemoniadą.

Ten drobny wypadek uniemożliwił mu spotkanie i rozmowę z lordem Summonerem, choć miał to w planie. Podczas pierwszego kroku ku karierze politycznej musiał wyglądać jak najlepiej i być w doskonałej formie, nie zaś zastanawiać się, czy była to zła wola, czy tylko niezdarność speszonej debiutantki.

Na razie powinien zachowywać się jak dżentelmen i nie zwracać uwagi na zniszczony surdut, za który ledwie tydzień temu zapłacił całe trzydzieści funtów.

Otrząsnął resztki lemoniady ściekające mu z koronkowych mankietów koszuli. Halsztuk miał całkiem przemoczony, materiał kleił mu się do ciała. Ile szklanek ona niosła, że spowodowała aż takie straty w jego ubiorze? Czy świadomie chciała go oblać? I w ogóle skąd się wzięła? – w głowie kołatały mu kolejne pytania i zaczynał nabierać przekonania, że pojawiła się ona tak nagle, bowiem czaiła się, by go zaatakować.

Dżentelmen nie powinien jednak przejmować się głupstwami, a on nie tylko chciał doskonałym obyciem przezwyciężyć plotki związane ze swym urodzeniem, zamierzył uchodzić za najbardziej wspaniałomyślnego człowieka w Londynie.

Dlatego powściągnął złość i przywołał na twarz wyraz współczucia. Sięgnął po chusteczkę i podał ją chichoczącej dziewczynie.

– Przepraszam, że panią zaskoczyłem – rzekł grzecznie. – Mam nadzieję, że nie oblała pani sobie sukni?

Sięgała mu zaledwie do górnego guzika koszuli i dopiero teraz spojrzał jej w twarz. W jednej chwili zaparło mu dech w piersi. Stracił cały swój zdrowy rozsądek i zapomniał o dobrych manierach.

Wcale nie była jakąś wyjątkową pięknością. Uznał, że jest dość ładna i zgrabna, chociaż raczej za niska. Żeby dodać sobie wzrostu, ciemne włosy miała upięte w wysoką, wymyślną fryzurę z wielu warkoczy i loków. Całość wieńczyły pióra, które trzęsły się, kiedy kiwała głową i przepraszała. Chichotała przy tym jak zupełna trzpiotka.

A może tylko udawała?

Jej śmiech był tak sztuczny, że może celowo miał go odstraszyć? Lecz nawet jeśli chciała być odpychająca, jej oczy niweczyły ten zamiar. Przyciągały go i zniewalały, były wielkie i błyszczące, w kolorze ciepłego brązu niczym najlepsza sherry. Na tęczówce lewego oka miała maleńką złotą plamkę, co jeszcze dodawało nieznajomej tajemniczości i czaru.

Ben był nią zafascynowany. Mógłby zatonąć w jej oczach na zawsze, dopóki nie odkryłaby przed nim swoich tajemnic. Co gorsza, kiedy na niego patrzyła, sam miał ochotę się przed nią odsłonić i wyjawić tak starannie skrywane sekrety swojej przeszłości.

Po chwili jednak wrażenie prysło. To, co wziął za tajemniczość, było tylko chłodną kalkulacją. Wcale nie musiał się przed nią odsłaniać. W jakiś sposób go zdekonspirowała i teraz mściła się za jego zuchwałość. Tylko udawała naiwną gąskę, aby ukryć niebezpieczną, prawie męską inteligencję.

– Dziękuję panu za troskę – odpowiedziała. – Moja suknia nie ucierpiała, ale pańskie nieszczęsne ubranie...

– No, trudno – przerwał jej. – Niech pani się tym nie kłopocze.

– Ale... bardzo mi przykro – rzekła z tak niewinnym wyrazem twarzy, że nabrał przekonania, że musiała to ćwiczyć przed lustrem. Teraz nie miał już wątpliwości, że w istocie wcale nie było jej przykro.

W odpowiedzi obdarzył ją równie sztucznym, wystudiowanym uśmiechem.

– To drobiazg. Nie mówmy o tym więcej.

Obiecał sobie, że będzie jej unikał, a gdyby się spotkali, zachowa odpowiedni dystans. Coś go w tej dziewczynie niepokoiło.

– Dziękuję.

Panna dygnęła pośpiesznie i znikła równie nagle, jak się pojawiła.

– To ci się udało, kolego! – Stojący obok Templeton roześmiał się.

– Co mi się udało? Przecież nic nie zrobiłem.

Lovell usiłował zetrzeć chusteczką plamy z surduta, ale po chwili dał za wygraną.

– Najwyraźniej zrobiłeś wrażenie na pannie Summoner. – Ben rozejrzał się gwałtownie za kobietą, która miała ułatwić mu drogę do kariery. Stała teraz po drugiej stronie sali i rozmawiała z ustrojoną w pióra pannicą, która właśnie oblała go lemoniadą. Czy były przyjaciółkami? Nie... W ich pochyleniu głowy było jakby rodzinne podobieństwo.

– Dobry Boże, nie mów mi... – zaczął.

– Tak, są siostrami. – Templeton znów się zaśmiał.

– Ta niska jest starsza; mówią, że zamierza zostać starą panną.

– Ciekawe dlaczego... – rzucił Ben, nie kryjąc ironii.

– Ona mówi, że wcale nie chce wyjść za mąż i nie zamierza rozstawać się z siostrą.

– Każda kobieta, która ma choć odrobinę dumy, powie coś takiego, kiedy nie będzie mogła znaleźć sobie męża – odparł Lovell. – Jeżeli zawsze zachowywała się tak jak dzisiaj, to nic dziwnego, że przestała być lubiana w towarzystwie.

 

– To nie ma większego znaczenia – odparł całkiem rozsądnie Templeton. – Po paru latach po prostu wypadła z obiegu. Ale jeśli zależy ci na tej młodszej, to lepiej, żebyś się do niej przyzwyczaił. Kiedy się ożenisz, starsza panna Summoner prawdopodobnie będzie należała do twoich domowników.

– Nie sądzę.

Perspektywa spotykania się z nią co dzień przy śniadaniu wydała mu się nie do przyjęcia.

– No tak, ale gdzie w takim razie miałaby się podziać? – zapytał Templeton. – Lord Summoner nie będzie żył wiecznie, a po jego śmierci to właśnie mąż siostry powinien się nią zaopiekować.

– Chyba że jakiś niepodejrzewający niczego dżentelmen wpadnie w jej sidła – podsunął Ben.

– Mało prawdopodobne po tylu latach od debiutu.

– Po ilu latach?

Ben obrzucił ją szybkim spojrzeniem. Dziewczyna nie wyglądała na więcej niż dwadzieścia trzy lata i zupełnie nie przypominała starej panny.

– Gdyby powyciągać jej z włosów te pióra, rozpleść warkocze i wybrać inną krawcową... No, może jeszcze przekonać ją, żeby nie oblewała ludzi lemoniadą i przestała tak chichotać... Muszę przyznać, że byłaby całkiem ładna.

– Ale to oko... – skrzywił się Templeton.

– Ona ma dwoje oczu – poprawił go Ben. – I wcale nie są brzydkie, raczej... zaskakujące.

– Który mężczyzna chciałby być zaskakiwany przez kobietę? Z tego nigdy nic dobrego nie wynika.

Przyjaciel wzruszył ramionami.

– Cóż... Może w takim razie powinienem powiedzieć: zniewalające, oszałamiające, fascynujące.

Ben mógł bez końca szukać coraz to nowych określeń dla jej oczu.

Tymczasem Templeton już miał dla niego radę:

– Jeśli nie chcesz być podnóżkiem lub niewolnikiem jakiejś damy, to weź sobie kochankę. Otrzymasz tyle namiętności, ile zapragniesz, bez więzów, które tak ograniczają.

Lovell jednak nie miał zamiaru być niewolnikiem jakiejkolwiek kobiety, czy to w małżeństwie, czy też nie. Nigdy więcej. Nie mógł dopuścić, aby przykre wspomnienia z jego przeszłości ożyły po raz drugi.

– Jeżeli jednak umiałbyś ją utemperować, to nie widzę problemu – rzucił Templeton z uśmiechem. – Jeśli chcesz przez małżeństwo zbliżyć się do lorda Summonera, to równie dobrze mógłbyś ożenić się z panną Amelią.

Było w tym sporo racji i Lovell w pierwszej chwili stracił rezon, usłyszawszy takie dictum. Przypomniał sobie jednak o swojej najlepszej kamizelce oblanej lemoniadą i wyobraził sobie, że takie sytuacje mogłyby się powtarzać. Jeśli chciał być ogólnie szanowany, nie mógł związać się z osobą nieprzewidywalną, która stanowiłaby zagrożenie dla jego wizerunku.

– Tylko idiota mógłby sądzić, że to wszystko jedno, którą pannę Summoner wybierze – powiedział. – Cały Londyn uwielbia tę młodszą, a starsza tak bardzo już poszła w odstawkę, że nawet nie wiedziałem o jej istnieniu. Chodzi też o to, że chcę mieć żonę, która przyda mi splendoru, a nie kłopotów. Belle Summoner płynie po parkiecie jak łabędź, a tamta...

Spojrzał na swą zniszczoną kamizelkę, czym rozśmieszył przyjaciela.

– Więc ty naprawdę myślisz, że ona to zrobiła przez przypadek? Przyjacielu, nie bądź naiwny, bo londyńskie damy cię zjedzą.

– O co ci chodzi?

– Tylko o to, że jeśli pojawiasz się w klubie, a potem cały czas kryjesz gdzieś w kącie, to panna, której się spodobałeś, zrobi wszystko, aby zwrócić twoją uwagę.

Taka myśl nawet nie powstała mu w głowie, a jednak Templeton nie miał co do tego wątpliwości.

– Ponieważ ona praktycznie nie ma szans – ciągnął – lord Summoner będzie ci tylko wdzięczny, jeśli go od niej uwolnisz. No, idź do niego od razu i porozmawiaj jak mężczyzna z mężczyzną.

– Nie mogę iść do niego, wyglądając jak zmokła kura – rzekł Lovell ponuro. – A zresztą, nie chcę żenić się z panną Amelią.

Templeton spojrzał na niego z politowaniem.

– No tak, zależy ci na Belle jak wszystkim kawalerom w Londynie... Tylko że ty, przyjacielu, przepadłeś, jeszcze zanim zacząłeś się o nią starać. Belle nie będzie chciała mieć z tobą nic do czynienia, jeśli swą obojętnością złamiesz serce jej siostrze. Tak to jest z kobietami, ich solidarność jest silniejsza niż uczucie do nas.

– Jak miałbym złamać jej serce? Przecież nie dałem najmniejszego powodu, by myślała, że się nią interesuję.

– Oczywiście, a jednak proponowałbym, żebyś traktował pannę Amelię jak najłagodniej i nie zranił jej uczuć. I najlepiej by było, gdybyś znalazł jej kogoś na swoje miejsce, z kim ona zechce się związać. W przeciwnym wypadku, jeżeli ożenisz się z Belle, Amy Summoner zadomowi się u was na dobre i będzie dla ciebie nieustannym wyrzutem sumienia.