Słodkie kłamstwaTekst

Autor:Caz Frear
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: SWEET LITTLE LIES


Redakcja językowa: Elżbieta Walter

Projekt okładki: © Magdalena Kuc

Zdjęcie na okładce: © Magdalena Wasiczek / Trevillion

Korekta: Beata Wójcik, Agnieszka Al-Jawahiri

Redaktor prowadzący: Małgorzata Hlal


Text Copyright © Copyright © Caz Frear, 2017

Originally published in the English language as ‘Sweet Little Lies’ by Zaffre, an imprint ob Bonnier Zaffre, London

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018


Wydanie I


Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.


ISBN 978-83-8015-872-6


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Alexa, Chessy, Fifi, Williama i Micka



Dzień, w którym usłyszeliśmy o Maryanne, pamiętam bardzo dobrze. Widzę go przed oczami w rozdzielczości HD, choć nie mam pojęcia, co się z nią stało, ani w jaki sposób zniknęła z miasta.

I nie jest to żadna forma alibi. Nie jest to też moja wypracowana linia obrony. W końcu nie ma powodu, żebym musiała się tłumaczyć – na skali możliwych podejrzanych zajmuję miejsce gdzieś obok babci, między „niedorzecznym” a „prawie niemożliwym” – mimo to, aby zrozumieć prześladujące mnie demony, a także dochować policyjnej przysięgi, która jest mi tak bliska, uważam za konieczne podkreślenie, że nie wiem, co się stało z Maryanne Doyle, dziewczyną, która pojechała do sklepu pani Riley po lakier do włosów i już nigdy nie wróciła.

Mam oczywiście swoje podejrzenia.

Dużo spekuluję, szczególnie po białym winie.

Ale jeśli chodzi o tę sprawę, naprawdę nie wiem nic.

Czego nie można powiedzieć o moim ojcu.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1998

Był 31 maja 1998 roku, a my od tygodnia siedzieliśmy w Mulderrin. Byłam wtedy pulchną ośmiolatką z tłustymi lokami na głowie, buzią pełną rozchwianych zębów i pewnie miałam na sobie koszulkę z Pokemonami. W Londynie, gdzie mieszkałam na co dzień, moi koledzy szykowali się na powrót do szkoły po kończących się feriach, a nasz tata, między jednym kęsem tostu a drugim, obwieścił, że udziela nam „specjalnej dyspensy”, tym samym przedłużając nasz pobyt u babci o kolejny tydzień, za co moja starsza siostra Jacqui przybiła mu piątkę, a matka dała w twarz.

Próbując rozładować napięcie, którego przyczyny nie rozumiałam, podniosłam głowę znad ciasteczek Pop Tarts i spytałam:

– Mamo, a co to jest „dyspensa”?

Mama podwinęła rękawy, niczym jakiś awanturnik szykujący się do bójki w knajpie.

– Sprawdź w słowniku, kochanie. Znajdziesz je obok słówdyshonoridysfunkcyjny”.

Jacqui sięgnęła przez stół po jogurt, pod rozwichrzonymi blond włosami skrywając arogancki uśmieszek.

– To znaczy, że tata uznał, że szkoła może się pierdolić.

Mama spojrzała na tatę jak na kawałek zepsutego mięsa.

Na tatę, nie na Jacqui.

Ale wtedy wszystko było winą taty. Niewyparzona gęba Jacqui. Złe stopnie Noela. To, że miałam nadwagę. Nawet dobre rzeczy, jak na przykład prezenty, które znajdowaliśmy przy naszych łóżkach, i nowa wieża – najwyższej klasy, jak twierdził tata – spotykały się z wyraźną dezaprobatą mamy. Nawet ten wyjazd w odwiedziny do babci, nasze pierwsze wakacje od trzech lat:

– Nazywasz to urlopem? – powiedziała, gdy w Holyhead czekaliśmy na prom. – Gotowanie i sprzątanie. Tyle że w innym domu. Gdzie nie ma suszarki do prania i porządnego odkurzacza.

Oceniwszy sytuację jak bystry mały polityk, wetknęłam ciastko za gumkę w leginsach i ulotniłam się, czując, że to tylko kwestia czasu, zanim uwaga mamy zostanie skierowana na mnie i z biernego obserwatora zamienię się w łatwy cel. Kiedy mama tak się zachowywała, tak właśnie należało postąpić.


Oto, co jeszcze pamiętam.

Tamtego dnia zjadłam na lunch chleb słodowy z rodzynkami. Cztery kromki obficie posmarowane prawdziwym masłem. Babcia uwielbiała przyglądać się, jak ktoś je. Skarżyła się, że jedyną osobą, która ją odwiedza, jest wychudzona pracownica z opieki społecznej, którą trudno namówić choćby na jednego herbatnika.

– Nie to co ty – mówiła, dopingując mnie, gdy pochłaniałam talerz kanapek z szynką, które zaspokoiłyby głód zapaśnika. – Teraz przynajmniej pająki nie wciągną cię za obraz, moja droga Catrino.

Później, ponieważ byłam grzeczna na mszy (i nie powiedziałam mamie, że w drodze powrotnej z kościoła zatrzymaliśmy się na chwilę przy budce telefonicznej), tato dał mi dwa funty do wydania w sklepie pani Rileyna naklejki i słodycze.

To był także dzień, w którym Geri odeszła ze Spice Girls.

Wtedy wszystkie najbliższe mi osoby i domowe zwierzęta jeszcze żyły i miały się dobrze, więc odejście Geri z zespołu było pierwszą stratą, jakiej doświadczyłam w swoim krótkim ośmioletnim życiu. Pierwszy nóż w plecy. To Jacqui pierwsza się o tym dowiedziała –bardzo szybko, jak na dziewczynę z Anglii przebywającą za granicą – nadal mam przed oczami, jak biegnie w moim kierunku przez pole Duffy’ego, oniemiała z powodu sensacji, porzuciwszy na dobre wizerunek zimnej suki, który przybrała kilka dni wcześniej wraz z poznaniem Maryanne Doyle.

– Dasz wiarę? Co za pizda! Tłusty rudy Judasz. A śpiewała, że przyjaźń nigdy się nie kończy! Dobrze się czujesz, młoda?

Płakałam jej w rękaw z mocą i uporem niemowlęcia cierpiącego na kolkę.

– Jest specjalna infolinia, na którą możesz zadzwonić – powiedziała Jacqui, tuląc mnie tak, jak tylko starsza siostra potrafi, i otaczając przy okazji wonią papierosów miętowych i perfum CK One. – Jak chcesz, mogę cię potem zaprowadzić do budki telefonicznej. Albo czekaj. Ta dziewczyna, Maryanne, chyba miała komórkę. Może nam pożyczy, jeśli damy jej coś w zamian. Masz jeszcze te dwa funty?

Nie miałam. Nie miałam też żadnych naklejek ani słodyczy, które można by było za nie kupić. Gdy tylko owe wspomniane dwa funty znalazły się w mojej ręce, mój starszy brat, gnojek do potęgi, wydarł mi je, strasząc, że nie dożyję dziewiątych urodzin, jeśli odważę się na niego naskarżyć. I choć dobrze wiedziałam, że mnie nie skrzywdzi – przede wszystkim dlatego, że bał się taty – sama myśl o tym, że miałabym się znaleźć w pobliżu jego wielkiego, czerwonego nosa i brudnych obgryzionych paznokci, wystarczyły, żebym milczała. Mówiąc szczerze, przez większość czasu życzyłam mu śmierci.

Tak więc dzień 31 maja 1998 roku, w którym mama dała tacie w twarz, Geri okazała się zdrajczynią, a Noel ukradł mi zapłatę za milczenie, nie był dla mnie najszczęśliwszym dniem życia. W swoim pamiętniku napisałam wręcz, że był to „Najgorszy dzień w dotychczasowej historii całego świata”. Gorszy nawet od tego, gdy porzygałam się na ruchomych schodach w Brent Cross, a Noel powiedział wszystkim, że mam AIDS.

To był tak potworny dzień, że nawet nie zauważyłam, iż Maryanne zaginęła.

Maryanne była przyjaciółką Jacqui, a przynajmniej tak twierdziła moja siostra. Nie widziałam, żeby kiedykolwiek wymieniły się czymś innym niż skrętem lub dwuznacznym komplementem. Gdybym miała podsumować ich relację, powiedziałabym, że Maryanne była obojętna w stosunku do Jacqui, która miała czternaście lat, była trzy lata od niej młodsza i wciąż nosiła sportowy stanik.

Sprawdziłam, co znaczy „obojętna”, po tym gdy pewnego wieczoru Jacqui wróciła do domu babci, wściekła, że Maryanne i jej znajomi pojechali gdzieś z jakimiś „starszymi chłopakami”, a ona musiała zostać i sama po ciemku wracać do domu.

– Mówiłam ci, że ta cała Doyle jest obojętna wobec uczuć innych – powiedziała mama, dolewając mleko do czekolady z brandy dla babci. – Wiem, że nie powinno się mówić źle o zmarłych, ale jej matka była dokładnie taka sama.

Ja zdecydowanie nie pozostawałam obojętna w stosunku do Maryanne. Od chwili gdy ją zobaczyłam, uparcie podążałam za tą pełną splendoru istotą w przykrótkich sukienkach i obręczach wielkości koła młyńskiego w uszach – włóczyłam się za nią i za jej ekipą, z milczącym szacunkiem i bolesną nieśmiałością, gotowa wziąć udział we wszystkim, na co mi pozwolą. Nigdy jednak na nic mi nie pozwolili. Prawda jest taka, że ona dostrzegła fakt mojego istnienia tylko raz, na targu, który odbywał się w każdy piątek na rynku.

To było na dwa dni przed jej zniknięciem.

– Hej, podoba mi się twój Dzwoneczek – powiedziała, dotykając różowego wisiorka na mojej szyi – prezentu komunijnego od ciotki, która nie była zbyt religijna. – Gdzie go kupiłaś? Cudny jest! Zobacz, idealnie pasuje do mojego kolczyka w pępku!

Podciągnęła koszulkę, a grupa pijanych gości, pałaszujących frytki, zaczęła się głośno domagać, by odsłoniła coś więcej niż tylko pępek. Maryanne jednak ani trochę nie zbiło to z tropu. Pokazała im tylko środkowy palec i odwróciła się z powrotem do mnie.

 

Maryanne nie brakowało adoratorów. Jej loki, czarne jak cukierki z lukrecją, i pełne usta w kolorze różu sprawiały, że większość chłopaków w jej obecności zamieniała się w postaci z kreskówek – oczy wychodziły im z orbit, z ich uszu buchała para, a krwistoczerwone serca w ich wątłych młodocianych klatkach piersiowych biły jak szalone.

Zresztą podobała się nie tylko chłopcom.

Mężczyznom też.

Mężom.

Ojcom.


Tata skłamał w tamte wakacje. To, co powiedział, było wierutnym i obrzydliwym kłamstwem. Takim, przed którym rodzice nas przestrzegają.

Takim, które nie popłaca i ma krótkie nogi.

Była tylko jedna osoba, która wiedziała, że tata kłamie, ale ośmioletniego dziecka nie bierze się pod uwagę, prawda? Ośmioletnie dziewczynki są zbyt zajęte naklejkami, cukierkami, Pokemonami i zespołem Spice Girls, żeby wiedzieć, o co chodzi.

W tamte wakacje tata popełnił wiele błędów, ale największym błędem było założenie, że ośmiolatki są głupie.

Bo ja wiem, że kłamał co do Maryanne Doyle.

Jestem tego tak pewna, jak tego, że dwa dodać dwa równa się cztery.

1

Czwarta po południu. Co poniedziałek. Przez jedną godzinę. Przez kolejnych osiem tygodni.

W tym samym czasie mogłabym zrobić coś konkretnego, gdyby to zależało ode mnie.

Mogłabym nauczyć się programować, jak każdy młody przedstawiciel pokolenia cyfrowego, albo opanować sztukę pieczenia doskonałego sufletu.

To, czego nie mogę zrobić, to cofnąć przeszłości. Nie mogę zmienić okropnego zakończenia ani wybielić tego, co brudne. Te przyjemne, cotygodniowe pogawędki wieczorową porą, choć zorganizowane oczywiście w dobrej wierze, nigdy nie będą w stanie zatrzeć wspomnienia czerwonych śladów małych stóp na kremowych kuchennych kafelkach ani zmyć zaschniętej krwi z cieniutkich dziecięcych włosów. Nic, o czym byśmy dyskutowały w tym pokoju, nie zmieni tego, co się stało, więc w moim odczuciu te spotkania są bezcelowe. Takie cotygodniowe użalanie się nad moją osobą.

– Dlaczego tu jesteś, Catrino?

Doktor Dolores Allen, jak na panią psycholog przystało, spogląda ukradkiem na zegar – popisowy numer w jej zawodzie. Podążam za jej wzrokiem i widzę, że zostało mi osiem minut. Odpowiadam więc krótko.

– Ponieważ nadkomisarz Steele musi odfajkować ten problem i zrzuciła go na panią. – Okno jest uchylone i w dali słyszę, jak gromadka maluchów śpiewa pastorałkę o osiołku, fałszując przy tym i gubiąc rytm. Ten dźwięk najpierw mnie uspokaja, a potem razi każdą drażniącą nutą. – Głównie chodzi o to, że ona uważa, że trzeba mi poukładać w głowie, i jej zdaniem, niestety, to pani powinna się tym zająć.

– A ty jak uważasz?

Osiołku mały, zawieź Maryję bezpiecznie aż do Betlejem…

– Myślę, że może mieć rację. – Ruchem głowy wskazuję na ścianę wytapetowaną dyplomami. – Magisterka na Queens, członkini Brytyjskiego Stowarzyszenia Psychologów, Brytyjskiego Stowarzyszenia Terapii i Psychoterapii. To robi wrażenie. A ja mam licencjat z wzornictwa. A raczej z kolorowania, jak mówi Steele.

Uśmiecha się. A przynajmniej tak mi się wydaje. Doktor Dolores Allen ma usta jak Mona Lisa. Ten rodzaj uśmiechu, który każe ci myśleć, że chyba nie do końca załapałeś żart. W sumie to niefortunny typ ust dla psychologa. Z drwiącym uśmiechem rzadko zdobywa się głębokie zaufanie.

– Catrino, moją uwagę zwróciło to, że właśnie określiłaś siebie jako „problem”. Czy tak właśnie siebie postrzegasz?

Poruszam się niezdarnie w fotelu, a skrzypienie jego skórzanego obicia wypełnia ciszę, podczas gdy ja zastanawiam się, co odpowiedzieć, by bardziej się nie pogrążyć. – Każdy definiuje siebie poprzez swoje problemy, czyż nie?

– Tak sądzisz?

– Oczywiście. Każdy jakoś się biczuje: „Jestem gruba”, „Jestem singlem”, „Nie mam kasy”. Weźmy na przykład moją siostrę Jacqui…

– Twoja siostra nie weszła do mieszkania prostytutki i nie zastała w nim umazanego krwią dzieciaka czeszącego włosy swojej brutalnie okaleczonej matki.

Granie na uczuciach.

Twarz doktor Allen nie wyraża żadnych emocji, ton jej głosu jest całkowicie neutralny, ale jej słowa są jak włócznie, które godząc we mnie, przenoszą mnie z powrotem do tamtego pokoju pełnego krwi, sików i tanich pokiereszowanych mebli. Wygrywam pojedynek na spojrzenia, desperacko szukając w mózgu czegoś bezsensownego i obojętnego, na czym mogłabym się skupić. Czegokolwiek, co mogłoby zablokować to wspomnienie. Skupiam się na infantylnym dowcipie, który posterunkowy z wydziału śledczego, Craig Cooke, wysłał mi dziś rano. Coś o penisie i kostce Rubika, ale nie mogę przypomnieć sobie puenty.

Nachyla się w moją stronę, a ja instynktownie cofam się jak zbesztany psiak.

– Przepraszam, że cię prowokuję, ale musisz myśleć o tym, co się stało. Musisz temu stawić czoło.

Nie poddawaj się, osiołku. Betlejem już blisko…

Owijam się szczelnie płaszczem, podręcznikowa pozycja obronna.

– Jedyną rzeczą, z jaką muszę się zmierzyć, to jak powstrzymać Steele przed oddelegowaniem mnie na inne stanowisko. Słyszała pani nowinę? Jednostka Analityki Finansowej! Mogę analizować różne informacje, doktor Allen, ale na pewno nie „finansowe”.

– Powinnaś zachować otwarty umysł. Może wydział zabójstw nie jest miejscem dla ciebie?

To czyste stwierdzenie podane w formie pytania.

– Brawa dla pani doktor.

– Dlaczego odbierasz przeniesienie jako coś negatywnego? Z tego, co zrozumiałam w rozmowie z nadkomisarz Steele, jest wręcz przeciwnie. Tymczasowe przeniesienie może być…

– Korzystne? Dobre dla mojego rozwoju? Widzę, że dostałyśmy tę samą notatkę służbową.

– Cynizm to powszechna postawa u ludzi, którzy doświadczyli traumatycznych przeżyć.

Śmieję się cicho w kołnierz mojego płaszcza.

– Cynizm to powszechny stan umysłu u policjantów, doktor Allen. Jestem niemal pewna, że jest jednym z podstawowych kryteriów rekrutacji. Cynizm i zdolność udźwignięcia trzydziestu pięciu kilo.

Sięga po swoją kawę, nie przestając patrzeć mi w oczy.

– Wierzysz w to, że mogę ci pomóc?

Wpatruję się w wewnętrzną część moich dłoni, udając, że zastanawiam się nad odpowiedzią. Od jakiegoś jasnowidza usłyszałam kiedyś, że zakrzywiona linia serca oznacza, iż otwieram się tylko w kontaktach w cztery oczy. Nie sądzę, by doktor Allen się z tym zgodziła.

W końcu podnoszę wzrok.

– Szczerze? Nie. Ale tu nie chodzi o panią. Już kiedyś korzystałam z pomocy psychologa, tyle że w innej kwestii. Wtedy też nie pomogło.

– Czy to coś, o czym powinnyśmy pomówić? – pyta jak gdyby nigdy nic.

– Nie bardzo. To była terapia poznawczo-behawioralna w związku z niewielkim zaburzeniem odżywiania. Mediacja rodzinna, po tym jak porysowałam tacie jego sportowe Audi TT, a on zagroził, że złamie mi rękę.

Zero reakcji z jej strony.

– Czy uważasz, że nie da się ci pomóc, Catrino?

– Tak mówią.

– Czyżby? A któż taki?

Powstrzymuję się przed wyliczaniem na palcach wszystkich tych osób, świadoma, że to może wskazywać na zaburzenia nerwicowe. Nie chcę, żeby dopisali „osobowość paranoiczna” do moich akt. Chociaż z drugiej strony warto byłoby to zrobić, żeby ujrzeć minę nadkomisarz Steele.

To za to płacę dziewięćdziesiąt funtów za godzinę? Żeby dowiedzieć się tego, co już, kurwa, wiem. Cat Kinsella wyszła z łona matki z przekonaniem, że położna jakoś dziwnie na nią patrzy – każdy ci powie, że…

– Mój tata – mówię. – Wielokrotnie. No i oczywiście nadkomisarz Steele.

Znowu unika tematu ojca – inna terapia, inna stawka godzinowa.

– Fakt, że tutaj jesteś, z pewnością świadczy o tym, że nadkomisarz Steele uważa, iż warto ci pomóc?

– Och, niech pani da spokój. Chyba nie uzyskała pani tych wszystkich tytułów przy nazwisku za bycie naiwną. Steele po prostu chroni swój tyłek. Boi się, że na widok krwi z nosa zacznę się tłumaczyć stresem pourazowym, więc zrzuciła ten problem na panią. – Wiem, że właśnie wykazałam się złośliwością, brakiem szacunku i tym wszystkim, czego bardzo staram się nie okazywać, ale cóż… w końcu jestem tylko produktem nieskończonym. – Przepraszam, bez urazy…

– Nie obrażam się, Catrino. – Odpędza moje przeprosiny kościstą, mocno ozdobioną biżuterią dłonią, a ja zauważam mały błyszczący perydot, podobny do tego, który wykradałam ze szkatułki mamy, by udawać, że jestem żoną Garetha Gatesa.

– A tak przy okazji, nikt nie mówi do mnie Catrina. Wolę Cat, jeśli to pani nie przeszkadza.

– Oczywiście, że nie. Nie musiałaś jednak czekać trzy sesje, żeby mi o tym powiedzieć. – Opiera swoje dłonie na kolanach i czuję, że zaraz zacznie mi doradzać. – Często masz trudności z mówieniem tego, czego chcesz?

A nie mówiłam.

– Nie – odpowiadam, dopijając resztki kawy. – Chociaż, skoro już przy tym jesteśmy, zdecydowanie bardziej wolę herbatę.

Uśmiecha się i coś tam odnotowuje. Podejrzewam, że to raczej coś w stylu „żartem odpiera niewygodne pytania” niż „następnym razem zaparzyć herbatę”.

Na zewnątrz dzieciaki przestały śpiewać.

– Niech pani posłucha, nic mi nie będzie. Naprawdę – mówię, nazbyt energicznie, by zabrzmiało to przekonująco. – Szkoda mi tylko tej małej dziewczynki. – Spowalniam oddech i uspokajam głos. – Proszę mi powiedzieć, czy ona zapamięta wszystko, co się stało, czy jest szansa, że z biegiem czasu zapomni?

Mówię o niej „mała dziewczynka”, żeby doktor Allen nie zaczęła marudzić o „nadmiernej empatii”, ale tak naprawdę ma ona na imię Alana-Jane, a jej ulubioną piosenką jest Five Little Ducks. Wiem, bo mówiła mi, że śpiewała ją swojej mamusi, żeby ją obudzić. Wiem też, że przez dwa dni jadła sucharki dla psów, bo tylko po to dała radę sięgnąć, i to stojąc na różowym wiadrze. Wiem również, że pod poplamioną krwią bluzą miała podkoszulek z napisem „Córeczka tatusia” i jestem a b s o l u t n i e   p e w n a, że to tatuś zabił jej mamusię, nawet jeśli prokuratura uznała, że udowodnienie tego graniczy z niemożliwością.

– Mnie interesuje jedynie to, co t y pamiętasz, Cat. Co tobie uda się z czasem zapomnieć. – Zamyka swój notatnik, czym sygnalizuje koniec naszego tête à tête. – Podczas naszego pierwszego spotkania wspomniałaś, że nie sypiasz za dobrze? Jest lepiej?

– Nie. Ale prawdą jest, że zawsze miałam problemy ze snem. – Zmienia pozycję, na chwilę ożywiona moim wyznaniem.

– Zastanawiałaś się, dlaczego tak jest?

Wzruszam ramionami.

– Do ósmego roku życia mieszkałam nad pubem – nie wpływa to korzystnie na uregulowanie rytmu snu. A może dlatego, że zbyt późno jadam kolację? Przyczyna może tkwić również w tych tanich, gównianych poduszkach…

Doktor Allen wstaje i wolnym krokiem podchodzi do drzwi. Nie wygląda na to, by moja lekceważąca odpowiedź ją zirytowała. Nie jestem pewna czy słowo „zirytowana” znajduje się na „Liście właściwych min do dyspozycji psychologa”, ale na jej twarzy zdecydowanie pojawia się przebłysk czegoś ludzkiego. Cichy krzyk w stylu „co ja tu, kurwa, robię?”, do którego każdy z nas ma prawo po dwunastu miesiącach ciężkiego roku.

– Więc co z tą małą dziewczynką? – Nieustępliwie domagając się odpowiedzi, gram na zwłokę, z zapinania płaszcza robiąc scenę rodem z komedii slapstikowej. – Myśli pani, że może to na niej wycisnąć piętno?

– W przypadku trzyletniego dziecka trudno jest przewidzieć, jaki to będzie miało wpływ – mówi wreszcie. – Szczegółów raczej nie zapamięta. Może je nawet zapomnieć. Albo wypierać to całe „zdarzenie”. Prawdopodobnie jednak zapamięta uczucia z nim związane. Będą jej towarzyszyły przez całe życie, przeniesie je na swoje związki, relacje w pracy i tak dalej. Silne, bezwarunkowe uczucie strachu, lęku i niepewności, którego do końca nie będzie rozumiała.

Uczucie głębokiego dyskomfortu w najmniej spodziewanych momentach. To ciągłe dziwne złe przeczucie, które zatruwa wszystko, co robisz.

– No i oczywiście, mając zaledwie trzy lata, nie jest w stanie zrozumieć ostateczności śmierci swojej matki. Jej nieodwracalnej natury. Za kilka lat ta świadomość dodatkowo wszystko skomplikuje.

Wyobrażam sobie mojego siostrzeńca, Finna – sześciolatka, który nie radzi sobie z takimi wyzwaniami jak brokuły, pływanie na plecach i dodawanie liczb trzycyfrowych.

– Kupiłam jej gwiazdkowy prezent – mówię szybko, żeby powstrzymać przypływ mrocznych przepowiedni. – Lalkę z Krainy lodu. To chyba Anna. Elzy się skończyły.

 

Doktor Allen milczy. Po raczej krótkim czasie spędzonym razem domyślam się, że milczenie generalnie oznacza, że jest „źle” i w późniejszym terminie odpowiem za ten „nazbyt empatyczny” prezent gwiazdkowy. Prawdopodobnie w najmniej spodziewanym momencie. A może jednak źle ją oceniam? Może ona po prostu musi już iść. Może ma do ocalenia jakąś inną duszę albo powinna zrobić zakupy świąteczne. A może przestaję ją obchodzić w momencie, kiedy mija nasze sześćdziesiąt minut. Nie mam pojęcia, co pociąga ją w tym zawodzie.

Ona pewnie tak samo myśli na mój temat.

– Wesołych świąt, Cat. – Odblokowuje drzwi, a mnie ogarnia uczucie ulgi. – Dbaj o siebie. Spędzasz święta z rodziną, prawda?

– Tak, oczywiście – kłamię. – Dwanaście godzin nudnych rozmów i obżarstwa, jak u każdego. Pani również życzę wesołych świąt, doktor Allen.

Założenie, że „rodzina” równa się „troska i opieka”, wydaje się lekko utopijne, szczególnie w ustach kogoś, kto dysfunkcjami zajmuje się na co dzień, a w szczególności po mojej uwadze o „rodzinnej mediacji”. Z drugiej strony mroźny przedświąteczny tydzień w rozświetlonym, tętniącym życiem Londynie może mieć taki wpływ na człowieka, a ja wyszłabym na małoduszną, nie udając, że się zgadzam, chociaż nie wiem, czy jestem w stanie znieść święta z rodziną.

Zresztą, jeśli się zastanowić, to chyba nawet nie jestem zaproszona.