WróżbaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wi­dzę, że żyje pani w po­świę­ce­niu. Opie­ku­je się pani star­szą oso­bą, być może swo­ją cho­rą mat­ką. Jest w pani coś, cze­go nie po­tra­fię roz­po­znać. Może w pani gło­wie, a może to coś poza pa­nią. Resz­tę wi­dzę wy­raź­nie. Uda się pani sama w da­le­ką po­dróż. Spo­tka ciem­ne­go męż­czy­znę. Jest zwią­za­ny, a pani musi znieść wiel­ki smu­tek. Je­śli się to pani uda, męż­czy­zna bę­dzie pani szu­kał. Bę­dzie­cie szczę­śli­wi, uro­dzi wam się dwóch sy­nów. Umrze pani w bia­łym zam­ku nad pły­ną­cą wodą.

Nie­zna­na wróż­ka pod ko­niec lat czter­dzie­stych

1.

Wy­lą­do­wać i odejść

Ob­co­wać sa­mot­nie z książ­ką, któ­ra jesz­cze nie zo­sta­ła na­pi­sa­na, to wciąż być po­grą­żo­nym w pier­wot­nym śnie ludz­ko­ści.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Li­sty krew­nych i li­sty od przy­ja­ciół ro­dzi­ny. Czy­ta­łam je w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych po śmier­ci ojca, jako tako je sor­tu­jąc. Ży­wo­ty, do któ­rych klu­czem jest śmierć, o nic nie pro­si­ły. A jed­nak po­ję­ki­wa­ły. Skar­ży­ły się. Wszy­scy nie­ży­wi.

Nie dla­te­go, że żalą się w li­stach, ale po­nie­waż ich ży­cie prze­mi­nę­ło, a jed­nak – ta­kie nie­do­koń­czo­ne. Kie­dyś zo­sta­li ści­śnię­ci, ni­czym ga­łę­zie wy­so­kich drzew nie­do­strze­gal­nie po­cie­ra­ją­ce o swo­je ko­ro­ny, jak te tu, przed sta­rym do­mem w ar­chi­pe­la­gu.

Na­słu­chu­ję, gdy nad ra­nem ścią­gam ze sznur­ka ręcz­nik. Brzmi me­lan­cho­lij­nie. Nie­co bez­rad­nie. Jest dzie­sią­ty sierp­nia, mój oj­ciec skoń­czył­by dziś sto lat, gdy­by żył. Sie­dzę w daw­nym po­ko­ju dzie­cię­cym ciot­ki Ric­ki, jest ma­leń­ki, z wi­do­kiem na zbo­cze ku cie­śni­nie. Od kie­dy by­łam dziec­kiem, drze­wa bar­dzo uro­sły. Na dole, przy po­mo­ście stoi wy­krę­co­na so­sna.

Jest sta­rusz­ką, któ­ra nie­ba­wem umrze, ale na­dal wy­cią­ga gru­be ra­mię w stro­nę wod­ne­go lu­stra. Ja­kieś dziec­ko mo­gło­by się tam po­ło­żyć i czy­tać, jak w an­giel­skiej książ­ce peł­nej ta­jem­nic.

Spo­koj­nie. W cie­śni­nie ani jed­nej ża­glów­ki.

Chcia­ła­bym zro­zu­mieć, co się wy­da­rzy­ło. I w ja­kiej ko­lej­no­ści. Wy­do­być z pa­mię­ci. Wszyst­kie py­ta­nia bez od­po­wie­dzi. Kim by­li­śmy? Czym jest mi­łość? Chy­ba tro­chę mi­ło­ści musi zo­stać, sko­ro kie­dyś ist­nia­ła?

W prze­ciw­nym ra­zie wszyst­ko jest śmier­cią i obo­jęt­no­ścią.

Pa­mięć to oczy­wi­ście oszust. Pły­wam w cie­płej sierp­nio­wej wo­dzie. Ona, któ­ra kie­dyś była mną, dziec­ko, dziew­czyn­ka, po­ja­wia się w od­da­li, jak w od­wró­co­nej lor­net­ce. Po­dob­nie cała resz­ta. W od­da­li. Jak za­sty­głe fo­to­gra­fie. Pa­mię­tam zdję­cie Ric­ki w wie­ku szes­na­stu lat. Szczu­płe, ży­la­ste cia­ło.

Sie­dzi na ogro­do­wym krze­śle na po­dwór­ku, ma na so­bie ko­stium ką­pie­lo­wy, na wło­sach ręcz­nik. Spo­glą­da na wodę i na so­snę, jesz­cze peł­ną wi­go­ru. Jak­by in­ten­syw­nie o czymś my­śla­ła. Spra­wia ta­kie wra­że­nie na wie­lu zdję­ciach.

Na więk­szo­ści z nich jesz­cze się nie uro­dzi­łam. Kie­dy mia­łam dwa­dzie­ścia lat, od­wie­dzi­łam Ric­ki w Szpi­ta­lu Po­łu­dnio­wym, z przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go wy­glą­dał jak za­mek. To ostat­ni raz, kie­dy ją wi­dzia­łam. Przed wi­zy­tą mia­łam no­co­wać w jej miesz­ka­niu przy Drot­t­nin­ghus­gränd.

Było tam dusz­no i mdło od let­nie­go upa­łu. Pa­mię­tam, że otwo­rzy­łam okna i od­su­nę­łam fi­ran­ki.

Że uklę­kłam przed re­ga­łem z książ­ka­mi.

Berg­son. Freud. Nie­tz­sche. Scho­pen­hau­er. Spi­no­za. Książ­ki Ric­ki. Nikt inny w ro­dzi­nie nie czy­tał ta­kiej li­te­ra­tu­ry. Po­ście­li­łam łóż­ko, w któ­rym mia­łam spać, wą­skie łóż­ko syn­ka Ric­ki. Obok le­ża­ły ko­mik­sy z Ka­czo­rem Do­nal­dem, w upo­rząd­ko­wa­nych sto­sach. Nie mo­głam za­snąć. Pa­mię­tam, że pró­bo­wa­łam się ona­ni­zo­wać.

Przed­się­bior­czo. Sys­te­ma­tycz­nie. Nie by­łam dzie­wi­cą, ale czy kie­dy­kol­wiek uda­ło mi się jak w Komu bije dzwon Er­ne­sta He­min­gwaya? Tam trzę­sie się cała zie­mia.

Ist­nia­ły dwa rów­nie sil­ne i prze­ciw­ne im­pul­sy. Ulec, po­wstrzy­mać się. Dać się po­nieść, opa­no­wać. Po­czu­łam, że to nie do znie­sie­nia, pod­da­łam się. Prze­ciw­ko ona­nii prze­ma­wia­ła głów­nie sa­mot­ność. Jak­by czło­wiek moc­no ją so­bie wte­dy uświa­da­miał. Ist­nie­nie skła­da­ło się z nie­zwią­za­nych czę­ści, któ­re trze­ba było do­pa­so­wać, uło­żyć w fazy, skon­so­li­do­wać.

W ła­zien­ce na­pi­łam się wody.

Nie wie­dzia­łam nic o czło­wie­ku, któ­re­go oczy na­po­tka­łam w lu­strze. Bar­dzo nie­pew­na, czy mi się po­do­bał. Nie­ko­niecz­nie. Nic nie ro­zu­mia­łam. Nie mia­łam bla­de­go po­ję­cia. Pra­gnę­łam tyl­ko trzech rze­czy. Być wol­na, pi­sać i do­stać or­ga­zmu. A po­tem, dużo póź­niej, być może mieć dziec­ko.

To ostat­nie le­ża­ło w tak od­le­głej przy­szło­ści, że zda­wa­ło się ilu­zo­rycz­ne. Nie­po­ko­iła mnie wi­zy­ta w szpi­ta­lu. Pró­bu­ję przy­po­mnieć so­bie Ric­ki, ale po­ja­wiam się tyl­ko ja. Czy ra­czej ona, dziew­czyn­ka.

Ciot­ka Ric­ki była ar­chi­tekt­ką. Przez dłu­gi czas pra­co­wa­ła w ko­ope­ra­ty­wie bu­dow­la­nej HSB. Moje pierw­sze wspo­mnie­nie zwią­za­ne z nią – kie­dy to było? W cza­sie woj­ny nie­zna­jo­ma mło­da ciot­ka przy­je­cha­ła w od­wie­dzi­ny do Lun­du. Pa­mię­tam, że mó­wi­ła po sztok­holm­sku.

Koń je zie­lo­ną trr­ra­wę.

Mu­sia­ła to po­wta­rzać; za każ­dym ra­zem rów­nie za­baw­ne. W jed­nym z li­stów – ale do tego doj­dzie­my póź­niej – jest na­pi­sa­ne, że oj­ciec zdjął ob­rącz­kę w 1948 roku, po­tem sta­rał się tyl­ko ja­koś wy­trzy­mać w mał­żeń­stwie. Czy to praw­da?

Praw­do­po­dob­nie. Ale było za póź­no. Mie­li tro­je dzie­ci. Od tego mo­je­go pierw­sze­go wspo­mnie­nia z Ric­ki do 1948 roku miną tyl­ko czte­ry lata.

Wró­ci­li­śmy z Ame­ry­ki póź­ną je­sie­nią. Świę­ta spę­dzi­li­śmy u dziad­ków. Apar­ta­ment, służ­bo­we miesz­ka­nie pro­fe­so­ra, pa­mię­tam nie­wy­raź­nie, jak­by w pół­mro­ku. Na sto­le znaj­do­wał się srebr­ny dzwo­ne­czek, za po­mo­cą któ­re­go wzy­wa­ło się słu­żą­cą (któ­rej już nie było, ale dzwo­ne­czek zo­stał).

Wy­mu­szo­na roz­mo­wa. Nikt nie przej­mu­je się dzieć­mi.

Gwiazd­ko­we pre­zen­ty roz­da­je się w po­miesz­cze­niu na­zy­wa­nym bi­blio­te­ką. Dym cy­ga­ra i kwa­sko­wa­ty za­pach my­dła idą­cy z dłu­gie­go ko­ry­ta­rza. Ścia­ny peł­ne ksią­żek, skó­rza­ne me­ble. Wszyst­ko jak na czar­no-bia­łej fo­to­gra­fii. Tyl­ko Ric­ki jawi się w ko­lo­rach: to z po­wo­du wspa­nia­łe­go po­da­run­ku od niej.

Błysz­czą­ca skrzy­necz­ka wy­nu­rza się z opa­ko­wa­nia. Na czer­wo­nym wiecz­ku wid­nie­je cza­ro­dziej w czar­nej pe­le­ry­nie, rę­ka­wicz­kach i w wy­so­kim ka­pe­lu­szu. W skrzy­necz­ce znaj­du­ją się ta­jem­ni­cze prze­gród­ki: pu­deł­ko z kul­ka­mi, różdż­ki i sze­ścia­ny, ta­lia kart, kost­ki i sznur­ki, je­dwab­na szar­fa, któ­ra zni­ka i wy­dłu­ża się. Jest to tak osza­ła­mia­ją­co ma­gicz­ne, że dziew­czyn­ka tra­ci od­dech.

Ćwi­czy ma­gicz­ne sztucz­ki w kuch­ni w År­scie. W no­wym miesz­ka­niu wszyst­ko jest obce. Sil­ne świa­tło z ze­wnątrz pada stro­mo. Z cza­sem za­czy­na za­mie­niać mały sznu­rek w na­szyj­nik ze zwi­sa­ją­cy­mi kul­ka­mi. Roz­ka­zy­wać kost­kom, by za­trzy­ma­ły się szóst­ką do góry. Wy­wo­ły­wać ukry­ty na­pis na bia­łym pa­pie­rze.

To pod­no­si na du­chu, ła­sko­cze w brzu­chu. Daje moc.

A Ric­ki, któ­ra wy­my­śli­ła ten po­da­ru­nek wła­śnie dla niej i wie coś na te­mat ta­jem­ni­cy prze­mia­ny, oto­czo­na jest po­tem szcze­gól­ną ma­gią.

Nowo wy­bu­do­wa­ny wie­żo­wiec. Dziad­kom uda­ło się za­ła­twić miesz­ka­nie, kie­dy oni byli w Ame­ry­ce, w prze­ciw­nym ra­zie nie mie­li­by gdzie miesz­kać po po­wro­cie. Z bal­ko­nu na siód­mym pię­trze wi­dać nagą ska­łę i zmar­z­nię­tą so­snę. Przed­mie­ście to wciąż plac bu­do­wy, pu­sto tu, spo­re od­le­gło­ści mię­dzy bu­dyn­ka­mi. Dziew­czyn­ka ma osiem lat.

Sku­lo­na na ka­na­pie w kuch­ni pil­nie ćwi­czy wy­wo­ły­wa­nie ukry­te­go na­pi­su za po­mo­cą ma­gicz­ne­go za­klę­cia. Mama chce po­mu­zy­ko­wać w spo­ko­ju. Ona ma za za­da­nie zwieźć młod­sze ro­dzeń­stwo win­dą. Ta za­trzy­mu­je się nie­zno­śnie wol­no.

Na dwo­rze ota­cza­ją je – ją, Nin­ne i Ię – nie­przy­ja­zne ba­cho­ry. Zim­ne, świ­dru­ją­ce oczy. Nikt nic nie mówi. Mały blon­dy­nek do­ska­ku­je do nich, prze­ry­wa­jąc ci­szę. Śmier­dzą si­ka­mi kota. Dzie­cia­ki śmie­ją się, po czym zni­ka­ją. W jed­nej chwi­li jak­by za­pa­dły się pod zie­mię. Plac za­baw jest pu­sty. Prze­sia­ne świa­tło i śle­pe kor­pu­sy bu­dyn­ków. Nie zo­sta­ją dłu­go na huś­taw­kach. To, co się wy­da­rzy­ło, znie­chę­ca je.

Co wię­cej: strach. Ona i Nin­ne, sze­ścio­lat­ka, za­czę­ły cho­dzić do szko­ły w År­scie. To spo­ry ka­wa­łek. Idą bli­sko sie­bie. Za nimi chi­cho­czą­ce wy­rost­ki rzu­ca­ją prze­zwi­ska­mi. Mają nie ta­kie ubra­nia jak trze­ba: ame­ry­kań­skie płasz­cze i apasz­ki.

Pada śnieg. Cały czas pada śnieg, z uko­sa, do tego wie­je.

Wy­as­fal­to­wa­ne po­dwór­ko szkol­ne ro­iło się od nie­zna­jo­mych dzie­ci. Dla­cze­go nie prze­mil­cza­ła Ame­ry­ki? Te­raz my­ślą, że się prze­chwa­la. Po­dob­nie jej czer­wo­ny tor­ni­ster, pach­nie wyż­szo­ścią. I ten ję­zyk, za­cią­ga po skań­sku i ame­ry­kań­sku. Bła­ga mamę o czap­kę z an­go­ry. Więk­szość dziew­czy­nek ta­kie ma. To weł­nia­ne czap­ki z osłon­ką na uszy przy­mo­co­wa­ną dru­ci­kiem. Nie­bie­skie albo ró­żo­we, po­żą­da­ne.

 

Mama nie oka­zu­je zro­zu­mie­nia.

Jest za­opa­trzo­na w be­ret, tak jak Nin­ne. Głu­pie na­kry­cie gło­wy, któ­re mama aku­rat lubi. Gu­staw Waza, wo­ła­ją dzie­ci na po­dwór­ku szkol­nym za kró­lem w be­re­cie z dnem jak okrą­gły su­cha­rek. Naj­chęt­niej w ogó­le nie cho­dzi­ła­by do szko­ły, ale musi. Wte­dy cza­ro­dziej jest jej sprzy­mie­rzeń­cem, po­da­ro­wu­je jej po­jazd, któ­ry za­bie­ra ją z okna w kuch­ni i sa­dza w szkol­nej ław­ce.

Po­dob­nie wy­glą­da po­wrót do domu. Dzię­ki temu nie musi z ni­kim roz­ma­wiać. Loty do szko­ły i z po­wro­tem od­by­wa­ją się z za­wrot­ną pręd­ko­ścią. Leci nad ska­ła­mi i nad wodą, ostro za­krę­ca nad la­sem i znów nad wodą. Czy się wy­wyż­sza? Nie. Jest zwią­za­na stra­chem.

Jest se­mestr let­ni w trze­ciej kla­sie szko­ły pod­sta­wo­wej, to jej czwar­te spo­tka­nie z nową gro­ma­dą uczniów. Od daw­na wie, ja­kie to uczu­cie, gdy stoi się sa­mot­nie przed ob­cy­mi, wro­gi­mi ocza­mi. Dzie­ci w År­scie są jak do­tąd naj­gor­sze.

Cho­dzi sama po szkol­nym po­dwór­ku. W kie­sze­niach moc­no za­ci­ska dło­nie. Bar­dzo się boi. Wspo­mnie­nie jest sil­ne.

Wio­sną koń­czy dzie­więć lat. Ric­ki, któ­ra po­da­ro­wa­ła jej tę wspa­nia­łą skrzy­necz­kę z cza­ra­mi, przy­jeż­dża pew­ne­go wie­czo­ru do År­sty, by za­jąć się dzieć­mi. Na noc wkła­da pi­ża­mę z bia­łe­go je­dwa­biu. Je­dwab! Wol­no im do­tknąć ma­te­ria­łu; mięk­kie­go jak czu­ły do­tyk. Przy­jem­nie pach­nie per­fu­ma­mi albo ja­kimś dro­gim my­dłem. Żad­nej szmin­ki czy czer­wo­nych pa­znok­ci.

Twarz ma nie­co su­ro­wą, pra­wie jak u męż­czy­zny. Mówi po­wo­li, jak­by się ocią­ga­ła, po sztok­holm­sku i przez ten swój duży nos. Ni­g­dy nic nie­prze­my­śla­ne­go, zło­śli­we­go, wy­nio­słe­go. Resz­ta do­ro­słych glę­dzi o nie­istot­nych rze­czach, ale nie ona.

Wo­kół Ric­ki pa­nu­je spo­kój, któ­ry za­ra­ża oto­cze­nie.

Wzię­ła z pra­cy ry­sun­ki ar­chi­tek­to­nicz­ne i gdy młod­sze ro­dzeń­stwo za­snę­ło w po­ko­iku dzie­cię­cym, roz­kła­da szki­ce na sto­le w kuch­ni. Miesz­kan­ka dla ma­lu­teń­kich lu­dzi. To ty na­ry­so­wa­łaś to wszyst­ko? Ric­ki ją po­pra­wia: na­ry­so­wa­łam tyl­ko to­a­le­ty. Lek­kie roz­cza­ro­wa­nie – to­a­le­ty – ale w wy­obraź­ni me­blu­je ry­sun­ki, wy­bie­ra so­bie po­kój.

Ric­ki uwa­ża, że moż­na nie za­sy­piać od razu. Czy­tać wol­no tak dłu­go, jak się chce. Sama ma taki za­miar, kła­dzie się na le­żan­ce mamy w du­żym po­ko­ju. Jest ci­cho. Z du­że­go po­ko­ju żad­ne­go dźwię­ku. Po chwi­li za­uwa­ża, że ciot­ka gasi świa­tło, wte­dy rów­nież ona gasi lamp­kę nad ka­na­pą ku­chen­ną, któ­ra jest jej łóż­kiem.

Nad ra­nem znaj­du­je Ric­ki przy sto­le ku­chen­nym w jej pięk­nej je­dwab­nej pi­ża­mie. Ry­so­wa­nie to­a­let tak wcze­śnie rano zda­je się mar­nym za­ję­ciem.

Ric­ki, masz na­rze­czo­ne­go?

Ciot­ka pije kawę i prze­wra­ca stro­nę „Da­gens Ny­he­ter”. Po­trzą­sa gło­wą, nie pod­no­sząc jej znad ga­ze­ty. Dziew­czyn­ka wsty­dzi się swo­je­go py­ta­nia. Jej py­ta­nia, skrę­po­wa­nej dzie­wię­cio­lat­ki! Któ­ra na­wet nie ma ko­le­gów. Któ­ra sa­mot­nie spa­ce­ru­je po szkol­nym po­dwór­ku. Cho­dzi do tej sa­mej kla­sy co Ker­stin z pierw­sze­go pię­tra.

Nie zna jej. Tan­ja z pią­te­go pię­tra jest ko­le­żan­ką z kla­sy Nin­ne, jej ro­dzi­ce są ob­co­kra­jow­ca­mi. Tata Tan­ji za­bra­nia im jeść szyn­kę, a ma­mie nie wol­no pa­lić. Przed jego po­wro­tem z pra­cy mama stoi w oknie w kuch­ni i ręcz­ni­kiem od­ga­nia dym. Gdy­by ją na­krył, zbił­by ją rze­mie­niem słu­żą­cym do ostrze­nia brzy­twy.

Cza­sa­mi bije też Tan­ję. Mama Tan­ji po­wie­dzia­ła to ma­mie w pral­ni. Ni­ko­go nie zna. Dziew­czyn­ka na­dal wy­py­tu­je Ric­ki o spra­wy, któ­re jej nie do­ty­czą.

Ale chy­ba masz ja­kie­goś ka­wa­le­ra?

Ric­ki od­mie­rza pół ły­żecz­ki cu­kru i wsy­pu­je do fi­li­żan­ki. Nie wię­cej niż pół. Jest bar­dzo do­kład­na, je­śli cho­dzi o to, co je i pije. Nie za dużo cu­kru i bar­dzo oszczęd­nie z solą (któ­ra po­noć za­trzy­mu­je wodę i roz­sze­rza ko­mór­ki, przez co się tyje, tak po­wie­dzia­ła po­przed­nie­go wie­czo­ru).

Nie, od­po­wia­da Ric­ki i sze­le­ści ga­ze­tą.

Moż­na by ją uci­szyć za po­mo­cą jed­ne­go fuk­nię­cia, ale Ric­ki tego nie robi. Trak­tu­je ją jak rów­ną so­bie, co spra­wia, że dziew­czyn­ka jest za­sko­czo­na i wdzięcz­na, to uczu­cie, na któ­re brak jej słów. Za­miast trzy­mać ję­zyk za zę­ba­mi, robi się co­raz bar­dziej zu­chwa­ła. Wy­rzu­ca z sie­bie, że spo­dzie­wa się, iż Ric­ki nie­ba­wem spra­wi so­bie na­rze­czo­ne­go. Nie może tak dłu­go cze­kać. Ma trzy­dzie­ści lat, jest za­tem sta­ra; nie chce mieć dzie­ci?

Ric­ki rzu­ca jej ci­che spoj­rze­nie po­nad sto­łem. Ona sama koń­czy swą ty­ra­dę peł­nym wy­rzu­tów i wy­nio­słym wy­krzyk­ni­kiem.

Ric­ki, nie­ba­wem stra­cę co do cie­bie wszel­ką na­dzie­ję!

Ciot­ka na­chy­la się nad sto­łem i kroi kil­ka kro­mek chle­ba. Od­krę­ca wiecz­ko sło­ika z mar­mo­la­dą, któ­re tak przy­war­ło, że ni­ko­mu do­tąd nie uda­ło się go otwo­rzyć. Ze sznu­recz­kiem przy se­rze ob­cho­dzi się tak zwin­nie, że bia­łe pla­stry są rów­ne i cie­niut­kie. Bie­rze prysz­nic, wy­cho­dzi z ła­zien­ki ubra­na, je­dwab­ną pi­ża­mę zło­ży­ła i prze­wie­si­ła przez ra­mię.

Po­tem się wsty­dzi. My­śli, że zra­ni­ła Ric­ki. Że była nie­grzecz­na, nie­de­li­kat­na, tyl­ko po to, żeby się po­pi­sać i po­czuć się wy­jąt­ko­wą.

Wsty­dzi się. Przez dłu­gi czas. Dzie­wię­cio­lat­ka. Nie­pew­na, ale py­ska­ta. Do­my­ślam się, dla­cze­go tak jej do­ku­cza­no w szko­le w År­scie. Nie ze wzglę­du na jej wy­nio­słość. Ale po­nie­waż wciąż sta­ra­ła się za­cho­wy­wać w ten nie­zno­śnie do­ro­sły spo­sób.

O tym, że Ric­ki była u wróż­ki ze swo­ją przy­ja­ciół­ką Lisą – mia­ły na­dzie­ję od­mie­nić swój los – nie wie­dzia­łam. By­łam in­tu­icyj­na jak wie­le dzie­ci. Wstyd wbi­ja się kli­nem tam, gdzie znaj­dzie punkt za­cze­pie­nia.

Ric­ki i jej przy­ja­ciół­ka Lisa są za­pro­szo­ne na ko­la­cję w År­scie. Mąż Lisy, któ­ry mówi o so­bie wy­na­laz­ca, też jest za­pro­szo­ny. Po po­sił­ku dzie­ci i do­ro­śli gra­ją w du­żym po­ko­ju w „co okręt wie­zie”.

Okręt wie­zie ana­na­sy z Afry­ki.

Buł­ki z Bo­rås. I cy­try­ny z Cy­pru. Wy­na­laz­ca, czer­wo­ny na twa­rzy, ko­ły­sze się na krze­śle, jest tak pi­ja­ny, że nie po­tra­fi zła­pać ser­wet­ki zgnie­cio­nej w pił­kę.

Dłu­go po tym, jak resz­ta zo­sta­wi­ła już li­te­rę i prze­szła do na­stęp­nych, wy­na­laz­ca upar­cie po­zo­sta­je przy B.

Ba­becz­ki, da­wać mi tu ba­becz­ki. Da­wać mi tu b-b-ba­becz­ki.

Nie uwol­ni się od ba­be­czek, do­pó­ki Ric­ki i Lisa nie wy­pchną go z miesz­ka­nia i nie wsa­dzą do win­dy. Ona chce wie­dzieć, co mu się sta­ło. Nie wy­ja­śnia­ją, a wte­dy ro­zu­mie, że to coś że­nu­ją­ce­go.

Po­tem tata tłu­ma­czy, że chy­ba wlał w sie­bie za dużo al­ko­ho­lu.

Mama jest bar­dziej bez­po­śred­nia, mówi, że ten tak zwa­ny wy­na­laz­ca jest pi­ja­czy­ną. Sama musi się do­my­śleć, o co mu cho­dzi­ło. Kie­dy wresz­cie to do niej do­cie­ra, jest jej żal Lisy, któ­rej mąż ry­czy za ko­bie­ta­mi tak, że wszy­scy sły­szą.

Lisa jest den­tyst­ką, ma ga­bi­net na Korn­hamn­storg. Krót­ko po tym zda­rze­niu dziew­czyn­ka do­sta­je okrop­ne­go bólu zęba. Tata dzwo­ni do Lisy, któ­ra miło ich przyj­mu­je, mimo że jest nie­dzie­la. Pod­czas gdy Lisa bo­ru­je ząb, w ga­bi­ne­cie po­ja­wia się wy­na­laz­ca. Dziew­czyn­ka do­strze­ga go do­pie­ro, gdy Lisa wyj­mu­je wier­teł­ko z jej buzi. Żąda pie­nię­dzy, nie ma za­mia­ru wyjść, do­pó­ki ich nie do­sta­nie.

Robi się z tego sce­na. Ką­tem oka wi­dzi, jak Lisa przy­no­si to­reb­kę i ją otwie­ra. I masz się tu wię­cej nie po­ka­zy­wać.

Po wyj­ściu wy­na­laz­cy Lisa upar­cie mil­czy.

Spra­wia to, że tak­że ona musi uda­wać, że go tam nie było. Nie po raz pierw­szy ro­zu­mie, że do­ro­śli prze­mil­cza­ją nie­przy­jem­ne spra­wy. W ten spo­sób zmu­sza­ją rów­nież dzie­ci do kłamstw i uda­wa­nia. Naj­bar­dziej mil­czy się o spra­wach płci. Usta i or­gan płcio­wy są z sobą po­wią­za­ne. Są nie­chro­nio­ny­mi otwo­ra­mi wprost do wnę­trza cia­ła.

Kie­dy jest sama w domu, przy­glą­da się or­ga­no­wi w Po­rad­ni­ku le­kar­skim pani domu, któ­ry skła­da się z pię­ciu to­mów i stoi na naj­niż­szej pół­ce w sy­pial­ni ojca.

Ko­bie­ta po­sia­da dziur­kę. Ona tak­że. Ze wzmia­nek w po­rad­ni­ku wy­ni­ka, że or­gan płcio­wy męż­czy­zny wpro­wa­dza się do dziur­ki. Czy­li tata miał­by wło­żyć swo­je­go siu­sia­ka w mamę? Ni­g­dy w ży­ciu. Sza­re pole nie­pew­no­ści ro­śnie.

Kie­dy sły­szy, że ktoś otwie­ra drzwi wej­ścio­we, szyb­ko od­sta­wia po­rad­nik le­kar­ski na miej­sce. Skąd wie, że czy­ta­nie go jest wsty­dli­we? A wie o tym bar­dzo do­brze. To część roz­le­głej kra­iny prze­mil­czeń.

Ten Vil­helm Mo­berg jest nie­zły, mówi mama do taty o książ­ce, któ­rą obo­je prze­czy­ta­li. Pi­sa­no o niej w ga­ze­cie. Jest uwa­ża­na za nie­przy­zwo­itą. O tej po­wie­ści dys­ku­to­wa­no w par­la­men­cie, mówi tata. Kie­dy obo­je ją skoń­czy­li, tak­że ona ją czy­ta, z la­tar­ką pod koł­drą. Emi­gran­ci Vil­hel­ma Mo­ber­ga to naj­lep­sza książ­ka, jaką czy­ta­ła. Są tak świet­nie opi­sa­ni, że nie da się ich za­po­mnieć: Kris­tina, Karl Oskar, Ulri­ka i Väster­göhl, na­zy­wa­na dziw­ką, i jesz­cze ten nie­przy­zwo­ity fa­cet, któ­re­go wa­cek stał na bacz­ność, gdy ten już nie żył. To nie­zwy­kłe.

Mó­wi­li o na­sie­niu i ja­jecz­kach. O resz­cie ani sło­wa. Nic o wkła­da­niu siu­sia­ka do dziur­ki.

Tata od­kry­wa, że prze­czy­ta­ła książ­kę. Sie­dzi na ka­na­pie w kuch­ni i ry­su­je. Tata opie­ra się o lo­dów­kę. Prze­cze­su­je dło­nią czu­pry­nę, jak za­wsze, kie­dy nie wie, co po­wie­dzieć.

Aha, prze­czy­ta­łaś ją. I co o niej są­dzisz?

Do­bra (ton gło­su jest obo­jęt­ny).

Nie było tam nic nie­przy­jem­ne­go, albo cze­goś, cze­go nie zro­zu­mia­łaś?

Nie (wzru­sze­nie ra­mio­na­mi), co mia­ło­by to być?

Chy­tra od­po­wiedź. Tata zo­sta­wia te­mat. Z jego miny wnio­sku­je jed­nak, że nie­do­brze by­ło­by choć­by dać do zro­zu­mie­nia, że on mógł­by ro­bić z mamą coś tak obrzy­dli­we­go. Nie chce za­że­no­wać ojca. Dzię­ki Emi­gran­tom jest zmu­szo­na przy­znać, że wła­śnie w ten spo­sób to się od­by­wa.

Wszyst­ko na to wska­zu­je.

Przed lek­tu­rą nie wie­dzia­ła na­wet, któ­rę­dy dzie­ci wy­cho­dzą, przez pę­pek czy przez od­byt. Te­raz wie, że dzie­ci wy­cho­dzą z przo­du, przez dziur­kę u ko­bie­ty, któ­ra pra­wie nie ma na­zwy. Pupa przed­nia, we­dług mamy. I cho­ciaż to nie­wia­ry­god­ne – jak dzie­ciak może się prze­do­stać przez tak mały otwór – jest to wie­dza bez­cen­na.

Z cza­sem uży­je jej, żeby po­bry­lo­wać przed ko­le­ga­mi. Na ra­zie nie ma nie­ste­ty żad­nych.

Bez prze­rwy czy­ta. Wszyst­ko, co wpad­nie jej w ręce, a za­czę­ło się wcze­śnie. Pierw­szy rok w szko­le, w Lun­dzie – za­pi­sa­no ją do szko­ły rok wcze­śniej, bo sama na­uczy­ła się czy­tać – prze­cho­ru­je.

Szkar­la­ty­na z po­wi­kła­nia­mi gru­czo­ło­wy­mi, tak się to na­zy­wa. Kła­dą ją w szpi­tal­nej izo­lat­ce. Ni­ko­mu nie wol­no do niej wcho­dzić, tyl­ko per­so­ne­lo­wi, by wbi­jał jej w pupę ostre igły.

Pe­ni­cy­li­na jest no­wym cu­dow­nym le­kiem, do­sta­je za­strzyk co trzy go­dzi­ny przez całą dobę, praw­do­po­dob­nie ra­tu­je jej to ży­cie. Po­ślad­ki usia­ne są strup­ka­mi. Bez prze­rwy ich do­ty­ka, pła­cząc.

Jak sit­ko. Jak wy­ci­ska­na gąb­ka.

Wol­no jej po­ma­chać do mamy i taty przez szy­bę. Obo­je mają śnie­gow­ce i gru­be płasz­cze, na dwo­rze jest zima. Za któ­rymś ra­zem tata przy­ci­ska do szy­by za­pi­sa­ną kart­kę. Czy­ta ją. W izo­lat­ce obok jest cho­ry chło­piec, któ­re­go może spo­tkać. Coś tak po­twor­ne­go! Obcy chło­piec!

Nie, nie! Z prze­ra­że­niem po­trzą­sa gło­wą, nie wol­no do­pro­wa­dzić do ta­kie­go spo­tka­nia. Jest bar­dzo nie­śmia­ła. Obce dzie­ci prze­ra­ża­ją bar­dziej niż co­kol­wiek. W łóż­ku szpi­tal­nym cią­gle tyl­ko pła­cze, nie­prze­rwa­nie i za­wzię­cie. Do mo­men­tu, gdy po­ja­wia się przy nim wy­so­ka, su­ro­wa pie­lę­gniar­ka w czar­nej su­kien­ce i bia­łym czep­ku – na­zy­wa się sio­stra In­grid.

Chcesz wy­zdro­wieć? To mu­sisz prze­stać pła­kać.

Po­nie­waż jest po­słusz­na, od razu prze­sta­je pła­kać. Noce są po­twor­ne. Boi się ciem­no­ści, a płacz jest jej kom­pa­nem. Je­dy­ne, co mama i tata mogą zro­bić, to prze­sy­łać jej książ­ki. Jed­na książ­ka z bi­blio­te­ki na dzień, do­pó­ki jej nie skoń­czy, nie musi za nimi tę­sk­nić. W izo­lat­ce prze­by­wa wie­le ty­go­dni. Może na­wet mie­się­cy. To tam koń­czy sie­dem lat. Ucze­pi się czy­ta­nia.

 

Kie­dy wresz­cie może wró­cić do domu, nogi trzę­są się jej tak, że le­d­wo na nich stoi. Trud­no zro­zu­mieć, że ro­dzi­na cały czas tam była, do­kład­nie tak jak za­wsze, nie poj­mu­jąc, jak po­twor­nie cier­pia­ła.

Po­byt w szpi­ta­lu uświa­da­mia jej, że świet­nie so­bie bez niej ra­dzą. Czyż­by jej nie chcie­li? Dziec­ko, któ­re z ja­kie­goś po­wo­du wy­sta­wi­ło się na od­rzu­ce­nie, sta­je się przy­mil­ne. Jak ja. Te­raz sły­szy, że mają się prze­pro­wa­dzać.

Tata do­stał sty­pen­dium w Prin­ce­ton, w In­sti­tu­te for Ad­van­ced Stu­dies. Czę­sto o tym mó­wią, dla­te­go za­pa­mię­tu­je na­zwę. Nie mówi się o ni­czym in­nym, tyl­ko o Ame­ry­ce. Nikt nie pyta o to, jak ona się mia­ła.

Inne książki tego autora