Dziewczynka z atramentu i gwiazdTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Podziękowania

Tytuł oryginału: THE GIRL OF INK & STARS

Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA

Redakcja: ANNA RUDNICKA

Korekta: EWELINA KOROSTYŃSKA, REDAKTORNIA.COM, BARBARA TURNAU

Projekt okładki i wnętrza książki: HELEN CRAWFORD-WHITE

Ilustracje na okładce

Sylwetka dziewczyny zaadaptowana z fotografii

Buffy Cooper/Trevillon Images

fale © Miloje/Shutterstock

Ilustracje w książce

kompasy © Vertyr/Shutterstock

statki, stworzenia morskie, mapy © pavila/Shutterstock

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

KIRAN MILLWOOD HARGRAVE © 2016

All character and place names used in this book are KIRAN MILLWOOD HARGRAVE © 2016 and cannot be used without permission.

The Author/Illustrator has asserted his/her moral rights.

All rights reserved.

Oryginalne wydanie anglojęzyczne opublikowało po raz pierwszy w 2016 roku pod tytułem GIRL OF INK AND STARS wydawnictwo The Chicken House, 2 Palmer St, Frome, Somerset, BA11 1DS, Wielka Brytania.

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2019

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06751-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Z dedykacją dla gwiazdy – Sabine Karer

28,6139°N, 77,2090°E

oraz dla tych, dzięki którym tę historię udało się spisać

51,7519°N, 1,2578°W


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


P odobno kiedy przybył Gubernator, wraz z nim nadleciały kruki. Wszystkie mniejsze ptaki odfrunęły w stronę morza, dlatego na wyspie Moya nie słychać teraz ich śpiewu. Zostały tylko wielkie nastroszone kruki. Przyglądam się, jak złowieszczo przysiadają na dachach, i mrużąc oczy, próbuję sobie wyobrazić, że to zięby i mysikróliki. Ta rysował je nieraz z pamięci. Jeśli bardzo się postaram, czasem prawie słyszę ich świergot.

– Dlaczego ptaki odleciały, Ta? – pytałam.

– Bo mogły, Isabello.

– A wilki? A jelenie?

Ta nagle spochmurniał.

– Widocznie morze było lepsze niż to, przed czym uciekały.

Ta opowiadał mi też inną historię, o dziewczynce wojowniczce imieniem Arinta i o mitycznej przeszłości wyspy Moya, kiedy była jeszcze pływającym lądem. Nie chciał powiedzieć nic więcej o wilkach i uciekających ptakach. Ja jednak uparcie drążyłam temat, aż wreszcie któregoś dnia sama znalazłam odpowiedzi na dręczące mnie pytania.

Tamten poranek zaczął się jak każdy inny.

Obudziłam się w wąskim łóżku, a na gliniane ściany mojego pokoju padały pierwsze promienie wschodzącego słońca. W powietrzu unosił się zapach przypalonej owsianki. Ta już od dobrych kilku godzin musiał być na nogach, bo trzeba było sporo czasu, by ciężki gliniany garnek zagrzał się na ogniu. Słyszałam, jak nasza kura, Pani La, grzebie pazurami w ziemi za ścianą mojego pokoju, szukając ziaren. Pani La ma trzynaście lat, tak samo jak ja, ale choć dla człowieka to niedużo, w przypadku kury to już starość. Pani La ma siwe piórka i czarny charakter – boi się jej nawet nasz kot, Pepe.

Kiedy się przeciągnęłam, zaburczało mi w brzuchu. Pepe leżał rozciągnięty na moich nogach, a kiedy usiadłam na łóżku, zamiauczał głośno.

– Nie śpisz już, Isabello?! – zawołał z kuchni Ta.

– Dzień dobry, Ta!

– Owsianka czeka.

Tym razem czekała nawet trochę za długo...

– Idę! – wysunęłam nogi spod kociego ciałka i wygładziłam zmierzwioną przez noc sierść Pepe. – Przepraszam, kotku.

Pepe zamruczał i przymknął zielone ślepia.

Umyłam twarz w stojącej pod oknem miednicy. Spojrzałam w wypolerowaną metalową powierzchnię nad łóżkiem mojego braciszka Gabo i pokazałam sama sobie język. Wygładziłam jego pościel, która z każdym dniem pokrywała się coraz grubszą warstwą kurzu. Wciąż dbałam, żeby łóżko było starannie posłane; obok poduszki ciągnął się nasz kanał komunikacyjny – wąska szczelina, którą zrobił dla nas Ta, biegła po ścianach i suficie. Przyciskaliśmy do niej usta i mówiliśmy coś szeptem, a wówczas – nawet kiedy leżeliśmy w łóżkach, po przeciwnych stronach pokoju – słyszeliśmy się nawzajem.

Minęły trzy lata, odkąd siedziałam tu, ściskając w dłoni rozpaloną dłoń mojego brata bliźniaka. Gasł na moich oczach jak zdmuchnięta zapałka. Nadal jednak mogłam go przywołać w wyobraźni. Przychodziło mi to tak łatwo jak oddychanie.

Niedobrze jest zaczynać dzień w smutku. Odepchnęłam od siebie natrętne myśli i założyłam mundurek szkolny. Był wciąż za duży – tak samo jak sześć tygodni temu! Moja przyjaciółka Lupe będzie miała nie lada ubaw. „Ciągle jesteś najniższa w klasie”, powtarzała.

Szybko splotłam włosy w warkocze. W duchu liczyłam na to, że Ta nie zorientuje się, iż przez całe wakacje się nie czesałam. Pepe przewracał się na łóżku, ale kiedy miałam na sobie mundurek, nie wolno mi było go głaskać. Moja nauczycielka, señora Feliz, złościła się, kiedy znajdowała na moim ubraniu rudą sierść.

Odsunęłam kotarę, która zastępowała drzwi do mojej sypialni, i ostrożnie zrobiłam krok nad Panią La. Następnie sypnęłam jej garść okruszków, a ona zagdakała radośnie. Zmrużyła zamglone ślepka i zaczęła mnie dziobać po kostkach, wyganiając w ten sposób do dużego pokoju, w którym zwykle jedliśmy, rozmawialiśmy i planowaliśmy kolejne przygody.

Na wielkim stole z sosnowych desek stała duża miska przypalonej owsianki. Wyglądała, jakby tonęła w morzu porozkładanych na blacie map. Na ścianach wisiało ich więcej, sporządzonych przez Ta. Kiedy przechodziłam, delikatnie zaszeleściły na wietrze.

Przesunęłam palcem po kartach. Robiłam to każdego ranka. Patrzyłam, jak srebrne nitki rzek w Afrik stykają się z wodami Aegyptu, a sam Aegypt przykleja się do zakrzywionego brzegu Zatoki Europejskiej niczym dwie ręce splecione nad powierzchnią morza. Na ścianie naprzeciwko wisiał szkic wybrzeża Amryki z oznaczeniami prądów oceanicznych. Podziwiałam dziwne, niesamowite nazwy wypisane na mapach: Lodowy Krąg, Znikający Trójkąt czy Morze Kobaltowe. Papier był zabarwiony na przepiękny, intensywnie niebieski kolor, a prądy oznaczono starannie przyklejoną nicią. Ta używał do tego celu nitki cienkiej jak włos – złota była przeznaczona dla Morza Kobaltowego, czarna – dla Znikającego Trójkąta, a biała dla Lodowego Kręgu. Ale za wschodnim wybrzeżem panowała całkowita pustka. Dalej nie było już nic. Na białym tle widniało tylko jedno słowo: „Incognito”. Nieznane.

 

Wyczuwałam ogromne rozczarowanie Ta za każdym razem, gdy patrzył na ten napis. Atrament dawno zdążył wyschnąć. Podczas ostatniej podróży Ta natrafił na niepomyślne prądy, a to wymusiło wcześniejszy powrót na wyspę Moya. Ta już nigdy więcej nie zapuścił się w tamten niezbadany rejon. A potem na wyspę przybył Gubernator. Gubernator Adori pozamykał porty, a las, który rozciągał się od wybrzeża do wybrzeża, oddzielając naszą wioskę Gromera od reszty wyspy, stał się oficjalną granicą. Każdy, kto sprzeciwiał się władzy Gubernatora, miał być wygnany na drugą stronę lasu. W ten sposób Gromera została odcięta od wyspy; w całym lesie zaś porozwieszano dzwonki i ostre kolce, które miały ostrzegać straże Gubernatora, gdyby ktokolwiek chciał przekroczyć tę granicę. Ja sama nigdy nie słyszałam dźwięku dzwonków.

Ta marzył o tym, by wypełnić luki na mapach Amryki, ja zaś nade wszystko pragnęłam sporządzić mapę terenów rozciągających się za lasem, tak zwanych Zapomnianych Ziem. Nigdy jednak nie powiedziałam o tym Ta.

Istniała tylko jedna mapa, na której widoczna była cała wyspa. Wisiała ona w gabinecie Ta. Nazywałam ją mapą Ma, bo była przekazywana z pokolenia na pokolenie w jej rodzinie, chyba nawet od czasów Arinty, czyli od tysiąca lat. Przypominała mi zawsze, że Ma i Ta byli sobie przeznaczeni – on był kartografem, a jej jedynym wianem była mapa.

„Każdy z nas nosi ze sobą mapę swojego życia. Mamy ją na skórze, w sposobie poruszania się, a nawet w tym, jak rośniemy i dojrzewamy – tak często mawiał Ta. – Widzisz, że moje żyły przy nadgarstku zamiast niebieskich są czarne? Twoja matka zawsze mówiła, że to atrament. Jestem kartografem do szpiku kości”.

– Zdejmiesz dzban?

Na dźwięk głosu Ta aż podskoczyłam. Ocknęłam się z zadumy.

Przysunęłam krzesło do regału, ostrożnie zdjęłam ciemnozielony dzban z najwyższej półki i postawiłam go na stole obok miski z owsianką. Naczynie było wyjątkowe – to ostatnia rzecz wykonana przez Ma. Sięgaliśmy po nie tylko w dniu rozpoczęcia roku szkolnego, z okazji urodzin i w święta. Ta dbał o dzban, czyścił go z wielką starannością i trzymał wysoko, poza zasięgiem wzroku.

Czasami przypominałam sobie Ma – jej ciemne oczy i uśmiech, zapach czarnej gliny, której używała. Robiła garnki dla mieszkańców wioski i delikatną ceramikę dla Gubernatora. A może tylko ją sobie wyobrażałam, tak jak ptaki?

– Dzień dobry, kochanie. – Ta przykuśtykał z kuchni. Podbiegłam do niego, żeby wziąć skopek mleka i kubki.

– Nie powinieneś chodzić bez laski – zganiłam go.

Ta w młodości złamał nogę, kiedy w Aegypcie zeskakiwał z molo na odpływający statek. Dlatego teraz podpierał się laską wykonaną z drewna, które pozyskał z kutra swego pradziadka. Spośród wszystkich przedmiotów w tym pokoju najbardziej lubiłam właśnie tę laskę. Lekka jak piórko, unosiła się na powierzchni wody, nawet w kałuży, i... świeciła w ciemnościach. Ta twierdził, że to zasługa żywicy, ale ja wiedziałam – to była magia!

Szybko wróciłam do stołu, żeby zrobić na nim porządek. Chwyciłam mapę Gór Himalskich i odłożyłam ją na półkę.

Ta nalał mleka do dzbana, a potem usiadł na ławce obok mnie i uśmiechnął się szeroko:

– Którą kieszeń wybierasz?

Przewróciłam oczami.

– Lewą.

Ta kilkakrotnie uniósł brwi, które podskoczyły szybko niczym dwie czarne gąsienice.

– Prawidłowa odpowiedź!

Wyjął z kieszeni malutki słoiczek.

– Miód piniowy!

Odkręciłam wieczko i słodki zapach uderzył mnie w nozdrza. Od razu poczułam, że cieknie mi ślinka.

– Dziękuję, Ta.

– Z okazji rozpoczęcia roku szkolnego należy ci się wszystko, co najlepsze.

Wzruszyłam ramionami.

– Przecież to tylko szkoła...

– No cóż, w takim razie chyba zjem go sam... – Ta wziął ode mnie otwarty słoiczek i udał, że wlewa sobie do ust całą jego zawartość.

– O nie! – odebrałam mu miód. – Jednak masz rację, to bardzo ważna okazja. Dziwię się tylko, że nie masz dwóch słoiczków.

Miód był tak pyszny, że prawie nie czułam smaku spalenizny w owsiance. Kiedy jednak spojrzałam na Ta, zauważyłam, że nie tknął swojej porcji. Siedział zgarbiony na ławce, a ja dobrze wiedziałam, co to oznacza – był pogrążony w myślach. Położył dłoń na dzbanie z mlekiem. Widziałam, że żyła na jego nadgarstku szybko pulsuje. Patrzył w dal nieobecnym wzrokiem.

Pierwszy dzień szkoły był zawsze trudny dla nas obojga.

Sprzątnęłam miseczkę po owsiance, a potem przysunęłam miskę Ta do jego dłoni.

– Do zobaczenia.

Nie odpowiedział, a ja wzięłam tornister i wyszłam, cicho zamykając za sobą drzwi, z których odpadały płaty zielonej farby.


N asza ulica wiedzie stromo w dół, prosto do Morza Zachodniego. Wszystkie stojące przy niej domy są takie same: szereg glinianych lepianek z dachami krytymi słomą. Lupe uważa, że są urocze. Moim zdaniem wyglądają tak, jakby miały runąć do wody przy najlżejszym podmuchu wiatru.

Zwykle biegnę na rynek, uderzając piętami w ziemię – kruki latają nisko, a gwałtowny ruch je odstrasza. Dzisiaj jednak postanowiłam iść szybkim marszem. W końcu należałam do jednego z najstarszych roczników w szkole – nie wypadało mi już biegać jak małe dzieci.

Pani Masha, mieszkająca po drugiej stronie ulicy, stała teraz w drzwiach.

Pomachałam do niej, usiłując zajrzeć do jej domu.

– Szukasz kogoś? – uśmiechnęła się, a poorana zmarszczkami twarz rozciągnęła się w uśmiechu niczym pognieciona kartka. – Pablo już wyszedł. Wiesz, że Gubernator lubi, jak zaczynają pracę przed świtem.

Jej syn Pablo urodził się, kiedy Masha była już stara. Brzuch rósł, włosy siwiały, a na twarzy kobiety pojawiały się kolejne zmarszczki. Masha mówiła, że to cud. I faktycznie, Pablo b y ł cudowny. Gabo i ja zawsze patrzyliśmy na niego z podziwem, ale i z przestrachem, podobnie jak pozostali mieszkańcy wioski. Przerażała nas jego siła. W wieku dziesięciu lat potrafił unieść swoich rodziców. Sadzał ich sobie na ramionach. Kiedy brał mnie na barana, miałam wrażenie, że fruwam. Ale od dawna już Pabla nie widziałam.

Dwa lata temu, kiedy jego matka zaczęła cierpieć na bóle pleców, Pablo rzucił szkołę i zastąpił ją w pracy, choć Masha bardzo prosiła, żeby tego nie robił. Teraz miał już piętnaście lat. Ciągnął ciężkie wózki, jakby były z kartonu, a poza tym opiekował się końmi Gubernatora.

– Zabrał prezent dla Lupe – dodała Masha, marszcząc nos. Wiedziałam, że nie rozumie, dlaczego zaprzyjaźniłam się z córką Gubernatora. – Powiedziałam, żeby go ukrył, tak jak prosiłaś.

– Dziękuję – odparłam. – Może jutro go zastanę?

– Może – powtórzyła, ale sama w to nie wierzyła. Pablo wstawał przed świtem, a do domu wracał po zmroku.

Pomachałam Mashy na do widzenia, poprawiłam sobie tornister na plecach i ruszyłam w dół pagórka.

Z tej wysokości Gromera wygląda jak koło lub raczej eksplodująca gwiazda. W samym środku znajduje się rynek, od którego promieniście rozchodzą się uliczki. Niektóre prowadzą do szerokiej, zacisznej przystani, przechodzącej w pełne morze. W morzu zaś roi się od ryb. W pogodną, bezchmurną noc na powierzchni wody widać gwiazdy – przypominają lilie wodne.

Na przystani, jak zawsze, stał zacumowany statek Gubernatora. Ta mówił, że został wykonany z jednego kawałka baobabu przywiezionego z Afrik. Baobab musiał być gigantycznym drzewem, bo statek, tak jak wszystko, co stanowiło własność Gubernatora, zajmował więcej miejsca, niż powinien. Wznosił się nad kutrami niczym wielka, nieruchoma góra. Na maszcie widać było zwinięte żagle.

Nieco dalej na wschód, w promieniach wschodzącego słońca, lśnił dom Gubernatora. Został zbudowany z czarnego bazaltu i był tak wielki jak pięć statków. Rezydencja rozpościerała się między błękitnym morzem a zielonym lasem, górując nad polami niczym chmura gradowa. Z miejsca, w którym stałam, domostwo wyglądało jednak na tak małe, że mogłabym je z powodzeniem ścisnąć między palcami. Niżej leżała wioska, a moja szkoła znajdowała się mniej więcej w połowie drogi do niej.

Stary budynek szkolny był mały, ale wesoły. Ta podarował nam resztki farb i pomalowaliśmy ściany wszystkimi kolorami tęczy. Gubernator jednak go zburzył.

Okazało się, że Lupe miała dosyć edukacji w domu i chciała uczyć się z innymi dziećmi. Dlatego Gubernator Adori rozkazał wybudować nową szkołę z kamienia, dwa razy większą od poprzedniej. Skoro jego córka miała się tu codziennie zjawiać, budynek musiał wyglądać okazale.

– To nie dla mnie, sama rozumiesz – tłumaczyła mi Lupe ze smutnym uśmiechem na twarzy. – Chodzi o honor rodziny – dodała, a w jej głosie można było wyczuć wyniosły ton.

W nowej szkole nie pozwolono nam już malować ścian. Sporo dzieciaków dokuczało Lupe z tego powodu, ale ja wiedziałam, że to nie jej wina.

Za domem Gubernatora, najbliżej lasu, rozpościerał się sad, w którym nigdy nie byłam. Mrużąc oczy, spojrzałam na pracujących w nim ludzi – z tej odległości wyglądali jak mrówki. Zastanawiałam się, który z nich to Pablo. Na zachód rozciągała się plaża – czarny piasek niemal w całości kryła woda. Nadchodził przypływ, podczas którego zabraniano przebywania na plaży; nikomu też nie wolno było wchodzić do wody, chyba że wypływał w jednej z łodzi należących do Gubernatora. Zaswędziały mnie palce u stóp. Ta opisywał mi, jakie to uczucie, kiedy jest się na morzu. Ale ja chciałam doświadczyć tego na własnej skórze.

Nad plażą znajdowały się kopalnie gliny. Starałam się nie patrzeć w tamtą stronę, bo ten widok przywoływał jedno z niewielu wyraźnych wspomnień o Ma. Wciąż pamiętałam ten dzień, kiedy zabrała Gabo i mnie w to miejsce. Pokazała nam, jak przywiązać się pędami winorośli do smoczej draceny. „Najpierw trzeba je połączyć, o tak, a potem natrzeć dłonie żywicą, żeby się nie ślizgały”. Następnie opuściła nas po kolei na dno wąwozu. Gabo się bał – tak się wiercił, że pnącze się urwało. Kiedy mój brat upadł w miękkie błoto, rozległ się paskudny odgłos. Gabo był cały usmarowany gliną, gdy Ma wyłoniła się z nim z ciemności. Śmiałam się wtedy tak, że aż mnie brzuch rozbolał.

Taki sam ból powrócił po dwóch miesiącach, kiedy umarła Ma. Tylko że wtedy był o wiele ostrzejszy. I nikt nie wyłaniał się z ciemnego wąwozu. Trzy lata później gorączka potna zabrała również Gabo. Od tamtej pory minęły kolejne trzy lata, a wspomnienie kopalni gliny wciąż chwytało mnie za gardło.


Lupe zawsze czekała na mnie koło beczki w rogu rynku. Razem szłyśmy do szkoły, choć dla Lupe oznaczało to, że musi wstawać prawie tak wcześnie jak robotnicy. Kiedy dotarłam na rynek, do studni ustawiała się już kolejka. Odkąd rzeka Arintara zaczęła wysychać, ze studni korzystało coraz więcej ludzi.

Wszystkie stragany, których większość należała do Gubernatora, były już otwarte. Miały daszki błękitne jak niebo i miodowożółtą dolną część. Można było tu kupić ryby, ziarno albo skóry.

Kiedy szłam w stronę beczki, ktoś nagle złapał mnie za nadgarstek. Podskoczyłam i niechcący wpadłam na pobliski kram, z którego na brudną ziemię wysypały się warzywa.

– Hej! – burknął kupiec. – Co ty wyprawiasz?

Odwróciłam się, żeby zobaczyć, kto mnie zaczepił. Była to kobieta w zielonej szacie – sądząc po kolorze stroju, pracowała w sadzie. Powinna o tej porze już tam być – spóźnialskich często karano chłostą.

– Przepraszam – zwróciła się kobieta do kupca, nie odrywając wzroku od mojej twarzy. – Ty jesteś Isabella Riosse?

– Tak – odparłam. – A kim...

– Coś się stało. – Zacisnęła palce na moim nadgarstku. Była drobna i niska, prawie takiego wzrostu jak ja.

 

– Co ty wyprawiasz? – kupiec wyszedł zza straganu.

– Cata – syknęła kobieta, ignorując go. – Widziałaś ją?

Zmarszczyłam brwi.

– Catę Rodriguez?

Cata chodziła ze mną do klasy, ale rozmawiałam z nią zaledwie kilka razy.

Kobieta energicznie pokiwała głową.

– Jestem jej matką. Powiedziała, że się przyjaźnicie. Pomyślałam, że może wiesz, gdzie ona jest.

Przestąpiłam z nogi na nogę. To prawda, że byłam dla Caty milsza niż pozostali, ale trzeba przyznać, że to była cicha i nieśmiała dziewczynka. Większość uczniów po prostu ją lekceważyła.

– Przykro mi – odezwałam się. – Ale nie...

– Wszędzie jej szukałam. Kiedy wstałam, nie było jej w domu. Ja... – kobieta urwała, z trudem oddychając. Uniosła dłoń, jak gdyby chciała położyć ją na piersi.

– Ej, ty! Co tu robisz?

Matka Caty podskoczyła przestraszona. W naszą stronę szedł jeden z ludzi Gubernatora. Tłum rozstąpił się przed jego błękitną tuniką niczym łan zboża.

– Jeśli ją zobaczysz, powiedz jej, żeby przyszła do domu – rzuciła spiesznie kobieta. Na jej twarzy malował się niepokój. Po chwili ruszyła biegiem w stronę posiadłości Gubernatora.

– Co za bałagan – cmoknął z niezadowoleniem straganiarz i zaczął zbierać rozsypane warzywa. – Nie, nie pomagaj mi. Dość już narozrabiałaś.

Zawstydzona, skierowałam się w róg rynku – tam, gdzie zawsze spotykałyśmy się z Lupe. Coś w twarzy tej kobiety mną wstrząsnęło. Miałam nadzieję, że Cata jest cała i zdrowa.

– Isa!

Odwróciłam się na pięcie. Przez rynek biegła Lupe. Tornister podskakiwał jej na plecach. Mieszkańcy wioski cofali się przed nią. Córka Gubernatora nie miała zbyt wielu przyjaciół, ale nic sobie z tego nie robiła.

„Mam to w nosie – powiedziała, kiedy jedna z dziewczynek dokuczała jej z powodu zabawnych warkoczyków, jakie plotła jej matka. – Isabelli się podobają i to wystarczy”.

Dziwna z nas była para: Lupe wysoka jak dorastający chłopak, a ja ledwo sięgałam jej do ramienia. Miałam wrażenie, że znów urosła, odkąd ją ostatnio widziałam, a od tamtego czasu minął miesiąc. Jej matka na pewno nie była tym zachwycona. Lupe mówiła, że ona nigdy się nie śmieje i uważa, że dziewczynki nie powinny biegać ani być tak wysokie jak jej córka. Señora Adori była drobniutką, elegancką kobietą o smutnych oczach i chłodnym uśmiechu.

Przyjaciółka uściskała mnie mocno i cofnęła się o krok. Zmierzyła mnie wzrokiem i powiedziała z zazdrością:

– A ty dalej taka mała! – Po czym zmarszczyła czoło. – Co się stało? Jesteś blada jak ściana. Ta nie pozwalał ci w lecie wychodzić na słońce? Moja mama tak robi, ale ja się czasem wymykam...

– Cata zaginęła – wyrzuciłam z siebie. – Przed chwilą widziałam jej matkę.

– Cata?

Zniecierpliwiona przewróciłam oczami.

– Dziewczynka, która siedzi w ostatniej ławce.

Lupe przestąpiła z nogi na nogę. Miała teraz taki wyraz twarzy jak Pepe, kiedy ucieka, bo stłukł jakieś naczynie.

– Co? – Spojrzałam na nią zaniepokojona.

– Co co? – Lupe poprawiła tornister na ramieniu.

– Ty coś wiesz – zrobiłam krok w jej stronę.

– Skąd. Nic nie wiem.

Lupe się cofnęła.

Uniosłam brwi, tak jak nauczył mnie Ta.

Lupe się zgarbiła.

– Jestem pewna, że to nic takiego. Tylko, wiesz, w lecie pracowała u nas w kuchni, a wczoraj prosiłam ją, żeby poszła do sadu i przyniosła mi...

– Do sadu! – Znów poczułam ten znajomy ucisk w żołądku. – Lupe, wiesz, że nie wolno nam tam chodzić.

– Jasne, wiem, ale tak dawno nie jadłam pitai. No przecież należy mi się z okazji urodzin, nie?

Ja sama nigdy nie jadłam pitai. Nie byłam nawet pewna, jak wyglądają, ale wiedziałam, że to ulubione owoce Lupe. Rosły w sadzie Gubernatora na skraju lasu. Tam wolno było zapuszczać się tylko strażom Gubernatora i nielicznym służącym.

– Lupe, wiesz, że jeśli Catę złapano, to pewnie wtrącono ją do Dédalo.

Lupe machnęła ręką lekceważąco.

– A ty dalej o tym? Nigdy nie widziałam tego miejsca, a przecież mieszkam w posiadłości.

Nie dziwiło mnie to, że Lupe nie zauważa rzeczy, które ma pod nosem. A Dédalo – labirynt – akurat z n a j d o w a ł s i ę pod jej nosem, bo Gubernator Adori zbudował swój dom na naturalnych ziemnych korytarzach, które zamienił w więzienie. Kiedy mąż Mashy jeszcze żył, służył tam przez dobre dziesięć lat.

Lupe objęła mnie ramieniem.

– No już, rozchmurz się. Cacie nic nie będzie! – Popchnęła mnie w głąb wąskiej uliczki prowadzącej na pola. – Pewnie czeka już na nas w klasie i opycha się moją pitają. Dam ci trochę – zobaczysz, jest przepyszna. I nie zapomnij o dzisiejszym pokazie fajerwerków!

Lupe nie znosiła ciemności i przepadała za fajerwerkami. To prawda, b y ł y n i e s a m o w i t e – wyglądały jak plejada kolorowych spadających gwiazd. Niestety, Pepe bał się ich tak bardzo, że trudno byłoby mi je polubić.

– Tatuś pozwolił mi wybrać kolory. Tym razem mamy złote, jeden niebieski, dwa czerwone...

Wpuszczałam słowa Lupe jednym uchem, a wypuszczałam drugim. Kiedy tak szłyśmy na skróty przez pola, pomyślałam, że może ma rację. Nawet jeśli Catę złapano, ludzie Gubernatora nie wtrąciliby przecież dziewczynki do Dédalo za kradzież owoców, prawda? Obiecałam sobie, że będę dla Caty jeszcze milsza niż zwykle. Może nawet zaproszę ją do mojego ogrodu, żebyśmy stamtąd obejrzały pokaz fajerwerków z okazji urodzin Lupe.

– Och, coś ci pokażę. Jeszcze tego nie widziałaś. – Lupe przystanęła nagle i szarpnęła mnie, żebym też się zatrzymała.

– Czego?

Lupe zdjęła gruby złoty łańcuch ukryty pod sukienką i położyła go na wyciągniętej dłoni. W promieniach słońca połyskiwał również złoty medalion, na którym widniał wygrawerowany znajomy kształt.

– To Afrik. Tatuś stamtąd pochodzi – wyjaśniła Lupe. – Dostałam ten naszyjnik od niego na urodziny. Należał do mojej babci.

– A co jest w środku?

Lupe wzruszyła ramionami.

– Ta mówi, że nie wolno mi go jeszcze teraz otwierać. Dopiero jak będę starsza. Tylko on ma kluczyk.

– Medalion jest piękny.

– I ciężki – dodała Lupe. – Ale i tak mi się podoba. Poza tym nic więcej nie dostałam.

Spojrzała na mnie wyczekująco. Starałam się udawać, że nie wiem, o co jej chodzi, ale uśmiechała się tak głupio, że nie mogłam wytrzymać. Wyjęłam z tornistra papierowy zwój.

– Wszystkiego najlepszego.

– Mapa! Mapa z zaznaczonym krzyżykiem!

To była prosta mapa, bez rysunku nieba i z kompasem w postaci strzałki oznaczonej literą N. Nie miałam czasu na przygotowanie porządnej instrukcji, z mnóstwem wskazówek, jak odnaleźć skarb.

– Powodzenia. – Ścisnęłam dłoń przyjaciółki.

– To co my tu jeszcze robimy?! – krzyknęła Lupe i rzuciła się biegiem naprzód. – Kto pierwszy!

Z tak długimi nogami to Lupe powinna wygrać, ale była tak niepozbierana jak kulawy królik, więc biegłyśmy równym tempem. Z trudem łapałam powietrze, kiedy pędziłyśmy przez wyschnięte pole. Szkolna torba obijała mi się o bok.

Cata jest w szkole. Lupe dostanie swoją pitaję i wszystko będzie dobrze, myślałam.

W końcu Lupe dotarła do miejsca oznaczonego na mapie krzyżykiem, czyli do pustej króliczej nory, w której Pablo ukrył prezent, tak jak go prosiłam. Na dnie jamy leżało zawiniątko w niebieskim papierze. Lupe rozerwała opakowanie – ujrzała prostą bransoletkę z resztek kolorowych nici, które wyprosiłam od Mashy. W jej środek wplotłam lśniącą złotą nić, którą ukradłam z gabinetu Ta. Nie robił już specjalnych map, więc uznałam, że nie zauważy jej braku.

– Jaka śliczna! – Lupe założyła bransoletkę na rękę, a ja zawiązałam nitki. – To najładniejszy prezent, jaki dostałam.

Tylko Lupe potrafiła powiedzieć, że plecionka ze starych nici jest ładniejsza od medalionu ze szczerego złota. Między innymi właśnie za to tak bardzo ją lubiłam.

– Chodźmy – powiedziałam, chwytając spoconą dłoń przyjaciółki, i pociągnęłam ją w stronę niskiego, prostokątnego budynku szkoły. Spóźnienie w pierwszym dniu nauki uszłoby na sucho Lupe Adori, ale señora Feliz z pewnością nie wybaczyłaby takiego przewinienia zwykłej, szarej Isabelli Riosse.

Znów ruszyłyśmy biegiem, licząc na to, że zdążymy przed dzwonkiem. Zajęłyśmy swoje miejsca w klasie. Byłyśmy zgrzane, zdyszane i roześmiane, aż bolały nas brzuchy.

– Tym razem... wygrałam! – wystękała Lupe.

– Nie... Bo... Ja...!

– Dziewczęta! – W drzwiach stanęła señora Feliz z miną kwaśną jak cytryna. Kiedy rozpoznała Lupe, mina skwaśniała jej jeszcze bardziej, jak dwie cytryny. – Señorita Adori! Nie uprzedzono panienki? Wysłałam kogoś prosto do twojego ojca...

– Jak to? – Lupe zmarszczyła czoło. – Po co?

– Zdarzył się... No cóż, ojciec na pewno wszystko ci wyjaśni. Szkoła jest dzisiaj zamknięta.

– Zamknięta? – zapytałam niezbyt mądrze. – Ale dlaczego?

– Dość tych pytań! – rzuciła nauczycielka. Nagle ujrzała coś za naszymi plecami i pobladła.

Odwróciłyśmy się. Po wyboistej ścieżce od strony wioski powoli sunął powóz zaprzężony w parę gniadych ogierów. Konie były niespokojne – dreptały nerwowo i potrząsały grzywami. Obok stangreta siedziało dwóch mężczyzn. Promienie słońca odbijały się w ostrzach ich szabli.

Błękitne jedwabne zasłony powozu były zasunięte, by ochronić pasażerów przed upałem. Ale nawet z tej odległości rozpoznałam szerokie barki Gubernatora i drobną postać jego żony.