Michał i 38Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Mama połyka żarówkę

Moja siostra Marianka zapisała się do chóru. A właściwie to mama ją zapisała. Mama uwielbia muzykę i jest fanką włoskiego chóru dziecięcego Piccolo Coro dell’Antoniano. Dlatego kiedy wyczytała w gazecie, że w naszym mieście powstaje podobny chór, od razu zdecydowała, że jedno z nas będzie tam chodzić.

Padło na Mariankę, bo jest starsza i jest dziewczyną. Marianka się zgodziła i teraz dwa razy w tygodniu jeżdżą na Grochów. Najpierw sześć przystanków metrem, a potem trzynaście przystanków tramwajem.

Kiedy to usłyszałem, powiedziałem:

– Ja też chcę do chóru!

Mama zajaśniała, jakby połknęła żarówkę.

– Jesteś pewien, Michał? – zapytała. – To daleko i trzeba tam jeździć dwa razy w tygodniu.

– Właśnie o to mi chodzi! – wyjaśniłem.

Mama jest fanką Piccolo Coro, a ja jestem fanem pociągów. Nie mogłem przepuścić szansy na to, żeby dwa razy w tygodniu jechać sześć przystanków metrem, a potem trzynaście tramwajem. To dziewiętnaście przystanków w jedną stronę, czyli 38 tam i z powrotem.

Absolutna okazja!


– Dobrze! – powiedziała mama. – Możesz spróbować, jeśli tylko przejdziesz przesłuchanie.

– Jakie przesłuchanie? – zrzedła mi mina. – Będą mnie przesłuchiwać na policji dlatego, że chcę chodzić na chór?

– Nie na policji! – roześmiała się mama. – Przesłucha cię pani Karolina. Ta, która prowadzi zajęcia. Musi się upewnić, że masz słuch muzyczny, poczucie rytmu i tak dalej.

– A… na czym dokładnie to będzie polegało? – drążyłem.

– Och, nic wielkiego – mama machnęła ręką. – Pani Karolina poprosi cię, żebyś powtórzył za nią kilka melodii i zaśpiewał jakąś piosenkę. Na pewno sobie poradzisz!

Zacisnąłem zęby. Nie sądziłem, że moja miłość do pociągów będzie mnie kosztować aż tyle.

– To kiedy jedziemy? – zapytałem.

– W najbliższy poniedziałek – odpowiedziała mama. – Uprzedzę panią Karolinę, że mam nowego kandydata do chóru. Może zdąży przyjąć cię przed próbą…

– Michał w chórze? – Marianka parsknęła śmiechem, kiedy tylko to usłyszała. – Przecież tam chodzą same dziewczyny!

O jasna kiełbaska! Tego nie wiedziałem.

– Właśnie dlatego pierwszy chłopak bardzo się przyda! – ucięła mama. – Poza tym przestań go zniechęcać!

– Ja go wcale nie zniechęcam. Sam się zniechęci – stwierdziła moja ukochana siostra. – Wystarczy, że któraś z dziewczyn będzie chciała z nim porozmawiać!

– A dlaczego miałyby chcieć ze mną rozmawiać? – zaniepokoiłem się. – Myślałem, że w chórze się śpiewa!

Marianka nie odpowiedziała, tylko wydała to swoje parsknięcie, które przypomina dźwięk odkręcania butelki z napojem gazowanym.

Mogłem się na nią złościć, ale wiedziałem, że ma rację. Nie należałem do zbyt rozmownych osób. To znaczy w rzeczywistości nr 1. Bo w mojej głowie, czyli w rzeczywistości nr 2, wszystko wyglądało inaczej. Tam porozumiewałem się swobodnie z mnóstwem ludzi.

Ale kiedy trzeba było się odezwać do kogoś prawdziwego, zamurowywało mnie. Szczególnie jeśli tym kimś była dziewczyna. Ręce mi się pociły, w głowie miałem wygaszacz ekranu, a w gardle mokrą ścierkę.

Z powodu tej mojej milczkowatości dorobiłem się przezwiska „Ryba”. Tak mówili na mnie w szkole. Rodzicom też zdarzało się powiedzieć do mnie „Rybko”, chociaż wiedzieli, że tego nie znoszę.


– Nie martw się! – Marianna klepnęła mnie w ramię. – Jeszcze możesz zmienić decyzję i wymięknąć!

– Odczep się! – burknąłem.

– Jak ty mówisz do siostry? – tata, który właśnie wrócił z pracy, postanowił zaznaczyć swoją obecność.

– Normalnie – wzruszyłem ramionami. – Skoro mnie drażni, to niech się nie spodziewa dobrych manier. Ani w ogóle żadnych! – odwróciłem się na pięcie i w atmosferze potępienia odmaszerowałem do swojego pokoju.


W poniedziałek zaraz po szkole pojechaliśmy na ten Grochów. Jazda metrem i tramwajem była tak ciekawa, że trochę zapomniałem o czekającym mnie przesłuchaniu. Dopiero kiedy wysiedliśmy, zrozumiałem grozę sytuacji.

Marianka zwęszyła mój strach, bo zaczęła chichotać i stroić miny. Miałem ochotę kopnąć ją w piszczel. Po namyśle zostawiłem sobie ten argument na później.

Chór miał próby w domu kultury. Był to szary, niski budynek, który niczym specjalnym się nie wyróżniał. Tylko tablica przy wejściu informowała o tym, że mamy do czynienia z „placówką oświatową”. Wypatrzyłem na tej tablicy – wśród wielu regulaminów i ogłoszeń – zielony plakat z napisem: „Chór dziecięcy zaprasza do wspólnego śpiewania”.

Do środka prowadziły ciężkie, metalowe drzwi zamykane na trzy solidne zamki. Pomyślałem sobie, że takie drzwi wyglądają bardziej jak wejście do lochu, a nie do domu kultury. Potem mama nacisnęła klamkę i weszliśmy.

W mgnieniu oka otoczył nas tłum dziewczyn usiłujących przywitać się z moją siostrą. Korytarz był wąski, więc jedna od razu nadepnęła mi na stopę, druga popchnęła, a trzecia o mało nie urwała mi rączki od plecaka. W odruchu samoobronnym zacząłem przeciskać się do przodu, rozdając kuksańce na lewo i na prawo, aż wpadłem na jakąś panią stojącą w drzwiach do sali prób.

– Pani Karolino, tak mi przykro! – mama tarabaniła się za mną i jak zwykle przepraszała cały świat. – On nie chciał! Michał, przeproś, przecież wpadłeś na panią jak dzikus!

Spuściłem głowę i nie odzywałem się. Jak zwykle wszystko zepsułem. Po takim przywitaniu pani Karolina na pewno nie przyjmie mnie do chóru i będę mógł się pożegnać z moimi 38 przystankami dwa razy w tygodniu!

Zostaję przesłuchany

Przesłuchanie trwało dziesięć minut. Było to najbardziej stresujące dziesięć minut w moim życiu. Najpierw musiałem wyklaskiwać dłońmi i wybijać stopami rytmy, które wymyślała pani Karolina. Potem powtarzałem przyśpiewki, które były chyba w języku ufoludków. Nigdy czegoś takiego nie słyszałem: „Taaa-daaa-di-da-dooo- da-da!”. Albo: „Ma-me-miii-mooo-muu!”. Kompletne wariactwo! Dopiero na końcu pani Karolina poprosiła, żebym zaśpiewał jakąś normalną piosenkę. Upewniłem się, że drzwi są zamknięte i nikt nie podgląda, a potem bardzo cicho – najcichszym z szeptów – zanuciłem pierwszą zwrotkę piosenki o krokodylu. To ulubiony kawałek mamy, oczywiście z repertuaru Piccolo Coro dell’Antoniano. Mama niczego innego nie włącza, kiedy jest w domu. Wszyscy musimy cały czas słuchać „włoszczyzny”, a najlepiej by było, gdybyśmy rozmawiali też po włosku!



Pani Karolina słuchała ze skupioną miną. Kiedy skończyłem, długo wpatrywała się we mnie, nic nie mówiąc. Czyżbym miał okruszek na policzku albo papierek we włosach? Nerwowo sprawdziłem dłonią obydwa te miejsca. Wtedy pani Karolina poprosiła, żebym zaczekał w korytarzu, i wzięła moją mamę na rozmowę.

No tak, powinienem był nauczyć się jakiejś piosenki po polsku. Na co pani Karolinie chłopak, który zna tylko jedną piosenkę, i to w obcym języku? To pewnie dlatego się tak dziwnie uśmiechała… Przecież obcy dorośli nie uśmiechają się do dzieci bez powodu. Albo chcą je pocieszyć, albo zmylić. To jasne.

Zniechęcony usiadłem na ławce pod drzwiami… i wtedy obskoczyły mnie dziewczyny. Paplały jedna przez drugą i zadawały mnóstwo pytań, na które nie miałem zamiaru odpowiadać.

– A jak się nazywasz?

– A jesteś bratem Marianki?

– A będziesz w naszym chórze?

– A lubisz śpiewać?

Nie wiem, dlaczego ich każde pytanie musiało się zaczynać od „A”. Może to ich ulubiona litera alfabetu?

Kiedy zobaczyły, że kiepski ze mnie partner do rozmowy, rzuciły się na Mariankę.

– A co ten twój brat taki obrażony?

– A czemu nic nie mówi?

– A może źle się czuje?

– A on tak zawsze?

Marianka nie próbowała mnie bronić. Powiedziała coś na temat mojego trudnego charakteru… a potem otworzyły się drzwi od sali prób. W drzwiach stanęła mama z panią Karoliną. Byłem pewien, że usłyszę to, co zawsze słyszałem od nauczycieli w szkole: że się nie nadaję do występów, że jestem zbyt nieśmiały, że muszę nad sobą popracować.

I wtedy mama uściskała mnie z całej siły, a pani Karolina powiedziała:

– Dziewczynki, mamy w chórze pierwszego chłopaka! Ma na imię Michał i zaczyna od dziś!

– Michał numer 1! – zawołała jedna z dziewczyn.

A pozostałe – nie mam pojęcia dlaczego – zaczęły bić mi brawo.


Kompletnie mnie zatkało. Kiedy się odetkałem, rozpoczęła się próba. Pani Karolina posadziła mnie na krześle naprzeciw chóru i kazała słuchać. Powiedziała, że zanim zacznę śpiewać ze wszystkimi, muszę nauczyć się tekstów piosenek i zapoznać z podkładami muzycznymi. Wręczyła mi też segregator z wpiętymi kartkami. Na każdej kartce był tekst jednej piosenki.

 

Jak mam się tego wszystkiego nauczyć? – pomyślałem. – Przecież to prawie książka!

– Co tam mamroczesz? – zapytała Marianka, kiedy wracaliśmy tramwajem do domu.

– Wiadro – odburknąłem.

– Wiesz, mamo… – moja urocza siostra postanowiła się rozgadać – wydaje mi się, że Michał nie wytrzyma zbyt długo w chórze. Żebyś widziała jego minę, kiedy dziewczyny go obstąpiły na korytarzu! Normalnie jakby smażył się na gorącej patelni!

– Zostaw Michała w spokoju! – mama wzięła mnie w obronę. – Jest duży i da sobie radę.

Jestem duży? Widocznie urosłem w mamy oczach, kiedy zostałem przyjęty do chóru. Bo wzrostu mam metr dwadzieścia cztery. To o całą głowę mniej od Marianki, która jest o trzy lata starsza. Chodzi do piątej klasy, a ja do drugiej. I to do drugiej „b”, bo do „a” zabrakło miejsc.

– Poza tym pani Karolina powiedziała, że jest nieprzeciętnie muzykalny i ma świetny głos – ciągnęła mama z ekscytacją. – A jako jedyny chłopak będzie w chórze prawdziwym rodzynkiem!

– Phi! – prychnęła Marianka zazdrośnie. – Rodzynek, też mi wielkie coś!

Jak znajduję

to świństwo w serniku,

to zawsze wydłubuję!


Moja cierpliwość się skończyła. Nie dość, że siostrunia w niczym mi nie pomagała, to jeszcze nazwała mnie „świństwem”. Nadszedł moment, abym posłużył się moją tajną bronią, czyli kopnięciem w piszczel.

– Czekaj no, już ja powiem dziewczynom, jaki ty jesteś! – syknęła Marianka i uciekła na drugi koniec wagonu.

– Świetnie! – ucieszyłem się. – Powiedz im koniecznie, może wtedy przestaną mi zadawać te swoje głupie pytania!

– Zadają ci pytania, bo są ciekawe, ty dzikusie!

Mama tylko przewróciła oczami. W dniu, w którym jej jedyny syn dostał się do chóru, nic nie było w stanie zepsuć jej humoru.


Pani Karolina śmieje się ostatnia

Dorośli uwielbiają dzielić dzieci na grupy. Widocznie dzieci podzielone na grupy są dla nich łatwiejsze do ogarnięcia. Czasami te podziały są naturalne, a czasami denerwujące. Trener na wuefie – zależnie od swojego humoru – dzieli nas na mistrzów i łamagi albo na ćwiczących i zwolnionych. Ksiądz na religii dzieli nas na białe owieczki i czarne owieczki, pani w stołówce – na głodomorów i niejadków. Ale najdziwniej dzieli nas pani Karolina od chóru. Przekonałem się o tym na kolejnej próbie.

Gdy wszyscy już przyszli, pani Karolina zaczęła nas rozstawiać w różnych miejscach na podeście. Próbowałem cichutko usunąć się na bok, ale bez skutku.

– Michał, ty do sopranów! – powiedziała i popchnęła mnie we wskazane miejsce. – Stań koło Basi. Gabrysia, ty do altów, o tam!

W tym momencie powietrze przeszył jęk ranionych saren. Zakryłem uszy i rozejrzałem się, ale żadnego zwierzęcia na sali nie było. To tylko jęczały Basia i Gabrysia. Miny miały przy tym takie, jakby się właśnie dowiedziały, że czeka je seria bolesnych wizyt u dentysty.

– Dziewczyny, co się stało? – pani Karolina nie kryła zdenerwowania. – Czy któraś umiera?

– My nie możemy być rozdzielone! – zawyła błagalnie Basia.

– Chcemy stać obok siebie! – dodała Gabrysia i na dowód przywiązania oplotła Basię ramionami.


– Niestety… – tłumaczyła im pani Karolina. – Basia to sopran, a ty, Gabrysiu, jesteś altem. Takie macie barwy głosu.

– Ale proszę pani… – zaskamlały dziewczyny.

– Na dzisiejszej próbie będziemy ćwiczyć śpiewanie z podziałem na głosy. Wyobraźcie sobie, że alty to drużyna niebieska, a soprany żółta…

– I te drużyny będą ze sobą walczyć? – drążyła temat Gabrysia.

– Nie, będą się uzupełniać. Jak… jak pasemka włosów w warkoczu! Kiedy każde pasemko będzie porządnie wyodrębnione, to upleciemy z nich piosenkę.

– Pani Karolino! – roześmiała się Marysia. – A może my nie będziemy śpiewać na głosy, tylko na włosy?

Teraz już cały chór gadał jak nakręcony. Każda dziewczyna miała swoją teorię dotyczącą tego, jak będziemy śpiewać. Rozbolała mnie głowa od tego wrzasku i zacząłem się zastanawiać, po co ja się wpakowałem w te próby. W dodatku nadal nie rozumiałem, czym się różni sopran od altu, i wystraszyłem się, że pani Karolina każe mi nosić warkocze.

Basia i Gabrysia też wyglądały na zdezorientowane.

– Warkocz czy nie warkocz, ja chcę zostać sopranem! – powiedziała w końcu Gabrysia.

– Musiałabyś sobie wymienić struny głosowe! – roześmiała się pani Karolina.

Gabrysia się obraziła i od tej chwili śpiewała bardzo cicho. Kilka razy próbowała nawet udawać sopran, ale wtedy od razu zaczynała fałszować.

Wreszcie pani Karolina zdenerwowała się i przerwała próbę.

– Dobrze, Gabrysiu! – powiedziała. – Skoro tak bardzo chcesz zmienić głos, to mam coś dla ciebie!

Otworzyła szafkę w rogu sali i wyciągnęła stamtąd urządzenie, które przypominało megafon. Był trochę podobny do tych, jakich używa policja podczas negocjacji z bandytami zabarykadowanymi w banku, tylko mniejszy.

– Kupiłam go na aukcji w internecie – wyjaśniła. – Możesz przez niego mówić normalnie albo nacisnąć któryś z guzików. Wtedy megafon zmieni brzmienie twojego głosu na piskliwe, grube, skrzeczące albo jeszcze inne.


Zaraz zaczęliśmy wypróbowywać to śmieszne urządzenie. Wszyscy się na nie rzucili i każdy po kolei śpiewał kilka linijek ze zmienionym głosem. Mnie najbardziej podobał się głos robota.

– Może pożyczę ci ten megafon, Gabrysiu? – zastanowiła się pani Karolina. – Będziesz mogła zmieniać głos kilka razy dziennie.

– Super! – ucieszyła się Gabrysia. – Nabiorę brata przez telefon!

Obietnica pożyczenia megafonu sprawiła, że obydwie dziewczyny zgodziły się w końcu stanąć osobno, ale miny miały i tak skwaszone. Dlatego bardzo się zdziwiłem, kiedy w następny poniedziałek wbiegły do sali całe rozradowane i od razu przepląsały w podskokach do pani Karoliny.

– Pani Karolino, niech pani zgadnie co? – powiedziała Basia.

Powiedziała, a właściwie – wychrypiała, bo jej głos przypominał pocieranie nieoheblowaną deską o zardzewiałą blachę.

– Dzisiaj ja i Basia mamy taką samą barwę głosu! – oznajmiła Gabrysia. – Chrypiącą! Specjalnie byłyśmy wczoraj na duuużych lodach! Czy teraz możemy stać obok siebie?

Pani Karolina przez chwilę się namyślała. Potem objęła dziewczynki i uśmiechnęła się szeroko.

– Oczywiście, moje skarby! – powiedziała. – Dzisiaj możecie stać obok siebie przez calutką próbę!

– Tylko gdzie? – zmartwiła się Gabrysia. – W altach czy w sopranach?

– Najlepiej będzie, jak staniecie tutaj… – pani Karolina usłużnie wskazała im wolne miejsce pod ścianą, daleko od chóru. – A do następnej środy wasze gardła mają być zdrowe jak śledzie w śmietanie, bo inaczej w ogóle nie wpuszczę was na salę!

To, co oczywiste, przestaje być oczywiste

Myślałem, że znam wszystkie części mojego ciała, a tu niespodzianka! Okazało się, że o jednej nigdy nie słyszałem.

– Dziś będziemy się uczyć oddychać przeponą – oświadczyła pani Karolina na początku próby. – Czy ktoś wie, co to jest przepona?

– Opona? – nie dosłyszała Daria.

– Nie opona, tylko przepona – cierpliwie poprawiła ją pani Karolina. – To taki mięsień. Macie go między brzuchem a klatką piersiową.

Nie mogłem się oprzeć, żeby nie podnieść koszulki i nie spojrzeć na swój brzuch. Ale nie zobaczyłem tam żadnego mięśnia, tylko pępek i dwa blade pieprzyki.

– Przepona pomaga w oddychaniu i w śpiewaniu – mówiła dalej pani Karolina. – Jest jak pompa, która tłoczy powietrze do płuc, a potem je wypycha. Jeśli nauczycie się jej używać, to wasz śpiew stanie się głośniejszy, a wasze gardła będą się mniej męczyć.

– A co trzeba zrobić, żeby się tego nauczyć? – zaciekawiła się Marysia.

– Ćwiczyć! Tak jak na siłowni, bo przepona to też mięsień.

Byłem kiedyś z tatą na siłowni i strasznie się tam nudziłem. Na szczęście ćwiczenia na przeponę okazały się śmieszniejsze i ciekawsze. Nie trzeba było podnosić żadnych ciężarów ani sztang czy siedzieć godzinami na rowerku, który jedzie w miejscu. Aby wykonać pierwsze ćwiczenie, wystarczyło po prostu usiąść na krześle.

– Kiedy oddychamy przy użyciu przepony, to nie unoszą się nam ramiona, tylko brzuch – wyjaśniła pani Karolina. – Proszę bardzo, kładziemy ręce na brzuchu, wciągamy powietrze nosem i zatrzymujemy je w płucach. Czy brzuchy są porządnie wypięte?


Chyba wyglądaliśmy dosyć śmiesznie, siedząc tak na krzesłach ustawionych w kółko i wypinając brzuchy! A to wcale nie było najdziwniejsze ćwiczenie. Następne polegało na dmuchaniu w białą kartkę papieru. Trzeba było przyłożyć ją do ściany i dmuchać tak mocno i szybko, żeby kartka nie spadła na podłogę. Na początku nam się to nie udawało, ale potem było coraz lepiej. Nawet zrobiliśmy sobie małe zawody, kto najdłużej nie pozwoli kartce spaść.

– Na koniec gaszenie świeczek! – oznajmiła pani Karolina. – Ustawcie się w kolejce. Każdy z was musi zgasić swoją świeczkę jednym dmuchnięciem i nie wolno wam przekroczyć tej linii!

Trzeba było się skupić i wziąć porządny oddech, żeby zgasić świeczkę z takiej odległości. Znów na początku nam się nie udawało, a potem zaczęło wychodzić coraz lepiej.

– Teraz właśnie zaczynacie używać przepony – z zadowoleniem stwierdziła pani Karolina. – Pamiętajcie, żeby jak najczęściej ćwiczyć prawidłowe oddychanie. Można to robić wszędzie, nawet w autobusie!

To był niezły pomysł! Przez całą drogę powrotną oddychaliśmy z mamą i Marianką jak szaleni. Nasze brzuchy unosiły się i wypinały, aż kilku współpasażerów zaczęło patrzeć na nas z niepokojem.

Kiedy to zauważyłem, trochę się speszyłem, ale mama zachęciła mnie, żeby ćwiczyć dalej. W końcu nie robiliśmy nic złego.

– Mamo… – powiedziałem, kiedy dochodziliśmy już do domu.

– Tak?

– Jak nam się udało przeżyć tyle lat, skoro nie umieliśmy prawidłowo oddychać?

Mama uśmiechnęła się blado jak pani w reklamie tabletek na uspokojenie.

– Masz rację – powiedziała. – To cud! I wiesz co? Pewnie jest jeszcze mnóstwo rzeczy, których teraz nie robimy najlepiej, a kiedyś nauczymy się robić dobrze!

– Na przykład co? – zapytałem.

– Na przykład prawidłowe używanie „o” z kreską! – roześmiała się mama. – Albo mówienie „dzień dobry” sąsiadom.

– Albo bycie miłym dla siostry – dodała mściwie Marianka.

To trochę za dużo wyzwań jak dla jednej osoby – pomyślałem. Chyba na razie skupię się na nauce oddychania!

Robię postępy w przeszkadzaniu

Na lekcjach w szkole nie można przeszkadzać, bo się od razu dostaje uwagę do dziennika albo nalepkę ze smutną buzią. A na chórze jest inaczej. Przynajmniej tak było na dzisiejszej próbie.

Zaczęło się od tego, że pani Karolina przytargała ze sobą wielką, płócienną torbę, która straszliwie hałasowała. Kiedy tylko się ją trochę ruszyło albo przestawiło, z torby wydobywał się taki hałas, jakby w środku siedziała orkiestra z instrumentami. Oczywiście dziewczyny ruszały tę torbę, od kiedy tylko pani Karolina postawiła ją koło podestu. Nic nie było w stanie ich zniechęcić, a na pewno nie posądzenie o brak dobrego wychowania.

– Jesteście ciekawe, co tam mam? – zapytała w końcu pani Karolina, tak jakby tej ciekawości nie było widać ani słychać.


Pani Karolina sięgnęła do torby i wyłożyła na podłogę: kilka tamburynów, krowie dzwonki, trójkąty, grzechotki, drewniane pałeczki, puszki wypełnione grochem, bębenki, kołatki i sznurki z drewienkami.

 

– To są małe instrumenty perkusyjne, tak zwane przeszkadzajki – wyjaśniła.

– A po co nam one? – dopytywały się dziewczyny.

– Będziemy pracować nad poczuciem rytmu. Niech każdy z was weźmie sobie jeden z tych instrumentów i siądzie na podłodze.

Dziewczyny rzuciły się na instrumenty jak wygłodniałe gołębie na czerstwy chleb. W miejscu płóciennej torby pani Karoliny powstało kotłowisko, a dobiegające ze środka jęki i okrzyki sugerowały, że trwa tam walka na śmierć i życie. Nie wiedziałem, że dziewczyny mogą być takie dzikie.

Kiedy już każda wyrwała jakiś instrument, usiadły grzeczniutko na podłodze i cichaczem rozmasowywały sobie siniaki i zadrapania.

– Michał, a ty jaki instrument wybrałeś? – pani Karolina zwróciła się do mnie.

Spojrzałem na podłogę. Został tam już tylko jeden trójkąt i para drewnianych pałeczek. Szybko sięgnąłem po pałeczki.

– Dobry wybór. To australijskie timpi* – powiedziała pani Karolina. – Proszę, usiądź z timpi obok bębenków. Gosiu, ty masz trójkąt, więc przesiądź się do trójkątów. A ten zagubiony tamburyn zapraszam do tamburynów! – dodała, patrząc na Alicję, która nie wiadomo dlaczego zmierzała w kierunku pianina.

Byłem ciekawy dźwięku, jaki wydają moje australijskie pałeczki. Zacząłem nimi uderzać jedną o drugą. Dźwięk się zmieniał w zależności od siły i miejsca uderzenia. Może to dlatego, że pałeczki na jednym końcu były cieńsze, a na drugim grubsze i bardziej zaokrąglone. W dodatku pokrywały je tajemnicze wzory, które przypominały rzekę albo piaskowe wydmy. Te wzory były wypalone bezpośrednio na drewnie. Podobno Aborygeni właśnie tak ozdabiają swoje instrumenty, naczynia, a nawet skały. Wiedziałem to, bo oglądałem kiedyś książkę o najdłuższej australijskiej linii kolejowej i tam były różne informacje dotyczące miejscowości, przez które ta linia biegnie.

– Michał, świetnie trzymasz rytm! – Pochwała pani Karoliny wyrwała mnie z zamyślenia. – Teraz dołączają bębenki! I kołatki! I trójkąty!

Po chwili cała sala prób trzęsła się od naszego dzwonienia, bębnienia, grzechotania i dudnienia. Czułem się jak dyrygent orkiestry, bo wszyscy dostosowywali się do rytmu, który podawałem. A najlepsze było to, że wreszcie nic nie musiałem mówić. Pałeczki timpi mówiły za mnie.


Pani Karolina zachęcała nas, żeby grać na tych przeszkadzajkach głośno i z całych sił. Razem stworzyliśmy wielką przeszkadzajkową orkiestrę. Spokojnie moglibyśmy wystąpić na jakimś festiwalu i pokazać, że bez gitar elektrycznych też można dać czadu! Oliwka nawet rozpuściła włosy, żeby wyglądać bardziej dziko.

Tak minęło pół próby. Potem podzieliliśmy się na dwie grupy i jedna śpiewała piosenkę pod tytułem Psia moda, a druga „przeszkadzała”. Oczywiście wszyscy chcieli przeszkadzać, więc skład grup wciąż się zmieniał.


Kiedy zajęcia się skończyły, byliśmy spoceni i rozochoceni. Czułem się, jakbym był na meczu piłkarskim, a nie na próbie chóru. Z tą różnicą, że po meczu piłkarskim byłbym również posiniaczony.

– Proszę pani, a na następnej próbie też będą przeszkadzajki? – zapytała jedna z czterech Julek, które są w chórze. Nie wiem dokładnie która, bo jeszcze nie nauczyłem się ich rozróżniać.

– Nie, to były jednorazowe warsztaty – wyjaśniła pani Karolina. – Na następnych próbach zajmiemy się śpiewaniem… a rolę przeszkadzajek na pewno wezmą na siebie Agatka i Martynka. Prawda, dziewczyny?

Ale Agata i Martyna tego nie usłyszały, bo znowu gadały.

* Timpilypa – wytwarzane przez Aborygenów australijskich pałeczki z drewna eukaliptusowego używane jako przeszkadzajki.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?