Felix, Net i Nika oraz Klątwa Domu McKillianówTekst

Z serii: Felix Net i Nika #13
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Klątwa Domu McKillianów





Warszawa 2014

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Klątwa Domu McKillianów

ISBN: 978-83-64384-34-9

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl www.powergraph.pl Copyright © 2014 by Rafał Kosik Copyright © 2014 by Powergraph Copyright ©2014 for the cover and illustrations by Rafał Kosik and Jan Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik i Jan Kosik REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik KOREKTA: Maria Aleksandrow Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

¤

1. Nie pozwólcie, żeby był tam smutny

2. Większość katastrof wydarza się podczas lądowania

3. Wściekły Borsuk

4. Po tym jeziorze się nie pływa

5. A może zrobiliśmy dokładnie to, czego od nas oczekiwano

6. To tylko wyobraźnia

7. Lord McKillian zwyczajnie ściemnia

8. To nie jest zwykły sen

9. To nie jest tak, jak pan myśli

10. Machinownia

11. Widzę, że państwo nieźle się bawią

12. Panienka raczyła krzyknąć

13. Częste mycie skraca życie

14. Nie chcę tego zwiedzać ponownie

15. Czemu jeszcze nikt nas nie goni?

16. Adresat nieznany

17. Umarła za życia, żyć będzie wiecznie

Epilog

¤

Dla Cabana

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


1. Nie pozwól­cie,
żeby był tam smutny

W sali gim­na­stycz­nej Gim­na­zjum Numer Trzy­na­ście imie­nia pro­fe­sora Ste­fana Kusz­miń­skiego, umiesz­czo­nej dziw­nym kapry­sem archi­tekta na ostat­nim pię­trze, robiło się coraz cie­plej. Apel koń­czący rok szkolny cią­gnął się nie­mi­ło­sier­nie. Kil­ku­set gim­na­zja­li­stów zgod­nie nudziło się, zer­kało na prze­mian to na zegarki, to na błę­kitne niebo, zie­lone liście topól i kasz­ta­nów za oknami. Wszy­scy myślami byli już na waka­cjach. Oceny znali, a oso­bi­ste odbie­ra­nie świa­dectw z paskiem z rąk dyrek­tora magi­stra inży­niera Juliu­sza Sto­krotki było wąt­pli­wym wyróż­nie­niem.

Jedna osoba ocze­ki­wała wyczy­ta­nia swo­jego nazwi­ska z rado­sną nie­cier­pli­wo­ścią. Tą osobą był Net Bie­lecki. Szczu­pły i wysoki oku­lar­nik z kasz­ta­nową fry­zurą typu „nie­ostrożny elek­tryk” wyróż­niałby się z tłumu, nawet gdyby się nie wychy­lał i nie wier­cił przy każ­dym wyczy­ty­wa­nym nazwi­sku. A tym­cza­sem wychy­lał się i wier­cił. Nika Mic­kie­wicz, rudo­włosa dziew­czyna w bia­łym T-shir­cie, szkoc­kiej spód­niczce i nie­od­łącz­nych Mar­ten­sach, też się uśmie­chała, choć, w odróż­nie­niu od przy­ja­ciela, nie wycią­gała szyi i nie napi­nała się przy każ­dym wyczy­ty­wa­nym nazwi­sku. Po dru­giej stro­nie Neta sie­dział Felix Polon, przy­stojny blon­dyn. W prze­ci­wień­stwie do przy­ja­ciół nie przej­mo­wał się tym, co się dzieje na pod­wyż­sze­niu, tylko wyko­rzy­sty­wał czas, by skoń­czyć czy­ta­nie powie­ści Czło­wiek w labi­ryn­cie ukry­tej w otwar­tym ple­caku.

Net pod­sko­czył, gdy z ust dyrek­tora padło „Bie­drzycki”.

— Już myśla­łem, że Bie­lecki — mruk­nął z zawo­dem.

Nika pochy­liła się do niego i szep­nęła:

— Spo­koj­nie. Wyczy­tują kla­sami. Na razie wciąż jesz­cze pierw­sze.

— Wiem. Ale nie chcę prze­ga­pić.

Dziew­czyna pogła­skała go po ramie­niu. Net był wybit­nie uzdol­nio­nym infor­ma­ty­kiem, czego nie mógł znieść Eftep, nauczy­ciel infor­ma­tyki w tej szkole. Przy każ­dej oka­zji ze zwy­kłej zazdro­ści gnę­bił chło­paka. Ten apel był dla Neta szcze­gólny, Eftep miał mu bowiem oso­bi­ście wrę­czyć dyplom potwier­dza­jący pierw­sze miej­sce w ogól­no­pol­skiej olim­pia­dzie infor­ma­tycz­nej. Nauczy­ciel pró­bo­wał sce­do­wać to przy­kre dla niego zada­nie na dyrek­tora. Nie udało się. A to ozna­czało, że Net będzie miał swoją chwilę satys­fak­cji.

— Źre­bię orła na sześć liter — mruk­nął sie­dzący za nimi Gil­bert.

Net odwró­cił się do niego.

— Roz­wią­zu­jesz krzy­żówkę? Jak jakaś bab­cia?

— To krzy­żówka schi­zo­fre­niczna — wyja­śnił Gil­bert, nie pod­no­sząc wzroku znad zeszytu z krzy­żówkami. — Bab­cia by jej nie prze­szła.

— Pisklę — pod­po­wie­działa Nika.

— Nie­stety. Pierw­sza „r”.

Wresz­cie przy­szła kolej na klasę drugą „a”.

— Nika Mic­kie­wicz — oznaj­mił z ofi­cjal­nym uśmie­chem dyrek­tor.

Nika wstała.

— Mic­kie­wicz?! — jęk­nął Net. — Prze­cież Bie­lecki jest wcze­śniej.

Powie­dział to nieco za gło­śno. Nika zamarła w pół pierw­szego kroku. Nauczy­ciele, sie­dzący na pod­wyż­sze­niu przy stole przy­kry­tym zie­lo­nym suk­nem, zaczęli z nie­po­ko­jem prze­glą­dać papiery.

— Yyy… — Dyrek­tor Sto­krotka zamru­gał w zakło­po­ta­niu i z wyra­zem bez­rad­no­ści na twa­rzy obej­rzał się na grono peda­go­giczne.

— Teraz świa­dec­twa z paskiem — syk­nęła Nika, nachy­la­jąc się do Neta. — Dyplomy będą potem.

— Oj… — Net przy­gar­bił się. — Trema mnie zżera.

Czu­jąc na sobie spoj­rze­nia całej szkoły, wstał z ocią­ga­niem, z zamia­rem wyja­śnie­nia sytu­acji. Tyle że nie wymy­ślił jesz­cze żad­nego wyja­śnie­nia.

— Cho­dzi o to, że byli­śmy na poczcie… — Net roz­ło­żył ręce. — I tam są takie numerki… I jak tam byli­śmy kie­dyś, to mia­łem… wcze­śniej­szy…

Usiadł szybko, pocią­gnięty przez Felixa.

— Nic nie mów — syk­nął Felix. — Z każ­dym sło­wem jest coraz gorzej.

— Net, ty prze­cież nie masz świa­dec­twa z paskiem — wyja­śniła pani Jola, wycho­waw­czyni.

— Gdy­byś popra­wił geo­gra­fię, histo­rię i pol­ski na jakieś sió­demki z plu­sem, to kto wie? — dodała geo­gra­ficzka.

Sala odpo­wie­działa cichym pomru­kiem roz­ba­wie­nia. Net przy­gar­bił się jesz­cze bar­dziej. Nika tym­cza­sem ode­brała swoje świa­dec­two. Była chyba pięt­na­stą osobą, która wycho­dziła na pod­wyż­sze­nie, więc nikomu nawet nie chciało się uda­wać, że klasz­cze.

Kilka minut póź­niej wrę­czono ostat­nie świa­dec­two z paskiem i Net oży­wił się ponow­nie. Do mikro­fonu, zamiast Eftepa, pod­szedł jed­nak Czwar­tek, fizyk. Uśmiech­nął się, w odróż­nie­niu od dyrek­tora, szcze­rze, i prze­czy­tał:

— Felix Polon.

Felix naj­spo­koj­niej w świe­cie wstał i ruszył do przej­ścia.

— To pomyłka! — Net uniósł się i zaraz opadł z powro­tem. — Ja mia­łem…

— Nie dosta­łeś dyplomu z mię­dzysz­kol­nego kon­kursu wyna­laz­czo­ści, Net — uprze­dził go pan Czwar­tek. Dzięki temu dyrek­tor nie musiał mówić „Yyy…”, a nauczy­ciele prze­rzu­cać papie­rów. — Zacze­kaj na swoją kolej.

Felix uści­snął dłoń fizyka i wró­cił na miej­sce z dyplo­mem.

— Mię­dzysz­kolny kon­kurs wyna­laz­czo­ści? — prze­czy­tał szep­tem Net. — Nic nie mówi­łeś.

— Tak sobie wysła­łem. — Felix wzru­szył ramio­nami. — Nie sądzi­łem, że ktoś to doceni.

— A co wysła­łeś?

— Żyro­kom­pas od Golema Golema. Zapa­sowy. Odpi­sali, że to nie może dzia­łać, ale jest bar­dzo pomy­słowe.

— Powie­dzieli, że nie może dzia­łać, ale dali pierw­sze miej­sce?

— Widocz­nie inne wyna­lazki… jesz­cze bar­dziej nie mogły dzia­łać.

Golem Golem był andro­idem1 skon­stru­owa­nym przez Felixa, zapro­gra­mo­wa­nym przez Neta i nauczo­nym empa­tii przez Nikę. Żyro­kom­pas pozwa­lał mu utrzy­mać rów­no­wagę. Z pew­no­ścią dzia­łał, i to dzia­łał dosko­nale, bo Golem Golem potra­fił cho­dzić, bie­gać i wyko­ny­wać wiele innych skom­pli­ko­wa­nych czyn­no­ści.

 

Net oklapł i prze­stał podry­gi­wać przy każ­dym nazwi­sku. Zamy­ślił się, aż Nika trą­ciła go łok­ciem.

— Bie­gnij…! — szep­nęła.

— Co? — Spoj­rzał na nią z zasko­cze­niem i zro­zu­miał. Przy mikro­fo­nie stał Eftep i miał bar­dzo nie­szczę­śliwą minę. Net wstał i trium­fal­nie wyszedł z rzędu. No, pra­wie trium­fal­nie, bo potknął się o ostat­nie krze­sło i nie­mal się wygrzmo­cił na środku sali. Pod­sko­czył, uda­jąc, że było to celowe, i wolno pod­szedł do pod­wyż­sze­nia. Na samo pod­wyż­sze­nie nie wszedł, lecz wkro­czył z miną zbli­żoną do tej, jaką musiał mieć gene­rał MacAr­thur, przyj­mu­jąc kapi­tu­la­cję Japo­nii.

Eftep mruk­nął coś nie­wy­raź­nie i wrę­czył mu dyplom w teczce z logo Mini­ster­stwa Edu­ka­cji.

— Prze­pra­szam…? — Net uniósł brwi. — Nie dosły­sza­łem.

— Gra­tu­la­cje… — bąk­nął nauczy­ciel i wycią­gnął dłoń.

Net uści­snął ją i zapy­tał zachę­ca­ją­cym tonem:

— Z oka­zji…?

Eftep zakasz­lał i mię­dzy kaszl­nię­ciami wydu­kał:

— wyghrrr… aniahrrr… olimhrrr… pia­dyhrrr….

— Jakiej olim­piady?

Nauczy­ciel spoj­rzał na niego z nie­na­wi­ścią.

— Infor­ma­tycz­nej — powie­dział, tyle że nie do mikro­fonu.

— Dzięki… — Net ski­nął głową i wresz­cie puścił jego rękę. Trium­fal­nie uniósł nad głową dyplom. Owa­cji jed­nak nie było, ale nie­zra­żony tym chło­pak wolno wró­cił na miej­sce.

— Zemści się w trze­ciej kla­sie — zauwa­żyła szep­tem Nika.

— Gorzej niż dotych­czas to już nie będzie — zba­ga­te­li­zo­wał Net. — Przej­dzie mu przez waka­cje. Zresztą, jak mam ten dyplom, to może mi nafiu­kać.

— Ta ocena Bie­lec­kiego to chyba wynik rzutu monetą w tej całej nie­kom­pe­tent­nej komi­sji — mruk­nął jesz­cze Eftep, niby przy­pad­kiem sto­jąc obok mikro­fonu.

— Reszka! — wykrzyk­nął Gil­bert i zapi­sał coś w zeszy­cie. Zorien­to­wał się, że wszy­scy na niego patrzą. — No… źre­bię orła na sześć liter. Reszka.

Apel dopeł­zał do końca. Wresz­cie, po krót­kiej wstawce muzycz­nej, do mikro­fonu wró­cił dyrek­tor i zro­bił uro­czy­stą minę.

— Cóż, pozo­staje mi podzię­ko­wać per­so­ne­lowi pod­le­głej mi pla­cówki — zaczął pod­nio­słym tonem. Pani Jola skrzy­wiła się, sły­sząc pierw­sze zda­nie, a pan Czwar­tek zawczasu pochy­lił głowę i dys­kret­nie zasło­nił oczy. — Muszę rów­nież pogra­tu­lo­wać naszym pod­opiecz­nym wytrwa­łej pracy przez cały rok. Przy tej oka­zji szcze­gól­nie pra­gnę wyra­zić moje szczere i nie­wy­mu­szone wyrazy uzna­nia oraz pogra­tu­lo­wać ser­decz­nie pra­co­wi­tej i cier­pli­wej oraz jakże owoc­nej…

Wła­ści­wie to nikt już nie słu­chał prze­mó­wie­nia. Ucznio­wie znów sku­pili uwagę na dyrek­to­rze, dopiero gdy poznali po into­na­cji głosu, że zbliża się do końca.

— … dla­tego życzę wam i nam — Sto­krotka wska­zał ciało peda­go­giczne — uda­nych, sło­necz­nych, cie­płych, bez­desz­czo­wych waka­cji! A teraz może­cie wstać i odnieść krze­sła do swo­ich klas.

Ostat­nie zda­nia zagłu­szył rumor prze­su­wa­nych krze­seł. Po chwili ciało peda­go­giczne, z dyrek­to­rem magi­strem inży­nie­rem Juliu­szem Sto­krotką na czele, zostało na wprost sali peł­nej sto­ją­cych bądź leżą­cych bez­ład­nie krze­seł.

* * *

Poże­gna­nie z klasą było krót­sze, ale zde­cy­do­wa­nie bar­dziej oso­bi­ste. Pani Jola życzyła wszyst­kim uda­nych waka­cji i zaczęła inten­syw­nie wycie­rać nos, jakby dostała nagłego ataku kataru. Felix, Net i Nika wyści­skali wycho­waw­czy­nię, kole­gów i kole­żanki z klasy, obie­cali, że będą pisać i wrzu­cać zdję­cia na fejsa. Po czym nastą­pił moment, gdy opu­ścili mury szkoły na dwa mie­siące. Net zatrzy­mał się w poło­wie scho­dów, obej­rzał na szary budy­nek, a potem spoj­rzał przed sie­bie na błę­kitne niebo i zie­lony park z fon­tan­nami. Poki­wał głową z uzna­niem.

— W wię­zien­nic­twie to się nazywa „prze­pustka”.

Zbie­gli ze scho­dów, prze­szli przez ulicę i zaraz zna­leźli się w zupeł­nie pustej o tej porze kawiarni Zbędne Kalo­rie.

— Dzień dobry! — rzu­cili do pani Basi, wła­ści­cielki.

— Ostatni dzień w szkole? — zapy­tała ze smut­nym uśmie­chem. Przy­tak­nęli. Tu też mieli nie przy­cho­dzić przez całe waka­cje. — Podać to, co zwy­kle?

— Z podwójną bitą śmie­taną — spre­cy­zo­wał Net.

Usie­dli przy swoim ulu­bio­nym sto­liku w głębi salki i poło­żyli wyróż­nie­nia na stole, by je porów­nać.

— Pasek… — Net przy­glą­dał się świa­dec­twu Niki. — Faj­nie, że masz pasek. A to nic nie daje. Wygląda, jakby się zatan­ko­wany komar wkrę­cił w maszynę dru­kar­ską.

— Jasne, że daje. Mam sty­pen­dium naukowe i nie będę musiała pła­cić cze­snego w przy­szłym roku.

— No dobra, może i daje. A wie­cie, co mam dzięki temu? — Net poca­ło­wał swój dyplom. — Przyjmą mnie do dowol­nego liceum bez egza­mi­nów wstęp­nych.

— Cie­szymy się twoją rado­ścią, ale to dopiero za rok — zauwa­żyła Nika. — Ja bez sty­pen­dium bym nie dotrwała.

— I tak naj­waż­niej­sza była mina Eftepa. — Net uśmiech­nął się błogo na samo wspo­mnie­nie. — Widzie­li­ście to? He, he… Szkoda, że tego nie nagra­łem. Miał­bym potem anty­de­pre­sant pod ręką.

Felix przy­glą­dał się swo­jemu dyplo­mowi w mil­cze­niu. Wresz­cie powie­dział:

— A ja mam z tego czy­stą satys­fak­cję.

— I tym się tak przej­mu­jesz? — zapy­tał Net.

— Powie­dzieli, że to nie może dzia­łać.

— Prze­cież działa.

— Prze­stań… — Nika pokle­pała go w ramię. — Pomyśl lepiej o waka­cjach.

Felix ski­nął głową i zapy­tał:

— Ode­zwał się Angus2?

— Tak, ma jakoś teraz przy­słać ter­miny.

— Zaraz. — Net spoj­rzał na nią podejrz­li­wie. — Jak to… ode­zwał się?

— Prze­cież zapra­szali nas do sie­bie na rewi­zytę. Mie­li­śmy tylko usta­lić dokładny ter­min. Ich rodzice wypo­ży­czają jacht i jesz­cze nie wie­dzą dokład­nie kiedy.

— Ale… po co z nim kore­spon­du­jesz?

— Jesteś zazdro­sny… — Nika uśmiech­nęła się z nie­do­wie­rza­niem. — Zazdro­sny o e-maile?

— Nie… — Net powie­dział to w taki spo­sób, że zabrzmiało jak potwier­dze­nie. — Ale lepiej będzie, jak ja się tym zajmę. Wiesz… — puk­nął pal­cem w swój dyplom — jestem dyplo­mo­wa­nym infor­ma­ty­kiem.

Felix wypu­ścił gło­śno powie­trze i zapa­trzył się w wiru­jący na sufi­cie wen­ty­la­tor.

— Nie wie­rzę. — Nika pokrę­ciła głową. — Nie trzeba być infor­ma­ty­kiem, żeby wysłać e-mail albo wrzu­cić gdzieś zdję­cie.

— Ach, więc i zdję­cia mu wysy­ła­łaś?

— Dobra. — Nika była już tro­chę znie­cier­pli­wiona. — Chcesz się z nim doga­dy­wać, to się doga­duj. Tylko niczego nie namąć.

— Czy ja kie­dy­kol­wiek coś namą­ci­łem? — Net uśmiech­nął się z ulgą i wyjął tele­fon. — Zaraz mu napi­szę, żeby już ci nie zawra­cał głowy, bo odpo­czy­wasz po całym roku nauki.

— Zabie­raj­cie świa­dec­twa. — Pani Basia pode­szła z tacą. — Szkoda by je było popla­mić, a ta potrójna piana ledwo się trzyma.

— Łał… — Net otwo­rzył sze­rzej oczy na widok trzech szar­lo­tek z potrójną bitą śmie­taną i trzech cze­ko­lad na gorąco, rów­nież z potrójną śmie­taną. — Dzięki…

Net pierw­szy skoń­czył jeść i, z twa­rzą uwa­laną śmie­taną, pokle­pał się po brzu­chu.

— No, star­czy na jakieś pół godziny.

Nika wytarła mu usta ser­wetką.

— W twoim brzu­chu musi sie­dzieć jakiś obcy byt, który to wszystko kon­su­muje. — Pokrę­ciła głową z nie­do­wie­rza­niem.

— Może jutro wybie­rzemy się na pik­nik z Laurą — zapro­po­no­wał Felix. — I tak będzie u mnie. Zro­bimy naradę wypra­wową na świe­żym powie­trzu. Przy oka­zji wezmę Cabana. Wete­ry­narz powie­dział, że przyda mu się tro­chę ruchu.

— Pik­nik jak naj­bar­dziej — zgo­dził się Net. — Ale na narady to chyba za wcze­śnie.

— Prze­cież już zaczęły się waka­cje, a nic nie usta­li­li­śmy — zauwa­żyła Nika. — Nie wiemy, kiedy poży­czą ten jacht. Lepiej obga­dać wyjazd wcze­śniej, niż potem bie­gać i zała­twiać na ostat­nią chwilę.

— Wszystko ogarnę — zastrzegł Net. — Bilety i tak dalej. Będę się komu­ni­ko­wał z Angu­sem, a ty nie pisz już do nich, żeby nie wpro­wa­dzać zamie­sza­nia.

Nika z roz­ba­wie­niem poki­wała głową. Wstali.

— Ja sta­wiam. — Felix się­gnął po port­fel. — Dosta­łem na koniec roku małą pre­mię do tygo­dniówki.

Nika pod­nio­sła rachu­nek, zosta­wiony przez panią Basię pomię­dzy fili­żan­kami, i poka­zała go przy­ja­cio­łom. Na rachunku wid­niała suma do zapłaty: „0”.

— A niech to… — skrzy­wił się Net. — Mogłem powie­dzieć, że ja sta­wiam.

Spoj­rzeli pyta­jąco na panią Basię. Odpo­wie­działa uśmie­chem.

— Do widze­nia — powie­działa. — Posza­lej­cie sobie, bo za dwa mie­siące znów szkoła.

* * *

Felix otwo­rzył drzwi na bosaka. Miał na sobie dres i T-shirt, a włosy w zupeł­nie nie­fe­li­xo­wym nie­ła­dzie.

— Mie­li­ście być za pół godziny — powie­dział do sto­ją­cych na wycie­raczce Neta i Niki.

— Stary, nie wie­dzia­łem, że do cie­bie trzeba mieć numerki. — Net, nie cze­ka­jąc na zapro­sze­nie, prze­ci­snął się obok przy­ja­ciela i wszedł do hallu.

— Mam tro­chę bała­gan… — Felix prze­su­nął się, żeby wpu­ścić Nikę. — Wła­śnie sprzą­ta­łem.

Przy­biegł Caban, wielki i kudłaty czarny ter­rier rosyj­ski. Popi­sku­jąc, zaczął się witać. Powstrzy­my­wa­nie go nie miało sensu. I tak prę­dzej czy póź­niej musiał prze­ka­zać swoją por­cję namol­no­ści. Dopiero wygła­skany i wyści­skany, pozwo­lił gościom wejść dalej.

— O, woda leci w łazience. — Net nad­sta­wił ucha na odgłosy dobie­ga­jące od strony scho­dów na pię­tro.

— A, tak… — Felix w zakło­po­ta­niu podra­pał się po gło­wie. — Laura… pfff… Zepsuł jej się prysz­nic i wpa­dła umyć włosy.

— No tak. — Net poki­wał głową ze zro­zu­mie­niem. — Wczo­raj było zakoń­cze­nie roku, to dziś warto umyć głowę. Na wypa­dek, gdyby ktoś chciał zro­bić powtórkę.

Woda prze­stała lecieć, a po chwili z góry dobiegł głos Laury:

— Nie mogę zna­leźć suszarki.

— Jest w dol­nej łazience — odparł Felix i dopiero po chwili się zre­flek­to­wał. — Przy­niosę ci!

Wyko­nał kilka kro­ków, ale było już za późno. Laura w szla­froku Felixa zbie­gała z pię­tra. Koń­czyła wycie­rać wście­kle czer­wone włosy. Zoba­czyła przy­ja­ciół i uśmiech­nęła się do nich.

— Cześć. Wysu­szę kudły i możemy iść. — Znik­nęła za drzwiami łazienki.

— Spo­koj­nie. — Net wyszcze­rzył się w sze­ro­kim uśmie­chu. — Nie spiesz się. To my jeste­śmy przed cza­sem.

Spoj­rzał na Felixa i poru­szył poro­zu­mie­waw­czo brwiami. Felix uciekł wzro­kiem w bok.

Laura z suszarką wyszła z łazienki.

— Co za szczę­ście, że zało­ży­łam szla­frok — rzu­ciła i pobie­gła na górę.

— Nie tylko głowę myła. — Net znów spoj­rzał na Felixa i poru­szył brwiami.

— To ja zro­bię her­batę. — Felix obró­cił się na pię­cie i znik­nął w kuchni. — Albo kawę.

* * *

Dom Felixa wpraw­dzie nie stał na przed­mie­ściach, ale wystar­czył krótki spa­cer, by poczuć się pra­wie jak w lesie. W parku leśnym, poprze­ci­na­nym licz­nymi ścież­kami, stały gdzie­nie­gdzie ławki, teraz w więk­szo­ści zajęte przez napa­wa­ją­cych się wol­no­ścią i napo­jami, praw­do­po­dob­nie izo­to­nicz­nymi, gim­na­zja­li­stów i lice­ali­stów. Felix pro­wa­dził Cabana na krót­kiej smy­czy przy lewej nodze. Pies wyglą­dał jak mały czarny niedź­wiedź, dyszał i szedł grzecz­nie, nie zwra­ca­jąc uwagi na ludzi, psy, ptaki ani mrówki. Caban uwiel­biał spa­cery. Prawą dłoń Felixa trzy­mała Laura. Miała na sobie biały T-shirt z napi­sem „Ludzie się skoń­czyły, jedz dżem”, oliw­kowe bojówki i skó­rzaną torebkę typu nerka3 z wiel­kimi suwa­kami. Net, idący z Niką kilka kro­ków przed nimi, odwró­cił się i powie­dział:

— Pik­nik, mówi­łeś? Zadep­czą nas.

— Jest tu kilka razy wię­cej ludzi niż zwy­kle — przy­znał Felix. — Ale wystar­czy znać odpo­wied­nią miej­scówę. Tutaj w lewo.

Skrę­cili w mniej uczęsz­czaną ścieżkę, potem w jesz­cze mniej uczęsz­czaną, aż Felix zarzą­dził opusz­cze­nie utar­tego szlaku i wszedł mię­dzy krzaki. Cała czwórka, no i pies, wszy­scy prze­sko­czyli leżący pień, omi­nęli kil­ku­me­trowe chasz­cze i zna­leźli się w zupeł­nie bez­lud­nej czę­ści parku-lasu. Nie było sły­chać ludzi. Z oddali, przez śpiew pta­ków prze­bi­jał się jedy­nie cichy szum mia­sta.

 

— Gdzie się wszy­scy podziali? — Laura rozej­rzała się.

— Prze­ana­li­zo­wa­łem zdję­cia sate­li­tarne i zna­la­złem to miej­sce — odparł Felix.

— Nikt tu nie wcho­dzi, bo tu nie ma żad­nych ście­żek — zauwa­żyła Nika. — Cie­kawe, czemu tak to zapro­jek­to­wali.

— Tutaj wszyst­kie ścieżki powstają i zni­kają spon­ta­nicz­nie. Nie ma planu tego parku.

— I tu nie powstały? — zapy­tała Laura.

— No… parę lat temu prze­cho­dziły tędy dwie ścieżki — przy­znał Felix. — Posta­ra­łem się, żeby stały się mniej atrak­cyjne dla spa­ce­ro­wi­czów. Przy­cią­ga­łem i kła­dłem w poprzek gałę­zie, zmia­ta­łem na nie liście. Bar­dzo szybko ścieżki zaro­sły i po pro­stu znik­nęły.

— Chcesz powie­dzieć — zaczął podejrz­li­wym tonem Net — że zawłasz­czy­łeś sobie kawał parku?

— Nie zawłasz­czy­łem, prze­cież każdy może tu wejść.

— Więc nikt nie zauwa­żył, że ta część jest wyłą­czona z użytku — dodała z uzna­niem Laura. — Sprytne.

— Cza­sem ktoś tu wcho­dzi, ale 99,9% ludzi nie opusz­cza ście­żek. Ten kawa­łek parku jest dla nich nie­wi­dzialny, nawet nie mają poję­cia o jego ist­nie­niu.

— Zhac­ko­wa­łeś sys­tem. — Net skło­nił się z prze­sad­nym sza­cun­kiem.

— To był taki… eks­pe­ry­ment. Nie sądzi­łem, że się uda. Powstał mały rezer­wat przy­rody.

Dotarli na polankę, Nika roz­ło­żyła koc, a Felix wyjął sta­lową butelkę, cztery kubki i małą miskę. Nalał do wszyst­kich naczyń wodę. Kubki wrę­czył przy­ja­cio­łom, miskę zaś posta­wił przed Caba­nem, który naj­pierw gło­śno wychłep­tał wodę, a potem poło­żył się, zmę­czony.

— Po co to? — Net wziął ostroż­nie kubek.

— Testuję butelkę ter­miczną przed waka­cjami.

— Twój ple­cak znów będzie ważył sto kilo. Że też ci się tak chce. — Net spoj­rzał na Laurę. — Tata ma numer do dobrego hydrau­lika.

— Po co mi hydrau­lik? — zdzi­wiła się Laura.

— Tak na wszelki wypa­dek, gdyby kie­dyś zepsuł ci się na przy­kład prysz­nic.

— Zaczniemy od narady — prze­rwał mu ze zło­ścią Felix.

Usie­dli na kocu. Net poki­wał głową z teatral­nym zro­zu­mie­niem. Wyjął lap­top i uru­cho­mił go.

O, cześć! — ode­zwał się Man­fred4. Kamera na górze ekranu lap­topa obró­ciła się. — Pik­nik. Świet­nie. Uwiel­biam przy­rodę, świeże powie­trze i ciszę.

— Chcesz kieł­ba­skę z ogni­ska? — zapy­tał Net.

— Bar­dzo śmieszne. Co robi­cie?

— Felix zarzą­dził mocno przed­wcze­sną naradę w spra­wie wyjazdu.

— Nie lubię odkła­dać spraw na ostat­nią chwilę. — Felix otwo­rzył brud­no­pis i odkrę­cił skuwkę pióra wiecz­nego. Zapi­sał na górze czy­stej strony: „Do zała­twie­nia przed wyjaz­dem”, obok dodał datę i pod­kre­ślił wszystko. Poni­żej nary­so­wał małe kółeczko i zapi­sał przy nim: „Kupić bilety na samo­lot”. Pod spodem nary­so­wał kolejne kółeczko i napi­sał: „Wymie­nić pie­nią­dze”. Net przy­glą­dał się kolej­nym punk­tom z unie­sio­nymi brwiami.

— Na wszelki wypa­dek dory­suj kody paskowe — powie­dział.

— Śmiej się. — Felix nie prze­jął się. — Ja wolę teraz coś zapi­sać, niż przy­po­mnieć sobie o tym po star­cie samo­lotu.

— Prze­cież to jest oczy­wi­ste, że trzeba kupić bilety.

— O oczy­wi­stych spra­wach naj­ła­twiej zapo­mnieć. Sys­tem jest bar­dzo przej­rzy­sty. Kiedy sprawa jest zała­twiona, zama­lo­wuję kółeczko.

— Nie­sa­mo­wite, stary. Mamy kanapki czy coś? Wpi­sa­łeś je na listę?

Laura wyjęła z ple­caka cztery grube, zawi­nięte w papier kanapki. Caban natych­miast usiadł na skraju koca i całą uwagę sku­pił na źró­dle zapa­chu: na serze, jaj­kach i szynce z majo­ne­zem.

— Nic mu nie dawaj­cie — popro­sił Felix. — Jest na die­cie.

— I tak nie zamie­rza­łem się dzie­lić. — Net roz­wi­nął papier i wbił zęby w bułkę.

— Ni­gdy nie lecia­łam samo­lo­tem — ode­zwała się cicho Nika.

— Nie pękaj. — Net mówił z peł­nymi ustami. — Sta­ty­stycz­nie podróże lot­ni­cze są naj­bez­piecz­niej­sze. Są bez­piecz­niej­sze nawet od spa­ceru z kuchni do łazienki.

Dopiero po chwili sko­ja­rzył, że mama Niki wiele lat temu zgi­nęła w kata­stro­fie awio­netki.

— Oj, sorki… — dodał.

— Nie, spo­koj­nie. — Dziew­czyna odwi­nęła swoją kanapkę. — Po pro­stu mam coś w rodzaju…

Reise­fie­ber5 — pod­po­wie­działa Laura. — Stres przed­po­dró­żowy.

— Kasą się nie przej­muj — zapew­nił Net. — Robimy zrzutkę.

— Nawet nie o to cho­dzi. Dosta­łam tro­chę pie­nię­dzy na waka­cje od ciotki Ame­lii z Kra­kowa.

— Nie będziemy mieli na co wyda­wać pie­nię­dzy — dodał Felix. — Miesz­ka­nie, jedze­nie i trans­port mamy za darmo. Cho­ciaż kasę trzeba wziąć na wszelki wypa­dek.

Caban stra­cił nadzieję na prze­ką­skę. Wstał więc i wyru­szył na zwie­dza­nie naj­bliż­szej oko­licy. Z nosem przy ziemi obcho­dził oko­liczne trawy, krzaczki i zaro­śla, od czasu do czasu gło­śno zasy­sa­jąc co cie­kaw­sze zapa­chy. Felix tym­cza­sem doszedł do dwu­na­stego punktu w brud­no­pi­sie.

— Paku­jemy się w jedną wielką walizkę czy każdy osobno?

— Jeżeli ty będziesz ją cią­gnął, może być jedna — odparł Net.

— Jaki tam mają kli­mat? Jakie ubra­nia trzeba wziąć? — zain­te­re­so­wała się Laura.

— Skąd mam wie­dzieć? Na pewno cią­gle tam pada. Angus napi­sał tylko, że wystar­czy, jak weź­miemy po jed­nym stroju wie­czo­ro­wym. To oczy­wi­ste, bo na co mi druga piżama?

— Usta­le­nie ter­mi­nów. Coś wiemy?

Net uśmiech­nął się sze­roko.

— Wszystko zała­twi­łem. Zapra­sza nas na trzy­dzie­stego czerwca. Sie­dzimy tydzień w jego domku na szkoc­kim wypier­dzi­sze­wie, potem prze­no­simy się do lon­dyń­skiego miesz­ka­nia rodzi­ców Wil­liama.

Nika zer­k­nęła na ekran, ale Net zazdro­śnie odwró­cił lap­top do sie­bie.

— Pora­dzę sobie — zastrzegł. — Nie mie­szajmy kana­łów komu­ni­ka­cji, bo wynikną z tego nie­po­ro­zu­mie­nia.

Nika pokrę­ciła głową z dez­apro­batą. Ode­zwał się za to Man­fred:

— Prze­pra­szam, że się wtrą­cam, ale

— Nie martw się, zabie­rzemy cię — zapew­nił go Net, co oczy­wi­ście nie było konieczne, bo pro­gram sztucz­nej inte­li­gen­cji może być, gdzie chce, jeżeli tylko będzie się potra­fił tam sko­pio­wać.

— Nie wąt­pię. Chcia­łem tylko zwró­cić uwagę

— Daj spo­kój, nie marudź. Obczajmy tę listę, jak już tu jeste­śmy. — To ostat­nie było skie­ro­wane do Felixa.

— Chcia­łem tylko zwró­cić uwagę, że trzy­dzie­sty czerwca jest jutro.

— Man­fred, potem. Mamy teraz…

Zapa­dła cisza. Wszy­scy patrzyli po sobie, tra­wiąc tę infor­ma­cję.

— Jesteś pewien? — zapy­tała Nika.

— Tak. Dziś jest dwu­dzie­sty dzie­wiąty.

— Pyta­łam Neta, czy na pewno mamy zapro­sze­nie już na jutro.

Net wepchnął do ust ostatni kęs, pogryzł, prze­łknął i dopiero prze­czy­tał z ekranu po pol­sku:

— „Może­cie przy­je­chać trzy­dzie­stego czerwca. Odbie­rzemy was z lot­ni­ska w Glas­gow. Tydzień u mnie w Beastly­crag, tydzień u Wil­liama w Lon­dy­nie. Będzie nam bar­dzo miło was gościć, zapra­szamy oczy­wi­ście też Laurę. Obga­da­li­śmy wszystko z naszymi rodzi­cami. Co wy na to?”. Odpi­sa­łem, że oczy­wi­ście tak. A w poprzed­nim e-mailu… „Wygląda na to, że trzy­dzie­sty czerwca będzie naj­lep­szy. Potwier­dzę jesz­cze”. O! Mam też naj­now­szą wia­do­mość sprzed kwa­dransa. „Trzy­dzie­sty czerwca na sto pro­cent. Potwierdź­cie mi szybko, że dacie radę”. Jezu, prze­cież nie zdą­żymy ze wszyst­kimi przy­go­to­wa­niami!

— Zapy­taj go, czy to musi być ten trzy­dzie­sty — ode­zwał się Felix.

Net wkle­pał pyta­nie i wysłał. Felix przej­rzał listę.

— Może się uda, jeśli się sprę­żymy. — Skre­ślił kilka punk­tów. — Na przy­kład nie musimy kupo­wać prze­wod­ni­ków. Angus i Wil­liam pokażą nam wszystko, możemy też spraw­dzać muzea i inne atrak­cje w inter­ne­cie. Pasz­porty prze­cież mamy, kasę mamy, więc jeśli tylko zała­twimy bilety, to powinno się udać.

— Luz. Mamy jesz­cze parę godzin.

— Teraz powi­nie­nem ci przy­po­mnieć, jak narze­ka­łeś, że ta narada jest przed­wcze­sna.

— Nie pamię­tam niczego takiego. — Net poło­żył lap­top na kola­nach. — Kupię bilety. Potem się będziemy mar­twić, co dalej.

Może lepiej ja to zro­bię — zapro­po­no­wał Man­fred.

— Pro­szę cię — prych­nął Net. — Potra­fię jesz­cze kupić bilety.

— Jest mało czasu. Ja przej­rzę w sekundę wszyst­kie oferty.

— Dobra, dobra już. Rezer­wuj naj­tań­sze, ale cze­kamy na odpo­wiedź.

— Może być wylot o dwu­na­stej?

Pik­nię­cie oznaj­miło przyj­ście e-maila. Net poki­wał głową i powie­dział:

— Kupuj! Angus napi­sał: „Inny ter­min nie­stety nie wcho­dzi w grę. Przez resztę waka­cji jeste­śmy na rej­sie z rodzi­cami”.

— Cztery bilety na dwu­na­stą pięt­na­ście. War­szawaGlas­gow.

Laura od pew­nego czasu sie­działa w mil­cze­niu ze wzro­kiem wbi­tym w zie­mię, co było do niej bar­dzo nie­po­dobne.

— Trzy — powie­działa. — Wystar­czą trzy.

Pozo­stali spoj­rzeli na nią.

— W ponie­dzia­łek wyjeż­dżam na obóz jeź­dziecki.

Ciszę prze­rwały jakieś okrzyki w oddali. Dawały się zro­zu­mieć słowa „czarna bestia” i „chodu!”. Przez krzaki i zaro­śla widać było grupkę rowe­rzy­stów, z któ­rych część peda­ło­wała zawzię­cie, odda­la­jąc się szybko, część zaś w panice zeska­ki­wała z rowe­rów. W ich stronę cwa­ło­wał Caban.

— Nie­le­galna ścieżka przez pry­watny park? — zapy­tał Net.

Czarne futro falo­wało, uszy powie­wały od pędu powie­trza, sły­chać było trzask łama­nych gałą­zek i tra­to­wa­nych krza­ków.

— Caban! — Felix zerwał się i pobiegł za psem. — Caban, chodź tu!!!