Felix, Net i Nika oraz Pułapka NieśmiertelnościTekst

Z serii: Felix Net i Nika #4
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Pułapka Nieśmiertelności





Warszawa 2013

Rafał Kosik

Felix, Net i Nika oraz Pułapka Nieśmiertelności

ISBN: 978-83-61187-35-6

Wydawca:

Powergraph

ul. Cegłowska 16/2

01-803 Warszawa

tel. 22 834 18 25

e-mail: powergraph@powergraph.pl www.powergraph.pl Copyright © 2007-2013 by Rafał Kosik Copyright © 2007-2013 by Powergraph Copyright © 2007-2013 for the cover and illustrations by Rafał Kosik Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. PROJEKT GRAFICZNY: Rafał Kosik REDAKCJA: Kasia Sienkiewicz-Kosik, Alicja Bobrowicz KOREKTA: Anita Karwowska, Maria Aleksandrow Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Spis treści

¤

1. Drzwi

2. Wszystkich Świętych

3. Goście

4. Zadanie

5. Makulatura

6. Cebulowa radość po rozstaniu

7. Podstęp

8. Nocna ucieczka

9. Nawiedzony dom

10. Patologia savoir-vivre'u

11. Musical

12. Instytut

13. Babcia Lusia

14. Podwójna ściema

15. Wyprawa

16. Dnionoc w podmieście

17. Bazyliszek

18. Bratosiostra

Dla Jasia

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


1. Drzwi

Lśniący meta­licz­nie robot cięż­kim kro­kiem wspi­nał się po scho­dach pro­wa­dzą­cych do szkoły. Było już ciemno, a chyba nie naj­le­piej widział w ciem­no­ściach, bo srebrną dło­nią chwilę macał drzwi, nim odna­lazł klamkę. Z tru­dem wkro­czył do hallu. Stróż nocny, pan Syl­we­ster, spoj­rzał na niego znu­dzo­nym wzro­kiem i powró­cił do oglą­da­nia tele­wi­zji – widział tego wie­czoru tyle nie­zwy­kłych postaci, że kan­cia­sty robot nie był w sta­nie go zdzi­wić.

Sto­jący obok drzwi Spi­der­man podał robo­towi zło­żoną na pół kartkę, a Robin Hood odha­czył pozy­cję na trzy­ma­nej w dłoni liście. Robot roz­po­czął powolną wspi­naczkę po scho­dach. Wyprze­dził go astro­nauta w bia­łym kom­bi­ne­zo­nie, a Ter­mi­na­tor w skó­rza­nej kurtce i oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych zarzu­cił sobie na ramię shot guna.

Robot dotarł wresz­cie na trze­cie pię­tro, skąd roz­no­siła się po całym budynku gło­śna muzyka. Nikogo nie zdzi­wił widok wcho­dzą­cego do sali gim­na­stycz­nej człe­ko­kształt­nego robota. Przed chwilą, na scho­dach, wyda­wał się jak z innej bajki, tutaj jed­nak stra­cił całą swoją nie­zwy­kłość i nikt nie zwró­cił na niego uwagi. Sala pełna była pod­ska­ku­ją­cych do rytmu Smo­ków Wawel­skich, sztur­mow­ców Impe­rium Galak­tycz­nego, Bat­ma­nów, Super­ma­nów, Har­rych Pot­te­rów, gobli­nów, śpią­cych kró­le­wien, złych macoch, wam­pi­rzyc i cza­row­nic. Jedy­nie Psz­czółka Maja smęt­nie sie­działa w kącie.

Felix rozej­rzał się. Z wnę­trza głowy robota, przez małe otwory w tek­tu­rze, nie­wiele mógł dostrzec. Nie potra­fił roz­po­znać nikogo zna­jo­mego. Sytu­ację pogar­szał fakt, że wszy­scy byli poprze­bie­rani, a za oświe­tle­nie słu­żyły stro­bo­skopy i kolo­rowe, miga­jące reflek­tory. Na zmianę kostiumu było oczy­wi­ście za późno.

Ktoś go potrą­cił. Felix obej­rzał się i zoba­czył tylko plecy… cze­goś zie­lo­nego. Zachwiał się i nadep­nął na ogon dino­zaura, który w odpo­wie­dzi groź­nie wark­nął.

— Sorki — rzu­cił Felix i odda­lił się prędko.

Na pod­wyż­sze­niu, za bary­kadą z gło­śni­ków i wzmac­nia­czy, DJ ryt­micz­nie kiwał głową. Jedną ręką popra­wiał usta­wie­nia na kon­soli, drugą prze­rzu­cał winy­lowe płyty w alu­mi­nio­wym kufrze. Zza niego co kilka sekund wydo­by­wał się dym. Spły­wał na pod­łogę i snuł się mię­dzy nogami tań­czą­cych.

Felix znów kogoś nadep­nął. Z tyłu roz­legł się dziew­częcy pisk. Chło­pak odwró­cił się gwał­tow­nie i tek­tu­ro­wym ramie­niem strą­cił z głowy małej ste­war­desy błę­kitną cza­peczkę.

— Sorki — powie­dział prze­pra­sza­ją­cym tonem. — Naprawdę sorki.

Drobna blon­dynka o twa­rzy lalki patrzyła na niego z wście­kło­ścią. Nachy­lił się po jej czapkę, nie­stety ona zro­biła to w tym samym momen­cie. Zde­rzyli się gło­wami. To zna­czy głowa ste­war­desy ude­rzyła w tek­tu­rowe pudło uda­jące głowę robota. Wypro­sto­wali się oboje, a Felix zdjął pudło i wyja­śnił:

— Bar­dzo ogra­ni­cza widocz­ność.

Schy­lił się, a dziew­czyna ponow­nie zro­biła to samo. Puk­nęli się gło­wami.

— Robisz to celowo? — zapy­tała ze zło­ścią.

Masu­jąc czoło, ostroż­nie przy­kuc­nęła i, nie spusz­cza­jąc Felixa z oczu, po omacku odszu­kała cza­peczkę. Ktoś go trą­cił i, żeby zła­pać rów­no­wagę, chło­pak prze­sta­wił nogę. Blon­dynka znów pisnęła, a Felix poczuł, że stoi na jej dłoni. Cof­nął się szybko i rzu­cił:

— Nie­sa­mo­wi­cie mi przy­kro!

— Nie zbli­żaj się wię­cej do mnie! — pogro­ziła mu pal­cem, ener­gicz­nie się odwró­ciła i ode­szła.

Felix wdział głowę robota i po raz kolejny pomy­ślał, że nie znosi balów prze­bie­rań­ców. Dopóki nie roz­po­zna kogoś zna­jo­mego, może tylko cho­dzić i obi­jać się o wszyst­kich. A nie­prędko kogoś roz­po­zna przez te małe otworki.

W jego polu widze­nia poja­wili się Oskar i Wik­tor. Nie byli zama­sko­wani, uda­wali braci syjam­skich. Mieli wiel­kie spodnie z trzema nogaw­kami – ta środ­kowa była szer­sza i mie­ściła po jed­nej nodze oby­dwu „braci” – oraz swe­ter z dwoma ręka­wami i dwoma otwo­rami na głowy. Poru­szali się z tru­dem, uty­ka­jąc na środ­kową nogę, ale wyglą­dali na cał­kiem zado­wo­lo­nych.

Zamie­nili parę słów z duchem „zro­bio­nym” z prze­ście­ra­dła, zauwa­żyli Felixa i pokuś­ty­kali w jego stronę.

— Cześć, Felix. Myślisz, że mamy szansę na wygraną? — zapy­tał Oskar. — Będziesz na nas gło­so­wał?

— Nie speł­nia­cie wymo­gów for­mal­nych — odparł Felix. — Mają być król i kró­lowa balu.

— E tam… Żyjemy w wol­nym kraju.

— A tak w ogóle… skąd wie­cie, że to ja?

— A kto inny mógł się prze­brać za robota? — odpo­wie­dzieli razem, spoj­rzeli na sie­bie, par­sk­nęli śmie­chem i ode­szli lob­bo­wać1 dalej.

Felix rozej­rzał się i zaczął się zasta­na­wiać, za kogo mogli się prze­brać Net i Nika. Głu­pio by było mijać się przez cały wie­czór.

Para­pety zdo­biły szcze­rzące się groź­nie dynie. Świe­ciły na poma­rań­czowo. Hal­lo­ween, noc duchów. Rok temu, dokład­nie w Hal­lo­ween, Felix, Net i Nika mieli bli­skie spo­tka­nie trze­ciego stop­nia z praw­dzi­wym duchem. W tym roku liczyli na dobrą zabawę. I na nic wię­cej.

Felix zauwa­żył Aure­lię. Kla­sowa pięk­ność była ubrana w strój… kró­lo­wej balu. Cią­gnąca się po ziemi biała suk­nia bły­skała dże­tami.

— Samo­speł­nia­jąca się prze­po­wied­nia — mruk­nął pod nosem i odpro­wa­dził ją wzro­kiem.

Zdo­łał roz­po­znać jesz­cze Kle­mensa, prze­bra­nego za Super­mana. Bluza była za duża i logo „S” znaj­do­wało się na samym środku oka­za­łego brzuszka. Felix dopchał się do rogu sali, zdjął głowę robota i mul­ti­to­olem wyciął więk­sze otwory na oczy. Gdy wró­cił w pod­ska­ku­jący tłum, poczuł puka­nie w ramię, a raczej w wierzch kar­to­no­wego pudła uda­ją­cego kor­pus robota. Odwró­cił się, natra­fia­jąc spoj­rze­niem na zakap­tu­rzoną postać z kosą w dłoni.

— Uwa­żaj! — Felix spoj­rzał na cał­kiem real­nie wyglą­da­jące ostrze. — Możesz tym kogoś ciach­nąć.

— Nie­wy­klu­czone — odparła postać i pchnęła lekko kosę, tak że jej szpic prze­bił tek­turę głowy robota.

 

Felix, zezu­jąc, zer­k­nął na podłużną szcze­linę, przez którą prze­świe­cały kolo­rowe reflek­tory, potem na cień pod postrzę­pio­nym kap­tu­rem. Nie mógł doj­rzeć twa­rzy.

— Mar­cel? — zapy­tał ostroż­nie.

— Jestem Ponu­rym Żni­wia­rzem — odparł chro­po­wa­tym gło­sem zakap­tu­rzony.

Feli­xowi prze­szedł po ple­cach dreszcz. Zamru­gał ner­wowo, zasta­na­wia­jąc się, co powi­nien powie­dzieć.

Żni­wiarz stał chwilę nie­ru­chomo, po czym wycią­gnął przed sie­bie coś pła­skiego i czar­nego.

— To dla cie­bie — wychry­piał.

Felix wziął wymiętą czarną kopertę. Obej­rzał ją ze wszyst­kich stron i zamie­rzał wła­śnie otwo­rzyć, gdy został potrą­cony przez rudo­włosą mumię.

— Hej! — zawo­łała mumia.

Jeśli Felix miał jakieś wąt­pli­wo­ści co to tego, kto prze­brał się za mumię, to wystar­czyło, że spoj­rzał w dół, a wąt­pli­wo­ści ulot­niły się. Była to z pew­no­ścią jedyna mumia na świe­cie, która nosiła mar­tensy.

— W tym stroju nie zosta­niesz kró­lową balu — trzeźwo zauwa­żył Felix.

— Nie zależy mi — Nika wzru­szyła ramio­nami, wciąż podry­gu­jąc do rytmu.

Felix przy­po­mniał sobie o Ponu­rym Żni­wia­rzu, ale tam­ten już roz­pły­nął się w tłu­mie.

— Widzia­łaś Neta? — zapy­tał.

— No, prze­cież tu jestem — oznaj­mił Net.

Felix odwró­cił głowę. Za nimi stał wod­nik Szu­wa­rek w masce do nur­ko­wa­nia, płe­twach i zie­lo­nym kom­bi­ne­zo­nie prze­ciw­che­micz­nym.

— Cześć — uśmiech­nął się pod pudłem Felix. — Już myśla­łem, że to ja mam naj­głup­sze prze­bra­nie.

— Zmar­twię cię — poki­wał głową Net. — Masz naj­głup­sze prze­bra­nie.

— Nie cier­pię balów prze­bie­rań­ców…

— Nie znasz się. Cie­ka­wych rze­czy można się naoglą­dać. — Net zer­k­nął na ban­daże Niki i uśmiech­nął się. — Strój może i nie wyj­ściowy, ale za to jaki obci­sły!

Muzyka nieco przy­ci­chła i z gło­śni­ków dobiegł głos dyrek­tora magi­stra inży­niera Juliu­sza Sto­krotki:

— Przy­po­mi­namy, że do wyboru króla i kró­lo­wej balu została tylko godzina! Jesz­cze można zgła­szać kan­dy­da­tów!

Muzyka wró­ciła do poprzed­niej gło­śno­ści, a dyrek­tor, prze­brany za… hra­biego Dra­culę, zszedł z podium DJ-a i porwał do tańca Ekierkę, nauczy­cielkę mate­ma­tyki, prze­braną za rusałkę. Przy jej tuszy efekt był nieco inny od zamie­rzo­nego. Zresztą Dra­cula z wiel­kim brzu­chem też wyglą­dał dość oso­bli­wie.

— Wam­pir tłusz­czowy — pod­su­mo­wał Net.

— Przed chwilą spo­tka­łem dziw­nego gościa — Felix wciąż ści­skał w dłoni czarną kopertę. — Powie­dział, że jest Ponu­rym Żni­wia­rzem.

— A dla­czego ponu­rym? — rzu­cił bez­tro­sko Net. — Kom­bajn mu się zepsuł?

— Chyba nie cho­dziło o takiego żni­wia­rza…

— Wiem prze­cież, ale bawimy się i uda­jemy, że się nie boimy.

— A czego mie­li­by­śmy się bać? — ze sztucz­nym luzem zapy­tał Felix. — On był tylko prze­brany.

— No… tak ogól­nie. Jest Hal­lo­ween. Dzień, kiedy wypada się bać i stra­szyć innych.

— Wystar­czy o tej porze zaj­rzeć do pra­cowni Butlera — zauwa­żyła Nika. — To byłoby znacz­nie strasz­niej­sze niż wszystko, co wymy­ślimy.

— Mam taki pomysł — Net uniósł palec. — Nie zaglą­dajmy do pra­cowni Butlera. A ten list lepiej… wyrzu­cić. Ina­czej znów się w coś wła­du­jemy.

Patrzyli w mil­cze­niu na kopertę w dłoni Felixa. Wokoło tań­czyły baj­kowe posta­cie.

— Albo wła­du­jemy się, jak nie prze­czy­tamy — przy­pu­ścił Felix.

— Może to dodat­kowa karta do gło­so­wa­nia na króla i kró­lową balu — pod­su­nęła bez prze­ko­na­nia Nika.

— Nie rób sobie nadziei — Net nagle spo­waż­niał. — To są kło­poty. Ja to czuję.

Felix musiał krę­cić głową, bo naraz w polu widze­nia mie­ściła mu się tylko jedna osoba.

— Otwie­ram — oświad­czył.

Wod­nik Szu­wa­rek skrzy­wił się, a wyrazu twa­rzy mumii nie można było poznać zza ban­daży. Wewnątrz koperty była zło­żona na czworo czarna kartka. Bez napi­sów.

— Hm… — mruk­nął Felix. Uniósł list pod świa­tło. — Coś tu jest, jakby się błysz­czało… Wyjdźmy na kory­tarz.

Ruszył, obi­ja­jąc się o Poke­mona, Fred­diego Kru­gera, topie­licę i Fran­ken­ste­ina. Mumia i wod­nik podą­żyli za nim. Zosta­wili za sobą grzmiącą muzykę i sta­nęli pod ścianą kory­ta­rza, po kolana w roz­rze­dzo­nym dymie, wśród paru innych, chcą­cych chwilę spo­koj­nie poroz­ma­wiać kre­atur.

Felix usta­wiał kartkę pod róż­nymi kątami, aż ujrzał błysz­czące, jakby napi­sane lakie­rem bez­barw­nym, litery.

— „Ocze­kuj­cie wię­cej” — prze­czy­tał.

— I wrę­czył ci to Ponury Żni­wiarz? — upew­nił się Net. — Pan Śmierć? Taki z kosą?

— Tak wyglą­dał.

— Nie­zły tekst, zwa­żyw­szy na osobę posłańca — Net nachy­lił się nad kartką. — Ocze­kuj­cie wię­cej… I pew­nie jesz­cze napi­sany krwią?

— Szcze­rze mówiąc, wolę nie spraw­dzać — mruk­nął Felix.

Zło­żył kartkę, wsu­nął do koperty i z tru­dem wepchnął do kie­szeni spodni pod tek­tu­rową obu­dowę nogi robota.

— Eee… wyrzućmy to — nie­udol­nie pró­bo­wał baga­te­li­zo­wać Net. — To pew­nie reklama super­mar­ketu: Ocze­kuj­cie wię­cej! 100 g sal­ce­sonu świę­to­krzy­skiego gra­tis. Nie warto sobie zawra­cać tym głowy.

— Nie powin­ni­śmy tego lek­ce­wa­żyć — oświad­czyła Nika. — Myślę, że otrzy­mamy następną wia­do­mość.

— Prze­cież to bez sensu — roz­pacz­li­wie cią­gnął Net. — To tak, jakby listo­nosz przy­cho­dził do cie­bie i mówił, że jutro przy­nie­sie list, bo dziś ktoś go dopiero pisze.

— To ma sens — zaprze­czyła Nika. — To gwa­ran­cja, że wła­ściwą wia­do­mość potrak­tu­jemy poważ­nie.

— Co ty powiesz?! — Net prze­chy­lił głowę. — Nie odbie­ram żad­nych listów! Będę robił pospieszny trans­fer ze skrzynki do zsypu. Niczego nie zamie­rzam trak­to­wać poważ­nie.

— Już trak­tu­jesz to poważ­nie.

Net spoj­rzał na nią prze­cią­gle i powie­dział:

— Roz­wi­jasz się.

— W sen­sie? — zapy­tała Nika.

— W sen­sie ban­da­żo­wym. Lewa noga ci się roz­wija.

— Aha… — Nika schy­liła się i zaczęła owi­jać ban­daż wokół łydki. Net przy­glą­dał się jej uważ­nie, wresz­cie zapy­tał:

— Co masz pod tymi ban­da­żami?

— Nie­wiele…

— To jak tu przy­je­cha­łaś? — zanie­po­koił się lekko. — I jak masz zamiar wró­cić?

— Mam w szatni płaszcz po tacie — skoń­czyła moco­wać mate­riał i wypro­sto­wała się. — Sięga mi pra­wie do kostek. A ban­daż z głowy odwinę.

— No cóż… — Net przyj­rzał się jej kry­tycz­nie. — Zapewne wyglą­dasz w tym płasz­czu jak klo­szard nowi­cjusz. Może weź­miemy taxę? Pyta­nie o kasę pojawi się na końcu. A ostatni wysiada Felix…

Nika zachi­cho­tała pod nosem.

— Tata przy­je­dzie po nas o dzie­wią­tej — odparł Felix.

— Jak miło.

— Jest jedno wyj­ście ze szkoły — wró­cił do tematu Felix. — Ponury Żni­wiarz musiał tam­tędy wyjść, albo gdzieś się scho­wał.

— Spy­tajmy Syl­we­stra — zgo­dziła się Nika. — Albo tych dwóch, co roz­dają karty do gło­so­wa­nia.

— To wyja­śni, że ci się przy­wi­działo — dodał Net — i zakoń­czy temat. Bo nie zamie­rzam prze­szu­ki­wać szkoły.

Nie­zdarny robot, płe­twia­sty wod­nik i roz­wi­ja­jąca się mumia zeszli na par­ter, ale nie zna­leźli ani Spi­der­mana, ani Robin Hooda. Oparli się o blat recep­cji. Robot chrząk­nął. Pan Syl­we­ster nie­chęt­nie odwró­cił wzrok od tele­wi­zora. Byłby chyba szczę­śliw­szy, gdyby całe zamie­sza­nie z balem już się skoń­czyło.

— Prze­pra­szam, czy widział pan zakap­tu­rzoną postać w postrzę­pio­nej sza­cie? — zapy­tał robot. — Miała w ręku kosę.

Stróż nocny powiódł po nich zmę­czo­nym spoj­rze­niem.

— Nie powin­ni­ście się dziś bawić — oznaj­mił.

— Prze­cież dziś jest Hal­lo­ween — zauwa­żył wod­nik.

— A jutro jest Wszyst­kich Świę­tych — Syl­we­ster wyce­lo­wał w niego pal­cem. — I to jest praw­dziwe święto, nie te ame­ry­kań­skie wymy­sły2.

— Wszyst­kie pol­skie święta są smutne i nudne — Szu­wa­rek wzru­szył zie­lo­nymi ramio­nami. — Zresztą to dopiero jutro.

— Rób­cie jak chce­cie, ale to się źle skoń­czy.

— A ta postać z kosą? — nale­gał robot. — Czy wycho­dziła przez ostat­nich parę minut?

— Nie pamię­tam nikogo takiego — pan Syl­we­ster odwró­cił się do tele­wi­zora, tym samym dając do zro­zu­mie­nia, że roz­mowa dobie­gła końca.

Przy­ja­ciele wie­dzieli, że niczego wię­cej nie wskó­rają. Zer­k­nęli jesz­cze w stronę skle­piku, otwar­tego o tej porze z powodu imprezy, ale sprze­dawca, pan Robert, nie darzył ich szcze­gólną sym­pa­tią. Woleli nawet nie pytać. Wolno ode­szli w kie­runku scho­dów.

— Więc nie wyszedł — oce­nił Net. — Zakła­da­jąc oczy­wi­ście, że nie nawą­cha­łeś się farby z tego robota i Ponury Żni­wiarz nie wymy­ślił ci się sam.

— Pod­czas pre­zen­ta­cji kan­dy­da­tów na króla i kró­lową balu na sali gim­na­stycz­nej będzie włą­czone świa­tło — stwier­dził robot. — Odnaj­dziemy Ponu­rego Żni­wia­rza i zapy­tamy, o co cho­dzi — zer­k­nął na zega­rek. — To za pięć­dzie­siąt minut.

— Chodźmy poska­kać — zapro­po­no­wał wod­nik. — W tych płe­twach mam zaje­nie­złe wybi­cie.

— A ja w tej tek­tu­rze… lepiej nie mówić. Jak zawra­cam, to prze­wra­cam wszyst­kich wokoło.

— To też jakiś efekt… Ale, szcze­rze mówiąc, myślę, że prze­bra­łeś się tak wła­śnie po to, żeby nie musieć tań­czyć.

Z wnę­trza tek­tu­ro­wej głowy dobie­gło tylko nie­wy­raźne mruk­nię­cie.

W mil­cze­niu wspi­nali się po scho­dach. Wod­nik czła­pał nie­zdar­nie w płe­twach, trzy­ma­jąc się porę­czy.

— Spró­buj tyłem — zapro­po­no­wał robot.

Net odwró­cił się i fak­tycz­nie szło mu się lepiej.

— Mózg w służ­bie czło­wieka… — mruk­nął.

Dotarli na trze­cie pię­tro. Kilka osób ze śmie­chem prze­bie­gło obok i znik­nęło za drzwiami naj­bliż­szej sali. Po chwili dobie­gły stam­tąd ści­szone chi­choty. Wod­nik tęsk­nie zer­k­nął na mumię, ale nic nie powie­dział. Robot za to patrzył w głąb kory­ta­rza.

— Czy tam coś nie bły­ska? — zapy­tał.

— Pożar? — wod­nik spoj­rzał we wska­za­nym kie­runku. — Aż dreszcz czło­wieka prze­cho­dzi. Uwiel­biam atmos­ferę Hal­lo­ween.

— To raczej zwar­cie elek­tryczne. Ale… może spo­wo­do­wać pożar.

Przyj­rzeli się dokład­niej dal­szej czę­ści kory­ta­rza. Coś fak­tycz­nie nie­re­gu­lar­nie bły­skało zza rogu, oświe­tla­jąc pło­żący się przy ziemi sztuczny dym.

— Może komuś o tym powiemy? — W gło­sie wod­nika dawało się wyczuć nadzieję.

— A jak to tylko zepsuta świe­tlówka?

— Wtedy… wyj­dziemy na idio­tów — przy­znał wod­nik.

— Więc zer­k­nijmy, zanim wezwiemy straż pożarną, poli­cję i woj­sko.

— Nie wiem, czy ja nie wolę wyjść na idiotę — przy­znał się wod­nik zza maski do nur­ko­wa­nia.

— Dla­czego tak lubisz hor­rory, skoro potem się boisz? — zapy­tała mumia.

— Lubię hor­rory… ale tak bez­piecz­nie. Przed tele­wi­zo­rem, z chip­sami do zagry­za­nia. I wami albo cho­ciaż Man­fre­dem, który w dra­ma­tycz­nych momen­tach pod­trzyma mnie na duchu. To jak szcze­pionka. Hor­rory są tak straszne, że potem przez kon­trast codzienne życie wydaje mi się znacz­nie przy­jem­niej­sze.

Prze­szli kory­tarz i zatrzy­mali się przed zakrę­tem. W wyfro­te­ro­wa­nej posadzce odbi­jało się nie­rów­no­mierne, fio­le­to­wo­nie­bie­skie świa­tło i pod­świe­tlało sztuczny dym, two­rzący przy pod­ło­dze fan­ta­styczne kształty. Trójka kre­atur kon­tem­plo­wała to zja­wi­sko dłuż­szą chwilę.

— Cza­sem jed­nak… — wod­nik prze­łknął ślinę. — Cza­sem szcze­pionka oka­zuje się za słaba.

Pierw­szy w kie­runku migo­ta­nia ruszył robot.

— Mało ci tej koperty? — zapy­tał pod­nie­sio­nym gło­sem wod­nik, ale poczła­pał za nim. — Pew­nie to świe­tlówka odcho­dzi wła­śnie do kra­iny wiecz­nych łowów. Kurde, chodźmy stąd. Prze­pali się w Hal­lo­ween i będzie nas potem stra­szyć.

Cała trójka doszła do win­kla, wpra­wia­jąc w powolny ruch resztki sztucz­nego dymu. Patrzyli chwilę na pul­su­jący blask, wydo­by­wa­jący się spod drzwi jed­nej z sal, po czym robot orzekł:

— To nie świe­tlówka.

— Pro­szę, choć raz się mnie posłu­chaj­cie! — bła­gał wod­nik. — Mało mie­li­śmy kło­po­tów przez ostatni rok?

 

— Ale przy­naj­mniej nie było nudno — zauwa­żył robot.

— No wiesz… Może ja się wolę nudzić?

— Nie wolisz — robot zde­cy­do­wa­nym, tek­tu­ro­wym kro­kiem zbli­żył się do drzwi.

— Co to za sala? — zapy­tał postę­pu­jący za nim wod­nik.

— Tam są drzwi do 308, a następne to 309 — zauwa­żyła mumia. — Tu nie ma numeru…

— To drzwi 308 i pół — wyszep­tał zło­wróżb­nie wod­nik. — Prze­cho­dzi­li­śmy koło nich nie­mal codzien­nie i nie zwró­ci­li­śmy na nie uwagi. Bła­gam was! Wra­cajmy na bal!

— Dokład­nie rok temu nad salą 309 uka­zał się nam duch pro­fe­sora Kusz­miń­skiego — przy­po­mniał robot. — Chyba to miej­sce sprzyja zja­wi­skom para­nor­mal­nym.

— Musisz teraz o tym wspo­mi­nać? — głos wod­nika drżał. — Może ktoś tam ogląda tele­wi­zję… z wyłą­czo­nym dźwię­kiem?

— Co wła­ści­wie jest za tymi drzwiami? — zasta­no­wił się robot. — Komórka tech­niczna?

Pod­szedł bli­żej i wycią­gnął rękę.

— Nie doty­kaj klamki… — gło­sem ska­za­nego na porażkę popro­sił wod­nik.

— To ponad moje siły — robot poło­żył już na niej dłoń.

— Cho­ciaż nie naci­skaj…

— To sil­niej­sze ode mnie… — robot zaczął naci­skać klamkę.

— Może fak­tycz­nie lepiej nie — nagle zde­cy­do­wała mumia. Robot cof­nął rękę. Poświata pod drzwiami zami­go­tała i przy­ga­sła, jakby zawie­dziona jego rezy­gna­cją.

Wod­nik prze­łknął ślinę.

— Inte­rak­tywny blask — szep­nął.

— Cof­ną­łeś rękę i przy­ga­sło — przy­znała mumia. — Chodźmy na bal.

Teraz blask led­wie peł­zał pod kra­wę­dzią drzwi.

— Zaj­rzymy tu póź­niej — zgo­dził się robot.

Wolno wyco­fali się z kory­ta­rza i dotarli do sali gim­na­stycz­nej.

— Dla­czego, jak ona cię prosi, to ule­gasz, a jak ja, to nie? — ura­żo­nym gło­sem zapy­tał wod­nik.

— Eee… Może cho­dzi o to, że popro­si­li­ście mnie oboje?

— No nie wiem… Jakoś ci nie wie­rzę.

Wkro­czyli w świat miga­ją­cych kolo­rów i wibru­ją­cych dźwię­ków. DJ ze zsu­nię­tymi na tył głowy słu­chaw­kami dawał z sie­bie wszystko. Mik­so­wał wła­śnie Annę Jan­tar z Pro­digy, przy­pra­wia­jąc to sound­trac­kiem z „Gwiezd­nych wojen”. Klau­dia, prze­brana za postać z Mangi, tań­cząc w rytm tej mie­szanki w dłu­giej wycię­tej sukni, wyglą­dała naprawdę nie­źle. Chyba tak jak Aure­lia szy­ko­wała się do tytułu kró­lo­wej balu, bo zało­żyła na głowę błysz­czący dia­dem. Dziś, wyjąt­kowo, kla­sowe pięk­no­ści omi­jały się spo­rym łukiem. Obok krę­ciła się Olena w stroju egip­skiej księż­niczki: wysoko wią­za­nych san­da­łach, bia­łej spód­niczce ze zło­tym paskiem i bia­łym bez­rę­kaw­niku. Miała mocno obry­so­wane czarną kredką oczy.

— Też czu­je­cie, że tro­chę nam prze­bra­nia nie wyszły? — zapy­tał cicho wod­nik, prze­stę­pu­jąc z płe­twy na płe­twę. — A mogłem się prze­brać za Jamesa Bonda…

— Masz czter­na­ście lat — przy­po­mniał robot. — W stroju Bonda wyglą­dał­byś jak grzeczny wnu­czek na uro­dzi­nach babci.

— To nie sprawa wieku, ale wewnętrz­nej siły — zaprze­czył wod­nik. — Tę siłę zasy­mu­lo­wał­bym groźną miną.

— Ja wcale nie mam zamiaru zosta­wać kró­lem balu — odparł robot. — W ogóle nie lubię takich imprez.

— Co tak sto­icie? — zawo­łał zza ich ple­ców ktoś prze­brany za yeti.

— Roz­grze­wamy się psy­chicz­nie — odparł Felix. — Widzia­łeś faceta w czar­nym kap­tu­rze i z kosą w dłoni?

— Nie­stety, nie — yeti pokrę­cił głową. — A co u was?

— Jakoś tak… — Net zasta­no­wił się chwilę — po sta­remu. A u cie­bie?

— Też… po sta­remu. Na kogo będzie­cie gło­so­wać?

Przy­ja­ciele spoj­rzeli na sie­bie.

— Jakoś się nie zasta­na­wia­li­śmy — przy­znał Net.

— Ja na tę, która będzie miała naj­krót­szą spód­niczkę. OK. Lecę. Zarka!

Yeti mach­nął ręką na poże­gna­nie i ulot­nił się, po dro­dze pod­ska­ku­jąc do rytmu.

— Cie­kawe, kto to był… — Szu­wa­rek uniósł maskę.

— Poję­cia nie mam — odparł Felix. — Dla­tego nie cier­pię balów prze­bie­rań­ców…

Roz­glą­dał się, pró­bu­jąc wypa­trzyć czarny kap­tur, ale było tu za dużo cią­gle prze­miesz­cza­ją­cych się dzi­wacz­nych postaci. Zoba­czył za to Spi­der­mana, który roz­da­wał karty do gło­so­wa­nia. Pod­szedł do niego, po dro­dze obi­ja­jąc się o India­nina, Kró­lewnę Śnieżkę i Pino­kia, któ­remu nie­chcący skrzy­wił papie­rowy nos.

— Pamię­tasz wcho­dzą­cego do szkoły faceta prze­bra­nego za śmierć? — zapy­tał Spi­der­mana. — Czarny kap­tur i kosa. To musiało ci się rzu­cić w oczy.

— Stary!… — odparł Spi­der­man. — Nie pamię­tam. Nawet cie­bie nie pamię­tam. Obej­rza­łem z bli­ska tyle dzi­wa­deł, że teraz będę się bał nor­mal­nych ludzi.

— Uwaga! Uwaga! — roz­le­gło się z gło­śni­ków. Wam­pir Sto­krotka uniósł ręce i zama­chał, żeby wszy­scy zwró­cili na niego uwagę. Stał na pod­wyż­sze­niu obok bary­kady DJ-a. Po chwili oświe­tlił go jasny reflek­tor. DJ nie­chęt­nie przy­sto­po­wał z muzyką. Nie mógł się jed­nak powstrzy­mać od ryt­micz­nego kiwa­nia.

— Dro­gie potwory! — krzy­czał do mikro­fonu wam­pir. — Pre­zen­ta­cja kan­dy­da­tów do tytułu króla i kró­lo­wej balu!

DJ zaczął deli­kat­nie pogła­śniać muzykę. Dopiero surowe spoj­rze­nie wam­pira spra­wiło, że znów ści­szył. Zało­żył jed­nak słu­chawki i zaczął koły­sać się jesz­cze ener­gicz­niej, sku­tecz­nie odwra­ca­jąc uwagę od Sto­krotki.

— Para z nume­rem jeden! — oznaj­mił dyrek­tor. — Aure­lia i Lucjan z dru­giej „a”!

Net jęk­nął, bo na scenę wszedł Lucjan, w ciem­nych oku­la­rach i ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze a la James Bond. Pro­wa­dził pod rękę Aure­lię, która pły­nęła w się­ga­ją­cej ziemi, bły­ska­ją­cej tysią­cami dże­tów sukni. Roz­le­gły się pełne apro­baty gwizdy i gło­śne okla­ski.

— Para numer dwa! Olena i Mar­cel z trze­ciej „b”.

Egip­ską księż­niczkę i chi­ca­gow­skiego gang­stera z cyga­rem w ustach rów­nież przy­wi­tały okla­ski.

— Wygląda na to, że druga „a” zdo­mi­no­wała wybory. Oto Gil­bert i Zosia.

Przy­ja­ciele z zasko­cze­niem patrzyli na wcho­dzącą na pod­wyż­sze­nie myszkę z futrza­nym ogo­nem, pro­wa­dzoną przez… Wła­ści­wie nie spo­sób było powie­dzieć, za kogo prze­brał się Gil­bert. Miał na sobie T-shirt z napi­sem: „Ludzie się skoń­czyły. Jedz dżem”, za dużą wel­we­tową mary­narkę i spodnie w szkocką kratę.

— Pro­simy o brawa dla tej pary!

Odpo­wie­działo mu kilka nie­mra­wych kla­śnięć. Myszka schy­liła głowę i czym prę­dzej, cią­gnąc za sobą part­nera, umknęła poza zasięg świa­teł reflek­to­rów.

— Bez szans — mruk­nął pod nosem Net. — Myszka prze­brana za myszkę.

— Pro­szę pań­stwa! Sen­sa­cja! — krzy­czał dyrek­tor. — Para numer cztery rów­nież jest z klasy dru­giej „a”! Oto Klau­dia i Gerald!

— Mamy po pro­stu naj­ład­niej­sze dziew­czyny! — ryk­nął Net, ale szybko wyha­mo­wał pod czuj­nym spoj­rze­niem Niki.

Tym razem brawa były zde­cy­do­wa­nie gło­śniej­sze, zapewne dzięki wycię­ciom w sukni Klau­dii. Gerald był prze­brany za bia­łego kow­boja.

Wam­pir dostrzegł wresz­cie pod­ska­ku­ją­cego obok DJ-a. Patrzył na niego groź­nie kilka sekund, nim tam­ten się zre­flek­to­wał i sta­nął nie­ru­chomo.

Przy­ja­ciele, korzy­sta­jąc z tego, że tłum prze­stał tań­czyć, pró­bo­wali wypa­trzeć czarny kap­tur i kosę. Sta­nęli na dol­nych szcze­bel­kach dra­bi­nek gim­na­stycz­nych i lustro­wali salę. Ani śladu Ponu­rego Żni­wia­rza.

— A może ci się przy­wi­działo? — zasu­ge­ro­wał Net.

Felix bez słowa wska­zał dziurę po kosie w gło­wie robota.

— Nie widzę nawet tego yeti — zauwa­żyła Nika. — To na nic.

— Ostat­nia szansa na zgła­sza­nie kan­dy­da­tów! — krzy­czał do mikro­fonu Sto­krotka. — Karta do gło­so­wa­nia ma pięć pozy­cji. Jedna jest na­dal wolna!

Przy­ja­ciele nie zwra­cali uwagi na te roz­pacz­liwe wezwa­nia. Gorącz­kowo roz­glą­dali się po sali.

— Tam jest ktoś w kap­tu­rze! — Nika trium­fal­nie wska­zała na ciemną postać pod pod­wyż­sze­niem.

— Gdzie? Tam? — Net pod­niósł rękę w tym kie­runku. — To Robin Hood, kobieto. W zie­lo­nym kap­tu­rze.

— Mamy ostat­nią parę! — ryk­nął ura­do­wany Sto­krotka.

Reflek­tor zaświe­cił przy­ja­cio­łom w oczy. Net i Nika zdali sobie sprawę, że cała sala patrzy na nich, a oni mają unie­sione dło­nie.

— Zapra­szamy piątą parę do nas! — krzy­czał Sto­krotka. — To chyba znów druga „a”?

— O bosz… — jęk­nął Net.

Pona­glani reflek­to­rem wod­nik i mumia zsu­nęli się z dra­bi­nek i powle­kli do pod­wyż­sze­nia. Dyrek­tor pomógł im wejść na górę. Roz­le­gły się nie­zbyt inten­sywne okla­ski. Sto­krotka przyj­rzał im się dokład­nie.

— Jak mnie­mam… — wam­pir nachy­lił się i ści­szył głos — Nika i Net? — po czym gło­śniej zawo­łał do mikro­fonu. — Nika i Net! Zapa­mię­taj­cie ich pod nume­rem pięć! Wypeł­nione karty będzie­cie mogli wrzu­cać do urny pod sceną za jakieś pół godziny. A teraz powra­camy — zgro­mił spoj­rze­niem DJ-a — do tych potę­pień­czych dźwię­ków.

Reflek­tor zgasł, ryk­nęła muzyka i cała sala znów zamie­niła się w drga­jący kolo­rowy chaos. Para numer pięć smęt­nie zeszła na par­kiet, mię­dzy tań­czące znów kre­atury.

— Ja cię kręcę — wes­tchnął Net. — To jak wpaść pod samo­chód pod­czas mycia zębów. To się nie zda­rza nor­mal­nym ludziom.

Nika odwi­nęła z twa­rzy ban­daż. Chwilę zasta­na­wiała się, co z nim zro­bić, po czym okrę­ciła go sobie wokół pasa.

— Spoko, i tak nie wygramy — pokle­pała Neta uspo­ka­ja­jąco.

— No nie wiem… pamię­tasz, jak było z Feli­xem i wybo­rami do samo­rządu? Im mniej chciał, tym wyż­sze miał noto­wa­nia.

Zre­zy­gno­wani dotarli do przy­ja­ciela. Net podej­rze­wał, że chło­pak uśmie­cha się wewnątrz głowy robota, ale nie miał jak spraw­dzić. Zamiast tego powie­dział:

— Ste­phen King napi­sał taką książkę „Car­rie”. Szkolne mię­śniaki pod­mie­niają karty do gło­so­wa­nia. Kró­lem i kró­lową balu zostaje para naj­więk­szych jeło­pów.