Godzina duchówTekst

Z serii: Amelia i Kuba #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Och, było super! — Blondynka ożywiła się od razu. — Trzy tygodnie słodkiego nicnierobienia. Słońce i ani jednej chmurki. Codziennie taka sama pogoda. Po śniadaniu na basen i na leżaczek, potem obiad i nad morze, też na leżaczek. Wszystko, czego chcesz. Parasolki, zimne napoje i pełna kultura. Żadne dresy się nie plączą. Na koniec dnia kolacja i dyskoteka. Można pić i jeść do woli. To się nazywa all inclusive2.

— Coś zwiedziłaś?

— Jasne! Dwa razy byliśmy w aquaparku! Nie uwierzysz, jakie zjeżdżalnie! I basen ze sztucznymi falami. I sklepy wszędzie.

— A zabytki?

— No co ty! — Machnęła ręką. — Same ruiny. Szkoda czasu. Ale kupiłam z dziesięć sukienek i dwie torebki. Torebek zapomniałam zabrać z hotelu, jak wyjeżdżaliśmy, ale co tam, już się je nanosiłam. Kupię sobie nowe. Wiesz, jaka tam jest przejrzysta woda? Widać na pięćdziesiąt metrów. I te kolorowe ryby!

Amelia słuchała opowieści o nurkowaniu, o szlifowaniu angielskiego z młodymi Szwedami i Rosjanami, o cudownych knajpkach oferujących świeże owoce morza. Uśmiechała się, choć było jej smutno. Sama w tym roku ledwo zamoczyła stopy w zimnym Bałtyku i jadła tłuste, odsmażane flądry. Prawdę mówiąc, nie pamiętała gorszych wakacji.

Klementyna nagle zamilkła i wstała. Podeszła do okna.

— Coś tam się dzieje — zauważyła.

Na podwórku w asyście dwóch policjantów stała pani Kożuszek i kilku sąsiadów. Kobieta zawzięcie gestykulowała i coś głośno opowiadała.

— Co ona gada? — Klementyna przyłożyła dłoń do ucha i wychyliła się za okno. — Coś o smoku. Mówi, że widziała smoka na podwórku. Stara wariatka, całkiem o niej zapomniałam na wakacjach. Ooo… A to kto?

Amelia wstała i spojrzała w tym samym kierunku. Z dziewiątej klatki wyszedł Kuba z tą świrniętą siostrą.

— Nowy chłopak — wyjaśniła. — Wprowadzili się w piątek.

— Nowy chłopak? — zainteresowała się Klementyna. — Rozmawiałaś z nim?

— Chciałam, ale jakoś tak nie wyszło.

— Nie wierzę! Przez dwa dni miałaś go tylko dla siebie i nawet nie zagadałaś? Ale podoba ci się, co? Niezłe ciacho.

— No w sumie… wiesz… właściwie to tak. — Amelia popatrzyła na Kubę i poczuła ukłucie złości. Nie była tylko pewna, czy jest zła na niego, czy na samą siebie. — Jest bardzo… fajny. Ma ładne oczy, no i w ogóle…

— Jutro musisz z nim porozmawiać. Koniecznie! No, ja lecę. — Klementyna wstała. — Wyszłam tylko na chwilę. Zaraz miała być kolacja. To do jutra.

— Do jutra…

Cmoknęły się na pożegnanie w policzki i Amelia została sama. Rzuciła się na łóżko, nałożyła słuchawki i sięgnęła po ulubioną książkę. Od dawna czekała na wizytę przyjaciółki, ale teraz znów poczuła żal, że jej własne wakacje wyglądały tak, a nie inaczej. Świat nie jest sprawiedliwy.

* * *

Pan Domeyko usiadł w swoim wygodnym fotelu i włączył komputer. Miał zamiar jeszcze trochę popracować tego dnia. Gdy po chwili obydwa monitory zajaśniały tłem pulpitu, przedstawiającym wieczorną panoramę Manhattanu3, automatycznym ruchem położył dłoń na myszce. Niestety jego dłoń nie trafiła w myszkę. Myszki nie było. Obok klawiatury leżał tylko pusty mousepad. Architekt chwilę rozglądał się po biurku, potem zerknął pod blat, do kosza na papiery, pod fotel. Klęknął i zajrzał głębiej, pod regały. Ani śladu.

Wstał i podrapał się w brodę. Kto mógł ją zabrać? Przecież jeszcze przed obiadem tu była. Włamywacz? Co to za włamywacz, który kradnie myszkę, a zostawia dużo cenniejsze rzeczy?

Chwilę stał na środku gabinetu i rozglądał się bezradnie. Przeszedł do salonu.

— Nie widziałaś mojej myszki?

Pani Domeyko pokręciła tylko głową. Odłożyła laptop, wstała i poruszała zdrętwiałym karkiem. Poszedł więc do pokoju Alberta.

— Albert, nie widziałeś przypadkiem…? — nie dokończył pytania, bo jego spojrzenie padło na Uniwersalny Przyrząd Badawczy. Na jego wierzchu przybył element do złudzenia przypominający myszkę komputerową.

— Czego czy nie widziałem? — Albert kończył ją właśnie dokręcać.

— Już nic, już nieważne…

— Kupisz sobie nową — nie bez złośliwości poradziła mama, przechodząc obok. — Może będzie promocja.

Nie da się ukryć, że Albert mógł liczyć u rodziców na specjalne traktowanie.

— Taaa… A co to za zbiegowisko? — Tata wyjrzał przez okno. — Sprawdzę. I tak chwilowo… nie mogę pracować.

Gdy tata wyszedł, Albert również wyjrzał na podwórko. Wyglądało na to, że w zamieszaniu na dole chodziło o legwana. A jeśli tak, to było też zupełnie jasne, że pani Kożuszek nie zrezygnuje. A jak tak dalej pójdzie, to policjanci będą musieli sprawdzić budynek dokładniej. Postanowił jeszcze trochę pomóc nowym sąsiadom. Otworzył szafę, wyjął szeleszczący prostokąt metalizowanej folii i rozwinął go. Był to balon z urodzin Amelii. Zwykle takie balony wyrzuca się następnego dnia po imprezie. Albert miał jednak na ten temat własne zdanie. Uważał mianowicie, że takie rzeczy zawsze mogą się przydać.

Na przykład teraz.

Balon, kiedy wypełniał go lżejszy od powietrza hel, unosił się pod sufitem. Albert nie miał helu, ale miał pomysł, czym go zastąpić. Zwyczajnie go nadmuchał, ale nie do końca, przeszedł do łazienki i podgrzał go suszarką do włosów. Po chwili powietrze wewnątrz rozszerzyło się i balon przybrał kształt pękatego jamnika. Nie był to wprawdzie smok ani legwan, ale przynajmniej miał zielony kolor.

Chłopak wrócił do pokoju, zgasił światło i na próbę puścił balon. Opadał zdecydowanie wolniej, niż gdyby nie był podgrzany. Na trochę powinno wystarczyć. Potem powietrze wystygnie, a balon łagodnie opadnie na ziemię. Albert otworzył szerzej okno i wypchnął balon na zewnątrz. Uznał, że nic więcej nie może zrobić. Zamknął więc okno i wrócił do poprawiania UPB. Te nowe przyciski i rolka z myszki komputerowej sprawdzały się doskonale.

* * *

Pan Domeyko podszedł do zbiegowiska, by się zorientować, co się dzieje. Kilkanaście osób, chyba połowa mieszkańców, zgromadziło się wokół pani Kożuszek, która gestykulowała i ze zdenerwowaniem opowiadała coś dwóm policjantom. Z okna na piątym piętrze wychyliła się Celebrytka. Była piosenkarką, której żadnej piosenki nikt nie znał.

— Ciszej tam! — krzyczała. — Ja mam jutro ważny występ! Ja muszę medytować! To jest zakłócanie porządku! Wezwę policję.

— Policja już tu jest — odparł głośno jeden z policjantów. — Proszę tak nie krzyczeć, bo to jest zakłócanie porządku.

W odpowiedzi okno się zatrzasnęło.

Tata Amelii obszedł zaparkowany czarny samochód, obok którego stał Bardzo Ważny Dyrektor, jak go nazywał tata.

— Dobry wieczór — odezwał się. — Wie pan może, co tu się dzieje?

— Ta stara wariatka znowu ma przywidzenia — odparł Dyrektor, nawet nie starając się ściszać głosu. — Nie dotykaj! — Wycelował palcem w sześciolatkę z kucykiem na czubku głowy, zaglądającą pod samochód. — Już ci mówiłem, nie kręć się koło mojego wozu. Te szczeniaki…

— Nie powinien pan tu parkować — zauważył pan Domeyko. — Pod całym budynkiem są parkingi podziemne. Miejsc jest aż nadto.

Bardzo Ważny Dyrektor spojrzał na niego niechętnie.

— Pogadałbym sobie z architektem tego domu. Odwalił fuszerkę. Te miejsca parkingowe są za ciasne.

Tata Amelii miał na końcu języka radę, by Bardzo Ważny Dyrektor poszedł na kurs doszkalający z jazdy samochodem, ale się powstrzymał. Nie chciał się przyznać, że to on jest tym architektem. Zamiast tego powiedział:

— Ta nowa rodzina, która się wprowadziła w piątek, parkuje w garażu dużego pick-upa.


Spojrzał na balkon tych nowych, gdzie stała nowa sąsiadka. Odruchowo wciągnął brzuch i wyprostował plecy.

— Tu zmieszczą się trzy samochody. — Dyrektor wskazał placyk zabaw. — Wywali się to żelastwo, piaskownicę i wyrówna. Po co to komu?

Tata Amelii już go nie słuchał. Zauważył bowiem coś dziwnego. Nad podwórkiem krążył balon w kształcie jamnika, taki sam, jaki kupił na urodziny Amelii. Lekki podmuch wiatru uniósł jamnika i zakręcił nim. Niewiele brakowało, a odleciałby nad dachy. Jednak poszybował nad środek podwórka i zniżył lot. Sunął wolno tuż nad ziemią w kierunku zbiegowiska.

— To on! — Pani Kożuszek dramatycznym gestem wyciągnęła przed siebie rękę.

Wszyscy odwrócili się we wskazanym kierunku. Policjanci odruchowo położyli dłonie na kolbach pistoletów. Zapanowała konsternacja. Potem mundurowi spojrzeli na staruszkę w taki sposób, jakby mieli zamiar ją aresztować, zasalutowali i odeszli.

* * *

Amelia leżała w łóżku, już w koszuli nocnej, czyli w za dużym o kilka rozmiarów T-shircie i analizowała wydarzenia całego dnia. Wzięła szkicownik i powróciła do rysowania. Tym razem królewicz na koniu obserwował zamek z odległego wzgórza, a nad samym zamkiem krążył zielony smok. Ział ogniem, którego blask odbijał się w łuskach na smoczym grzbiecie. Dachy zamku płonęły. A królewicz przyglądał się temu bezczynnie.

Przyłapała się na tym, że znów najwięcej uwagi poświęca królewiczowi, w którego wsmarowała już więcej grafitu niż w resztę obrazka. Zaczęła więc poprawiać szczegóły smoka i zamku, ale wzrokiem cały czas zahaczała o smukłą postać na koniu. Nie zauważyła momentu, w którym zamiast rysować zamek, smoka i królewicza, zaczęła o nich śnić. Wtedy królewicz wreszcie ruszył na pomoc uwięzionej w zamku królewnie. Po długiej i bohaterskiej walce zabił smoka i uwolnił Amelię z wieży.

1 Jury [czyt. żiri] – zespół oceniający np. prace konkursowe. [wróć]

All inclusive (ang.) – wszystko wliczone w cenę. [wróć]

 

3 Manhattan – dzielnica Nowego Jorku pełna drapaczy chmur. [wróć]

Rozdział 4
w którym Amelia tak naprawdę zapoznaje się z Kubą, a Kuba z okolicą, gdzie odnajdują coś, co niekoniecznie chcieliby znaleźć, a tymczasem pani Kożuszek widzi ducha.

Codzienne zakupy, jeśli były konieczne, rodzina Domeyków robiła w osiedlowym sklepie. Jednak średnio raz w tygodniu po większe zakupy jechali do hipermarketu. Mama przygotowywała listę, ale i tak kończyło się na tym, że przejeżdżali przez wszystkie alejki i decydowali na bieżąco, czego potrzebują i co będą jeść przez najbliższy tydzień. Dużym plusem wolnych zawodów, jakie wykonywali państwo Domeykowie, było to, że mogli robić te zakupy przed południem, kiedy w sklepie było luźniej.

Tak było i tym razem. Hipermarketowe alejki ziały pustkami, więc zakupy szły dwa razy szybciej. Tata pchał wózek, a reszta rodziny dokładała do niego kolejne rzeczy.

Albert włożył trzy elektryczne modele samochodzików.

— Po co ci trzy identyczne samochody? — zapytał tata.

— Wyjmę z nich silniki. Reszty nie potrzebuję.

Tata sprawdził cenę i uznał, że nie warto rozpoczynać dyskusji. Pchnął wózek dalej. W dziale sportowym zatrzymał się przy regale z butami i wziął w dłonie parę butów do jazdy na rowerze. Nie były zbyt dobrej jakości.

— Po co ci dwa identyczne buty? — zapytał Albert, a gdy tata na niego spojrzał, wyjaśnił — to taki żart, nawiązujący do twojego poprzedniego pytania.

— Ha, ha — powiedział poważnie tata i odłożył buty. — Muszę się wybrać do sklepu sportowego po porządne buty i rower stacjonarny. I strój sportowy. I sportowy ręcznik.

— Bierzesz się za siebie? — zapytała mama.

— No. Czas się pozbyć brzucha. A właściwy sprzęt to podstawa.

Wjechali w alejkę z artykułami dla zwierząt. Wprawdzie nie kupowali w hipermarkecie karmy dla Imbira, ale dla porządku, żeby niczego nie przegapić, przejeżdżali przez wszystkie alejki.

Amelia korzystając z nieuwagi rodziców, zgarnęła z półki puszkę z karmą dla kotów. Wsunęła ją głęboko pod makarony i pudełka chusteczek. Jeśli sama je wyłoży na taśmę przy kasie i sama zapakuje do torby, to jest szansa, że nikt się nie zorientuje.


* * *

Minęło południe, za oknem trwało w najlepsze ciepłe lato. Albert, nieczuły na uroki przyrody, rozłożył UPB na części pierwsze i teraz kończył składać przyrząd ponownie, w inny sposób. Z otwartego obok laptopa dobiegł dźwięk powiadomienia. Chłopiec niechętnie zerknął na wiadomość od siostry Kuby (podpisała się „Mi jak Milena”) i powrócił do pracy. Przykręcił ostatnią śrubkę w obudowie UPB i ocenił efekt. Tak, teraz było lepiej niż poprzednio.

Wstał i wyjrzał przez okno. Na podwórku stał Kuba i najwyraźniej na kogoś czekał. Tym kimś prawdopodobnie była Klementyna, bo w całym Zamku mieszkały tylko dwie osoby, na które mógł czekać ten chłopak. Drugą była Amelia, ale raczej nie chodziło o nią. Albert przeszedł ze swojego pokoju do kuchni. Po drodze zajrzał do pokoju siostry. Tak, Amelia siedziała na łóżku obłożona albumami z malarstwem, które tak lubiła oglądać, i nigdzie się nie wybierała.

Albert otworzył lodówkę, wyjął kawałek szynki i dyskretnie rzucił pod drzwi wejściowe. Imbir, który zachowywał się cały czas, jakby zjadł gniazdo mrówek, zareagował błyskawicznie. Zerwał się z posłania, dopadł drzwi i jednym mlaśnięciem pochłonął szynkę.

— Imbir chce wyjść — powiedział Albert, wracając do siebie.

— To go wyprowadź — odparła Amelia. — Robię coś.

— Jestem bardzo zajęty. Bardzo. Zresztą wiesz, że mogę o nim zapomnieć.

Rzeczywiście to zdarzało się wcześniej.

— Tu nie ma gdzie uciec. Musisz tylko po nim sprzątnąć.

Zgodnie z przewidywaniami Albert nie odezwał się więcej. Amelia czasem mu zazdrościła. Zwykli ludzie potrafili zamknąć oczy, jeśli na coś nie chcieli patrzeć. Jej brat najwyraźniej potrafił zamykać uszy, gdy nie chciał czegoś słyszeć.

Dziewczyna odłożyła album i wyjrzała do przedpokoju. Pies kręcił się koło drzwi i obwąchiwał je. Westchnęła i włożyła buty. Następnie dyskretnie, najdyskretniej jak tylko potrafiła, wyjęła spod regału puszkę z karmą dla kotów i chwilę zastanawiała się, gdzie ją ukryć. W sukience miała tylko małą kieszonkę na telefon. Wreszcie schowała puszkę w jedynym miejscu, w jakim mogła – w jednorazowej torebce, którą zawsze brała na wypadek, gdyby po psie trzeba było sprzątnąć.

— Imbir, na spacerek.

Sięgnęła po smycz, a Imbir rozpoczął zwyczajowy taniec radości, polegający na podskakiwaniu, kręceniu się w kółko i popiskiwaniu. Na schodach zbiegał na półpiętro, obracał się i podskokami poganiał Amelię. I tak aż do parteru.

Amelia była w mniej radosnym nastroju, myślami błądziła wciąż w świecie, gdzie królewicz na białym koniu wjeżdżał do zamku. Ech, dlaczego życie jest tak inne od baśni? Dlaczego nie może po prostu, tak zwyczajnie, spotkać Kuby i…

Pchnęła drzwi na podwórko i zamarła. Pod dębem stał Kuba i patrzył na Amelię. Uśmiechał się.

Amelia wrosła w ziemię i gdyby nie Imbir, który pobiegł do Kuby, merdając ogonem, odwróciłaby się i uciekła z powrotem do domu. Na szczęście ze swojej klatki wyszła właśnie Klementyna. Cóż za zbieg okoliczności! Amelia odetchnęła z ulgą.

Klementyna też się zatrzymała, zaskoczona. Po chwili uśmiechnęła się i ruszyła w ich stronę.

— Imbir! — Amelia zdała sobie sprawę z tego, że jej pies obskakuje Kubę. — Chodź tu! Spokojnie, on nie gryzie…

Kuba nie wyglądał na przestraszonego. Przykucnął i głaskał uradowanego psa.


Amelia i Klementyna podeszły do niego. Chłopak wstał. Amelia zebrała się w sobie i wyciągnęła do niego dłoń, ale on, zamiast ją uścisnąć, spojrzał na nią z zaskoczeniem. Amelia trzymała w niej torebkę na psie kupy. Parsknął śmiechem.

— Oj, sorry… — Schowała torebkę i ponownie wyciągnęła dłoń. — To… Zapomniałam… A… melia.

— Kuba.

Zaczerwieniła się. Co za blamaż! Pewnie on teraz myśli sobie o niej, że jest jakąś idiotką.

— To Klementyna. — Amelia wskazała przyjaciółkę.

— Wiem, znamy się.

— Wpadliśmy na siebie wczoraj — wyjaśniła szybko Klementyna. — Wszyscy wyszli zobaczyć, co tym razem wymyśliła pani Kożuszek.

— Przestraszyła się balonu. — Kuba popatrzył na dziewczyny. — Macie ochotę na mały spacer po okolicy?

Amelia przytaknęła, starając się nie okazywać zdenerwowania.

— Chodźmy. — Klementyna uśmiechnęła się do niej. — Pokażemy Kubie brak okolicznych atrakcji.

Cóż za szczęście, że napatoczyła się akurat teraz. Amelia nie miała pojęcia, jak przeżyłaby ten spacer sam na sam z Kubą. O czym by rozmawiali? Pewnie zaraz znowu by palnęła jakieś głupstwo.

Gdy przechodzili koło stróżówki, na moment została z tyłu i przez uchyloną szybkę na dole okna wsunęła do środka puszkę. Uśmiechnęła się do pana Zenka. Zanim zdążył coś powiedzieć, już jej nie było.

* * *

Zamek był ostatnim zamieszkanym apartamentowcem. Za następną przecznicą ciągnął się płot ogradzający rozbabraną budowę. Równo z końcem ogrodzenia placu budowy chodnik z kostki brukowej urywał się gwałtownie, a kawałek dalej zaczynał się stary, częściowo zarośnięty trawą chodnik z częściowo popękanych płyt betonowych. To tutaj nowa Warszawa zjadała starą. Amelia nie była pewna, czy ta nowa będzie lepsza. Dalej stały opuszczone domy, w części zrujnowane, z zaniedbanymi ogrodami, w których rosło wiele starych dębów. To od nich z pewnością wzięła swą nazwę ulica. Daleko, w jej perspektywie widać było las. Cała ta okolica działała na Amelię przygnębiająco, choć jednocześnie coś ją tutaj przyciągało. Amelia uwielbiała puszczać wodze wyobraźni i zastanawiać się, jak wyglądały te miejsca dwadzieścia czy pięćdziesiąt lat temu.

— Teraz to przedmieścia — opowiadała Klementyna. — Za kilka lat przedmieścia będą się ciągnęły gdzieś tam daleko. A Zamek będzie stał niemal w centrum miasta. Te rudery znikną, tak mówi mój tata. Bo teraz to obciach, jak ktoś do nas przyjeżdża. Jak się pomyli i pojedzie za daleko, to sobie pomyśli, że to jakaś wieś.

Amelia wstydziła się powiedzieć, jak bardzo nie zgadza się z Klementyną. Te domy były ładne, nawet bardzo ładne, tylko zrujnowane. Lubiła wyobrażać sobie, kim byli ich mieszkańcy, jak wyglądali, czym się zajmowali, jakimi byli ludźmi. No i szkoda jej było przedwojennych willi. Za kilka miesięcy zostaną zniszczone. Ich miejsce zajmą podobne do siebie, wybudowane gęsto i ogrodzone apartamentowce. Nie wypowiedziała jednak tego głośno, nie chciała, żeby Kuba pomyślał sobie o niej, że jest przesadnie romantyczna.

— Mnie się tu podoba — powiedziała tylko. — Lubię stare domy.

— W porównaniu z nimi nasz Zamek jest dosyć paskudny. — Kuba wzruszył ramionami. — Jakby projektował go gimnazjalista.

Amelia poczuła ukłucie przykrości. Szybko je jednak odegnała. Przecież on nie mógł wiedzieć, że Zamek projektował jej tata. Bardzo szanowała pracę swojego taty, jednak nawet Zamek wyglądał brzydko, gdy porównywała go do tych starych budynków.

Zerkała dyskretnie na Kubę. Dla niego ten widok to była nowość. Chłopak rozglądał się z ciekawością, nie interesując się Amelią. Może on po prostu nie chciał zawierać z nią bliższej znajomości? Pewnie śmiała i wygadana Klementyna bardziej mu się podoba. Amelia westchnęła i postanowiła za wszelką cenę zrobić na nim jak najlepsze wrażenie. Niestety, nie miała pomysłu, jak to osiągnąć. Milczała więc. Na szczęście była z nimi rozgadana Klementyna, więc nie szli w krępującej ciszy.


Imbir podbiegał do przodu, kręcił się, węszył, ciekawy jak zawsze. W bujnej roślinności opuszczonych ogrodów musiało mieszkać dużo małych zwierzątek, których zapach teraz czuł.

Nagle Klementyna zamilkła. Kuba wskazał palcem w górę. Przeleciał nad nimi ten mały helikopterek, który widziała kilka razy na podwórku Zamku. Zniknął za drzewami ogrodu jednego z domów.


— Chodźcie! — Kuba ruszył biegiem. — Dowiemy się, kto nas szpieguje.

Imbir ochoczo pobiegł za nim. Amelia nie wiedziała, co Kuba zamierza, ale ruszyła za nim razem z Klementyną. Zatrzymali się kilkanaście metrów dalej, przy narożniku najbliższej posesji. Ukryci za zarośniętą bluszczem siatką, wyjrzeli za róg. Imbir, o dziwo, nie szczekał, tylko też wychylił łepek. Pięćdziesiąt metrów dalej, obok leżącego starego roweru przyklęknął szczupły jedenastoletni na oko chłopak z czupryną kasztanowych włosów. Miał na sobie poprzecierane jeansy i sprany T-shirt. Pakował coś do zniszczonego czerwonego plecaka.

— Więc to on robił mi zdjęcia tym latającym aparatem — powiedziała rozmarzonym tonem Klementyna. — Pewnie się we mnie zakochał.

— On wszystkim robi zdjęcia. — Kuba wyszedł z ukrycia i odważnie ruszył w stronę obcego. — I zamierzam się dowiedzieć dlaczego.

Imbir szedł razem z nim, przy nodze i powarkiwał. Amelia nie poznawała swojego psa. Zachowywał się jak… pies myśliwski.

Obcy chyba zauważył Kubę, bo zarzucił plecak, wsiadł na rower i szybko odjechał. Zniknął za następnym rogiem. Kuba podbiegł do skrzyżowania i tam się zatrzymał. Rozglądał się. Amelia pomyślała, że jest bardzo odważny. Podobał jej się coraz bardziej. Szkoda, że bez wzajemności. Ani razu na nią nie zerknął.

— Wszystkim robił zdjęcia? — upewniła się Klementyna, gdy dotarły do skrzyżowania.

— Nawet temu ważniakowi, który parkuje samochód na podwórku — potwierdził Kuba.

— A to… szmaciarz!

Amelia bardzo chciała coś powiedzieć. Czuła się jak niewidzialna.

— Po co…? Eee… — Przełknęła ślinę. — Po co on to robi?

Skarciła się w myślach za to nieudolne pytanie. Kuba nawet na nią nie spojrzał.

— Może planuje włamanie — odparł. — Sprawdza, kto gdzie mieszka, jakie są zabezpieczenia.

— On może nas podglądać przez okna! — przeraziła się Klementyna.

 

Kuba spojrzał na psa i powiedział:

— Imbir, szukaj!

Pies zastrzygł kosmatymi uszami, spojrzał bystro na Kubę, jak gdyby zrozumiał polecenie i pobiegł przed siebie. Ruszyli za nim.

— Dlaczego on się ciebie słucha? — zdziwiła się Amelia.

— Wyczuł hierarchię stada — odparł z powagą Kuba.

Dziewczyny parsknęły śmiechem, ale Amelia pomyślała, że coś w tym jest. Sama mogła wołać Imbira, a on przychodził albo nie. Za to taty słuchał się zawsze.

Mijali puste domy, niektóre malowniczo pozarastane bluszczem i dzikim winem. Okolica wyglądała, jakby wszyscy gdzieś wyjechali, nie dbając o to, co się stanie z ich domami.

Melancholia to dobre określenie tego, co tutaj czuję, pomyślała.

— Co tu się stało? — zapytał Kuba.

Amelii szybciej zabiło serce.

— Wszyscy zostali wysiedleni, bo tu mają powstać następne apartamentowce — odpowiedziała, zanim zdążyła to zrobić Klementyna. — Tata mi mówił.

— Tak po prostu ich wywalili?

— No nie… — zająknęła się. — Chyba dostali lepsze mieszkania gdzie indziej. Nazywamy tę okolicę Strefą.

Nie była pewna, czy dostali lepsze mieszkania. No ale… przecież nie wyrzucili ich na bruk.

Na jednym z podwórek, na skoszonym kawałku trawnika stał billboard, smutna zapowiedź tego, co tu będzie już niedługo.

Imbir zatrzymał się przed furtką po drugiej stronie ulicy i szczekał. Za ogrodzeniem oplecionym dzikim winem, wśród starych dębów, krzaków bzu i polnych kwiatów rosnących w wysokiej trawie, stał kremowoszary dom z czerwoną dachówką. Był bardzo stary i zaniedbany. Ktoś jednak chyba w nim mieszkał, bo przy schodach kwitły różowe hortensje, przed drzwiami leżała wycieraczka, a obok stał rower tego chłopaka. Dom sprawiał wrażenie starej, rodowej siedziby. Duże okna na wysokim parterze były zakratowane i brudne, i podobnie jak pozostałe okna w domu – zasłonięte ciemnobrązowymi kotarami. Ze spadzistego dachu wyrastały okrągłe mansardowe1 okienka strychu i masywne kominy. Dom był naprawdę duży i bardzo ładny.

Amelii zrobiło się go szkoda, bo przecież zapewne wkrótce on również zostanie zburzony.

Imbir, szczekając, nagle ruszył do domu.

— Imbir! — krzyknęła wyrwana z zamyślenia Amelia.

Oczywiście jej nie posłuchał. Wbiegł przez uchylone drzwi do środka. Kuba ruszył za nim, ale Amelia złapała go za rękę.

— Nie wiadomo, kto tam jest — powiedziała. — Zawołajmy mojego tatę.

— Tu mieszka ten szpieg. — Kuba wpatrywał się w dom z groźną miną.

Amelia puściła jego rękaw i pomyślała, że może nie powinna go powstrzymywać. On się przecież w ogóle nie boi, a tata dotrze tu nie wcześniej niż za dziesięć–piętnaście minut.

Wystraszony Imbir wybiegł z domu i zatrzymał się dopiero przy Kubie. Szczekał i powarkiwał, wpatrując się w uchylone drzwi. Te otworzyły się gwałtownie i stanął w nich starszy przygarbiony mężczyzna z czupryną siwych włosów. Amelia cofnęła się o krok. Było w nim coś przerażającego, choć nie potrafiła powiedzieć co. Miał na sobie biały fartuch, jaki noszą lekarze albo naukowcy. Znad zsuniętych na czubek nosa okularów posępnie popatrzył na grupkę przy furtce. Wyglądał na bardzo zmęczonego i nieszczęśliwego, ale jednocześnie zdeterminowanego2 człowieka. Z mrocznego wnętrza obok nogawki jego spodni przepłynął rozciągnięty obłoczek niebieskawego dymu. Amelii przez chwilę wydawało się, że dym świeci, ale to pewnie było tylko złudzenie.

— Zmykajcie stąd! — krzyknął groźnie mężczyzna. — Przeszkadzacie mi w pracy. Nie mam czasu na wizyty.

Cofnął się do środka i zatrzasnął drzwi. Zaśmierdziało spalenizną.

— Podejrzany typ — mruknął Kuba, patrząc na zamknięte drzwi. — Ciekawe, co tam kombinuje.

— Szmaciarz mieszka z chamem — prychnęła Klementyna. — Pasują do siebie.

Amelia chciała powiedzieć coś innego, ale wzdrygnęła się i zdołała wydusić tylko:

— Chodźmy lepiej stąd. Jakoś tu strasznie.

— Właśnie. Kolacja. Na wpół do ósmej miałam być w domu.

Kuba jeszcze przez chwilę z namysłem oglądał budynek, po czym przytaknął i ruszyli w drogę powrotną.

* * *

Gdy zbliżali się do Zamku, z bramy wyjechał ambulans. Nie miał włączonej syreny. Wyjechał tak po prostu, w ciszy, jakby był zwykłym samochodem. Zaniepokojone dzieci przyspieszyły kroku.


— Jeśli ambulans wyjeżdża tak po cichu — odezwała się Amelia — to znaczy, że stało się coś niedobrego.

— Albo że pomylili adres. — Kuba miał bardziej optymistyczne podejście do życia.

Weszli na podwórko. Słońce już schowało się za dachami. Dla mieszkańców parteru, pierwszego i drugiego piętra słońce już zaszło. Tym mieszkającym powyżej jeszcze świeciło w okna, zamieniając szyby w lśniące złotem lustra. W tym magicznym oświetleniu pani Kożuszek opowiadała sąsiadom, jak spotkała ducha.

— … ale mówię przecież, że sunął nad ziemią, nie dotykając jej stopami. Był przezroczysty, jak firanka.

Podbiegła do nich ożywiona Mi.

— Zobaczyła ducha, zemdlała i wezwała ambulans — oznajmiła nieco za głośno. — Mama udzielała jej pierwszej pomocy.


Amelia popatrzyła badawczo na Mi, potem z troską na panią Kożuszek.

— Na pewno w tej kolejności? — upewnił się Kuba. — Zemdlona wezwała ambulans?

Mi zmarszczyła brwi.

— Może i odwrotnie — przyznała po namyśle. — Zadzwoniła, że zamierza zemdleć. Albo zadzwoniła, mdlejąc, w locie. Jak smakowała pizza?

— Zwiedzaliśmy okolicę. — Klementyna wzięła Amelię pod ramię. — To na razie. Lecimy na obiad.

Amelia chciała coś jeszcze powiedzieć, zamienić kilka słów z Kubą, może nawet umówić się na następny raz. To znaczy dać mu szansę, żeby to on się umówił.

— Na razie. — Kuba uśmiechnął się do Klementyny.

Klementyna pociągnęła delikatnie Amelię.

— Zgłodniałam — oświadczyła, kiedy odeszły kawałek. — Nie wydaje ci się, że ta siostra Kuby jest jakaś wredna?

— Nie wiem… — Amelia miała wielką ochotę wrócić, ale bez Klementyny obok nie potrafiłaby chyba wydukać ani jednego słowa.

Odwróciła się jeszcze, by sprawdzić, gdzie jest Imbir. Kręcił się koło pani Kożuszek.

— Imbir! — zawołała.

Pies przybiegł do niej – najwyraźniej zmęczony długim spacerem, chciał już iść do domu. Przyjaciółka odprowadziła ją pod samą klatkę, a nawet otworzyła drzwi i wepchnęła delikatnie do środka.

— To na razie — rzuciła. — Potem pogadamy przez komunikator.

— Cześć. — Amelia uśmiechnęła się z wdzięcznością i ruszyła do schodów. Jak to dobrze, że Klementyna już jest w Warszawie. Bez niej Amelia nawet nie zbliżyłaby się do Kuby, a Klementyna przecież pomoże jej nawiązać z nim bliższą znajomość.

Tak, prawdziwa przyjaciółka to dobra rzecz!

* * *

Oparty o szafki kuchenne stał karton z rowerem stacjonarnym. Tata kupił go po południu i tak się zmachał przy wnoszeniu go z garażu, że już nie miał siły go nawet rozpakować.

Albert jadł w milczeniu i co kilka chwil wciskał przycisk na stojącym obok laptopie. Rodzice wiedzieli, że nie ma sensu mu tego zabraniać. Amelia czasem wykorzystywała to, by samej czytać przy jedzeniu. Tym razem jednak nie czytała. Grzebała w talerzu z łososiem gotowanym na parze i zbierała się do zadania pytania.

— Tato — odezwała się wreszcie — poszliśmy dziś na spacer po tych uliczkach z opuszczonymi domami. Widzieliśmy starszego pana, który mieszka z takim chłopakiem w moim wieku…

— Nie kręćcie się tam. — Tata spojrzał na nią z niepokojem. — Tam trwa budowa, a zaraz zacznie się następna. Sam projektowałem ten nowy budynek, więc wiem, że będą tam konieczne głębokie wykopy. Chodzenie po tej okolicy jest niebezpieczne.

Takiej odpowiedzi się spodziewała.

— Tam dalej nikt niczego nie buduje — zauważyła.

— Ale zaraz zacznie.

— Chodzi o ten budynek, którego budowa miała się zacząć jeszcze przed wakacjami? — wtrąciła mama.

— Tak. Jeden z mieszkańców tych starych domów nie chce się wyprowadzić i budowa nie może ruszyć. To przez niego muszę teraz zrobić tyle poprawek, żeby potem dało się budować szybciej.

— Może ktoś po prostu lubi swój dom i nie chce go zostawiać — podsunęła Amelia. — To pewnie ten starszy pan.

— Ten starszy pan sprawia wszystkim spory kłopot.

— Tam mieszkało dużo starszych ludzi — wtrąciła mama. — Jeden z tych domów należał nawet do pani Kożuszek. Wyprowadziła się już w czerwcu.

— Jak to potrwa do zimy, zaczną się tam wprowadzać bezdomni. Wtedy będzie jeszcze większy problem. Nie chodźcie tam. — Tata starał się wyglądać groźnie, co mu jak zwykle nie wychodziło. — Tam już mogą się kręcić podejrzane typki.

Amelia pokiwała głową. Wcale nie zamierzała tam wracać.

* * *

Po obiedzie poszła do siebie, usiadła na kanapie i rozejrzała się po pokoju. Chyba trzeba go trochę przemeblować, żeby nie był taki dziecinny. Większość pluszaków i lalek zniknęła w czasie przeprowadzki, ale kilka najukochańszych wciąż okupowało miejsca na oparciu kanapy. Nie mogła się zdobyć, by je wyrzucić. Może to było tak samo dziecinne, jak chęć zaprzyjaźnienia się z Kubą? Jak niby miała tego dokonać, skoro on nie zwracał na nią uwagi? Siedziała, patrząc na zamknięty laptop. Telefon też wyłączyła. Nie miała ochoty z nikim rozmawiać, nawet z Klementyną.