Zabij mnie znówTekst

Z serii: Tom Douglas #5
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prolog

Padało, kiedy po mnie przyszli. Patrzyłam przez okno. Pękate krople deszczu ściekały strużkami po odbiciu mojej bladej twarzy. Żałowałam swoich impulsywnych decyzji, choć gdy je podejmowałam, wydawały mi się słuszne, i rozmyślałam o tym, co dalej wydarzy się w moim życiu.

Kiedy rozległo się pukanie do drzwi, nie sprawdziłam nawet kto to. Zdawało mi się, że wiem. Wybaczył mi. Pobiegłam do drzwi i otworzyłam je na oścież, uśmiechając się do swojego gościa, aby mu pokazać, jak się cieszę.

Natychmiast wiedziałam, że to nie jest osoba, której się spodziewałam. Poczułam, jak moje ciało przeszywa nagła fala paniki. Próbowałam zamknąć drzwi, ale było za późno. Za drzwiami pojawiła się druga twarz, pod każdym względem taka sama jak pierwsza. Te same rysy, te same policzki błyszczące jak u cherubinów, odbijające światło z przedpokoju.

Popatrzyłam na identyczne chińskie maski i nogi prawie się pode mną ugięły. Plastik był gładki, w żółtawym odcieniu cery, a puste oczodoły w kształcie diamentów ujawniały obecność wpatrujących się we mnie ludzkich źrenic.

Nie zdążyłam nawet krzyknąć. Odziana w rękawiczkę dłoń wyrwała się w moją stronę i chwyciła mnie za gardło, zaciskając się mocniej i mocniej, aż poczułam, że zaraz zemdleję. „Po co tu przyszli? Czego ode mnie chcą?”.

Mówili cicho, bez akcentu charakterystycznego dla lokalnych oprychów, którego się spodziewałam. W jakiś sposób poczułam się przez to jeszcze gorzej. Przyszli tu w konkretnym celu, a ja nie miałam pojęcia w jakim. Nie odzywali się do mnie. Mówili do siebie, jakby w ogóle mnie tu nie było. Naglący ton w ich głosach kłócił się z uśmiechami na maskach. Całe moje ciało zjeżyło się z przerażenia.

Widziałam zęby pierwszego z mężczyzn pomiędzy czerwonymi ustami maski. Były zaciśnięte, jak gdyby wysiłek związany z duszeniem mnie jedną ręką przerastał go. Widok dwóch zestawów warg – ludzkich, cielistych, pomiędzy sztywnymi, plastikowymi – zmroził mi krew. Mimo to wciąż nie mogłam przestać przyglądać się masce i ledwie widocznemu pod nią człowiekowi.

Drugi mężczyzna chwycił moje ręce i zawiązał mi je za plecami czymś twardym i zimnym, co wżynało mi się w skórę. A potem między zęby włoży mi knebel, wpijający mi się w kąciki ust, drażniący moją skórę szorstkim materiałem.

Dwaj mężczyźni znów się odezwali, ale ich słowa rozmyły się w mojej głowie, były właściwie tylko szumem.

Patrzyłam, jak pierwszy wchodzi do przedpokoju. Oddalając się od nas, ściągnął maskę. Nie zauważył, że widzę jego odbicie w lustrze. Zdałam sobie sprawę, że fakt, iż widziałam jego twarz i że już wszędzie ją rozpoznam, może okazać się moją zgubą. Szybko spuściłam wzrok, w nadziei, że żaden z mężczyzn nie dostrzegł, jak patrzę i zapamiętuję wydatne rysy i lekko haczykowaty nos. Strach na zawsze wtopił w moją pamięć każdy szczegół. Była to twarz, której nigdy nie zapomnę.

Drugi mężczyzna, z maską wciąż na twarzy, odwrócił mnie do siebie.

– A teraz sobie poczekamy – powiedział.

1

ŚRODA

Hol ośmiopiętrowego biurowca zalewało jaskrawe światło, które podkreślało jedynie nieprzeniknioną czerń parkingu znajdującego się na zewnątrz. Recepcjonistka poszła już do domu, ale Maggie Taylor nadal stała w środku, za szklanymi drzwiami i wyglądała w noc. Zerknęła przez ramię na windę, na próżno czekając, aż czerwona lampka zmieni kolor i rozpocznie się odliczanie. Może drzwi otworzą się i wyjdzie z nich kolejna osoba, która zasiedziała się w pracy i chętnie przejdzie z Maggie przez opustoszały parking, po pustym odcinku ciemnego asfaltu prowadzącym w otchłań, gdzie gdzieś poza zasięgiem wzroku stało jej auto.

Komunikaty pogodowe były dla wszystkich doskonałą wymówką, aby wcześniej wyjść z pracy, przez co Maggie miała wręcz pewność, że nikt nie przyjdzie jej na ratunek. Była na siebie wściekła, iż została tak długo w pracy, choć doskonale wiedziała, że nic nie budzi w niej większego niepokoju niż wielki, pusty budynek, w którym panuje grobowa cisza.

Szmer za plecami sprawił, że włosy na rękach stanęły jej dęba. Zanim zdołała się odwrócić, poczuła czyjąś dłoń u nasady pleców. Odwróciła się gwałtownie i odetchnęła.

– Jezu, Frank! Nie skradaj się tak do ludzi. Prawie umarłam ze strachu.

Pół metra za nią stała drobna sylwetka Franka Denmana. Uśmiech na jego smukłej twarzy był podszyty poczuciem winy.

– Przepraszam, Maggie – powiedział, spuszczając wzrok. – To przez te przeklęte creepersy. Kupiłem je, bo są wygodne i dodają mi kilka centymetrów, ale na twardej podłodze ledwie je słychać.

Mogła się jedynie do niego uśmiechnąć. Już raz uratował jej dziś skórę, a poza tym to nie była jego wina, że łatwo ją spłoszyć. Był cichym, sympatycznym mężczyzną, który zawsze zdawał się całkowicie niewzruszony okropnymi ludźmi, z jakimi czasem musiał się stykać.

– Dlaczego tu stoisz? Wzdrygasz się na myśl o wyjściu na zimne, wieczorne powietrze? Spodziewałbym się, że pobiegniesz w te pędy do tego swojego fantastycznego faceta, o którym bez przerwy opowiadasz.

– O Boże, naprawdę tyle o nim mówię? – zapytała z grymasem na twarzy. – Przepraszam. Straszna ze mnie nudziara.

Frank należał do nielicznej grupy osób, które Maggie poznała nieco bliżej, kiedy przeprowadziła się do Manchesteru siedem tygodni temu. Jako adwokat nieraz korzystała z opinii psychologa, by stwierdził niepoczytalność u tego czy innego klienta. Czasem jedli też wspólnie lunch. Potrafił świetnie słuchać – bez wątpienia był to u psychologa ogromny atut.

– Chodźmy. A może włos ci się jeży przez naszego uroczego klienta?

Nie chciała się przyznać nawet przed Frankiem, jak bardzo ich wspólny klient wytrącił ją z równowagi. Zajmowanie się ludźmi jego pokroju należało wprawdzie do jej obowiązków, nie była jednak przyzwyczajona do przestępców, którzy upadli tak nisko jak ten.

– Chodź – powiedział Frank. – Odprowadzę cię do samochodu.

Chwycił za klamkę, otworzył drzwi i oboje wyszli na cichy parking.

– „W nocy, co wokół mnie zapada, Czarnej jak samo piekła łono…” – rzekł cicho, gdy uderzyło ich chłodne powietrze.

Maggie zerknęła na niego, kiedy drzwi się za nimi zamknęły. Usłyszała delikatne kliknięcie, a potem stukot zatrzaskujących się zamków.

– Przepraszam – powiedział Frank, uśmiechając się z zawstydzeniem. – Przyszła mi na myśl linijka pewnego wiersza.

– Bardzo radosna – odparła ironicznie, dając mu lekkiego kuksańca w bok. – Tak czy inaczej, idę. Nie musisz odprowadzać mnie do samochodu, naprawdę. Zachowuję się żałośnie. Ale dobrze wiedzieć, że mogę na ciebie liczyć.

Frank lekko się jej skłonił.

– A jakże, moja droga.

Maggie roześmiała się. Uwielbiała tę jego okazjonalną formalność.

– Do zobaczenia – dodała i pomachawszy mu lekko, poszła tam, gdzie jak się jej zdawało powinien znajdować się jej samochód.

Postawiła kołnierz, ale poza budynkiem gwarantował on niewielką ochronę przed śniegiem z deszczem, który atakował skórę jej policzków setkami maleńkich, lodowatych ukłuć. Zerknęła w obie strony i odwróciła się za siebie dla pewności, że nikogo nie ma w pobliżu, po czym pobiegła do auta tą samą trasą, którą wiele razy przemierzyła zupełnie bez zastanowienia. Dziś było inaczej. Bała się cieni, które zdawały się ją osaczać, chwytać w potrzask. Czuła się nieswojo, nawet mając w pobliżu Franka.

Chyba nie mogła zaparkować swojego nowego audi dalej od jasnych świateł biurowca. Kiedy szukała wzrokiem jego ciemnego kształtu, przypomniała sobie, jak się uśmiechnęła, gdy jej powiedziano, że kolor samochodu, który bardzo lubiła, to „upiorna czerń”. Teraz wydawało się jej to mroczną przepowiednią, bo kolor idealnie zlewał się z ciemnością nocy, której nie rozświetlał nawet księżyc.

Maggie nacisnęła pilota i dwukrotny błysk żółtych świateł migaczy nadał ulotnego ciepła monochromatycznej scenerii. Z ulgą chwyciła za klamkę i pociągnęła za nią zdecydowanym ruchem. Wskoczyła do auta, zamknęła wszystkie drzwi centralnym zamkiem i opadła na oparcie fotela, mocno uderzając głową o zagłówek, żeby po chwili znów poderwać się do pionu i obejrzeć na tylne siedzenie.

– Jezu – mruknęła z przekąsem, odwracając się i wkładając kluczyk do stacyjki. W lusterku wstecznym była w stanie zauważyć jedynie sylwetkę Franka, który wciąż stał tam, gdzie się rozstali. „Porządny facet”, pomyślała.

Wiedziała, że jej lęki są irracjonalne. Dziś jednak spotkała się z diabłem wcielonym, a on rzucił jej ostrzeżenie, choć nie miała pojęcia przed czym. Była doświadczonym adwokatem, ale jej poprzednia firma w Suffolk, gdzie mieszkali aż do niedawna, zajmowała się nieco łagodniejszym kryminalnym spektrum, przez co przestępcy byli dużo bardziej tuzinkowi. Pragnęła pracować nad bardziej złożonymi sprawami, lecz z wyjątkiem jednego lub może dwóch osławionych przypadków, w których nikogo jeszcze nie skazano, poważne przestępstwa zdarzały się rzadko. Ale ten dzisiejszy zbir – Alf Horton – był najgorszym, jakiego kiedykolwiek spotkała.

– Bardzo miło mi cię poznać, Maggie – powiedział, wyciągając do niej rękę na przywitanie. Wystarczyło jedno spojrzenie na suchą skórę jego twarzy, by dokładnie wiedziała, jaki będzie dotyk jego dłoni.

 

Podczas gdy przez moment dotykała jego papierowej skóry w grzecznościowym geście, myśląc o martwych komórkach, które zostaną przeniesione na jej własne, lepkie palce, Horton mówił dalej.

– Wiele o tobie słyszałem i wręcz nie mogę się doczekać, kiedy lepiej się poznamy.

Co on mógł o niej wiedzieć? Z trudem starała się nie robić min podczas zadawania mu standardowych pytań, potrzebnych, by zacząć tworzyć strategię obrony. Dziesięć minut później z ulgą odebrała telefon od profosa, który poinformował ją, że przyjechał Frank, by rozpocząć ocenę psychologiczną. Będzie słuchał i obserwował z sąsiedniego pokoju. Gdy Maggie odkładała słuchawkę, Alf nachylił się do niej nad stolikiem, ukazując pomiędzy wysuszonymi, spękanymi ustami przebarwione zęby, a ona poczuła, jak wycofuje się najdalej jak może, żeby nie dotknął jej nawet jego oddech.

– Uważaj na siebie, Maggie. Nigdzie nie jest bezpiecznie.

Bywały takie dni, kiedy z całych sił pragnęła być oskarżycielem, a nie obrońcą, bo ten człowiek, ten sadystyczny potwór, który zranił tylu ludzi, w końcu został złapany na gorącym uczynku, a winę miał wymalowaną na twarzy. Chciała, żeby zamknęli go w więzieniu, najlepiej na całe życie. Nie powinna jednak myśleć w ten sposób.

Wyjeżdżając z parkingu na ruchliwe, mokre ulice śródmieścia Manchesteru, wciąż widziała oczy swojego klienta, płaskie i ciemne jak bliźniacze, opuszczone tunele kolejowe, rzucające jej wyzwanie, by odkryła ich przeszywającą głębię. Spokojnie przeanalizowała szczegóły licznych, brutalnych ataków, o które oskarżono Hortona – każdy wobec słabej, starszej kobiety – i widziała, jak wystawia język z uśmiechniętych ust, aby zwilżyć wargi. Powracał myślami do męczarni i krzywdy, a jego oczy na chwilę się zaszkliły, zanim wróciło mu pozbawione wyrazu spojrzenie. Maggie z trudem zdusiła w sobie chęć, by zerwać się z krzesła, podnieść je i rozbić mu na głowie.

Być może powinna była odmówić podjęcia się tej sprawy, ale miała wiele szczęścia, że dostała pracę w jednej z najlepszych kancelarii adwokackich. Miała nawet szansę zostać wspólniczką, więc wbrew zdrowemu rozsądkowi uśmiechnęła się i zgodziła reprezentować Hortona. Miała wprawdzie sporą pulę klientów, których brak skruchy ją obrzydzał, lecz coś w tym człowieku sprawiało, że przeszywały ją ciarki.

I co takiego miał na myśli, mówiąc: „Nigdzie nie jest bezpiecznie”? Wspomnienie jego miny, kiedy wypowiadał te słowa, utkwiło jej w pamięci. Gdy jechała przez centrum miasta, każda mijająca ją para świateł zdawała się rzucać hologramowy obraz jego twarzy tuż nad przednią szybę.

Maggie zjechała szybko do zatoczki autobusowej i oparła głowę o kierownicę.

– Do cholery, weź się w garść – powiedziała do siebie. Uwolniła swoje długie ciemne włosy z siatkowego pączka, który trzymał je z tyłu głowy spięte w kok. Otworzyła torebkę i wrzuciła do niej wszystkie spinki i gumki, w nadziei, że zmiana wyglądu ze specjalistki od prawa karnego w żonę i matkę przywróci jej trzeźwe myślenie. Przekręciła lusterko wsteczne i zaczęła szukać w torebce szminki.

„Lepiej”, pomyślała, patrząc na swoje pełne czerwone usta.

Ktoś zaczął uderzać w tylną szybę. Maggie odwróciła się szybko, nagle niepokojąc się o to, czy zamknęła wszystkie drzwi. Dobiegł ją śmiech. Stojąca na chodniku grupka nastolatków wygłupiała się, udając, że malują sobie usta szminką i poprawiają fryzury. Jeden z nich robił obsceniczne gesty prawą ręką. Nie byli nawet warci jej pełnego odrazy spojrzenia.

Maggie przekręciła lusterko i wyjechała na jezdnię, koncentrując myśli tylko na tym, co Duncan ugotował im na obiad.

2

Warunki na drogach były okropne. Śnieg z deszczem szybko zamienił się w śnieżną zawieję i jak zwykle Manchester był na to nieprzygotowany. Maggie widziała kilka samochodów, które ślizgiem zjechały na pobocze, wiedziała więc, że musi jechać powoli, choć bardzo chciała już być w domu. Rozpaczliwie pragnąc, by w jej dniu znalazła się choć odrobina normalności, zadzwoniła przez Bluetootha.

– Zadzwoń do domu.

Czekała. Nikt nie odbierał. Dziwne. Dzieci powinny być już po kolacji i szykować się do spania. A przynajmniej Lily powinna. Może w ich okolicy spadło więcej śniegu. To by było całkowicie w stylu Duncana ubrać dzieci ciepło i urządzić sobie na dworze bitwę na śnieżki. Postanowiła zaczekać pięć minut i spróbować ponownie.

Niemal dwa miesiące po przeprowadzce do Manchesteru dzieci przyzwyczaiły się do nowej szkoły, ale Maggie martwiła się o Duncana. Jako para już dawno temu ustalili, że to Maggie zostanie głównym żywicielem rodziny, a Duncan będzie opiekował się dziećmi. To miało sens. Duncan pogodził się z tym, że Maggie jest w stanie zarobić dużo więcej niż on – hydraulik, więc teraz brał tylko te zlecenia, które mógł wykonać, zanim trzeba będzie odebrać dzieci ze szkoły. Zarówno jemu, jak i dzieciom zdawał się pasować taki układ, a Maggie musiała przyznać, że wspaniale było wracać do domu, w którym czeka na nią gotowy posiłek. Ustalili, że będzie gotować w weekendy, by Duncan mógł odpocząć, i wszyscy wydawali się zadowoleni.

Mimo to Duncan był zaskakująco nieprzychylny ich przenosinom do Manchesteru. Jej zdaniem niewiele trzymało ich na południu – może z wyjątkiem pogody, która bez wątpienia była lepsza niż w zimnym i deszczowym Manchesterze – ale Duncan w końcu dostrzegł w tym sens. Ogromna podwyżka zarobków Maggie zapewne ułatwiła decyzję, lecz pomimo tego Duncan sprawiał wrażenie raczej pogodzonego z przeprowadzką niż nią podekscytowanego. Może nadeszła pora, aby przeprowadzili na ten temat kolejną rozmowę. Chciała, by byli tu szczęśliwi, ale nie dało się nie zauważyć, że od ostatnich kilku tygodni Duncan był wyraźnie milczący.

Znów wybrała numer. Czekała i nasłuchiwała, i już miała się rozłączyć, kiedy ktoś podniósł słuchawkę. „Dzięki Bogu”, pomyślała.

– Halo. Tu Josh Taylor. – Josh przez telefon był równie nieśmiały, co zawsze. Pięcioletnia Lily była o wiele bardziej przebojowa niż jej starszy brat.

– Cześć, Joshy. Myślałam, że wyszliście przed dom i obrzucacie się śnieżkami czy coś w tym stylu.

– Nie. – Taki był właśnie jej syn. Monosylabiczny.

– Chyba trochę się spóźnię. Okropnie się jedzie w tę pogodę. Dasz mi tatę do telefonu, skarbie?

– Taty nie ma.

– A co robi? Odśnieża podjazd?

– Nie. Wyszedł gdzieś.

Maggie wzięła głęboki oddech. Czasem lakoniczność jej syna bywała frustrująca.

– Dobrze. A gdzie dokładnie jest?

– Nie wiem. Zaczął robić kolację, ale potem wyszedł. I pojechał gdzieś swoją furgonetką.

Maggie skrzywiła się zdziwiona.

– To kto jest w domu z tobą i Lily? – Josh nie odpowiedział od razu. – Josh?

– Nikt. Jesteśmy sami.

Magie poczuła, jak jej ciało przeszywa gwałtowny wstrząs. Co Josh próbował jej powiedzieć?

Nagle odniosła wrażenie, jakby miała ołowiane ręce i nogi i robiła wszystko w zwolnionym tempie.

– Tata pojechał gdzieś swoją furgonetką? Jesteś pewien, Josh?

Usłyszała westchnienie po drugiej stronie słuchawki, po czym – jak gdyby pękła tama – jej syn zaczął mówić.

– Tak, mamo. Już mówiłem. Robił nam kolację, ale przestał. Jesteśmy z Lily strasznie głodni. Nie ma go już bardzo długo. Przyszedł do salonu, żeby się z nami pożegnać.

– I co takiego powiedział? – Rozległ się tubalny odgłos klaksonu i Maggie zorientowała się, że światła zmieniły się na zielone.

– Powiedział, że przeprasza.

Maggie nie mieściło się to w głowie. Musiała dojechać do domu. Jej dzieci były same – ośmiolatek i pięciolatka w ciemnej, starej plebanii na końcu ślepego zaułka. Nie znała sąsiadów – nie znała ich numerów – nie zabrała się jeszcze do tego, by ich do siebie zaprosić. Chciała, by najpierw poczuli się jak u siebie.

– Josh, skarbie, posłuchaj mnie. Weź telefon i idź do kuchni. – Słuchała niewyraźnych odgłosów kroków swojego syna. – Okej. A teraz przysuń krzesło do drzwi i stań na nim. Chcę, żebyś zasunął zasuwkę na górze drzwi. Wiesz, o co mi chodzi?

Racjonalnie myśląc, wiedziała, że nie ma powodu do paniki. Powinna być w domu za niecałe pół godziny, a Josh był bardzo rozsądnym dzieckiem. Ale po dzisiejszym spotkaniu i ostrzeżeniu Alfa Hortona jedyne, co miała przed oczami, to zarys jej domu na tle ciemnego nieba i zbliżającego się do drzwi nieznajomego.

Próbując nie okazać zdenerwowania w głosie, znów odezwała się do Josha.

– Jak ci idzie?

Dobiegło ją postękiwanie, kiedy jej syn zmagał się z drzwiami.

– Okej. Udało mi się.

– Świetnie, Joshy. A teraz idź do frontowych drzwi i dwukrotnie przekręć zamek. Wiesz jak.

– Pewnie, że wiem. Ale wtedy nie będziesz mogła wejść do środka.

– Zgadza się, skarbie, ale kiedy przyjadę, zerkniesz przez okno, sprawdzisz, czy to na pewno ja, i wtedy mi otworzysz. Okej?

Słuchała, podczas gdy on robił to, o co go prosiła.

– A teraz posłuchaj mnie, Joshy. Cokolwiek się stanie, nie wpuszczaj przez drzwi nikogo, naprawdę nikogo, nawet jeśli ktoś ci powie, że jest policjantem. Tylko mnie i tatę, kiedy wróci. Rozumiesz, kochanie?

– Przecież to nie jest trudne, mamo. Tylko ciebie albo tatę. Nikogo innego.

– Będę w domu najszybciej jak mogę, ale zadzwonię do cioci Suzy i poproszę ją, żeby rozmawiała z tobą, aż dotrę na miejsce. Nie będziecie się wtedy czuć tacy samotni. Z Lily wszystko w porządku?

– Tak.

Maggie zrobiła wdech i powoli wypuściła z płuc powietrze, ze względu na syna utrzymując stabilny ton głosu.

– A możesz powiedzieć coś więcej? Co robi?

– Leży z nosem przy telewizorze i ogląda tę głupią bajkę. Znowu.

Musiałaby wybuchnąć bomba, żeby odciągnąć Lily od telewizora, kiedy oglądała Krainę lodu. Starając się nie okazywać paniki i nie zarazić Josha swoim strachem, powiedziała mu, że przyjedzie tak szybko jak się da i że ma czekać na telefon od cioci Suzy.

Rozłączyła się w pośpiechu i wybrała numer siostry.

– Nie zadawaj pytań, Suze. Proszę, zadzwoń do Josha i zagaduj go, aż dojadę do domu. Z jakiegoś powodu Dunca z nimi nie ma. Dzieci są same. Wiem, że idiotycznie się zachowuję, ale czy do mojego powrotu możesz z nim rozmawiać? Proszę. Sama bym to zrobiła, lecz po drodze do domu w kilku miejscach słabnie zasięg. – Wiedziała, że Suzy dosłyszy panikę w jej głosie, której nie była już w stanie dłużej kontrolować, i bez zadawania pytań zrobi dla niej wszystko.

Jedyne, czego pragnęła teraz Maggie, to zadzwonić do Duncana. Zapytać go, co się, do cholery, działo. Jak mógł zostawić dzieci same w domu? Co mu strzeliło do głowy? Nie wiedziała, czy ma się wściekać, czy bać. Martwienie się o Duncana miało teraz jednak drugorzędne znaczenie. Myślała przede wszystkim o dwóch główkach – jednej pokrytej czupryną ciemnych loków i drugiej w cienkich, jasnych blond falach – samych w domu i o wszystkim, co mogłoby się wydarzyć, co mogłoby pójść nie tak.

Rozedrganym głosem poleciła, by telefon wybrał numer Duncana, prawie bojąc się tego, co powie. Usłyszała tonowe wybieranie numeru. A potem długi nieprzerwany dźwięk.

Telefon Duncana był wyłączony.