Podejdź bliżejTekst

Z serii: Tom Douglas #7
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prolog

Nie wiem już, kim jestem. Moje życie jest nie do poznania – podzielone na dwa odrębne okresy: przedtem – kiedy mogłam poczuć wiatr na swojej skórze, patrzeć, jak niebo przechodzi z niebieskiego w czarne, słuchać rano śpiewu ptaków, czuć zapach mokrej od deszczu ziemi – i potem, w którym tkwię teraz i nie potrafię już stwierdzić, czy trwa dzień, czy noc, a jedynym odgłosem, jaki słyszę, jest człapanie bosych stóp na linoleum.

Siedzę na wąskim łóżku, gapiąc się na przeciwległą ścianę, i zastanawiam, jak to się stało, że się tu znalazłam. Nie umiem na to odpowiedzieć. Wiem jedynie, że przyjdą. Przychodzą co noc.

Nie rozumiałam, jak łatwo można stracić życie. Stracić siebie. Teraz nie jestem już sobą. Jestem kimś innym. Kimś, kogo nie poznaję.

Mam na imię Judith. I zabiłam człowieka.

1

CZTERY TYGODNIE WCZEŚNIEJ

– Dobranoc wszystkim! – zawołała Sharon przez ramię.

– Już idziesz, Shaz? – usłyszała za sobą. Nie wiedziała, która z przyjaciółek pyta, toteż tylko uniosła rękę, nie odwracając się za siebie, i pomachała im na pożegnanie, kierując się do wyjścia. Nie chciała, żeby zobaczyły jej twarz: winne spojrzenie i zarumienione policzki.

Sharon nie mogła się doczekać, kiedy wyjdzie za Jeza – był wspaniały – ale w jakiś sposób całe to przedślubne napięcie, małżeńska nieodwołalność, może nawet przewidywalność zalazły jej za skórę, przekonała więc koleżanki, by spotkały się z nią w klubie w mieście. Jez również imprezował dziś poza domem, a że zamierzał nocować u brata, Sharon nie miała do kogo się spieszyć.

Myślała, że będzie tańczyć z przyjaciółkami do białego rana, ale kiedy poszła kupić sobie drinka, zauważyła przy barze przystojnego nieznajomego, który ją obserwował i – nie mogła temu zaprzeczyć – spodobało się jej, że przykuwa jego uwagę. Normalnie powiedziałaby mu, żeby spadał, ale tego wieczoru wszystko wydawało się inne niż zazwyczaj. Muzyka była głośna, rytm pulsował w jej ciele, a migające wielokolorowe światła sprawiały, że nawet najbardziej zwyczajne rzeczy sprawiały wrażenie niesamowitych. Poczuła podekscytowanie, kiedy dłoń mężczyzny dyskretnie spoczęła u nasady jej pleców, po czym zaczęła powoli przemieszczać się niżej.

Gdy na niego zerknęła, utkwił w niej rozpalone spojrzenie, którym zadawał jej niewypowiedziane pytanie. Sytuacja nabrała rumieńców i Shaz przestała być tak dyskretna, kiedy nieznajomy pochylił się do niej i położył jej dłoń na karku. Jednak zamiast ją pocałować, szepnął, że powinni udać się w jakieś ustronne miejsce, gdzie będą mogli być sami, na co ona poczuła dreszcz podniecenia. Zgodziła się, proponując pobliski urokliwy park nad jeziorem − Pennington Flash. O tej porze nikogo już tam nie będzie, a jeśli pojadą osobno, nikt się niczego nie domyśli.

Przez cały dzień w radiu i telewizji zapowiadano nocne obfite opady śniegu, po których na kilka dni temperatury miały spaść poniżej zera. Nic się jeszcze jednak nie zaczęło, Sharon nie martwiła się więc warunkami na drodze, gdy szukała w torebce kluczyków do auta. Nie zamierzała dużo pić, dlatego wzięła samochód. Może trochę przesadziła z alkoholem, ale nie szkodzi. Czuła się dobrze.

Za trzecim razem udało się w końcu włożyć kluczyk do stacyjki i uruchomiła silnik z rykiem, zbyt mocno przycisnąwszy gaz.

Pojadę powoli, pomyślała.

W dzieciństwie jeździła na rodzinne wypady do Pennington Flash i znała tę trasę na pamięć, więc prawie jak na autopilocie przejechała ulicami, aby w końcu zjechać z głównej drogi na teren obiektu. Pierwszy parking będzie o tej porze zamknięty, ale główny, blisko jeziora, nie miał bramy i tam właśnie się umówili.

Atramentowa ciemność parkingu sprawiła, że Sharon poczuła, jak dostaje gęsiej skórki, i zdjęła dłoń z kierownicy, żeby potrzeć się po przedramieniu. Miejsce było opuszczone i jeśli na niebie świecił księżyc, to zasłaniały go chmury ciężkie od zapowiadanego śniegu. Gość z baru jeszcze nie przyjechał, ale powiedział, że odczeka pięć minut po jej wyjściu, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Sharon przeszło przez myśl, że nie zna nawet jego imienia. Jednak z tą znajomością nie wiązała przyszłości, było to więc bez znaczenia.

Pojechała na odległy kraniec parkingu, tam gdzie nisko opadające gałęzie potęgowały mrok, i zaparkowała przodem do wjazdu. Chciała mieć pewność, że zobaczy go, zanim on zobaczy ją.

Lekko uchyliła okno. Noc była cicha. Zamknęła oczy i próbowała odgonić od siebie obraz uśmiechniętej twarzy Jeza.

Jakiś dźwięk – łoskot – wyrwał ją z zamyślenia. Co to było? Na moment włączyła przednie światła i westchnęła z ulgą. Wiatr przetaczał po asfalcie pustą puszkę po coli. Znów wyłączyła światła, ale podmuch lodowatego powietrza na twarzy i uderzenie adrenaliny chyba przywróciły jej rozsądek. Co ona, do cholery, robiła? Chyba jej odbiło! Musi stąd odjechać.

Sięgnęła po kluczyk tkwiący w stacyjce, ale było już za późno. Dobiegł ją nowy dźwięk – silnik samochodu.

Cholera. To on.

Może powie mu, że to był głupi pomysł? Tylko co, jeśli on tego dobrze nie przyjmie? Jeśli ją zgwałci? Sharon słyszała historie dziewczyn, które zostały zmuszone do stosunku, gdy w ostatniej chwili chciały się wycofać. Musiała stąd zwiać, zanim ją zobaczy.

Dzięki Bogu w jej starym gracie zepsuło się światełko pod sufitem. Cicho otworzyła drzwi i wyślizgnęła się z samochodu, drżącymi palcami włożyła kluczyk do zamka i szybko go przekręciła. Zgięta wpół pobiegła na ścieżkę prowadzącą wzdłuż nieruchomej czarnej wody i schowała się za niskim krzakiem.

Dopiero kiedy auto wjechało na parking, zdała sobie sprawę, że samochód ma wyłączone przednie światła. Dlaczego?

Samochód krążył po asfalcie, jak gdyby kierowca kogoś szukał, i Sharon wiedziała, że może chodzić tylko o nią. Ale wtedy znów przyjrzała się autu. Facet w barze kazał jej wypatrywać srebrnego golfa. Ten samochód miał ciemny kolor, może nawet czarny, i był większy niż golf. Przyjechał ktoś inny.

Ale to, kim był ten człowiek, nie miało znaczenia. Sharon zdała sobie sprawę, jaka bezbronna jest w tej sytuacji – młoda kobieta, sama, nad ranem, w zupełnej głuszy. Co za idiotka. Musiała dalej się chować.

Samochód zatrzymał się bezpośrednio przed jej starą toyotą i ktoś z niego wysiadł. Nie mogła zbyt wiele zobaczyć, bo mężczyzna stał dość daleko. Wtedy zobaczyła światło latarki. Podszedł do jej samochodu i snopem światła przeczesywał jego wnętrze.

O Boże. Czy gość z baru ją wrobił? Zwabił w ustronne miejsce i wystawił komuś innemu – może nie tylko jednej osobie.

Kiedy zda sobie sprawę, że samochód jest pusty, zacznie mnie szukać.

Mężczyzna spróbował otworzyć jej auto – dzięki Bogu je zamknęła – i zaczął świecić dokoła latarką. Wrócił na przód i skierował światło na tablicę rejestracyjną, Notował numery! Po co?

Gdy odszedł od samochodu, Sharon pomyślała, że sobie pojedzie. On jednak wszedł na ścieżkę i najpierw poświecił latarką w przeciwnym kierunku, a potem w jej stronę.

Przykucnęła jak najniżej i pochyliła głowę, żeby jej biała twarz nie odbiła światła latarki, modląc się w duchu, by czarny płaszcz dobrze ją skrył. Ściągnęła buty na obcasach, na wypadek gdyby musiała uciekać.

Usłyszała chrzęst żwiru pod stopami nieznajomego.

Szedł tu.

2

Budzę się i przez moment zastanawiam, gdzie jestem. Nie sądziłam, że w ogóle zasnę – mój wewnętrzny zegar wciąż jest zaburzony przez tak daleką podróż na wschód – ale może to przez ulgę, jaką poczułam, zostawiając wszystko za sobą.

Prawie nie przyjechałam i gdyby Ian postawił na swoim, wciąż tkwiłabym w domu, zaspokajając wszystkie jego potrzeby.

Jestem tu z powodu mojego dziadka, który przez ponad siedemdziesiąt lat pragnął wrócić do miejsca tak bliskiemu swemu sercu – Birmy lub Mjanmy, jak się ją teraz nazywa – gdzie stacjonował podczas wojny. Sam nie dotarł tu ponownie, ale kupił mi bilet i poprosił, żebym odbyła tę podróż za niego – była jego oczami i uszami.

Dziadek zmarł, zanim wyjechałam, więc już nigdy nie usłyszy o miejscach, które odwiedzę, ale nawet w swoich ostatnich dniach namawiał mnie, żebym nie rezygnowała z wyjazdu.

– Zrób sobie wolne – wysapał słabym głosem. – Zostaw wszystko i daj sobie trochę przestrzeni, by pomyśleć o przyszłości, o życiu, na jakie zasługujesz. Chcę jedynie, żebyś była szczęśliwa, wiesz o tym. A wydaje mi się, że nie jesteś.

Czułam się, jakby rzucał nowe światło na moje życie, a w szczególności na mój związek z Ianem.

Kiedy dziadek umarł, starałam się nie płakać przy Ianie, ale raz zobaczył moje łzy i powiedział, żebym wzięła się w garść.

– Daj spokój, przecież to był stary człowiek. Teraz przynajmniej nie musisz jechać w tę bezsensowną podróż. – Założył ręce na piersi, jak gdyby dla zaznaczenia, że sprawa jest zamknięta.

Poczułam nagły strach. Wiedziałam, co się stanie.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytałam, nie mogąc znieść tego, jak drży mi przy tym głos.

– Nie pojedziesz tak daleko całkiem sama. Teraz już nie musisz.

Nigdy nie podobał mu się pomysł tej wycieczki. Zwłaszcza że od początku miałam jechać sama.

 

Ian próbował wszystkiego, żeby mnie od tego odwieść – od ignorowania każdego mojego słowa po obarczanie mnie winą za to, że nie może znaleźć pracy. Sprawiałam, że jest przeze mnie nieszczęśliwy, ciągnęłam go w dół. Wolał zwrócić bilet, żeby uszczknąć sobie z niego trochę pieniędzy.

– Zawsze myślisz tylko o sobie – powtarzał bez końca.

Prawie się poddałam, co nie zdarzyłoby się pierwszy raz, ale pomyślałam o dziadku i o tym, jak bardzo chciał, żebym wyruszyła w tę podróż. Nie dałam więc sobie wmówić, że jestem skupiona wyłącznie na sobie, bezmyślna i nie liczę się z innymi. Ian nie zastraszył mnie również groźbami, że w jakiś sposób storpeduje ten wyjazd, co wykrzykiwał podczas nienormalnych wręcz wybuchów złości.

Przez te wszystkie kłótnie opadałam z sił i robiłam się coraz bardziej świadoma tego, ile razy ustąpiłam Ianowi w ciągu naszego rocznego związku, za każdym razem czując się tak, jakbym to ja postąpiła źle, jakbym to ja nie rozumiała, że utrudniam życie nam obojgu. W tym roku było jednak inaczej. Widziałam twarz dziadka i jego oczy, które mówiły mi, bym była odważna, bym stanęła w swojej obronie, wyłamała się ze schematu.

Poczekałam do dnia poprzedzającego wyjazd. Od wielu dni ćwiczyłam, co chcę powiedzieć, ale i tak się jąkałam, gdy wyjaśniałam Ianowi, że między nami koniec. Chciałam, żeby pod moją nieobecność wyprowadził się z domu. Gdy wymawiałam te słowa, poczułam dreszcz strachu. Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy, przerażona tym, co mogę w nich zobaczyć, a kiedy wsiadłam do samolotu, czułam się umęczona i załamana tym, co zaszło.

Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jaka jestem bezbronna. Może na tym polegał mój błąd.

*

Muszę zapomnieć o Ianie i myśleć o tym, jakie mam szczęście, że tu jestem.

Nigdy nie mieszkałam w takim luksusowym hotelu i choć czuję ogromną pokusę, by z powrotem zagrzebać się w świeżej białej pościeli, przede mną nowy dzień. Wypełniają mnie podekscytowanie i niepokój. Po raz pierwszy podróżuję samotnie i przebywam w obcym kraju, który ma tak odmienne obyczaje, zapachy i dźwięki. Ale nie czuję się tak pewna siebie, jak powinnam.

Mimo dręczących mnie nieustannie podszeptów lęku nie mogę się doczekać, kiedy wyjrzę z okna swojej sypialni i zobaczę widoki, które przegapiliśmy, jadąc tu po zmroku. Ulice Rangunu przed hotelem są tłoczne, chaotyczne i kolorowe. Uliczni sprzedawcy osłonili stragany jaskrawymi parasolkami, by chronić towary przed słońcem, a kierowca każdego autobusu, samochodu czy skutera czuje palącą potrzebę walenia w klakson.

Nie mogę uwierzyć, że jestem teraz gdzieś, gdzie jest tak gorąco, choć gdy wyjeżdżałam, Manchester przykrywała gruba warstwa śniegu. Martwiłam się nawet, że lot zostanie odwołany i będę musiała z podkulonym ogonem wrócić do domu. Ian dopiero byłby zadowolony. Podróż przebiegła jednak bez zarzutu, jeśli nie brać pod uwagę dziwnego i nieco niezręcznego zdarzenia, gdy przybyliśmy na miejsce.

Zebraliśmy się w holu hotelu, żeby odebrać klucze, niecierpliwie czekając, by po męczącym locie udać się do swoich pokoi. Byłam zmęczona, chciałam wziąć prysznic i nie miałam zbytnio ochoty na rozmowę, stałam więc ze zwieszoną głową i wzrokiem wlepionym w walizkę, czekając, aż zostanie wyczytane moje nazwisko. Poczułam, że ktoś mnie obserwuje – parę czyichś oczu wypalających mi dziurę w skórze – uniosłam więc głowę. Przy recepcji stał mężczyzna i mi się przyglądał. Był sam i kiedy spojrzałam mu w oczy, spodziewałam się, że odwróci wzrok, ale on ani drgnął i nie okazał ani odrobiny zażenowania, tylko patrzył na mnie pytająco. Przyjechał sam? Czy pomyślał, że skoro jestem na tej wycieczce prawdopodobnie jedyną wolną kobietą poniżej sześćdziesiątki, to może śmiało do mnie uderzać? Powinnam była odwrócić wzrok, jednak uniosłam brwi i przechyliłam głowę w bok, żeby pokazać, że nie robi na mnie wrażenia. Ale wtedy wywołano moje nazwisko, wzięłam klucz i uciekłam do swojego pokoju.

Zdarzyło się to wczoraj wieczorem, lecz teraz jest zupełnie nowy dzień, w którym czeka na mnie tyle ciekawych rzeczy. Wkrótce wmieszamy się w chaos na ulicach i pojedziemy autokarem do portu, a tam przesiądziemy się na statek, którym popłyniemy w górę rzeki Irawadi.

Przez ułamek sekundy żałuję, że nie jestem tu z kimś. Posiadanie partnera byłoby przyjemniejsze niż konieczność jedzenia, spania i podróżowania w samotności. Ale wtedy wyobrażam sobie, że moją drugą połówką jest Ian, i aż się wzdrygam. Słyszę jego głos w swojej głowie, narzekanie na podróż autobusem, dyktowanie mi, co powinnam na siebie włożyć, naśmiewanie się z naszych współtowarzyszy za ich plecami i oczekiwanie, że będę się śmiać razem z nim.

Kiedyś sądziłam, że go potrzebuję. Ale teraz już nie.

*

W autokarze siadam na pierwszym wolnym miejscu. Wszyscy się uśmiechają i witają skinieniem głowy. Słyszę dużo amerykańskiego akcentu w głosach osób, które z niezmordowanym entuzjazmem właściwym tamtej kulturze wołają do siebie „cześć” i sprawiają wrażenie, jakby się znali od dawna. Oczywiście. Wczoraj zorganizowano powitalnego drinka i wygląda na to, że tylko ja olałam to spotkanie.

Spoglądam przez szybę na rojny tłum ludzi prowadzących swoje codzienne życie – kobiet i mężczyzn ubranych w długie kolorowe spódnice, które, jak przeczytałam w przewodniku, nazywają się lungi. Podczas gdy powoli przedzieramy się autokarem przez ruch uliczny i opuszczamy miasto, mijając przydrożne stragany pełne przypraw, owoców i warzyw, zauważam, że wszyscy się uśmiechają. Zastanawiam się nad tym, jak wygląda ich życie i jak bardzo może się różnić od mojego.

Moje myśli zostają przerwane, gdy ktoś siada na wolnym miejscu obok mnie. Odwracam się z uśmiechem na ustach, nim zdaję sobie sprawę, że to mężczyzna, który wczoraj przyglądał mi się w holu.

– Cześć, jestem Paul – mówi. Miło się wita, ale jego oczy są puste, pozbawione wyrazu i odnoszę wrażenie, że z niezrozumiałego dla mnie powodu próbuje mnie ocenić.

Nie mam na to teraz ochoty. Czego on chce? Spróbuje mnie poderwać? Jeśli tak, to sytuacja zrobi się żenująca, rzucam mu więc przepraszający uśmiech i zamykam oczy, tłumacząc, że nie przyzwyczaiłam się jeszcze do nowej strefy czasowej. Mężczyzna siedzi przy mnie przez chwilę, po czym czuję ruch i zdaję sobie sprawę, że poszedł usiąść z kimś bardziej rozmownym.

Skoro znów jestem sama, mogę otworzyć oczy i ponownie przyglądać się krajobrazowi. Wyciągam telefon, żeby zrobić kilka zdjęć, zadowolona, że jeśli nie kupię tutejszej karty SIM, moja komórka pozostanie nieaktywna. Nie mam zamiaru tego robić. Tak czuję się bezpieczna, odgrodzona od pretensji Iana.

Mój telefon był wyłączony, odkąd wsiadłam do samolotu w Manchesterze, i kiedy go włączam, przeraża mnie, ile mam nowych wiadomości. Musiały przyjść, zanim odleciałam, ale na lotnisku było głośno, a ja nie sprawdziłam komórki przed wyłączeniem. Tkwiły tam, czekając na swój moment, gotowe wypluć z siebie jad, kiedy będę się tego najmniej spodziewała.

Esemesów jest przynajmniej dziesięć i wiem, od kogo pochodzą. Zerkam na pierwszy i nie mam ochoty czytać dalej. Język wiadomości jest odrażający, a cięte uwagi sprawiają, że z trudem tłumię jęk. Do oczu napływają mi łzy. Zdaję sobie sprawę, że byłam głupia, ale poznałam Iana w bardzo trudnym momencie swojego życia. Dziadek był chory, ojciec nie chciał ze mną rozmawiać, a ja miałam się właśnie przeprowadzić do nowego miasta, w którym nikogo nie znałam.

A teraz Ian postanowił kompletnie mnie zniszczyć.

3

Dwie kobiety siedziały po przeciwnych stronach sosnowego stołu, gapiąc się w stojące przed nimi miski z zupą. Jak na niewypowiedzianą komendę w tej samej chwili podniosły łyżki i powoli zaczęły jeść brązową ciecz.

Wisiała nad nimi słaba żarówka, rzucająca plamę światła na środek stołu, pozostawiając resztę pokoju w ciemności. Jedynym odgłosem był stukot metalowych łyżek o ceramiczne miski.

Przez kilka chwil żadna się nie odezwała.

– No to odeszła – powiedziała w końcu młodsza, odgarniając za uszy potargane włosy. Druga mruknęła potwierdzająco, nie przerywając jedzenia. – Chyba była gotowa.

Padło kolejne mruknięcie. Starsza kobieta była następna w kolejce. Przebywała tam najdłużej i przygotowywała się na dzień, w którym nadejdzie jej czas i w końcu będzie gotowa stąd odejść.

– Przynajmniej teraz będzie nam lżej – kontynuowała młodsza, raz jeszcze starając się podjąć rozmowę. Nie usłyszała odpowiedzi, ale druga kobieta powoli podniosła oczy, żeby na nią spojrzeć.

– Jestem gotowa – rzekła w końcu. – Nie chcę już dłużej czekać.

Rzadko rozmawiały. Czasami nie było im wolno, ale kiedy przebywały tutaj same, to mogły – jeśli tylko chciały. Zwykle były zbyt zmęczone, zbyt ospałe, a robota zdawała nigdy się nie kończyć.

Młodsza miała poczucie, jak gdyby każda kość w jej ciele zamieniła się w galaretę. Trudno jej było znaleźć w sobie siłę na cały dzień i ledwo zwlekała się rano z łóżka.

Mimo apatii, z której nie mogła się otrząsnąć, wciąż próbowała czasem walczyć z tym, co się z nią działo. Ale tak jak jej powtarzano, była tu bezpieczna. Karmiono ją, było jej ciepło i musiała wykonać tylko kilka prac dziennie, by zarobić na swoje utrzymanie. Alternatywa była dużo, dużo gorsza.

Dręczyło ją jednak pewne pytanie. Jak długo to może trwać? Ile czasu upłynie, zanim odejdzie, jak zrobiła trzecia kobieta dwa, a może trzy dni temu? Tamta przez całe tygodnie ledwie odezwała się do nich słowem i zdawała się czuć ulgę, kiedy nadszedł jej moment.

– Myślę, że ktoś do nas wkrótce dołączy – powiedziała starsza z kobiet bezbarwnym tonem, z nic niewyrażającą miną.

– Tak sądzisz?

– Zawsze jest tak samo. Jedna odchodzi, następna przychodzi.

Młoda kobieta czuła gdzieś głęboko, że to nie ma sensu, ale nie mogła dojść dlaczego. To było zbyt skomplikowane i właściwie bez znaczenia. Niczego nie zmieniało.

W końcu obie odsunęły krzesła i podeszły do zlewu znajdującego się głęboko w ciemnościach kuchni. To nieistotne, że ledwie mogły coś zobaczyć. Wiedziały, jak poruszać się w ciemności. W dzień czy w nocy ciągle było tak samo. Bez słowa jedna z nich opłukała naczynia, a druga je wytarła i odłożyła na miejsce.

Młoda kobieta nie chciała iść spać, choć była wyczerpana. Czasem nawiedzały ją sny: wyraźne, jaskrawe obrazy, które przerażały ją opowiadanymi historiami. Kiedy indziej znów wizje dopadały ją, gdy nie spała – przez co czuła się, jakby traciła nad sobą kontrolę, jakby była odseparowana od własnego ciała. Sny były jednak najgorsze – wyraźne, dosadne i jaskrawe – a kiedy się budziła, trudno jej było przekonać samą siebie, że to, czego doświadczyła, nie było prawdziwe.

Może jej sny są lepsze niż wspomnienia, które wydawały się zamglone, niewyraźne, jak gdyby nie była w stanie w pełni objąć ich rozumem. Zwykle nie chciała tego robić, bo przypominała sobie o wszystkim, co straciła.

Jej myśli zaczęły się rozmywać, zanim zdążyła dojść do jakichś wniosków. Czuła się rozkojarzona i musiała szybko się położyć, bo inaczej zasnęłaby, stercząc w kącie kuchni.

Druga z nich stała w bezruchu przy zlewie ze ściereczką w dłoni, patrząc przed siebie nieobecnym wzrokiem.

– Idę spać – szepnęła młoda kobieta, dotykając ramienia starszej. – Dobranoc, Judith.

Nie usłyszała odpowiedzi.