Obłoki FerganyTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Proszę wstać, wziąć rzeczy i pójść ze mną. – Słyszę nagle nad głową, gdy już, już miałem zasnąć. Nade mną stoi milicjant.

– Po co?

– Idziemy do tamtych drzwi. Proszę wstać i iść – informuje, wskazując kierunek ręką.

Nie zdążyłem się nawet rozbudzić i dojść do zmysłów, gdy stanęliśmy przed wejściem do pomieszczenia. Mundurowy wykonał telefon, po którym otwarto od wewnątrz drzwi i machnięciem ręki przywołano nas do środka. Przy skromnym biurku siedział mężczyzna w towarzystwie kilku milicjantów – w chwili gdy poprosił o paszport i zaczął pytać o cel przyjazdu, reszta bez słowa wzięła się do sprawdzania bagażu.

– A ile obcej waluty? Dolary, euro? – spytał, obejrzawszy pobieżnie paszport.

– Dolary.

– Proszę wyciągnąć, policzyć i pokazać – polecił.

Gdy wyłożyłem przed sobą wszystkie posiadane pieniądze, mężczyzna wziął je do ręki, tłumacząc, że musi przeliczyć raz jeszcze.

– Przepis mówi, że dokładnie musimy znać sumy wwożone do kraju. Jest pan zmęczony i mógł się pomylić, więc sprawdzę raz jeszcze. Proszę patrzeć mi na ręce.

Milicjant oddał wreszcie pieniądze i stwierdził, że wszystko się zgadza. W bagażu też nic nie znaleziono.

– Wszystko gra. Może pan odejść.

– Nie pójdę, dopóki nie oddacie pięćdziesiątki. – Na te słowa wszyscy wybuchnęli śmiechem.

– Przecież widziałeś, jak było liczone.

– Widziałem też banknot, który przy liczeniu spadł ci na kolana. I kamera pewnie też widziała – odpowiedziałem z uśmiechem i wskazałem na sklepienie ścian i sufitu.

Skoro tak nagle przeszliśmy na „ty”, pomyślałem, że pośmiejemy się wszyscy. Zaraz zostałem jednak sam z tym swoim dobrym nastrojem, gdy spytałem o możliwość rozmowy z naczelnikiem albo polską ambasadą. Co do pieniędzy – odnalazły się tak szybko, jak zniknęły. Aż do czasu mojego wyjścia z dworca wczesnym rankiem milicjanci omijali z daleka rząd krzeseł, na których ponownie się rozgościłem i oddałem drzemce.

Kiedyś utknąłem na ałmatyńskim lotnisku. Odwołany lot i przeterminowana wiza sprawiły, że nie było innego wyjścia tylko spędzić trzy doby w gościnnym pomieszczeniu terminalu. Pracownicy lotniska, włącznie z ochroną i milicją uśmiechali się, gdy widzieli, jak któryś dzień z rzędu idę ze szczoteczką i ręcznikiem do toalety. Wizę udało się o dwa dni przedłużyć, podając paszport przez płot i poza kolejką jednej z wyrozumiałych urzędniczek kazachskiego konsulatu w Biszkeku. Niestety ostatecznie uwięził mnie tu zastępczy lot do Kijowa przekładany w nieskończoność, z doby na dobę. Kazachskie punkty graniczne i przesiadkowe będę już zawsze wspominał przez pryzmat problemów i zaskakujących sytuacji… chwil trudnych, ale pełnych uśmiechu. Spraw zmierzających zawsze do szczęśliwych zakończeń.

Słońce wschodzi coraz śmielej – już pora opuścić przestronny i senny dworzec. Ałmaty zawsze było moją bramą do centrum Azji. Z Europy prowadzi tu chyba najlepsza droga lotnicza i kolejowa. W mieście nie brakuje „szklanych budynków” i nowoczesnych wieżowców, z którymi kontrastuje słynna radziecka wielka płyta, cerkwie oraz pomniki gierojów. Historyczne i dzisiejsze idee mieszają się tu na każdym kroku.

Wczesne południe niesie słoneczną pogodę i mroźny oddech. Przeładowana marszrutka nareszcie rusza w stronę granicy. Wszyscy pasażerowie to Kirgizi wracający z targów albo odwiedzin. Część z nich w trakcie jazdy zakłada wysokie, filcowe czapki. Jadą do domu.

Ludzie wracają do swoich rodzin i stad.

W Kirgistanie mawia się, że nie ma nic ponad Boga, dom i rodzinę.

Biszkek i tęsknota za Rosją

– Z Rosją radziecką i tą współczesną to było jak z wielką miłością, po której zostaje jedynie rozczarowanie. – Misza, mój kompan z Biszkeku, wpada w filozoficzny ton.

– Wyjaśnij mi to, Misza…

– O! Widać nie byłeś jeszcze aż tak zakochany! Jak każdy doznasz kiedyś wielkiego uczucia, z którego po czasie zostanie tylko skorupa. Wszystkie oczekiwania, bladź!, szlag trafi, poczujesz się oszukany. Tak, poczujesz się oszukany. W najlepszym wypadku poczujesz znów, że jesteś sam.

Misza jest Rosjaninem. Na świat przyszedł w Kirgizji, lecz pięć lat wojska odsłużył w Archangielsku. Po zwolnieniu ze służby, nim na dobre powrócił do rodzinnego gniazda, osiadł jeszcze na kilka lat pod Petersburgiem.

– Żałujesz? – pytam.

– Wtedy było ciężko wrócić, teraz to nie ma znaczenia.

– Ale ty Ruski…

– A wyglądam na Kirgiza? – rzuca wesoło, śmiejąc się do rozpuku. – Ruski, na pewno Ruski! Choć dziś z Rosją łączą mnie już tylko język i tatuaże.

W naszych rozmowach Misza nieraz wspomina Rosję. Robi to zazwyczaj przez pryzmat ciekawych sytuacji z lat młodości, które zapadły mu w pamięć. Nie idealizuje, nie tworzy mitu – zwyczajnie tęskni. I jeśli wciąż kocha, to też już zwyczajnie.

Mój serdeczny towarzysz, oprócz palenia, ma jeszcze pewien nieszkodliwy nałóg. Jego siostra, Jelena, nazywa to stratą czasu, rodzina – dziwnym odchyłem, lecz ja, mając od paru dni słaby sen, chętnie potowarzyszę Michaiłowi w jego porannej wycieczce. Pociąg Nr 018 relacji Moskwa–Biszkek pojawi się dziś na stołecznym dworcu chwilę przed 4 nad ranem.

– Wstawaj! Nie idziesz? – Czuję szturchanie w ramię i słyszę nad uchem krzepki głos Miszy.

– Jest środek nocy… to tylko pociąg – odburkuję niechętnie, ale zaraz zwlekam się z łóżka i słyszę, że czeka tylko 5 minut… Litości!

Po chwili jesteśmy już na Dzierżynce[19] i żwawym krokiem zmierzamy w stronę stacji. Przed zwrotem na pięcie i zaniechaniem tej absurdalnej porannej pielgrzymki ratuje mnie kubek z kawą zabrany naprędce z mieszkania. Na wpół otwartymi oczyma spoglądam na Michaiła – ten uśmiecha się serdecznie i cedzi, że nie pożałuję.

Uleciał niespełna kwadrans, gdy pusta dotąd ulica zaczyna się budzić i ożywiać jak bazar. Z poprzecznych alejek dołącza do nas coraz więcej zaspanych i uśmiechniętych ludzi ciągnących za sobą załadowane wózki. Niektórzy niosą na ramionach dzieci, inni trzymają pod pachą termosy oraz lepioszki[20]. Wesoła mimo tak wczesnej pory gromada też zmierza w kierunku dworca. Puste zazwyczaj hala i poczekalnie, po których przechadza się tylko milicjant i hulają przeciągi od niedomkniętych drzwi i okien, dzisiejszego poranka tętnią życiem. Ładu strzeże dwóch stójkowych, którzy uciekając od tłumu, znaleźli odpowiednie miejsce z boku pierwszego peronu. Stamtąd, zajęci własnymi telefonami i popijaniem czegoś dobywanego zza pazuchy, spoglądają od niechcenia na zebranych.

– U was też mówią „służba, nie drużba”? – pyta uśmiechnięty Misza, kierując spojrzenie w stronę dwóch milicjantów, którzy znów zniknęli za winklem.

Obok ktoś wyraźnie podniecony kończy telefoniczną rozmowę i informuje, że skład właśnie wyjechał z Kant[21]. Lada chwila pociągiem z Moskwy przybędzie wielu Kirgizów pracujących czasowo w stolicy Rosji. Mimo że podróż jest długa i męcząca, kolej to wciąż najtańszy i najpewniejszy środek transportu łączący dalekie obszary dawnego ZSRR z wielkimi miastami centrum. Przepełniony ludźmi i bagażem pociąg relacji Moskwa–Biszkek dociera do celu po blisko 75 godzinach pielgrzymki przez południe Rosji, Kazachstan i północną cześć Kirgizji. Szczególnie uciążliwy jest odcinek kazachski. Już przy wjeździe do republiki odbywa się kontrola podróżnych, a potem powtarza się ona jeszcze wielokrotnie na kolejnych krajowych stacjach i przy wyjeździe. Pogranicznicy i „funkcjonariusze” szukający narkotyków i przedmiotów zakazanych, zadający liczne pytania, raz ubrani w mundur, innym razem w dres albo skórzaną kurtkę to kazachska norma. W pociągu trwają niekończące się przeszukania, wlepiane są sztrafy. Jeśli ktoś chce być potraktowany łaskawiej, musi go to kosztować. Próby wymuszania łapówek przez stróżów prawa są na porządku dziennym. Znam to doskonale z własnych podróży przez państwo Kazachów, z dworców w Szymkencie, Astanie, Ałmaty, z postojów na rosyjsko-kazachskiej i kazachsko-kirgiskiej granicy, oraz opowieści wielu osób, które znalazły się na tych szlakach. Człowiek z Europy jest dla tutejszych służbistów nie lada gratką. Zachowując się jednak stanowczo i nieustępliwie, zyskuje pewną przewagę, i nie musi się zbytnio obawiać gróźb lub zastraszania. Najczęściej wystarczy grzecznie pozwolić przeszukać swój bagaż (uważnie patrząc milicji na ręce), zaś na ewentualne wątpliwości odpowiedzieć prośbą o numer odznaki, nazwisko przełożonego, czy nawet wspomnieć o telefonie do ambasady własnego kraju. Te trzy proste zabiegi zmieniają sytuację w okamgnieniu i zazwyczaj gwarantują spokój.

W gorszym położeniu są jednak podróżujący Azjaci, którzy zastraszeni wysoką karą lub zakazem dalszego tranzytu przez kraj, jeszcze na terytorium Rosji odkładają część pieniędzy i alkoholu na poczet łapówki. Mimo to „ciurkom”[22] podróż bardzo się opłaca. Ciężka praca w Rosji, wykonywana na czarno i za pół stawki przynosi lepsze pieniądze niż jakakolwiek w Kirgizji. Po wielu miesiącach harówki trzeba już tylko znieść trzy doby w pociągu, skwar albo przeszywający chłód stepu i uciążliwe kontrole, aby u kresu podróży znowu uściskać bliskich. Psy szczekają, karawana idzie dalej…

W ten ciepły lipcowy poranek wychodzimy z Miszką na peron.

– Tym pociągiem jedzie Wiktor, mój przyjaciel z Biełowodskiego[23].

– Wiktor od Czarnobyla? – upewniam się, bo coś mi zaświtało głowie.

– Właśnie ten – przytakuje Misza – ale nie mów przy nim…

 

Odniosłem wrażenie, że chce coś jeszcze powiedzieć, ale zaczął tylko kaszleć, zachłysnąwszy się chmurą tytoniowego dymu. Nie minęło zresztą parę sekund, gdy w oddali dało się dojrzeć zarys masywnej rosyjskiej lokomotywy. Po chwili spokoju świat dokoła znów się ożywił. Ludzie machali rękoma w stronę, z której dochodziły świsty maszyny, rozmawiali głośniej. Nawet milicjanci, odłożywszy telefony, poprawiali mundury, by w okamgnieniu w pełnym rynsztunku zameldować się na krawędzi peronu. Skład powoli wtaczał się na dworzec, piszcząc, sycząc… Wagon za wagonem – sprawiał wrażenie wyczerpanego jucznego zwierzęcia. W zaparowanych szybach pojawiały się nieliczne twarze pasażerów, którzy przelatywali po nas wzrokiem. Milicjanci przeliczyli wagony i pojawili się już przy odpowiednim wyjściu, gdzie mieli zapewnić komuś asystę, a my z Miszą chodziliśmy jeszcze dłuższą chwilę po peronie, nie wiedząc dokładnie, w którym miejscu stanąć.

– Staniemy tu – syknął Misza, uznając, że nie ma sensu skakać między ludźmi, tym bardziej że prowadnice już otworzyły wagony, a na peronie zrobiło się bardzo tłoczno.

Słońce wschodzi. Oświetla pięknie pobielone szczyty Tien-szanu, niosąc dzień miastu, a my stoimy w zgiełku tulących się ludzi, pośród prezentów i kwiatów. Zewsząd dobiegają odgłosy powitań, krzyki, płacz. Niedospanie towarzyszy mi od dawna, ale teraz mam wrażenie, że na jawie znów zanurzam się w półsen. Powietrze świdrują pojedyncze słowa o miłości i powrotach – zdania wpół urwane, grzęznący w gardle głos mężczyzny tulącego kobietę i małego chłopczyka… Na pewno zawsze jest czas, by docenić życie.

Misza rozgląda się, obgryzając paznokcie, a w końcu zawiesza wzrok w jednym miejscu (mam czasem wrażenie, że stara się go wyostrzyć, mrużąc powieki). Mężczyzna, którego witamy, jest w wieku Michaiła. Jego smukła twarz poorana zmarszczkami zdradza zmęczenie, nie tyle tą podróżą, ile podróżą przez długie i wcale niełatwe życie. Silnymi ramionami wspiera się na kulach i podciąga nogi w oczekiwaniu, aż z Miszą wyrwiemy z wąskiego wyjścia wagonu nieskładający się wózek.

– Priwiet, Witia! – Zaczyna się długie rosyjskie powitanie, padają sobie w ramiona, klepią po plecach.

Witii towarzyszy kobieta, o czym zapomniał albo czego nie chciał pamiętać Misza. Na Miszę patrzy nieco z góry, a gdy odrywa od niego wzrok i spogląda na mnie, na szorstkiej twarzy gości zastanowienie.

– Wystarczy. Dzwoniłam do Jeleny, więc do zobaczenia w Biełowodskim – mówi i energicznie popycha wózek w kierunku dworcowej hali.

Misza macha na to ręką. Wiktor, nie mogąc się obrócić, wykrzykuje jeszcze pozdrowienia, które przechodzą zaraz w wyzwiska pod adresem kobiety, i mało czytelne gesty. Czuję, że dziwna sytuacja tego poranka rozpocznie sekwencję jeszcze ciekawszych wydarzeń tygodnia. Misza oniemiał. Stanął jak słup, spuszczając wzrok i przygryzając wargę. Jak zwykle w zdenerwowaniu, zaczął żuć, a nie palić, grubego biełomora. Gdy wieczorem siadaliśmy do kolacji, nieraz wspominał Biełowodskoje, Wiktora i jego siostrę. Wiktora kochał jak brata i w wojsku pisał do niego równie często jak do matki i ojca. Częściej pisał tylko do Jeleny, chorowitej siostry czekającej na opowieści z daleka… aż znad Morza Białego. „A Nina…” – ten temat zawsze urywał z głębokim westchnieniem. Mimo to, prócz zdjęć rodziców i siostry, Misza wciąż w portfelu trzymał fotografię młodej, roześmianej dziewczyny.

– Cholera, przed piątą muszę dojechać na Ałamedin! – Misza przerywa w końcu milczenie i pokazuje głową w stronę wyjścia. Pracuje w dzielnicy na obrzeżach miasta, która swoją nazwę wzięła od rzeki przepływającej przez Biszkek.

Na przystanku marszrutek opowiada mi jeszcze parę młodzieńczych historii z czasów, gdy mieszkali z Witią w Biełowodskim… „Biszkek z tych lat już nie wróci…” powtarza zazwyczaj pijany, a ja go ciągnę za język i mam jakieś wyobrażenie ich trudnej, szczęśliwej młodości.

– No, leć dospać. Gdyby Jelena była na nogach, o niczym jej nie mów – rzuca jeszcze pośpiesznie.

– Dobrze, przyjacielu – odpowiadam, gdy ten znika we wnętrzu podmiejskiej marszrutki.

Dzierżynka powoli zapełnia się ludźmi. Jak co dzień nad ranem zbierają się tu mężczyźni, dyskutują o czymś żywo przed pracą i regulują wzajemne rachunki. Niebawem pojawi się również młodzież, która zmierza do szkoły, a po niej ta, która dziś do szkoły nie dotrze. Przekręcając zamek w drzwiach, wchodzę do cichego mieszkania. Jelena i dzieci jeszcze śpią, lecz już niebawem zacznie się codzienna krzątanina. Na moment przed ósmą z sennego letargu wyrywa mnie krzyk: „Misza! Cholera! Znowu posiałeś mój kubek. A niechże cię diabli!”.

Raj utracony

Misza wybija tytoń z fajki. Nad nim unosi się jeszcze gęsta chmura wypuszczonego dymu… Kiedy Jelena przyjdzie do domu, znów będzie kłótnia o palenie w mieszkaniu.

– Muszę wyjść, zanim wróci. Na Ałamedin daleko…

– Jedziesz autobusem?

– Tak, Iwan znów się pochorował. Żeby to, cholera, autobusy jeszcze normalnie jeździły – narzeka i całkiem niedobudzony zbiera się już z kanapką do wyjścia.

Na Ałamedin jest rzeczywiście daleko. Misza chce dotrzeć wcześniej, by wziąć przed pracą prysznic. W sierpniu i wrześniu odłączono w Biszkeku ciepłą wodę, ale jeden z większych zakładów w mieście, które ocalały po pierestrojce, ma do niej dostęp ze względów produkcyjnych.

– Powodzenia, Misza! – rzucam za nim, dogaszając papierosa.

Nasze poranne spotkania w kuchni przy świeżym tytoniu i mocnej herbacie stały się już tradycją. Gdy wróci Jelena i od wejścia uderzy ją zapach niedawno wypalonego sieku, znów się skrzywi. I znów wieczorem się Misza nasłucha. Może, jak to nieraz bywa, puści pretensje mimo uszu, może będzie krótka awantura, po której i tak jak zwykle ulegnie. Pewne jest to, że żadne z nich w pojedynkę nie zdoła utrzymać mieszkania w centrum Biszkeku. Zazwyczaj jest jeszcze „trzeci do pary”. Jelena wynajmuje pokój po mężu przyjezdnym albo studentom. Cztery tysiące somów miesięcznie to dobra cena, zważywszy na standard i lokalizację. Piętnaście metrów kwadratowych z balkonem i pięknym widokiem na ośnieżone szczyty Tien-szanu, pół kilometra od parlamentu i placu Ała-Too[24], w samym sercu stolicy to świetny traf. Może zabrzmi to dwuznacznie, lecz tę kwaterę udało mi się pozyskać dzięki zakończonej dopiero rewolucji, która na dobre wystraszyła duńskiego doktoranta zbierającego informacje na temat sytuacji ekonomicznej postsowieckich rejonów Azji Centralnej. Do karaluchów na klatce schodowej można przywyknąć. Po tygodniu nie zwraca się już uwagi na chrobot towarzyszący rozdeptywaniu insektów. Grunt, że wewnątrz jest czysto i schludnie. Biszkek nie różni się zasadniczo od wielu rosyjskich miast. Dominuje tu wielka szara płyta. Trój- i czteropasmowe prospekty, przecinające się zwykle pod kątem prostym (jeśli to tylko możliwe), marszrutki i rozklekotane trolejbusy, uliczny handel czymkolwiek i potężne monumenty są jak kopie Jekaterynburga, Omska, Kirowa… dużych miast, jakich w dawnym imperium wiele. Azjatyckiego smaku dodaje jednak architektura pojedynczych budynków, uroda mieszkańców i fakt, że Biszkek wciśnięto między wysokie góry. To jest smak centralnej Azji. Gdziekolwiek pójdziesz, gdziekolwiek spojrzysz – Rosja pełną gębą, tylko życie toczy się tu w nieco odmienny, azjatycki sposób.

Początki miasta wiążą się z regularnym osiedlaniem się ludności wokół granicznej twierdzy XIX-wiecznego Chanatu Kokandu. Druga połowa stulecia przynosi Chanatowi pięcioletnią wojnę z Rosją, konsekwencją której jest utrata części terytorium i przyjęcie statusu wasala względem carskiego imperium. Ucisk fiskalny i niezadowolenie z nowego porządku doprowadzają do wybuchu antyrosyjskiego powstania. Prawie dwuletnie walki ostatecznie stłumiono w 1875 roku. Chanat Kokandzki zostaje zlikwidowany, a jego ziemie wcielone do Rosji pod nazwą Obwodu Fergańskiego. Twierdza, wokół której powstawało dzisiejsze miasto, była zdobyta przez Rosjan dużo wcześniej, bo już w 1862 roku i nazwana Piszpek. Pod tą nazwą funkcjonowała w różnych strukturach administracyjnych Rosji carskiej i sowieckiej aż do 1926 roku, gdy już jako miasto przez komunistów została przemianowana na Frunze (na cześć Michaiła Frunzego, jednego z bohaterów Armii Czerwonej). Wreszcie urosła do rangi stolicy Kirgiskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, jednej z republik ZSRR. Rozpad Związku Radzieckiego i wybicie się przez Kirgistan na niepodległość przyniosły ze sobą powrót do dawnej nazwy, lecz w nieco zmienionej wersji. Jesteśmy więc ponownie w Biszkeku. Jelena i Misza przyszli na świat we wsi Biełowodskoje, oddalonej o kilkanaście kilometrów od stolicy. Rodzice, jak wielu Rosjan, przybyli do Kirgistanu w poszukiwaniu lepszego życia…

– Tu było po prostu bajecznie – wspomina rozmarzona Jelena. – Ciepło na wiosnę i jesienią. Żeby zerwać brzoskwinię, wystarczyło wyciągnąć rękę. Żadnych problemów z pracą i mieszkaniem. Powstawały nowe osiedla, szkoły i zakłady przemysłowe. Każdy mógł dobrze zarobić i liczyć na swój ciepły kąt. Do tego wspaniałe, wysokie góry… W góry szło się przynajmniej raz w miesiącu. Na pierwszego maja zawsze było mnóstwo kwiatów, świeżych ziół i owoców. Mama, wspominając życie pod Archangielskiem, mawiała, że po przyjeździe do Biełowodskiego poczuła, jakby trafiła prosto do raju.

– To prawda, Kirgistan jest piękny – przytakuję.

– Ale sam widzisz co teraz się dzieje – ripostuje szybko z krzywym uśmiechem. – Kto tylko może, ucieka.

– Nie jest już tak, jak kiedyś?

– Wszystko potwornie drożeje. Wielu ludzi ledwo wiąże koniec z końcem. A praca? Pracy praktycznie nie ma. Nie ma zakładów, bo zostały zamknięte, ludzie poszli na bruk. Kto miał głowę na karku, wyjechał już dawno do Rosji. Po drugie – wylicza – nie jest bezpiecznie. Cały czas rewolucja. Przez cholerną rewolucję, która nic nie zmienia, zamykamy drzwi i całe dnie siedzimy w domu. Po mieście chodzą plotki, że za tydzień albo dwa znów zacznie się kotłować. Chodząc ulicami, trzymaj się z dala od parlamentu. Tam wciąż są jakieś protesty.

– Nie wygląda to dobrze…

– Niedobrze i coraz gorzej! Nie jest bezpiecznie. Przedwczoraj ulicę stąd zastrzelono trzech milicjantów. W biały dzień, na oczach ludzi.

– Słyszałem w radiu.

– Bandyci. Pewnie znów chodziło o przejęte narkotyki.

Jelena i Misza z tęsknotą wspominają czasy Sojuza. Powtarzają, że była praca, każdy miał tyle samo, można było godnie żyć i był porządek. Ale teraźniejsze problemy Rosjan zamieszkujących Kirgistan skupiają się też wokół sprawy ich statusu. Niegdyś byli tu uprzywilejowaną grupą, mającą silny głos w krajowym parlamencie i duży wpływ na kierunek rozwoju miasta – dziś są w mniejszości. Budowanie kirgiskiej państwowości po 1991 roku i kształtowanie nowej świadomości narodowej jej mieszkańców polegało między innymi na wprowadzeniu obowiązku nauki języka kirgiskiego w szkole, obchodzeniu kirgiskich świąt narodowych, a w dalszej perspektywie zmienił się także sposób traktowania Rosjan na ulicy, w szkołach i urzędach. Język kirgiski, mimo że skodyfikowany cyrylicą, jest trudny w wymowie ze względu na liczne głoski gardłowe. Wiele zasad ortograficznych jest wręcz niejasnych. Do tego dochodzi wysoki poziom nasycenia języka codziennego rozmaitymi tutejszymi dialektami i regionalizmami. W efekcie wielokrotnie sami Kirgizi z różnych rejonów kraju mają problem ze swobodnym porozumiewaniem się między sobą.

– Nasze dzieci nie chcą się uczyć języka, którego nie rozumieją i właściwie nie używają. Bo po co? – kwituje Jelena.

Wielu młodych Rosjan, których spotkałem w Biszkeku, wprost wyśmiewa kirgiski, nazywając go „półruskim miksem”. Stwierdzenie takie nie jest niedorzecznością, gdy się uwzględni liczbę rusycyzmów funkcjonujących w obrębie języka słownikowego. To słowa związane przede wszystkim z techniką i wszystkim, co można by objąć ogólnym mianem współczesnej cywilizacji. Brak w języku kirgiskim słów na określenie: lodówki, samochodu, samolotu, sklepu itd. Odejście od pasterstwa i masowe osiedlanie się w miastach z ich miejskim rytmem życia wymusiło przyjęcie rusycyzmów, które na dobre zagnieździły się w rodzimej mowie. Prawdopodobnie tylko w ten sposób zaistnieć mógł językowy opis nowej rzeczywistości. Tak oto Kirgiz, mówiąc „po swojemu”, używa nieraz tak dużo rosyjskiego, że gdy się zna ten język, o kirgiskim nie mając pojęcia, można z grubsza pojąć, co jest przedmiotem rozmowy.

– Gdy pracowałam w szkole, klasy składały się w większości z uczniów rosyjskich. Kirgizi zazwyczaj nie posyłali dzieci do szkół, twierdząc, że wszystkiego czego im potrzeba mogą nauczyć się w domu. Z czasem ta sytuacja zaczęła się zmieniać – mówi Jelena, gdy zapytałem o edukację.

 

– I była zgoda?

– Ze zgodą bywało różnie. Nasze dzieciaki krzyczały na tamte „myrki” i raczej ich unikały. Mali Kirgizi odkrzykiwali, że nasze dzieci nie są Kirgizami i nie powinny tu mieszkać. Brałam wtedy jedno i drugie za kołnierz, tłumacząc: „To nie są żadne «myrki», a on jest taki sam Kirgiz jak i ty!”.

– A jak jest teraz?

– Teraz dzieciaki uczą się razem. Kirgizi chodzą już regularnie do szkoły. Problem jest raczej z dorastającą młodzieżą. Od takich można nieraz usłyszeć: „Ty Ruski, więc twoje miejsce jest w Rosji. Co tu jeszcze robisz?”. Te głupie uwagi są już powszechne.

Przypominają mi się rozmowy ze znajomym Nikołajem, który również doświadczał tego typu słownych szturchanek. „Co z tego, że mój dziadek budował Biszkek. Ja mu nawet pokazałem konkretne budynki, jak jechaliśmy autobusem, ale Kirgiz mówi, że go to nic nie obchodzi i że moje miejsce jest w Rosji”. Gdy o tym wspominam, Jelena kręci z zażenowaniem głową.

Faktyczne wsparcie Rosji dla Kirgistanu to długoterminowe projekty rozwojowe w sektorach przemysłu i infrastruktury na kwoty rzędu miliardów rubli. Władimir Putin wciąż jednak grzmi, że jeśli liczebność mniejszości rosyjskiej w tym kraju spadnie poniżej 10 procent (dla porównania: w 1991 roku było to około 40, dziś to tylko 11 procent), wstrzyma fundusze i przestanie pomagać. Dla Kirgizji Rosja jest nie tylko istotnym partnerem ekonomicznym, ale i gwarantem granic. Pretensje do niektórych terytoriów obecnej Kirgizji zgłaszają Uzbecy oraz Chińczycy. Ostatnio pojawiły się też kazachskie postulaty zrewidowania przebiegu granic obydwu państw. Geopolityczna i ekonomiczna pozycja Rosji sprawia, że to wciąż ona jest głównym graczem w regionie.

Dlatego językiem urzędowym nadal jest rosyjski, obok kirgiskiego, a państwo z jednej strony próbuje zatrzymać Rosjan w swych granicach, z drugiej zaś kontynuować politykę tworzenia i pielęgnowania własnej tożsamości narodowej. Wyważone działania mające na celu poszanowanie obu stron, tak by żadna z nich nie poczuła się urażona, to twardy orzech do zgryzienia dla władz w Biszkeku. Tym bardziej że Kirgistanem żywo zainteresowani są też Amerykanie. Pod Biszkekiem znajduje się amerykańska baza wojskowa „Manas”, działająca jako zaplecze dla afgańskich operacji militarnych. Chociaż rząd (pod naciskiem Rosji) kilkakrotnie wypowiadał już dzierżawę terenu bazy, ta wciąż funkcjonuje pod zmienionymi nazwami „centrum logistycznego” i „centrum tranzytowego”. „Dolar jest jednak droższy od rubla”, jak mawia Jelena. Nie trzeba się długo zastanawiać, by pojąć, że prowadzenie takiej polityki wymaga niezwykłej finezji i dyplomatycznych zabiegów. Zadowolenie dwóch wielkich graczy, przy jednoczesnym dbaniu o interes własny przypomina niekiedy taniec na linie. Bazy – rosyjska i amerykańska są oddalone od siebie o kilkadziesiąt kilometrów. To w skali świata sytuacja bez precedensu, ale… pokorne cielę dwie matki ssie.

Jelena przyznaje, że obecność wojskowych i tak nie ma znaczenia. Pieniądze z dzierżawy baz na razie rozpływają się w powietrzu, ale któraś ze stron (albo narkotykowi bonzowie) prędzej czy później zasponsoruje rewolucję i znów zginą ludzie. Po wszystkim kraj ponownie znajdzie się w punkcie wyjścia… Trzeba uciekać. Ale uciec niełatwo. Nie ma za bardzo gdzie i nie ma za co. Pozostaje czytanie listów od przyjaciół z Rosji, którzy od czasu do czasu kurtuazyjnie zapraszają, dodając, że być może tam byłoby łatwiej.

– Obecnie Biszkek to jeszcze nie taka wielka tragedia. Mimo że wszystko zmieniło się już kilkakrotnie o 180 stopni i nieraz się jeszcze zmieni, da się tu przeżyć i panują chociaż pozory prawa – stwierdza Jelena, komentując któryś z kolei list i rozkładając ręce w geście bierności i niezdecydowania.

– Rosja też nie dom, skoro nie dała paszportu – wtóruje Misza, a mnie znów nachodzi myśl, ilu w tym kraju jest „ludzi bezdomnych”.

Rosjan, mieszkających na tej ziemi od pokoleń, bez rosyjskiego paszportu. Uzbeków, pielęgnujących własną kulturę z dala od ojczystej ziemi – uciekinierów, których pobliska ojczyzna po ostatniej rewolucji przywitała na granicy betonowym murem, wygnanych niegdyś z Chin Dungan[25], którzy azyl znaleźli w Kirgizji. Kirgistan zamieszkują tysiące dusz o niejasnym statusie i wieloznacznych dokumentach. Kim jest obywatel dawnego ZSRR, nieposiadający dziś rosyjskiego paszportu, a tylko tymczasowy, kirgiski dokument tożsamości? Exodus Rosjan wciąż trwa, choć ostatnio osłabł. Reemigracje do macierzy odbywają się falami, to z większym, to znów z mniejszym nasileniem, co dyktowane jest najczęściej mniej lub bardziej stabilną sytuacją wewnątrz kraju.

Jedyną pełną i szybką migracją w historii niepodległego Kirgistanu był exodus Niemców w połowie lat 90. XX stulecia – na mocy prawa imigracyjnego opracowanego przez rząd Helmuta Kohla Kirgizję opuścił niemal każdy mogący w jakikolwiek sposób udokumentować choć szczątkowe niemieckie pochodzenie. Przesiedleni tu w czasie II wojny światowej Niemcy nadwołżańscy stanowili liczną mniejszość podstołecznych miejscowości, takich jak Kant czy Iwanowka. (Dochodziło wręcz do spięć na tle pochodzenia niektórych nazw. Czy, na przykład, nazwa miejscowości Kant wzięła się od pruskiego filozofa Kanta, czy też od kirgiskiego słowa kant, co znaczy cukier. W mieście rzeczywiście działała niegdyś cukrownia). Niemieccy przesiedleńcy byli hermetyczną i dobrze zorganizowaną społecznością, żywo działającą w wymiarze religijnym. Pozostały po nich kaplice i budynki zaadaptowane na domy modlitw. Pozostały krucyfiksy i stacje drogi krzyżowej. Wyjechali wszyscy, zabierając z sobą tych, którym zwykły fart lub urzędnicza przychylność pozwoliły stać się posiadaczem jakiegokolwiek świstka dokumentującego niemieckie korzenie.

– Owszem. Matka wspominała, że było tu kiedyś wielu nadwołżan. Podobnie jak my budowali wytrzymałe domy i przestronne kościoły – mówi Jelena, podgłaśniając radio przy piosence Ja tiebia nikogda nie zabudu[26].

– Chodzisz do cerkwi?

– Może zacznę, gdy będę już stara.

– Nie czujesz potrzeby? – dopytuję.

– Cerkiew to Rosja. A Rosja jest bardzo daleko stąd.

Jak dziwne tło dla całej rozmowy brzęczą mi w uszach słowa piosenki w wykonaniu Sergeya Lazareva. …nie chcę, żebyś wyjechał, wydaje mi się, że ciebie tracę…

– Rosja odwraca się od nas i coraz mniej ma wspólnego z Biszkekiem. Zobacz, gdzie jest teraz Lenin, najzwyczajniej go schowali. – Krojąc mięso i wymachując energicznie nożem, Jelena komentuje przeniesienie pomnika z placu głównego „na zaplecze” miejskiej zabudowy.

Faktycznie, pomnik „ojca Sojuza”, jak określało Lenina wielu z moich rozmówców, jest stałym elementem, symbolem krajobrazu rosyjskich miast. Stanowi wręcz o ich rosyjskości. Przeniesienie „Lenina z Biszkeku” na tyły muzeum stało się dla nich wyraźną cezurą – zaznaczyło koniec pewnej epoki. Dziś w jego miejsce nad Ała-Too ręce ku niebu wznosi Erkindyk[27] – kirgiska wolność.