Rytuał łowcy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rytuał łowcy
Rytuał łowcy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Rytuał łowcy
Audio
Rytuał łowcy
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
36,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 25

Leżał na kanapie zwinięty w kłębek. Wsłuchiwał się w swój ból, próbując go na zmianę oswoić i zignorować. Przypominało to jakąś pieprzoną medytację. Bo o to w niej przecież chodzi, prawda? O maksymalne skoncentrowanie myśli na jednej jedynej rzeczy. No więc on był skoncentrowany. Tak bardzo, jak tylko się da. Na nim. Na tym czymś, co wyżerało go od środka. Inaczej się nie dało, naprawdę.

Pocił się, zaciskał pięści, na zmianę prostował i podkurczał nogi. I bał się. Bał się śmierci. Swojej, nie jakiejś abstrakcyjnej; nie tej, którą fascynował się, będąc nastolatkiem, albo którą wyobrażał sobie później w suicydalnych fantazjach. Bał się tej prawdziwej, wulgarnej, bolącej, otwierającej zwieracze, degradującej ciało i sprowadzającej umysł do poziomu przerażonego zwierzęcia – osobistej śmierci. Nie da się tak naprawdę bać śmierci, dopóki nie doświadczy się takiej właśnie, namacalnej jej bliskości.

To, całe szczęście, przechodziło. Ten ból. Przypływał jak fala, zalewał wszystko, zagarniał, a potem jak fala odpływał. Przynajmniej na razie. Wiedział, że kiedyś nadejdzie taki dzień, że powódź się nie cofnie, wody nie opadną. Ale to jeszcze nie teraz, teraz wystarczyło przeczekać, doczekać do momentu, gdy da się zwlec z kanapy, zapalić święte zioło i wrócić do świata żywych.

I ten moment właśnie teraz nadszedł.

Rozluźnił palce, wyprostował nogi, wpół otworzył oczy, odetchnął głębiej. Jeszcze chwila i da radę usiąść. Wszystkie akcesoria do waporyzacji leżały tuż obok, na stoliku, wystarczy po nie sięgnąć. W końcu zrobił to. Opuścił nogi na podłogę, uniósł korpus do pozycji pionowej i wyciągnął rękę. Potem kilka wyuczonych czynności i jego płuca wypełnił dym nie dym.

Strach jednak pozostał. Było to dziwne, bo także i on zazwyczaj przechodził. Teraz zmienił się tylko, stał się mniej… a może bardziej… Jakby zszedł z pierwszego szeregu i schował się w drugiej linii. Ale ciągle tam był, ciągle przytłaczał, dominował, jak słoń, który nie jest w stanie ukryć się za drzewem.

Wyjął z kieszeni telefon. Zrobił wczoraj zdjęcie tej dziwnej afrykańskiej maski. Przypatrywał mu się teraz. Grube, szeroko wycięte usta, wybałuszone oczy, bruzdy na czole i policzkach układające się w wyraz… gniewu? Napięcia? Niepokoju? Już wiedział, co mu ona przypomina. Przypominała mu tego frajera, którego spotkał nocą na parkingu pod blokami. A raczej to, jak wyrzeźbił jego twarz na samym końcu – efekt jego pośmiertnej operacji plastycznej. Podobieństwo aż rzucało się w oczy.

Czy to znak? Coś do niego przemówiło, przemawia? W ten sposób? Prefiguracja – skądś przypomniał sobie ten termin. Sytuacja, w której jakieś wydarzenie lub osoba z przeszłości przygotowuje nas na przyjście tego, co ma się wydarzyć w przyszłości. Chodziło, zdaje się, o teologię chrześcijańską, a u niego w grę by wchodziła raczej demonologia, ale przecież „wszystkie wierzenia opierają się na podobnych zasadach”, czyż nie tak?

Czy więc o to chodziło? Coś pukało w ten sposób do jego głowy? Czy też było znacznie prostsze wyjaśnienie, że najzwyczajniej w świecie gdzieś kiedyś podobną maskę widział, jej obraz utkwił w głębinach jego podświadomości i właśnie wtedy wypłynął, przybierając postać jego mięsnego rękodzieła?

Stawiałby bardziej na to drugie wyjaśnienie, lecz przekonywało go bardziej to pierwsze. Czy nie na tym polegają wszystkie religie? Wierzymy w coś, mimo że wiemy, że to nieprawda. Wierzymy, bo ta wiara podoba nam się znacznie bardziej niż niewiara. Podoba nam się nadzieja, którą daje, poczucie sensu i wagi naszego życia, podoba nam się to sto razy mocniej niż goła niczym pręt zbrojeniowy wystający ze zburzonego domu prawda.

Przypatrywał się więc temu zdjęciu i coraz bardziej puszczał się rozumu. Lina racjonalnego myślenia powoli wyślizgiwała mu się z palców. A może to już te słynne zmiany w mózgu? Problem z nimi, powiedział mu to tamten lekarz, ten, od którego jechał, gdy pomylił wtedy drogę, polega na tym, że chociaż wiemy, iż kiedy nadejdą, nasze myślenie i postrzeganie świata zmieni się w sposób chorobliwy, to gdy w końcu nadchodzą, mimo tej wiedzy nie jesteśmy w stanie podejść do tego z dystansem. Wierzymy w smoka, mimo iż wiedzieliśmy, że kiedy się pojawi, będzie skutkiem choroby.

A może właśnie na tym to wszystko polega? – pomyślał. Żyjemy w świecie pełnym iluzji i mimo że gdzieś w głębi duszy zdajemy sobie sprawę, że są nieprawdziwe, mimo iż podejrzewamy to, przeczuwamy, nie przeszkadza nam to w nie wierzyć. I nie chodzi tu tylko o religie, chodzi o wszystko. Bo czy na przykład miłość, ta opiewana w książkach i filmach prawdziwa miłość, tak naprawdę istnieje? A przecież w nią wierzymy. A skoro w nią wierzymy, to jednak istnieje. A wszystkie sensy, które nadajemy swojemu bezsensownemu życiu – z nimi jest podobnie. Cały świat, całe nasze życie opiera się na tej jednej uniwersalnej zasadzie: jednoczesnej prawdziwości i nieprawdziwości. O chorobie mówimy tylko, gdy ktoś nie dzieli swoich iluzji z innymi.

Spojrzał na puste miejsce, na którym niegdyś stał jego ołtarzyk. Jego fetysz. Tym właśnie chyba był, zanim go rozmontował, a poszczególne części schował do szuflady. Tym albo czymś bardzo podobnym. Stworzył samoistnie coś, co gdzieś tam, tysiące kilometrów stąd, miało swój pierwowzór i długą tradycję. Wszystkie religie opierają się na podobnych zasadach.

Wciągnął w płuca kolejną porcję dymu. Potrzebował go. Potrzebował jeszcze trochę otumanić swój umysł, by zdjąć z niego ostatnie blokady. By ten pomysł, który od wczoraj, odkąd wrócił z wizyty w tamtej pracowni, kiełkował mu w głowie, dostał swoją szansę. By nie stłumiły go wątpliwości, sceptycyzm, ironia i poczucie obciachu.

Zrobi to. Zrobi to tylko na próbę. Żeby zobaczyć, jak to jest. Jak to wygląda. Potraktuje to jako eksperyment. Zaciągnął się po raz kolejny. Czas zaczął tracić powoli swój linearny, jednostajny charakter. Jeszcze chwila i będzie gotów.

Nawet nie zauważył, kiedy wstał. Obudził się, wrócił do poczucia rzeczywistości, gdy zwijał już dywan. Następna stop-klatka: czarny, kwadratowy, niewielki stolik z Ikei, na którym stał wcześniej uschnięty dawno kwiatek, wyciągany na środek pokoju. Znowu przerwa w świadomości, trudno powiedzieć, jak długa. Pomyślał wtedy, że przydałaby się jakaś muzyka. Coś monotonnego, transowego – bębny albo indiańskie śpiewy. Musi coś takiego kiedyś kupić.

Gdy się obudził następnym razem, muzyka już grała. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie dzieje się to tylko w jego głowie. Ale nie, dźwięki dobiegały z głośników. Jego stary sprzęt, który kupił jeszcze jako nastolatek, świecił diodami w rogu pokoju. Kręciła się w nim kaseta magnetofonowa.

Wsłuchał się w melodię: muzyka klasyczna – Wagner. Jakiś motyw, ale nie Galop Walkirii. Tam, tam, tam, ta, ta, ta, ta, ta, ta, ra, ra, ra… Znowu przerwa. Chyba długa, bo gdy znowu zorientował się, co się dzieje, na stoliku z Ikei piętrzył się już stos różnych przedmiotów: książek, starych płyt, zdjęć, zabawek z dzieciństwa, najprzeróżniejszych pamiątek i ubrań – wszystkich tych rzeczy, które powyciągał z szuflad, szaf i zakamarków swojego domu i miały dla niego jakąkolwiek emocjonalną wartość. Wyglądało to jak przegląd albo jak śmietnik jego marnej egzystencji. Jakby wyciągnął na środek pokoju wszystkie swoje wspomnienia, wszystko, co kiedykolwiek miało dla niego znaczenie. Remanent życia zrobiony tuż przed śmiercią, stos pogrzebowy wykonany z jego resztek.

Znowu zawieszenie, tym razem jednak nie tak chyba długie. Kiedy zobaczył się następnym razem, próbował z tego stosu stworzyć jakąś konstrukcję, uformować go na kształt wieży albo posągu. Udało mu się to najwyraźniej, bo przy następnym przebłysku owijał już to coś kawałkiem tkaniny, którą zabrał z pracowni projektantki. Wzorzystej, kolorowej tkaniny w geometryczne wzory, nieregularnej i postrzępionej, stanowiącej zapewne coś w rodzaju odpadu poprodukcyjnego, wyciągnął ją bowiem z dużego kosza z drucianej siatki stojącego w rogu pracowni.

Zostały już tylko ostatnie poprawki, ostatnie ciosy dłutem. Wyjął z szuflady swoje trofea – zegarek i nóż sprężynowy – i położył je na szczycie tego stosu. Potem wziął do ręki waporyzator, wciągnął do płuc dym i wydmuchał go wprost na swoją konstrukcję. To jeszcze nie było to. Podszedł do barku, otworzył go.

Nie miał ginu, ale była tam resztka tequili. Też powinna się nadać. Pociągnął spory łyk, a drugi, mniejszy, wypluł na swój fetysz, rozpylając go ustami w formie mgiełki.

Cofnął się o dwa kroki, by lepiej przyjrzeć się swojemu dziełu. Co jeszcze powinien zrobić? Zatańczyć naokoło niego? Zacząć walić w bęben? Upuścić sobie trochę krwi i polać nim ją? Nagle poczuł, że to nie ma sensu. Że jest głupie. Idiotyczne. Że zachowuje się jak kretyn. Miał ochotę rozwalić to wszystko, przewrócić, i zrezygnował tylko dlatego, że poczuł się strasznie, potwornie zmęczony. Zmęczony i zniechęcony. Zaczął zapadać się w sobie, implodować psychicznie. O mało się nie przewrócił. Z ledwością dowlókł się do kanapy. Położył się na niej i zwinął w kłębek. Nic nie ma sensu, pomyślał. Powinien się zabić. Poderżnąć sobie gardło nad stosem tych wszystkich rzeczy, niepotrzebnych nikomu tak jak on.

I gdyby miał odrobinę więcej siły, zrobiłby to.

ROZDZIAŁ 26

Komisarz Piotr Aleksanderski wyszedł z gabinetu lekarskiego. W ręku trzymał wydruk EKG i plik recept. Usiadł ciężko na krześle w korytarzu. Z jego sercem było coraz gorzej. Próba obciążeniowa, którą odbył dziś rano, wypadła nie najlepiej. W takiej formie nie zaliczy następnego testu sprawnościowego. Zasugerują mu wcześniejsze przejście na emeryturę.

I to będzie koniec. Absolutny koniec wszystkiego. Nie będzie miał już żadnego powodu, by dalej żyć, by się starać, by robić cokolwiek. Nie będzie miał celu i motywacji. Jeśli odbiorą mu jego pracę, stanie się nikim. Zamknie się w swoim mieszkaniu ze spuszczonymi roletami, będzie wychodził z niego tylko po to, by dokupywać kolejne butelki wódki, aż w końcu któregoś dnia strażacy wyważą jego drzwi, zawiadomieni przez sąsiadów zaniepokojonych trupim odorem unoszącym się na klatce, i odnajdą jego zwłoki w stanie daleko posuniętego rozkładu.

 

Ciekawe, czy trafi na stół do doktora Kornackiego? I co jego stary przyjaciel wtedy pomyśli? Że to stosowna śmierć dla starego gliny, który tak długo patrzył w otchłań, aż w końcu otchłań spojrzała na niego? A może nic nie pomyśli i nic nie poczuje, nauczony wieloletnim doświadczeniem, że to, co przed nim teraz leży, to nie jest człowiek, tylko kawał rozkładającego się mięsa, robota do wykonania, nic więcej.

Przez chwilę miał ochotę zmiąć te wszystkie recepty trzymane w ręku, cisnąć je do kosza i odejść filmowym krokiem w stronę zachodzącego słońca, ale nie zrobił tego. Jeśli bowiem chodzi o robotę, on też miał swoją do wykonania. Jak tak dalej pójdzie ostatnią. Nie może dopuścić, by szlag go trafił przed jej ukończeniem. I jeśli ma być to jego ostatnia bitwa, to, do cholery, chciałby ją wygrać. Może choć w ten kłamliwy i pokrętny sposób usprawiedliwi jakoś swoje życie.

Zwinął papiery w rulon i wcisnął je do bocznej kieszeni marynarki. Jego palce trafiły tam na inny papier. Wyciągnął go i uniósł przed oczy. Wytarta, przybrudzona, wyświechtana i pomięta, złożona na czworo kartka. Rozprostował ją. Wiersz. Ten cholerny wiersz, który znalazł przy murze cmentarza. Odrobina nicości. Przeczytał go po raz setny.

Znowu miał uczucie, tym razem jeszcze bardziej dojmujące, że ten wiersz jest o nim. Odrobina nicości. Choć w jego przypadku raczej cała fura, czekająca tylko za progiem, by zalać go aż po czubek głowy. W wierszu ta nicość była raczej pozytywnym doświadczeniem. Pozwalała bardziej cieszyć się życiem, doceniać jego smak. On tak nie czuł, nie miał takiego wrażenia. Dla niego była ona raczej trucizną niż przyprawą. A więc jednak nie o nim. Ale było mu to w jakiś sposób bliskie.

Wyjął telefon i wybrał numer prokurator Seredyńskiej. Odebrała po szóstym sygnale.

– Cześć – usłyszał jej głos. – Coś nowego?

Tak naprawdę zadzwonił do niej, by choć trochę podnieść się na duchu. Żeby sprawić sobie nieco przyjemności w tym nie za ciekawym dniu. Kontakt z nią, ich wspólna praca nad tą sprawą, był ostatnio jedyną rzeczą, która go w miarę cieszyła.

– I tak, i nie – odpowiedział.

– Nie lubię rebusów – odparła. – Jak coś masz, to dawaj.

– Chodzi mi o ten wiersz. Uważam, że niesłusznie go sobie odpuściliśmy.

– Nie odpuściliśmy go. Nigdy nie powiedziałam, że powinniśmy to zrobić. Sądzę tylko, że musimy w pierwszej kolejności zająć się bardziej perspektywicznymi tropami.

– No więc wszystkie te perspektywiczne tropy gówno nam dały. Mnóstwo informacji, szum ogromny, lecz żadnych konkretów. Mam wrażenie, że wszyscy ci, których przesłuchiwaliśmy, mogliby go zabić, każdy miałby lepszy lub gorszy powód, lecz nie znaleźliśmy niczego, co mogłoby wskazywać na konkretnego człowieka. Pozwól mi się zająć tym wierszem, może od tej strony to ugryziemy.

– Co chcesz zrobić?

– Pójdę na Uniwersytet Warszawski. Pokażę go jakiemuś fachowcowi od literatury. Jakiemuś wierszo-kurwa-logowi. Może on mi coś powie.

– Chcesz zrobić analizę wiersza? Określić rolę podmiotu lirycznego i jego stosunek do świata przedstawionego? – Usłyszał w jej głosie ironię, lecz nie było to złośliwe.

– Analiza lingwistyczna jest jedną z metod w kryminalistyce. Została zastosowana na przykład w śledztwie w sprawie Unabombera – odparł. – Wiesz, jak to jest: gdy ja lub ty widzimy znaczek, możemy co najwyżej określić, z jakiego kraju pochodzi, jaką ma cenę i co przedstawia. Ale gdy zobaczy go filatelista, jest w stanie powiedzieć o nim z miejsca sto tysięcy innych rzeczy.

– Tylko co nam to da, jeśli jakiś adiunkt na polonistyce powie nam, jakiego metrum użyto w tym wierszu?

– Nie wiem, może jednak coś. A może pozna autora? Tacy goście potrafią mieć w głowie większe bazy danych niż niejeden komputer.

– W dalszym ciągu uważam, że to ślepy trop.

– Dlaczego?

– Bo sądzę, że cała ta szopka z upozowaniem zwłok i podrzuceniem tego wiersza to tylko próba odwrócenia naszej uwagi od zabójcy.

– Czemu jesteś tego aż taka pewna?

– Dokładnie z tego samego powodu, o którym mówiłeś. Zbyt wiele osób miało coś do Różańskiego. Zbyt wielu ludziom zalazł za skórę. Tacy ludzie nie giną przypadkiem. To nieprawdopodobne. Musimy szukać wśród osób z jego najbliższego otoczenia; w końcu coś znajdziemy.

– Na razie niczego nie znaleźliśmy.

– Słuchaj, ktoś zostawił tam ten głupi wiersz dokładnie po to, żebyśmy się nim zajmowali, zamiast go szukać. Takie jest moje zdanie.

– Być może masz rację, ale nie możemy całkiem tego ignorować. Co, jeśli się mylisz? Nie możemy zafiksowywać się na jednej wersji śledczej, choćby była nie wiem jak bardzo prawdopodobna. Moja propozycja jest taka: na razie i tak nie mam nic do roboty. Wszystkie przesłuchania odbębniłem, ludzie od nas badają księgi firmy Różańskiego, ale to jeszcze trochę potrwa. Pójdę tam jutro. Jak na coś trafię, to dobrze, a jak nie, to trudno. Co ty na to?

Zastanowiła się.

– Dobrze. Ale żebyś ty z kolei nie zafiksował się na tym. Pamiętaj, że tamta wersja ma priorytet.

– Pamiętam.

– I daj mi znać, co ustaliłeś.

– Tak jest, szefowo.

Rozłączyła się.

Jeszcze przez jakiś czas patrzył w wyświetlacz. Coraz bardziej zależało mu na zdaniu, opinii i uwadze tej kobiety. Takiej siksy w sumie. Dlaczego? Nie mogłaby być ani jego żoną, ani kochanką, ani córką, a mimo to czuł w stosunku do niej jakiś rodzaj chropawej i lekko wstydliwej czułości. Chciał jej coś dać, coś istotnego. Coś, co by jej pomogło i sprawiło, że jej życie stanie się lepsze. Gdyby pomógł jej rozwiązać tę sprawę, to mogłoby być coś takiego. Jej kariera po takim sukcesie nabrałaby rozpędu. A on mógłby wtedy spokojnie wpełznąć do tej dziury, w której wreszcie zdechnie. Ostatnia bitwa i ostatni prezent. Głupie, naiwne, sentymentalne marzenie. Godne starego, zdziecinniałego dziada, którym chyba już naprawdę był. Ale motywacja niezła. Potrzebował jej.

ROZDZIAŁ 27

Wydział Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego mieścił się w starym, dziewiętnastowiecznym kampusie uniwersyteckim. Położony był na samym jego końcu, tuż nad wiślaną skarpą. Komisarz Aleksanderski przyjechał tam metrem. Wysiadł na stacji Uniwersytet i wszedł przez główną, bogato zdobioną bramę na teren kampusu. Pogoda była piękna; wreszcie zrobiło się ciepło. Kwitnął bez, studentki zdjęły kurtki, ukazując ramiona i mniejsze lub większe dekolty. Na ławkach siedziały pary; niektóre zaczytane, inne przygotowujące grunt pod przyszłe śluby, dzieci i rozwody.

W takie dni jak ten i w takich miejscach jak to życie i świat wydają się naprawdę dobrze pomyślane. Kto wie zresztą, może faktycznie są? To, że jednemu czy drugiemu frajerowi się nie układa, nie znaczy jeszcze przecież, że wszystko jest do dupy. Tak myślał komisarz Aleksanderski, idąc alejką w kierunku dawnej uniwersyteckiej biblioteki, mijając kwitnące drzewa i klomby oraz zakochane w rozczulająco nieporadny jeszcze sposób pary.

Doszedł wreszcie do gmachu polonistyki. Klasycystyczny, ładny budynek, jak wszystko dzisiaj, sprawiał przyjemne wrażenie. Wszedł przez główne wejście, potem po wdrapaniu się na kilka stopni wkroczył do holu z klatką schodową. Gabinet pracownika naukowego, z którym się umówił, był na pierwszym piętrze, po lewej stronie, na końcu korytarza.

Dotarł tam po chwili. Znalazł drzwi z odpowiednią tabliczką i zapukał. Nie czekając na zaproszenie, wszedł.

Cały pokój, jak należało się tego spodziewać, zawalony był najprzeróżniejszymi drukami. Stare, drewniane regały wypełnione były nimi aż po sufit. Książkami, rocznikami, segregatorami, stosami luźnych kartek – wszystkim, co tylko da się zrobić z celulozy. Na środku, przodem do drzwi, stało biurko. Przed nim i pod prawą ścianą krzesła. Z tyłu było dzielone na sześć szybek okno, pod nim stary grzejnik z żeliwnymi żebrami. Za biurkiem siedział mężczyzna, który na jego widok wstał.

– Komisarz Aleksanderski – przedstawił mu się policjant. – Byliśmy umówieni.

– Oczywiście, zapraszam, czekałem na pana – odparł mężczyzna i podał mu rękę na przywitanie. – Leszek Królikiewicz, miło mi. Proszę spocząć. – Wskazał mu dłonią krzesło przed biurkiem.

Komisarz usiadł. Z miejsca poczuł się dziwnie. Ewidentnie było to miejsce, na którym siadali egzaminowani przez pana doktora habilitowanego studenci. Pożałował, że nie zaprosił go do siebie do komendy. Tam to on byłby egzaminatorem.

– Przychodzę w sprawie tego wiersza – zaczął, choć oczywiście obaj o tym wiedzieli.

– Tak. – Królikiewicz sięgnął po jedną z leżących na jego biurku kartek. Miał gęstą, czarną, prawie całkowicie zakrywającą usta brodę i był niemal kompletnie łysy. Jego małe, ciemne oczka patrzyły uważnie, żeby nie powiedzieć świdrująco. Co jakiś czas marszczył śmiesznie nos.

– Jakich konkretnie informacji pan oczekuje? – spytał, gdy już skończył czytać.

– Przede wszystkim: czy nie rozpoznał pan może autora?

– Nie. Nigdy wcześniej nie zetknąłem się z tym wierszem. Pokazałem go też swoim kolegom i koleżankom. Odpowiedź była podobna.

– No to może, czy ja wiem, rozpoznał pan charakterystyczne cechy stylu…

– Panie komisarzu! – Królikiewicz spojrzał na niego swoimi świdrującymi oczami. – Rozmawia pan z kierownikiem Zakładu Literatury XX i XXI wieku, który do tego całe swoje zawodowe życie poświęcił badaniu polskiej poezji. Jeśli więc mówię panu, że nie zetknąłem się wcześniej z tym wierszem, to znaczy, że nie napisał go żaden ze znanych, mniej znanych lub prawie w ogóle nieznanych polskich poetów współczesnych. Być może wyszedł on spod pióra kogoś kompletnie nieznanego, kogoś, kto do tej pory nie publikował albo publikował gdzieś w jakimś mało znanym, lokalnym periodyku, tego nie wiem. Nawet my nie jesteśmy w stanie śledzić całej ogromnej produkcji literackiej… A nie próbował pan, przepraszam za tę niezbyt naukową propozycję, wrzucić to po prostu w Google?

– Próbowałem. Nasi informatycy to zrobili. Żadnych wyników.

– Żadnych?

– Twierdzą, że nigdy nie był publikowany na żadnej stronie w sieci.

– Dziwne… – Akademik pokręcił głową.

– Dlaczego?

– Wie pan, to nie jest zły wiersz. Nie napisał go żaden grafoman. Autor panuje nad materią poetycką, zachowuje metrum; rymuje, ale nie są to rymy częstochowskie; jest w tym pewna elegancja, świadomość formy. Ktoś, kto to napisał, nie pisze wierszy od wczoraj. Dziwne, że ktoś taki nie miał potrzeby podzielenia się swoją twórczością ze światem. W Polsce jest ciągle kilka liczących się czasopism literackich, każde z nich moim zdaniem bez problemu wydrukowałoby ten wiersz. Już nie mówiąc o stronach w Internecie zajmujących się poezją; tam publikuje się znacznie gorsze rzeczy. Ale wtedy bym go znał albo pan by go znalazł.

– Może więc nie jest to poeta współczesny?

– Też o tym pomyślałem, ale nie sądzę. – Doktor zmarszczył nos. – Język jest zdecydowanie współczesny, podobnie forma – pozbawiona całkowicie znaków przestankowych; poza tym użycie w ostatniej strofie sformułowania „instrukcja obsługi” na to wskazuje. Nie wiem, trzeba by spytać kolegów z Wydziału Historii, kiedy pojawiły się w naszym kraju instrukcje obsługi, ale stawiałbym, że upowszechniły się raczej dopiero po wojnie…

– A czy nie może być tak… tak się tylko zastanawiam, pan wybaczy, jeśli palnę teraz coś głupiego… że napisał to jakiś znany panu poeta, który kompletnie zmienił styl?

Doktor Królikiewicz ponownie zmarszczył nos.

– No cóż – powiedział. – Historia literatury zna takie przypadki. Najsłynniejszym przykładem są Liryki lozańskie Mickiewicza. Rzecz kompletnie różna od wcześniejszych jego dzieł. Ale jedno od drugiego dzieli kilka lat poetyckiego milczenia…

– Tak mogło być i w tym przypadku.

– Mogło być – zgodził się doktor. – Może też w grę wchodzić jakieś silne traumatyczne doświadczenie, zmieniające całkowicie stosunek poety do świata, tak jak wojna w przypadku Różewicza… Ale dlaczego tak pana interesuje ten wiersz? – spytał.

– Znaleziono go na miejscu zbrodni. Wszystko wskazuje na to, że podrzucił go tam zabójca.

 

– No proszę! – Brwi doktora Królikiewicza powędrowały w górę. – To bardzo ciekawe… Ale to znaczy – zastanowił się – że prawdopodobnie napisał go sam morderca.

– Dlaczego pan tak sądzi?

– Bo skoro nie on go napisał, to musiałby go skądś znać, gdzieś przeczytać. A nie sądzę, by miał pod tym względem większą wiedzę i możliwości niż ja i moi koledzy z zakładu A my go nie znamy. Czyli że nie przeczytał go w żadnym liczącym się czasopiśmie literackim ani w Internecie, bo wtedy my również byśmy go znali albo znaleźliby go pańscy informatycy. Najbardziej logiczny wniosek jest więc taki, że to on go stworzył.

To miało sens, pomyślał komisarz Aleksanderski. On sam nigdy by na to nie wpadł.

– Oczywiście jest też taka możliwość, że dostał gdzieś w ręce jakiś tomik poetycki wydany własnym sumptem w nakładzie stu egzemplarzy w Piździszewie Dolnym i stamtąd go wziął. Ale w takim wypadku nie mamy raczej szans, by namierzyć autora.

– W takim wypadku nie miałoby to żadnego znaczenia – zauważył komisarz.

– No tak, faktycznie. – Królikiewicz uśmiechnął się.

– No dobrze – zaczął powoli Aleksanderski. – Przyjmijmy w takim razie, że ma pan rację i wiersz napisał sam zabójca.

– Przyjmijmy. – Doktor kiwnął głową.

– Przyjmijmy też, że tak jak mówiliśmy, jest nim jakiś mniej lub bardziej znany poeta, który z powodu upływu czasu albo pod wpływem silnego przeżycia całkowicie zmienił styl.

– To dość ryzykowne założenie – zaprotestował Królikiewicz.

– Przyjmijmy je jednak.

– W porządku. – Mężczyzna uniósł dłonie wierzchem do góry. – Pan się zna na tym lepiej.

– W takim wypadku, przy tych dwóch założeniach, przychodzi mi do głowy jedno pytanie. Czy da się mimo wszystko znaleźć jakieś cechy wspólne łączące to, jak pisał wcześniej, i to, jak robi to teraz? Rozumie pan?

– Mhm. – Królikiewicz kiwnął głową.

– Na tym akurat pan zna się niewątpliwie lepiej. Może jakiś, czy ja wiem, sposób rymowania, jakieś zamiłowanie do charakterystycznych zwrotów… coś, co pozostało mimo zmiany stylu.

– Wiem, o co panu chodzi. Cóż… – zastanowił się doktor. – Słyszałem o podobnych badaniach dotyczących prozy, więc… – wciągnął powietrze do płuc – więc chyba dałoby się coś takiego zrobić.

– Mógłby pan spróbować to zrobić?

– Byłoby to niewątpliwie bardzo trudne… – Mężczyzna zaczął głaskać się palcami po brodzie. – Choćby z powodu ilości materiału do porównania… Wie pan – uśmiechnął się – nie mamy tu komputerowej bazy danych chwytów poetyckich. Wszystko zmagazynowane jest tu… – Popukał się palcem po czole.

Widać było, że pomysł ten go zaintrygował.

– Dobrze – powiedział wreszcie. – Mogę spróbować. Ale efektów nie gwarantuję – zastrzegł od razu.

– Oczywiście.

– I wiem, co jeszcze mógłbym zrobić. – Uniósł palec wskazujący. – Dam to moim studentom. Powiem im, że kto znajdzie autora tego wiersza albo wykaże w przekonujący sposób, który z poetów nim jest, dostanie piątkę w USOS-ie.

– Znakomity pomysł.

– A mogę im powiedzieć, że chodzi o morderstwo? Wtedy już na pewno wyjdą ze skóry, żeby to znaleźć.

Komisarz zastanowił się. Upublicznienie tej informacji – bo w takim wypadku wiersz prędzej czy później przedostałby się do mediów – miałoby swoje dobre i złe strony.

– Na razie nie – odparł. – Ale będziemy w kontakcie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?