Rytuał łowcy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rytuał łowcy
Rytuał łowcy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Rytuał łowcy
Audio
Rytuał łowcy
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
36,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 22

No dobrze, to tu. Nie musiał sprawdzać adresu; widać było, że dobrze trafił. Masywna, czteropiętrowa neogotycka kamienica w Alejach Ujazdowskich była niewątpliwie bardzo prestiżową lokalizacją jak na galerię sztuki. Blisko wielkomiejskiego Placu Trzech Krzyży, niedaleko urzędu Rady Ministrów i kilku ambasad – zapewne nie każdy mógł wystawiać swoje prace w takim miejscu.

Do wejścia po lewej stronie ustawiła się już niewielka kolejka. Jakiś mężczyzna w garniturze sprawdzał listę zaproszonych gości. On nie miał zaproszenia, bo niby skąd miał mieć. Za wysokie progi pod każdym możliwym względem. Stał po drugiej stronie ulicy i przypatrywał się wchodzącym. Artyści. Widać to było od razu po sposobie noszenia się. Wysoki, chudy mężczyzna z łysą głową, w szarym płaszczu aż do samej ziemi; kobieta z czerwonymi, postawionymi do góry włosami; niski, siwy facecik z szyją obwiązaną niewiarygodnie kolorowym szalem… Nie pasował do nich jak cholera. Całe szczęście było też kilkoro ludzi ubranych całkiem zwyczajnie, w garnitury i pod krawatem.

On, ten stary on, nigdy by tam nie wszedł. Nawet by nie spróbował. Jeśli nawet wpadłby mu do głowy taki szalony pomysł, nigdy nie zdołałby się przełamać. Stałby tu, gdzie on teraz, a potem wrócił do domu. Ale już nie był tym kimś. Wyjął dłonie z kieszeni i przeszedł na drugą stronę ulicy.

Zbliżył się do mężczyzny przy wejściu i podał mu swoje nazwisko. Spokojnie czekał, aż tamten przebiegnie wzrokiem wszystkie pozycje.

– Przykro mi, ale nie ma pana na liście – usłyszał wreszcie.

– Dostałem zaproszenie dziś rano – odpowiedział. – Może jestem dopisany gdzieś na końcu?

Mężczyzna przerzucił kilka kartek.

– Pan Bukowski? – spytał niepewnie. Nie było to nazwisko, które podał.

– Tak, to ja.

– Zapraszam.

Wszedł do niewielkiego holu. Stał tam stolik zastawiony kieliszkami z winem. Białym i czerwonym. Wziął kieliszek białego i wypił od razu. Potem sięgnął po drugi. Miał co świętować. Wcześniej nigdy by się nie zdobył na taką akcję.

Z kieliszkiem w ręku ruszył dalej. Galeria miała jeszcze dwie sale: jedną mniejszą, drugą znacznie większą. Na ich ścianach porozwieszano wielkoformatowe zdjęcia przedstawiające modelki w ubraniach projektantki, którą widział w telewizji. Na niektórych z nich była ona sama. Kilka strojów prezentowanych było na manekinach krawieckich porozstawianych w różnych częściach sali.

Z boku, pod ścianą, była niewielka, niska scena. Zaledwie kilka metrów kwadratowych wznoszących się trzydzieści centymetrów ponad poziom podłogi. Siedziało na niej trzech muzyków: gitarzysta, gitarzysta basowy i facet przy konsoli. Grali na żywo dziwną, lejącą się muzykę. Dużo długich dźwięków i żadnej melodii. Było to nawet dość przyjemne. Muzyka sfer – z tym mu się to właśnie kojarzyło. Odgłosy wydawane przez ciała niebieskie krążące z godnością po swoich orbitach.

Samej projektantki jeszcze nie było. Goście spacerowali po galerii, przypatrując się strojom i zdjęciom, albo stali i rozmawiali w niewielkich, dwu- lub trzyosobowych grupkach. On też stanął pod ścianą, lekko opierając się o nią plecami. Stąd widział wszystkich i wszystko, samemu pozostając nieco na uboczu.

Dobrze, że włożył tę skórzaną kurtkę i dżinsy. Jego pierwszy pomysł – stary garnitur na wszystkie okazje – od razu by wszystkim ogłaszał, że jest całkiem nie z tego świata. Nie dlatego, że nie było tu mężczyzn w garniturach, ale dlatego, że wszystkie one były bez wyjątku dobrej jakości i świetnie dopasowane. On w swoim wyglądałby jak nauczyciel idący na zakończenie roku. A skóra to zawsze skóra.

Wszystkie rzeczy, które miał na sobie, kupił wczoraj. Kurtka kosztowała tyle, co jego ubiegłoroczne wczasy w Bułgarii. Dżinsy, buty i koszula drugie tyle. Wydał w ten sposób połowę swoich z trudem uciułanych oszczędności, ale naprawdę nie miał już powodu, by trzymać je na koncie. Jak to się ładnie mówi: do grobu ich przecież nie zabierze. Dobrze, że ostatnio schudł. Gdy oceniał swój wygląd, patrząc w lustro przed wyjściem, pomyślał, że wygląda nawet dość przystojnie. No po prostu jak nie on. Pociągła twarz pozbyła się pucołowatych policzków i początków drugiego podbródka, oczy powiększyły się w stosunku do reszty, a nos wyostrzył. W połączeniu z krótkim zarostem i płonącym, rozgorączkowanym spojrzeniem wyglądało to naprawdę całkiem nieźle. Jeśli tak dalej pójdzie, przed śmiercią będzie już prawdziwym ciachem.

Wreszcie pojawiła się ona. Wyszła z mniejszej sali – widocznie za tą były jeszcze jakieś inne pomieszczenia – przeszła obok niego, lekko muskając mu rękę powiewającym strojem, i stanęła po prawej stronie sceny. Wyglądała zjawiskowo; na dobrą sprawę można było ją wziąć i z marszu wstawić do jakiegoś hollywoodzkiego filmu. Jasnobrązowa cera, duże czarne oczy i wyraziste brwi nad nimi, duże usta, twarz jednocześnie europejska i afrykańska; falująca, lwia grzywa czarnych, kręconych włosów, do tego nienagannie szczupła figura, co widać było nawet pomimo luźnej, sięgającej do ziemi wzorzystej szaty – nigdy dotąd nawet nie otarł się o taką kobietę. Co więcej, nie znał nikogo – nawet wśród tych, którzy zawsze budzili jego zawiść łatwością nawiązywania i konsumowania tego typu relacji – kto by się do takiej choć zbliżył.

Należała do absolutnej ekstraklasy, elity elit, była najwyższym możliwym do zdobycia szczytem. Do tego nie była wyłącznie piękna, co od razu się uwidaczniało. Jej oczy patrzyły uważnie, pewnie, kontrolowały sytuację. Wszystko wokół stanowiło jej dzieło, nie dostała tego w prezencie; zdobyła to ciężką pracą, talentem i uporem, nie samą urodą. Choć zapewne uroda jej w tym nie przeszkodziła.

Muzyka sfer umilkła, wszyscy zwrócili się w jej kierunku.

– Kochani! – zaczęła jasnym, czystym, mocnym głosem. – Dziękuję wam, że zechcieliście towarzyszyć mi w tej tak ważnej i pięknej dla mnie chwili. Chwili, w której zaprezentuję swoją kolekcję, owoc ponadrocznej pracy, w moim kochanym rodzinnym mieście. Mieście najważniejszym dla mnie ze wszystkich. Wróciłam właśnie z innego miasta, pewnie wiecie jakiego, i przywiozłam stamtąd cudowną nagrodę. Czymże by jednak ona była, gdybym nie mogła pochwalić się nią w swoim rodzinnym domu? Dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi ją zdobyć, którzy zawsze we mnie wierzyli. Szczególnie Hani, Jaśkowi, Mirkowi i Steni. – Uśmiechnęła się do kogoś po lewej stronie. – Oni są moją drugą rodziną, równie ważną i prawdziwą, co ta pierwsza. Za chwilę rozpocznie się pokaz, a po nim zapraszam na mały poczęstunek. Wieczór zakończy koncert moich cudownych przyjaciół. – Wskazała dłonią muzyków. – Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła się cieszyć z ich sukcesów tak samo, jak oni cieszą się dziś z mojego. Wszystkie stroje, które dziś zobaczycie, można oczywiście kupić. Zainteresowanych zapraszam do swojej pracowni. Bawcie się dobrze!

Po tych słowach rozległy się oklaski, a po nich znowu zabrzmiała muzyka. Afrykańsko-polska piękność ruszyła w kierunku swoich przyjaciół, a na zwolnione przez nią miejsce zaczęły napływać modelki ubrane w stroje jej projektu. Nie bardzo go to interesowało. Stał w miejscu, z którego mógł obserwować ich autorkę, nie będąc jednoczenie podejrzewanym o nadmierne się w nią wgapianie. Korzystał więc z tej możliwości. Rozmawiała ze swoimi znajomymi, uśmiechała się, czasami wręcz śmiała. Wszystko to robiła z naturalną godnością; w jej gestach, uśmiechach, ruchach głowy było coś arystokratycznego. Wyglądała jak księżna, która przyjmuje gości na corocznym balu.

Pokaz zakończył się i wszyscy ruszyli do mniejszej sali, gdzie rozstawione były stoły z przekąskami. Został na swoim miejscu, nie chciał się przepychać przez ten tłum ludzi. W ręku wciąż trzymał pusty już kieliszek. Poczuł ból. Rodzący się powoli w jego wnętrzu, ćmiący, pulsujący ból. Ból, który coraz częściej mu ostatnio towarzyszył. Wszyscy umrzecie, pomyślał. Ty, ty i ty. Nawet ona – wyłowił z tłumu wzrokiem afrykańską piękność.

Nie znacie dnia ni godziny.

Ruszył w kierunku stołu z winem. Alkohol poza wszystkimi swoimi cudownymi właściwościami jest też środkiem przeciwbólowym. Wypił duszkiem kieliszek. Strasznie mało tego lali. Zlał wino z trzech stojących obok siebie naczyń do jednego i tak zaopatrzony przeszedł do sali z przekąskami. Półmiski były już prawie puste, więc i tłum wkoło nich się zmniejszył. Przy jednym ze stołów stała ona. Rozmawiała z kimś, zdaje się, że z którymś z muzyków. Od razu widać było, jaka jest między nimi relacja. On był pod jej absolutnym urokiem, ona trzymała go na dystans przyjaźni. Dobry kumpel pięknej dziewczyny, bez nadziei na cokolwiek w przyszłości. Znający swoje miejsce i godzący się z tym.

On nawet tego nigdy nie doświadczył.

Podszedł do nich i stanął między nimi. Tak, że musieli nieco obrócić się w jego stronę.

– Świetny pokaz – powiedział.

Obrzuciła go spojrzeniem.

– Dziękuję. A co konkretnie było w nim takiego świetnego? – spytała.

– Głównie ty – odpowiedział. – Nie znam się na modzie, więc nie wiem, czy twoja kolekcja jest dobra, czy nie, choć podobała mi się, tak jak zapewne wszystkim tutaj. Ale wiem, że osiągniesz sukces, widać to po tobie.

Uniosła lekko brew.

– Czyli na tym się znasz. Na osiąganiu sukcesu.

– Poniekąd.

Bardzo poniekąd, pomyślał.

– No więc dlaczego twoim zdaniem osiągnę sukces?

– Jesteś piękna, zdolna, wiesz, czego chcesz, masz charyzmę i jesteś uparta. To powinno wystarczyć.

– Tyle komplementów podczas pierwszego spotkania… Bo nie spotkaliśmy się wcześniej, prawda?

– Nie.

– To ja cię zaprosiłam czy Stenia?

– Jestem kuzynem ze strony pana młodego.

Zaśmiała się.

– Nie ma na razie pana młodego i raczej prędko nie będzie.

 

– Mogę zostawić swoją wizytówkę – powiedział.

Spojrzała na niego, jakby oceniała, czy jest wart jej zainteresowania. To była dla niego wielka nowość. Nigdy żadnej podobnej jej kobiecie nie przyszło nawet do głowy, by brać go poważnie pod uwagę. Kątem oka dostrzegł, jak jej przyjaciel muzyk zapada się w sobie.

Ktoś do nich podszedł i stanął tuż za jego plecami.

– Przyszedł ten dziennikarz – usłyszał kobiecy głos. – Chodź, przedstawię cię.

– Przepraszam. – Jego rozmówczyni uśmiechnęła się do nich obu. – Będę musiała tam pójść. Mimo wszystko jestem w pracy.

Mijając go, znów musnęła jego rękę swoim ubraniem. Po chwili odwróciła się jeszcze.

– Wpadnij kiedyś do mojej pracowni – powiedziała. – Porozmawiamy dłużej. Jak masz na imię?

– Konrad – odpowiedział. Nowy on, nowe imię.

– Oliwia. – Wyciągnęła w jego stronę swoją dłoń.

ROZDZIAŁ 23

Prokurator Gabriela Seredyńska spojrzała na siedzącego przed nią mężczyznę. Niewątpliwie nie był w swojej życiowej formie. Przetłuszczone włosy domagały się szamponu; poszarzała twarz zdradzała nadmierne zamiłowanie do alkoholu; jej wyraz z kolei – tlącą się niby pożar torfowiska chroniczną depresję. Włączyła dyktafon.

– Pouczam pana o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań z artykułu dwieście trzydziestego trzeciego Kodeksu karnego. Był pan już kiedyś karany z tego powodu?

Mężczyzna pokręcił głową.

– Musi pan to powiedzieć – napomniała go.

– Nie, nie byłem. Po raz pierwszy w ogóle jestem przesłuchiwany.

– Pana imię i nazwisko?

– Michał Porycki.

– Czym się pan zajmuje?

– Jestem nauczycielem fizyki.

Seredyńska spojrzała na niego znad ekranu laptopa. Faktycznie wyglądał jak nauczyciel. Smutne oczy, ściągnięta twarz i zakola. Jej nauczyciel angielskiego z liceum wyglądał niemal identycznie.

– Kim jest dla pana Anna Jabłońska? – spytała.

– To moja była żona – odpowiedział. – Wróciła do swojego panieńskiego nazwiska.

– Znał pan Marcina Różańskiego?

– Nigdy nie poznałem go osobiście.

– Ale wie pan, kim był i jakie relacje łączyły go z pana żoną?

Porycki ledwo zauważalnie skrzywił usta.

– Tak – odpowiedział.

– Kiedy wzięliście rozwód?

– Dwa lata temu. Trochę więcej niż dwa.

– Trochę więcej?

Zastanowił się.

– Dwa lata i cztery miesiące.

– Czy Różański był bezpośrednią przyczyną tego rozwodu?

Mężczyzna zamilkł na chwilę.

– Nie wiem, czy bezpośrednią, ale jedną z przyczyn chyba był.

– Co to znaczy?

Porycki wzruszył ramionami.

– To znaczy, że tak naprawdę nie wiem.

– Jak to pan nie wie? – zdziwiła się.

– Żona twierdziła, że nic między nimi nie było. To znaczy przed rozwodem oczywiście.

– A pan sądzi, że było?

– A ja sądzę, że coś mogło być. Nie wiem, oczywiście, na jakim to było etapie, czy doszło już wtedy do…

– Zdrady? – weszła mu w słowo.

– Tak, zdrady. Być może nie. Ale coś dziać się między nimi niewątpliwie zaczynało.

– Skąd pan to wie?

– Ze sposobu, w jaki mówiła o nim moja ówczesna żona, z pewnego rodzaju… atencji.

– Atencji?

– Widać było, że jest to mężczyzna, który robi na niej wrażenie. Nie potrafiła tego ukryć.

– To dlaczego pan mówi, że nie jest pewny, czy Różański był przyczyną pana rozwodu?

– Powiedziałem, że nie jestem pewien, czy był bezpośrednią przyczyną.

Uniosła lekko brwi.

– Mógłby pan to wyjaśnić? – spytała.

– Wie pani, nasze małżeństwo nie było specjalnie udane, a wtedy już oboje zdawaliśmy sobie z tego sprawę.

– Dlaczego nie było do końca udane?

Prokurator Gabriela Seredyńska pomyślała nagle, że trochę zbyt wiele uwagi poświęca problemom małżeńskim tego człowieka, a w zasadzie powinna już przejść do innych pytań. Może jako osoba samotna, która nigdy nie była w dłuższym, satysfakcjonującym związku, odczuwała jakiś rodzaj niezbyt profesjonalnej ciekawości, jak to jest między dwojgiem tak blisko związanych ze sobą ludzi?

Mężczyzna cały czas wbijał wzrok w jeden punkt gdzieś na jej biurku.

– Czuję się bardziej jak u psychoterapeuty niż prokuratora – powiedział. – Naprawdę jest konieczne, żebym o tym mówił?

– Tak, jest konieczne – odpowiedziała.

Wcale nie było.

Mężczyzna chrząknął i poprawił się na krześle.

– No cóż – zaczął. – Przez cały czas trwania naszego związku to mnie zależało bardziej. Bardziej zależało, żebyśmy się spotykali; bardziej zależało, żebyśmy wzięli ślub. Ona się na to wszystko godziła chyba po prostu z braku lepszej opcji. No ale ile można samemu odbijać piłkę od ściany? W końcu mi się znudziło. Znudziło mi się w pojedynkę ciągnąć ten wózek. Ale kiedy odpuściłem, okazało się nagle, że nasze małżeństwo praktycznie nie istnieje, bo to ja byłem jego jedynym spoiwem. I to był właśnie ten okres. Nie chciało mi się już o nią walczyć. Nawet kiedy zrozumiałem, czy też może bardziej wyczułem, że coś tam między nimi się dzieje. Pomyślałem sobie wręcz, że to może nawet lepiej.

– Teraz nie wygląda pan jednak, jakby panu było lepiej.

– Tak? – Uśmiechnął się smutno. – Widzi pani, kiedy człowiek kończy wreszcie taką toksyczną, mocno go uwierającą relację, wyobraża sobie, że zaraz odnajdzie wielką miłość i będzie nareszcie szczęśliwy. A to nie jest takie proste. Zupełnie nie jest. Czasami myślę sobie nawet w chwili słabości, że wolałbym, aby tamto ciągle trwało. Przynajmniej nie byłbym sam.

Nie skomentowała tego bardzo osobistego wyznania. Miał rację: nie była terapeutką, miała śledztwo na głowie.

– Co pan robił w wieczór, gdy zginął Różański? – wróciła do tematu.

– Jaki to był dzień? – spytał.

– Osiemnasty maja.

– Nie, jaki to był dzień tygodnia?

– Piątek.

Wzruszył ramionami.

– Piłem. Siedziałem w mieszkaniu, oglądałem telewizję i piłem. Zawsze tak spędzam piątkowe wieczory. Sobotnie zresztą też.

– Ma pan na to jakichś świadków?

– Aktorki porno się liczą? – spytał z ironią.

– Nie za bardzo.

– To nie mam.

– A kiedy widział się pan ostatnio z byłą żoną?

Mężczyzna uniósł brwi.

– Nie pamiętam. Dawno. Nie mamy dzieci, majątek został podzielony, nie mamy powodu, żeby się spotykać.

– Gdzie pan mieszka?

– Na Ochocie. Dość daleko od miejsca, gdzie został zamordowany Różański.

– Skąd pan wie, gdzie został zamordowany?

– Pisali o tym w Internecie. „Trup przy Cmentarzu Wawrzyszewskim”. To o to chodzi, prawda? Wiem, że mieszkał niedaleko. Jego adres poznałem kiedyś przypadkiem, jeszcze przed rozwodem.

Nie odpowiedziała.

– Ale jeśli zastanawia się pani, czy to ja go zabiłem, to niestety muszę panią rozczarować. Może kiedyś miałbym na to ochotę, choć wtedy też raczej nie, ale teraz?

– Zemsta musi czasem dojrzeć.

– Mam depresję. Od dawna. Wie pani, jak to działa? Nawet gdybym wpadł na taki pomysł, prawdopodobnie nie udałoby mi się zmobilizować do działania. Mam spory problem z wykonywaniem podstawowych codziennych czynności, a takie morderstwo wymaga jednak chyba sporej energii. Tak więc nie, to nie ja. Nie żałuję go oczywiście, ale też nie czuję jakiejś specjalnej satysfakcji. Jest mi to całkowicie obojętne. Jak zresztą zdecydowana większość pozostałych rzeczy na świecie.

– Leczył się pan kiedyś psychiatrycznie?

– Nie. Nie sprawiałem też problemów wychowawczych.

Ten lekki ton sarkazmu w jego głosie był pierwszym śladem jakichkolwiek emocji w jego wypowiedziach.

– Jak zginął? – spytał.

– Różański?

– Tak.

– Nie mogę udzielać takich informacji.

– Szkoda.

– Czyli jednak nie jest to panu tak całkiem obojętne.

– No cóż. – Uśmiechnął się ledwo zauważalnie. – Muszę przyznać, że odnalazłem w sobie jakiś rodzaj Schadenfreude z tego powodu.

– Nie jest ładnie cieszyć się z cudzej śmierci.

– Dlaczego? – Wzruszył ramionami. – Ten cudowny, wspaniały Marcin Różański, którym tak się zachwycała moja była żona, leży teraz w kostnicy pokrojony po sekcji zwłok jak świnia w masarni, a ja mimo wszystko wciąż żyję. Świat przez moment i zapewne zupełnie przypadkiem stał się odrobinę sprawiedliwszy.

ROZDZIAŁ 24

Ciągle, stale od nowa i od nowa przypominał sobie te dwa zdania: „Wpadnij kiedyś do mojej pracowni. Porozmawiamy dłużej”. Ciągle też, obsesyjnie niemalże, próbował je zinterpretować. Co to znaczyło? Co miała na myśli? Tak naprawdę, między wierszami, bo sens bezpośredni był dość oczywisty. Zaprosiła go, by ją odwiedził w pracy. Ale czy kryło się za tym coś więcej? Jakiś rodzaj… zainteresowania? Czy też mówiła tak często, wielu osobom, bo taki był jej sposób na nawiązywanie przydatnych w pracy kontaktów?

Nie potrafił tego rozstrzygnąć. Obie interpretacje wydawały mu się tak samo prawdopodobne. Obie też wywoływały w nim silne, choć nie do końca jednoznaczne emocje. Prawdziwości pierwszej pragnął i jednocześnie się bał; druga wywoływała w nim na zmianę przygnębienie i ulgę. Można powiedzieć, że ten stary on – niepewny siebie, pełen kompleksów, bojący się kobiet i własnych uczuć – miał się dziś wyjątkowo dobrze.

Ten drugi on, nowy, jednak przyszedł. Stał teraz przed drzwiami do jej pracowni ubrany w swoje najlepsze – i jedyne dobre – ciuchy, spryskany świeżo kupioną wodą toaletową Givenchy Gentelman, z koktajlem adrenaliny i paru jeszcze innych hormonów we krwi; koktajlem, który zdołał nawet stłumić bezustannie ćmiący w nim od jakiegoś czasu ból.

Stanął przed szklanym okiem domofonu i wcisnął przycisk z numerem lokalu. Przez chwilę poczuł panikę, gwałtowną chęć ucieczki, jakby odbiła mu się nieprzyjemnie jego stara, dawno już strawiona osobowość. Zwalczył to w sobie bez większego trudu. Pewien niepokój jednak pozostał. Co to znaczy: „Wpadnij do mnie”? Czy miał wcześniej zadzwonić, umówić się i przyjść, czy też po prostu pojawić się kiedyś pod jej drzwiami jak gdyby nigdy nic? Wybrał to drugie i teraz zastanawiał się, czy ona w ogóle jest w środku, a jeśli jest, czy go przyjmie, a jeśli go przyjmie, czy nie będzie skrępowana i pełna rezerwy, bo zjawił się nie w porę.

Szklane oko najwyraźniej go dostrzegło i rozpoznało, bo zamek w drzwiach zabrzęczał, obwieszczając, że może wejść. Pchnął je i wszedł do środka. Klatka schodowa – szkło, metal i marmur – doprowadziła go do windy. Wjechał na drugie piętro.

Zobaczył ją, gdy tylko rozsunęły się drzwi.

– Cześć, jak miło, że przyszedłeś! Wejdź! – Uśmiechnęła się do niego. Nie wyglądała na niezadowoloną.

Ubrała się w jasne, dopasowane dżinsy i luźną czarną bluzkę. Jej nienaganna, szczupła figura, którą poprzednia, lejąca się szata tylko sugerowała, była dzięki temu widoczna aż nazbyt dobrze. Poczuł, że zasycha mu w ustach.

– Chodź! – Odwróciła się i gestem pokazała mu, by szedł za nią.

W tylnej kieszeni jej spodni tkwił telefon komórkowy, jeszcze podkreślając jej kształty.

Poszli pustym, bezbarwnym korytarzem w kierunku podwójnych drzwi z matowego szkła. Nie było na nich żadnego napisu. Otworzyła je i weszli do środka.

Rozciągała się przed nimi duża, otwarta przestrzeń – jedno pomieszczenie, którego poszczególne części pełniły różne funkcje. Z lewej strony stały kanapa, dwa fotele i niski stolik; z prawej duży, drewniany stół zawalony wykrojami i maszyna do szycia; w głębi biurko z komputerem. Obok niego dwa długie wieszaki, na których wisiały ubrania. Duże, niezasłonięte niczym okna sprawiały, że było bardzo jasno.

– Napijesz się czegoś? – spytała, podchodząc do szafki za kanapą. Stały na niej ekspres do kawy, czajnik i kilka butelek z alkoholem. – Kawy, herbaty, wina, whisky?

– Jaką masz?

– Whisky? Starego dobrego Jacka.

– To chętnie. Bez niczego.

Nalała bursztynowego płynu do kwadratowego tumblera i podała mu go z wdziękiem.

– Ty nie pijesz? – spytał.

– Ja jestem w pracy – odparła z uśmiechem.

Upił trochę i rozejrzał się dookoła.

– Piękna pracownia – powiedział. – Duża i w świetnym miejscu.

– I właśnie z obu tych powodów będę ją musiała niedługo opuścić. Już ją wynajęli na jakieś biuro. Do końca miesiąca mam się stąd wynieść.

 

– Szkoda.

– Szkoda.

Popatrzył na nią. Stała tam, nie więcej niż trzy metry od niego. Tak piękna, że aż nieprawdziwa. Pomyślał, że czuje się, jakby odwiedził swój własny sen. Sen, który w poprzednim życiu bał się nawet śnić.

– Często tu zapraszasz mężczyzn, których dopiero co poznałaś? – spytał.

Uśmiechnęła się.

– Czasami. Ale rzadko korzystają z mojego zaproszenia.

– Dlaczego?

Wzruszyła ramionami.

– Nie wiem. Chyba się mnie boją.

– Czego? – Udał zdziwienie. Doskonale wiedział czego.

– Tego, że jestem ładna, młoda, zdolna, wiem, czego chcę… i chyba też tego, że jestem w połowie Afrykanką. Może myślą, że znam voodoo albo odgryzę im głowy jak modliszka?

– A znasz voodoo?

Zaśmiała się.

– Voodoo pochodzi z Haiti, w Afryce nie występuje. Są tam podobne wierzenia, ale ich też nie znam. Urodziłam się i wychowałam w Polsce. Nie umiem zmieniać ludzi w zombie.

Mnie byś nie musiała, pomyślał. Już nim jestem. Odwrócił się i podszedł do wieszaków z ubraniami.

– To twoje? – spytał.

– Tak – odpowiedziała i dołączyła do niego. – Pracuję nad nową kolekcją. Chcesz przymierzyć któreś? To powinno być na ciebie dobre.

Zdjęła z wieszaka marynarkę w duże, kolorowe trójkąty. Ściągnął swoją skórzaną kurtkę i rzucił ją niedbale na wieszak, potem pozwolił jej się ubrać.

– Ładnie ci – powiedziała. – Ludzie w Polsce boją się chodzić w kolorowych ubraniach, a już zwłaszcza mężczyźni.

Przyciągnął ją do siebie i pocałował. Tak zwyczajnie, po prostu. Nie namyślając się ani nie zastanawiając, co ona na to. Tak jak się to powinno robić i jak nigdy dotąd robić tego nie potrafił. Skoro to sen, może przecież robić w nim wszystko, co chce. Nie odwzajemniła pocałunku, ale też nie odepchnęła go ani nie zesztywniała.

– Szybko – powiedziała.

– Mam bardzo mało czasu – odparł.

– Słuchaj – odepchnęła go delikatnie – podobasz mi się, ale też z drugiej strony… bez przesady.

– Co też takiego ci się we mnie podoba?

Naprawdę był tego ciekaw. Co takiego w nim się zmieniło, że kobiety zaczęły zwracać na niego uwagę?

– Masz coś w spojrzeniu. Patrzysz inaczej niż reszta ludzi.

Otchłań, pomyślał, to mam w spojrzeniu. Albo zwyczajny dół w ziemi.

– Ale na drugi raz uważaj. – Uśmiechnęła się. – Ćwiczyłam krav magę.

Dobrze wiedzieć, pomyślał.

– A co to takiego? – Puścił ją wreszcie i podszedł do ściany za biurkiem. Wisiała na niej duża, drewniana maska. Pomalowana w wyblakłe kolory, z grubo rzeźbionymi, nieco karykaturalnymi rysami twarzy, z wiechciami zwierzęcych – najwyraźniej – włosów zwisającymi u dołu i u góry.

– Maska – odpowiedziała. – Przywiozłam ją z Afryki. Prawdziwa, nie taka, jakie sprzedaje się turystom. Brała udział w prawdziwych obrzędach.

– Jakich? – zaciekawił się.

– Myśliwskich. Szaman, czarownik, choć żadne z tych określeń nie jest tak naprawdę właściwe, tańczył w niej naokoło fetysza, żeby skłonić dusze zwierząt, by pozwoliły się upolować.

– Fetysza? W sensie czerwonych szpilek?

Zażartował. W obecności kobiety, która mu się podobała. Stres nie odjął mu mowy i zdolności jasnego myślenia. Jakie to miłe.

Zaśmiała się lekko.

– Fetysz nie musi być od razu związany z seksem. To raczej wtórne znaczenie tego słowa. W religiach afrykańskich to przedmiot obdarzony niezwykłą magiczną mocą. Często jest to związane z jakimś bóstwem, choć nie musi być. Obcując z nim, można połączyć się ze światem nadprzyrodzonym, ale też naładować się jego mocą.

– Bardzo przydatna rzecz – zauważył. – Czyli to jest fetysz, tak? – spytał, wskazując na maskę. Coś mu ona przypominała, tylko nie wiedział co.

– Nie, to jest maska. Fetysz to co innego. To może być kamień albo pień drzewa, albo posąg. Albo nawet coś w rodzaju ołtarza złożonego z wielu elementów. Jednym z nich mogą być nawet czerwone szpilki. Maskę się nosi, fetysz się czci. I trzeba go karmić.

– Karmić? – Uniósł brwi. – Czym?

Był tym coraz bardziej zafascynowany. I nie chodziło tylko o zwykłą ciekawość. Miał wrażenie, że dowiaduje się właśnie czegoś niezwykle ważnego. Czegoś, co było do tego bardzo mocno z nim związane.

– Alkoholem, jedzeniem, krwią zwierząt, śpiewami, paleniem ziół… Zwłaszcza gin jest dość popularną przekąską.

– Stawia się to przed nim?

– Jedzenie tak, alkoholem i krwią raczej się go polewa.

Jego zainteresowanie jeszcze wzrosło.

– Widziałaś kiedyś coś takiego?

– Tak, ciotka mnie kiedyś zabrała do takiego miejsca. Martwiła się, że ciągle nie mam męża, i chciała to w ten sposób załatwić.

– I jak to wygląda?

– Nie było łatwo tam trafić. Bo to nie jest tak, że tam wszyscy się tym zajmują i takie miejsca są na każdym rogu. Afryka bardzo się zmieniła, jest coraz bardziej nowoczesna.

– To miejsce, w którym trzyma się fetysz, to taki rodzaj świątyni?

– Nie, zwykły dom. Dwie izby, ściany z betonu, dach z blachy falistej. W jednym pomieszczeniu mieszka fetysz, a w drugim jego opiekun.

– Opiekun?

– To praca na pełen etat. – Roześmiała się. – Zajmujesz się fetyszem, karmisz go, a utrzymujesz się z tego, co ludzie ci przyniosą.

– To prawie tak jak u nas.

– W kościele? Trochę tak. Wszystkie wierzenia opierają się na podobnych zasadach. U nas jest to po prostu nieco bardziej wysublimowane.

Nieco zboczyła z interesującego go tematu, nie zamierzał jej na to pozwolić.

– I jak taki fetysz wygląda? – spytał.

– W izbie, gdzie stał, było dość ciemno. Nie było okien, a paliły się tylko dwie świeczki. Plus dym z jakichś kadzideł. Ale z tego, co zdołałam zobaczyć, był to rodzaj konstrukcji z różnych przedmiotów owiniętych zwierzęcą skórą. Całość przypominała coś w rodzaju posągu. I niezbyt ładnie tam pachniało. Krew, resztki jedzenia – odpowiedziała na jego niezadane pytanie. – Do tego opiekun nie był zbyt schludnym człowiekiem.

– Czym go nakarmiliście?

– Opiekuna? Kurczakiem. Poderżnął mu gardło na moich oczach. Fetysz zadowolił się samą krwią. Od tego czasu jestem wegetarianką.