Rytuał łowcy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rytuał łowcy
Rytuał łowcy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Rytuał łowcy
Audio
Rytuał łowcy
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
36,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 5

– No dobrze, wiemy już przynajmniej, kim on był. – Młodszy aspirant Paweł Masłowski pomasował się po karku. Odkąd jakiś dureń ze Skierniewic wjechał na rondzie swoim dostawczym mercedesem w drzwi jego opla, bolała go szyja. – Sebastian Janik, lat dwadzieścia osiem. Niezatrudniony, trójka dzieci, beneficjent programu pięćset plus i jeszcze kilku innych zasiłków socjalnych. Znany nam już trochę z powodu skłonności do awantur. Żona założyła mu niebieską kartę w zeszłym roku. Niekarany jednak, jak do tej pory.

– Dowiedziałeś się, co tam robił? – zapytał naczelnik wydziału kryminalnego Komendy Powiatowej Policji w Grójcu, lecz nie sprawiał wrażenia przesadnie zainteresowanego odpowiedzią.

– Wracał do domu. Na skróty. Dlatego szedł przez ten parking. Podobno zawsze tamtędy chodził.

– „Kto drogi skrótuje, ten w domu nie nocuje” – zauważył filozoficznie komisarz. – Skąd szedł?

– Pił z kolegami w mieszkaniu jednego z nich. Prawdopodobnie wyszedł, bo skończył się alkohol. Prawdopodobnie, bo gospodarz nie jest w stanie tego potwierdzić. Ani o której to się stało.

– A ci inni?

– Jeden został na miejscu; właściciel mieszkania i jego żona twierdzą, że gdy się obudzili, był tam jeszcze. Dwaj pozostali także wrócili do siebie, choć nie pamiętają jak.

– Jasne. – Komisarz wzruszył ramionami. – Weekend. Połowa miasta tak się zabawiała. Co tu innego robić? Jeszcze w taką pogodę… – Spojrzał na spływające po okiennej szybie krople deszczu.

– Sprawdziliśmy ich oczywiście – kontynuował referowanie swoich ustaleń młodszy aspirant.

– I co?

– I nic. Twierdzą, że nic nie pamiętają ze swojego powrotu. Jeden teoretycznie mógłby wracać razem z denatem, bo mieszkają mniej więcej w tym samym kierunku. Ale nie musiał. Krótszą drogę ma po prostu ulicą. Drugi mieszka zupełnie gdzie indziej.

– Jakieś ślady? – spytał komisarz.

– Nic. Ani na ich butach, ani na ubraniu nie stwierdzono śladów krwi.

– Mogli je wyrzucić.

– Mogli. – Masłowski kiwnął głową. – Kazałem sprawdzić śmietniki w ich blokach. Nic.

– Nie były opróżniane od tamtego czasu?

– Nie.

– Może… – Komisarz podrapał się po brodzie.

– Kosze na śmieci przy ulicach też kazałem sprawdzić – uprzedził jego sugestię aspirant. – Przynajmniej w najbliższej okolicy. Z podobnym skutkiem. Mam sprawdzić resztę miasta? Lasy, dzikie wysypiska?

– Czekaj… – Komisarz lekko się skrzywił. – Nie wydamy całego rocznego budżetu na zwykłą bójkę.

– Ze skutkiem śmiertelnym.

– Ale bójkę. Spróbuj to załatwić prostszymi metodami. Żaden nie miał poobijanych kłykci?

– Nie. Jeden ma otarcia na twarzy. Twierdzi, że się przewrócił, jak wracał.

Komisarz zmarszczył brwi.

– Niczego nie pamięta, a to akurat pamięta, co? Który to z nich?

– Ten, który teoretycznie mógłby iść razem z denatem – wyjaśnił Masłowski.

– O, widzisz! – Twarz komisarza rozjaśniła się nieco. – Mamy coś na niego?

– Parę lat temu był zamieszany w handel dopalaczami.

– Przyciśnij go trochę. Przesłuchaj parę razy. Popytaj żonę, rodzinę, teściową. Jak to taki pijaczek, może będą mieli ochotę go sypnąć.

– Ćwiczył karate. – Aspirant spojrzał w swoje notatki. – W podstawówce, ale zawsze.

– I znowu „o, widzisz”. Stawiałbym na niego.

ROZDZIAŁ 6

Połknął swoją poranną porcję tabletek; przy okazji o mało nie zwymiotował. Spojrzał na okno; znowu padało. Minął już prawie miesiąc od tamtej… od tamtej przygody i był już pewien, że jego coraz gorsze samopoczucie nie jest wynikiem żadnej autosugestii. Wczoraj wieczorem pojechał do centrum. Zjadł kolację w japońskiej restauracji. Chociaż „zjadł” to nie było właściwe słowo. Z ledwością wypił ramen, makaron zostawiając. Resztę w zasadzie tylko rozgrzebał. Potem poszedł na umówione przez Internet spotkanie. Prostytutka ze wschodnim akcentem miała spore problemy, by dokończyć swoją robotę. Patrzył na jej głowę poruszającą się miarowo między jego udami i czuł, jak coraz bardziej ogarnia go złość. Dobrze, że jej się w końcu udało, bo jeszcze chwila, a by jej przywalił. I to by było tyle, jeśli chodzi o używanie życia. Tego, którego tak niewiele mu zostało i które wcześniej tak koncertowo marnował.

Później wrócił do domu i znowu pił. Ostatnio robił to coraz częściej. Mimo iż lekarz wyraźnie mu powiedział, że w jego stanie… Zaśmiał się gorzko w duchu, przypominając sobie jego słowa. W jego stanie nie miało to absolutnie żadnego znaczenia.

Jeszcze kilka miesięcy temu wykonałby jego zalecenia co do joty. Czasami wręcz przesadzając z gorliwością. Zawsze miał naturę prymusa. Jak czegoś nie wolno, to nie wolno. Jak coś należy zrobić, to należy. Nie ma wyjątków ani usprawiedliwień. Nawet jak nikt nie patrzy. Nawet jak nikt się nigdy nie dowie. Czerwone to czerwone; trzeba stać i czekać na zielone, nawet gdy jest druga w nocy i wokoło nie ma żywego ducha.

Teraz już tak nie myślał. Może był to skutek szoku, którego doznał, gdy się dowiedział, że jego kilkuletnia walka z chorobą nie będzie jednak miała szczęśliwego finału, a może wynik zmian w osobowości, o których mówił tamten lekarz, opisując mu jej dalsze możliwe konsekwencje. Jakkolwiek by było, w sumie mu się to podobało. Zawsze gdzieś w głębi ducha zazdrościł klasowym chuliganom. I zawsze podświadomie nie cierpiał tej swojej wewnętrznej blokady uniemożliwiającej mu pójście w ich ślady. Teraz już mógł to robić. I raz się na to zdecydował. Może na tym właśnie powinno polegać jego „używanie życia”?

ROZDZIAŁ 7

Komisarz Aleksanderski z Komendy Rejonowej Policji Warszawa V na Bielanach z niedowierzaniem spoglądał w dół, pod swoje nogi. Był już policjantem dość długo, za dwa lata powinien przejść na emeryturę, i naprawdę sporo już w życiu widział, lecz czegoś takiego jeszcze nie. Mężczyzna leżący na ziemi miał twarz pociętą nożem. I to jeszcze nie byłoby nic takiego dziwnego, niezwykłe były liczba i rodzaj tych nacięć. Deszcz, który padał z przerwami od dwóch tygodni – choć teraz na szczęście właśnie akurat nie – wymył z tej twarzy i z wnętrza ran krew, przez co wyglądała ona, jakby ktoś dokonał na niej sekcji. Ale tylko na niej.

– Patrz! – Jego partner uniósł ostrożnie krawędź kurtki denata.

Na mokrej koszulce oblepiającej ciało trupa widać było kilkanaście śladów, prawdopodobnie po nożu. Ich rozmoczone krawędzie zachowały jeszcze blady odcień czerwieni.

– Zginął pewnie od tego. To na twarzy moim zdaniem zostało zrobione później.

Komisarz kucnął i przyjrzał się z bliska cięciom. Były… dziwne. Tylko to słowo przychodziło mu do głowy. Liczba ran kłutych na brzuchu i klatce piersiowej świadczyła, że sprawca działał w stanie dużego wzburzenia, silnych emocji, które w ten sposób właśnie rozładował. Lecz rany na twarzy nie były chaotyczne, nie zostały zadane w morderczym szale. Zupełnie jakby… morderca się w ten sposób bawił. Policzki denata rozcięto, i to z obu stron. Oba nozdrza były rozerwane. Powieki również zostały przecięte, w dodatku tak, żeby odsłonić oczy. Wyglądało to, jakby sprawcą kierowała głównie ciekawość. Do tego dochodziło kilka nacięć na skórze czoła. Nacięć przypominających rysowane od niechcenia wzory.

– Dziwne… – Jego partner myślał, zdaje się, o tym samym. – Widziałeś kiedyś coś podobnego? Musiał to zrobić jakiś świr…

– I to nielichy… – odparł komisarz i wstał. – Dzwoń po prokuratora. I po ekipę. Będą mieli sporo roboty. Kto ma dzisiaj dyżur?

– Jakaś nowa.

Aleksanderski jeszcze raz spojrzał na trupa z góry. Jego ułożenie wydawało się nienaturalne, jakby ktoś upozował go po śmierci. Ręce i nogi rozrzucone były na bok i zgięte w specyficzny sposób. Przypominał… przypominał ludzika ze znaku drogowego obwieszczającego bliskość przejścia dla pieszych. Kto mógł zrobić coś takiego? I po co? Komisarz spotkał się już parę razy z upozowaniem zwłok, ale nigdy w taki sposób. Mordercy robili takie rzeczy zazwyczaj z trzech powodów: żeby ukryć prawdziwy motyw lub upozorować samobójstwo; żeby dodatkowo po śmierci upokorzyć ofiarę; lub wręcz przeciwnie – żeby oddać jej swego rodzaju hołd, układając jej ciało w godnej pozycji, przypominającej tę z katafalku. Tu, jak się wydawało, w grę nie wchodziła żadna z tych przyczyn. Więc jaka?

Rozejrzał się po okolicy. Ciało leżało na chodniku wiodącym przez środek sporego skweru znajdującego się pomiędzy dużymi, dziesięciopiętrowymi blokami. Znalazła je szesnastoletnia dziewczyna, która wyprowadzała rano swojego psa. Wyglądało to trochę tak, jakby trup szedł po chodniku. Czy o to w tym wszystkim chodziło? Ułożenie ciała miało coś wskazać? Kierunek, w którym należało pójść, aby coś odkryć?

Komisarz polecił gestem swojemu partnerowi, żeby pozostał przy zwłokach, a sam ruszył w stronę, w którą zdawał się biec leżący na ziemi ludzik.

Wyłożona betonową kostką ścieżka wiodła w kierunku wielkiego bloku i parkingu przed nim. Było nieco po siódmej rano; ludzie właśnie wsiadali do samochodów, by odwieźć dzieci do szkoły i pojechać do pracy. Nikt, całe szczęście, nie zauważył leżących w oddali na chodniku zwłok. Oszczędziło im to kłopotu z odganianiem gapiów.

Aleksanderski podszedł do stojących tu samochodów, potem zaczął krążyć między nimi. Nie znalazł jednak niczego dziwnego ani odbiegającego od normy. Zajrzał przez zamkniętą kratę do wolnostojącego śmietnika – tu również nie zauważył niczego niezwykłego. Spojrzał na wznoszącą się nad nim bryłę bloku. Może więc chodziło o budynek? Może to, co wskazywało ułożenie zwłok, znajdowało się w którymś z mieszkań? Jeśli tak, komisarz sam tego nie sprawdzi. Były ich przecież setki.

 

Chyba że… Nagle przyszło mu to do głowy. Chyba że ludzik na chodniku nie tyle biegł w jakimś kierunku, ile przed czymś uciekał.

Te bloki i ten zamknięty śmietnik trzeba będzie oczywiście sprawdzić, na razie jednak warto przyjrzeć się tej drugiej możliwości. Ruszył z powrotem w kierunku trupa. Zbliżając się do niego, po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł odruch wymiotny. W tej twarzy było coś nieludzkiego. Widział wiele zmasakrowanych zwłok, lecz na ich, często potwornie zniekształconych, obliczach dało się mimo wszystko odczytać ślady jakichś ludzkich emocji – tych zastygłych w ich pośmiertnym wyrazie, jak i tych odczuwanych przez ludzi, którzy doprowadzili je do takiego stanu. Ta twarz przypominała raczej maskę jakiegoś azjatyckiego demona. Jej rozcięte policzki, opuszczona nienaturalnie szczęka, odsłonięte zęby, rozcięte nozdrza i wybałuszone oczy nadawały jej wyraz groteskowego niemal przerażenia.

Gdy do niej podchodził, odczuł naraz jakiś metafizyczny, podskórny lęk. Wzdrygnął się i odwrócił wzrok. I wtedy zrozumiał coś jeszcze: pomylił się, myśląc, że morderca bawił się, robiąc te wszystkie nacięcia, że kierowała nim tylko ciekawość podobna do tej, z jaką kot bawi się upolowaną przed chwilą myszą. Ten, kto to zrobił, zrobił to celowo. Ta twarz, podobnie jak ułożenie zwłok, była przekazem, wiadomością wysłaną światu przez zabójcę. Pytanie tylko, jaka była jej treść.

Minął wreszcie trupa i ruszył dalej wyłożonym kostką chodnikiem. Uważnie przypatrywał się jego nawierzchni, trawie po obu stronach i mijanym co jakiś czas ławkom. Niczego ciekawego nie dostrzegł.

Ścieżka doprowadziła go do drogi, przy której parkowały samochody. Tu też niczego nie zauważył. Ani w samochodach, ani pomiędzy nimi, ani w koszu na śmieci, który też sprawdził. Po drugiej stronie ulicy widniał wzniesiony z białej cegły mur, zza którego wystawały korony drzew. Cmentarz Wawrzyszewski. Może chodziło właśnie o niego? Przeszedł przez jezdnię, potem przez pas zieleni i dotarł pod ścianę. Wejście było z innej strony. Już miał ruszyć wzdłuż muru w poszukiwaniu bramy, gdy wtem coś dostrzegł. Białą kartkę formatu A4, pofałdowaną i mokrą od deszczu, leżącą na trawie pod murem cmentarza. O tym, że nie znalazła się tam przypadkiem, świadczyło to, że przyciśnięto ją kamieniem.

Podszedł do niej i kucnął. Kamień był dość spory, więc zasłaniał większość arkusza, lecz nawet mimo tego dało się na niej dostrzec ślady druku. Litery były rozmyte i zamazane; Aleksanderski nie potrafił ich odczytać, rozmieszczenie wyrazów wskazywało jednak, że był to rodzaj wiersza. Na górze, tuż nad krawędzią kamienia, widniały dwa słowa napisane wersalikami. Był to najwyraźniej tytuł. Tyle udało mu się odczytać: „ODROBINA NICOŚCI”.

*

Siedział tak już chyba trzecią godzinę. Z kapturem wciąż na głowie, z twarzą umazaną krwią tamtego. Z zamkniętymi oczami. Próbował zrozumieć to, co się stało. Ale nie tylko. Bał się ruszyć, żeby nie stracić tego czegoś. Tego, czego nawet nie potrafił nazwać. Tego stanu uniesienia, mocy, łaski…

Nigdy wcześniej tak się nie czuł. Nawet wtedy, na parkingu pod supermarketem. Pewnie dlatego, że tamto stało się w zasadzie przypadkiem; że było zaskoczeniem także dla niego samego. Teraz podszedł do sprawy o wiele bardziej świadomie. Co nie znaczy, oczywiście, że zupełnie na zimno…

Otworzył powoli oczy. Zaschnięta krew ściągała mu skórę. Nie ubrudził się nią niechcący. Nie ochlapała mu twarzy, gdy raz za razem, ogarnięty ekstatycznym niemalże uniesieniem, lecz jednocześnie obserwujący to wszystko jakby z pewnego dystansu, wbijał ostrze w pierś tamtego. Być może parę kropel opryskało go wówczas, nie wiedział. Sam się nią wysmarował, już po wszystkim.

Było to dziwne; do tej pory czuł lekkie zażenowanie na to wspomnienie. Ale nie wzięło się znikąd. Nie było też jakimś wymysłem jego chorej wyobraźni. Czytał o tym kiedyś – albo oglądał w jakimś filmie – że gdy myśliwy upoluje swoją pierwszą w życiu zwierzynę, inny myśliwy, starszy i bardziej doświadczony, smaruje mu twarz krwią jego ofiary. A to była jego pierwsza ofiara. Pierwsza upolowana ofiara. Bo tamtego gościa na parkingu trzepnął trochę niechcący, niczym kierowca sarnę na drodze.

Uśmiechnął się. Napięta skóra lekko zabolała. Poczuł się, jakby pękała na nim skorupa oblepiająca jego prawdziwą twarz. Symptomatyczne uczucie. Może właśnie na tym to polegało? Na tym, że właśnie pęka na nim maska. Ta, którą nosił przez całe dotychczasowe życie. Ta, za którą ukrywał prawdziwego siebie. Przypomniał sobie nagle reklamę pewnego napoju. „Bądź sobą!” – nawoływało hasło zachęcające do jego kupna. Zaśmiał się cicho. Chyba właśnie je realizował.

ROZDZIAŁ 8

Prokurator Gabriela Seredyńska wysiadła ze swojego samochodu. Komisarz Aleksanderski czekał już na nią na parkingu przed Zakładem Medycyny Sądowej. Mimo wieloletniego doświadczenia oraz tego, że był tu naprawdę nie pierwszy raz, wolał nie spędzać w środku więcej czasu, niż było to absolutnie konieczne.

Podeszła do niego i przywitała się uściskiem dłoni. Była młoda, pewnie niedawno zrobiła aplikację. Wcześniej się z nią nie spotkał. Aleksanderski nie lubił współpracować z takimi jak ona. Nie, nie dlatego, że była kobietą; jeśli o to chodzi, nie miał żadnych uprzedzeń. Nie lubił współpracy z młodymi prokuratorami, którzy swój brak doświadczenia usiłowali nadrobić niewolniczym trzymaniem się wszelkich przepisów, a ze strachu przed jakimkolwiek błędem nie pozwalali sobie na żadną elastyczność. Czy ona będzie podobna? Pewnie niedługo się o tym przekona.

Była ładna, nawet bardzo, lecz on był już zbyt stary, by cokolwiek go to obchodziło. Jej rude, ale sądząc po cerze, raczej farbowane włosy spływały prosto po obu stronach szczupłej twarzy. Mogłaby być jego córką. A gdyby odpowiednio wcześniej rozpoczął życie erotyczne, może nawet wnuczką. To dziwne, że musiał wysłuchiwać poleceń i pytać o zgodę kogoś, kto był od niego ponad trzydzieści lat młodszy. I nie wiedział o tej pracy nawet jednej dziesiątej tego, co on.

– Idziemy? – spytała. Ledwo słyszalna niepewność w głosie świadczyła o tym, że dla niej to miejsce ciągle zachowywało urok nowości.

Ten prawie niesłyszalny ton sprawił jednak, że poczuł do niej coś w rodzaju sympatii. A może chodziło właśnie o to, że mogłaby być jego córką? Taką, którą zawsze chciał mieć, lecz nie było mu to dane. Parę dni temu na chodniku między wysokimi blokami, musiał to przyznać, trzymała fason. Lekko tylko pobladła, patrząc na przerażające nawet dla niego, starego wygi, oblicze trupa. Czy był to jej pierwszy nieboszczyk? Na pewno jeden z pierwszych. Ciekawe, jak zareaguje, gdy dostanie swojego pierwszego zgniłka.

Weszli do środka. Doktor Kornacki, kierownik tego wesołego przybytku, już na nich czekał. Denat, rozebrany i umyty przez laboranta sekcyjnego, również był już przygotowany na wizytę gości. Nacięcia na twarzy obeschły, zmieniły kolor, rozszerzyły się, a ich krawędzie wywinęły się na boki, co sprawiło, że wyglądał teraz jeszcze bardziej nieludzko.

Komisarz spojrzał ukradkiem na swoją młodą szefową. Patrzyła w twarz trupa spokojnie i uważnie. Po jej chwili słabości nie było nawet śladu.

– Dobrze, zacznijmy więc. – Doktor Kornacki podszedł do stołu sekcyjnego. Laborant stał obok i nagrywał wszystko na dyktafon.

Doktor obejrzał dokładnie trupa, omijając na razie najbardziej oczywiste i najlepiej widoczne rany na twarzy i korpusie. Potem z pomocą laboranta przewrócił ciało na brzuch.

– Brak widocznych otarć, krwawych podbiegnięć i wybroczyn, jak również ran na kończynach, plecach i tyle głowy – podyktował. – W porządku – zwrócił się do laboranta – odwracamy go z powrotem.

Nachylił się teraz nad klatką piersiową nieboszczyka. Uważnie przyjrzał się licznym otworom; potem je policzył.

– Szesnaście ran – powiedział. – Osełkowatego kształtu. Umiejscowionych na brzuchu i klatce piersiowej. Zadanych wąskim i cienkim ostrzem.

– Nóż? – spytał Aleksanderski.

– Ale raczej sztylet lub nóż sprężynowy. Otwory są dość niewielkie. Sprawca, zdaje się, był wyższy od denata.

– Skąd pan to wie? – spytała Seredyńska.

– Ciosy nożem zadawać można na dwa sposoby. Od góry, znad głowy, albo od dołu, wyprowadzając je z okolicy bioder. Te zostały zadane od dołu. Świadczy o tym kąt oraz to, że większość dosięgła okolic brzucha. Kilka jednak trafiło w pierś, co byłoby bardzo trudne, gdyby sprawca był niższy od ofiary lub tego samego wzrostu – wytłumaczył doktor Kornacki.

– A ile wzrostu ma denat? – spytał Aleksanderski.

– Metr siedemdziesiąt cztery – odparł laborant.

– Czyli sprawca powinien być tak na oko piętnaście, dwadzieścia centymetrów wyższy – powiedział doktor. – I być mężczyzną.

– Dlaczego mężczyzną? – spytała Seredyńska.

– Po pierwsze tak wysokich kobiet jest, statystycznie rzecz biorąc, znacznie mniej niż mężczyzn. Po drugie świadczy o tym prawdopodobne narzędzie zbrodni. Stawiałbym jednak na nóż sprężynowy; rany zadane sztyletem byłyby nieco szersze i miały inny kształt, a to raczej dość nietypowa broń jak na kobietę. Po trzecie sposób wyprowadzenia ciosu: jeśli kobiety zabijają nożem, uderzają raczej od góry.

– To na pewno jest nóż sprężynowy? – spytał komisarz.

– Zaraz sprawdzimy głębokość ran – odpowiedział Kornacki. – To pomoże nam uprawdopodobnić lub odrzucić tę hipotezę. Kolego – zwrócił się do laboranta – proszę mi podać skalpel.

Doktor szybko i sprawnie wykonał otwierające ciało cięcie w kształcie litery Y.

– Rany mające cechy przyżyciowości – podyktował. – Świadczy o tym duża ilość krwi w jamie brzusznej.

– Czyli wykonane za życia ofiary? – wolała upewnić się Seredyńska.

Kornacki spojrzał na nią znad zsuniętych na nos okularów.

– W rzeczy samej – odpowiedział, jakby spytała go właśnie, czy to prawda, że serce przestaje bić po śmierci.

Nachylił się nad odsłoniętymi narządami wewnętrznymi.

– Rany głębokie, zadane długim i wąskim ostrzem, dłuższym nawet od standardowego sprężynowca. Ale są takie. – Tym razem spojrzał na komisarza.

Aleksanderski potwierdził ruchem głowy.

– Zagrażające życiu były tylko te dwie. – Doktor wskazał je czubkiem swojego skalpela. – Pierwsza uszkodziła wątrobę, druga przebiła od dołu serce i doprowadziła do jego zatrzymania, czyli była bezpośrednią przyczyną śmierci.

Kornacki obszedł teraz stół sekcyjny i nachylił się nad głową denata. Podniósł delikatnie rozciętą powiekę palcami obleczonymi w lateksową rękawiczkę.

– Rany na twarzy zostały zadane już po śmierci ofiary. – Popatrzył na prokurator Seredyńską, jakby tylko z jej powodu zmuszony był zarzucić fachową terminologię. Kobieta ledwie zauważalnie ściągnęła usta. – Świadczy o tym między innymi brak dużej ilości krwi w oczodole.

Zdjął teraz okulary i założył inne, zaopatrzone z jednej strony w jubilerską lupę. Jeszcze raz nachylił się nad zwłokami.

– Hmm, ciekawe… – powiedział.

– Co jest takiego ciekawego? – spytał Aleksanderski.

– Brzegi ran na twarzy są równe; cięcia są czyste, poprowadzone pewną ręką…

– Co w tym dziwnego? – spytała Seredyńska.

– Duża liczba ran na korpusie ofiary świadczy o działaniu w stanie silnego wzburzenia – wyjaśnił doktor Kornacki. – Z kolei cięcia na twarzy wyglądają, jakby ktoś wykonał je od niechcenia. Są płytkie, z wyjątkiem oczywiście tych rozcinających policzki i powieki, czyli ten, kto je zrobił, nie użył do ich wykonania zbyt dużo siły. W stanie wzburzenia ludzie mają raczej skłonność do pewnej przesady, jeśli chodzi o energię wkładaną w zadawanie ciosów…

– O czym to według pana świadczy? – spytała Seredyńska.

Doktor ponownie spojrzał na nią znad okularów.

– Od takich spekulacji jesteście raczej wy, a nie ja – odparł.

– Ma pan, panie doktorze, o wiele większe doświadczenie ode mnie – odpowiedziała. – Dlatego chętnie poznam pana opinię na ten temat.

Kornacki uśmiechnął się kącikiem ust.

– Umiejętność publicznego przyznania się do własnych ograniczeń jest bardzo rzadką cechą u osób wykonujących pani zawód – powiedział. – I bardzo dobrze rokującą na przyszłość.

Pani prokurator nie odpowiedziała.

– Mamy więc dwa rodzaje ran i dwa diametralnie różne stany emocjonalne… – Doktor Kornacki spojrzał na trupa, jakby rozmawiał właśnie z nim. – Najprostsza narzucająca się odpowiedź jest taka, że sprawców było dwóch.

 

– Świr i jeszcze większy świr? – spytał komisarz.

– Coś w tym stylu. Duet z piekła rodem. Jeden zabił, a drugi skorzystał z okazji, by dać upust jakimś swoim chorym żądzom. Znaleźliście jakieś ślady mogące za tym przemawiać?

– Problem polega na tym, że nie znaleźliśmy prawie żadnych śladów – westchnął Aleksanderski. – Deszcz padał całą noc i wszystko zmył.

– Chwileczkę – wtrąciła się Seredyńska. – A co z tymi ranami? Zostały wykonane tym samym narzędziem czy dwoma różnymi?

Kornacki spojrzał na nią z uznaniem.

– Moim zdaniem nic nie wskazuje na to, że narzędzia były różne – odpowiedział. – Ale też z drugiej strony nie da się tego wykluczyć. O ile w przypadku ran kłutych dość łatwo jest określić kształt ostrza, którym zostały zadane, o tyle w przypadku ran ciętych jest to o wiele trudniejsze.

– Jedno narzędzie nie wyklucza jednoznacznie dwóch sprawców – zauważył komisarz. – Choć gdyby udało ci się udowodnić, że rany zostały zadane dwoma różnymi, byłaby to poważna poszlaka świadcząca o tym, że to dzieło więcej niż jednej osoby.

– Gdzie znaleziono zwłoki? – Doktor zwrócił się w stronę komisarza.

– Na chodniku między blokami.

– Czyli w miejscu raczej niezbyt ustronnym?

– Nie bardzo.

– Więc hipoteza, że sprawca został z ofiarą na tyle długo, żeby zdążyć ochłonąć i zmienić tak diametralnie stan emocjonalny, albo że wrócił na miejsce zbrodni po jakimś czasie, żeby się jeszcze trochę pobawić, wydaje się mało prawdopodobna?

Aleksanderski zastanowił się przez chwilę.

– Była noc, padał deszcz – odpowiedział. – Więc moim zdaniem nie da się tego całkowicie wykluczyć. Choć z drugiej strony w miejscu otoczonym blokami, w których mieszka tak wielu ludzi, zawsze trzeba się liczyć z niebezpieczeństwem, że ktoś się napatoczy, nawet w nocy. Gdybym to ja był mordercą, spieprzyłbym stamtąd jak najszybciej.

– Chyba że sprawca był pod wpływem środków odurzających i było mu wszystko jedno – zauważył Kornacki.

– Większość zabójstw w Polsce dokonywana jest w zamiarze nagłym pod wpływem alkoholu – pochwaliła się swoją wiedzą, wyniesioną jeszcze ze studiów, Seredyńska. Banalność tego stwierdzenia odjęła jej w oczach doktora parę punktów z tych, które otrzymała po poprzednich wypowiedziach. Nie mógł jednak nie przyznać, że była to prawda.

– Może faktycznie – powiedział. – Zabójca zaatakował po pijaku, potem się jeszcze doprawił i dokończył dzieła. Już znacznie bardziej otępiały.

– Nie sądzę – odparł komisarz. – Pijacy dość rzadko zostawiają po sobie wiersze.

– Jakie znowu wiersze? – Doktor Kornacki uniósł wysoko brwi.

– Zwłoki były upozowane – wyjaśnił Aleksanderski. – Ułożone, jakby ofiara gdzieś biegła albo skądś uciekała. Gdy sprawdziłem ten drugi kierunek, znalazłem kartkę. Był na niej wiersz.

– A to paradne! – Kornacki aż zdjął okulary. – Z czymś takim się jeszcze nie spotkałem, a widziałem już naprawdę sporo. Jesteście pewni, że zostawił go zabójca?

– Pewności nie mamy, ale moim zdaniem wszystko na to wskazuje. Był przyciśnięty kamieniem, raczej więc nie znalazł tam się przypadkiem. Ktoś zostawił go pod tym murem celowo.

– Masz ten wiersz?

Komisarz skinął głową.

– Kartka była przemoczona i trudna do odczytania, ale nasi technicy się z tym uporali.

Wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki złożony na czworo wydruk z komputera. Doktor zdjął lateksowe rękawiczki i zaczął czytać.

– Bardzo na temat – powiedział.

– Prawda? Leżała pod murem cmentarza.

– I to właśnie stamtąd niby uciekała ofiara? – Lekarz złożył z powrotem kartkę i oddał ją komisarzowi.

– To przynajmniej sugerowało ułożenie zwłok.

– Czeka was bardzo ciekawa sprawa – stwierdził patolog. – Chętnie będę ją śledził.

*

Wyszli na parking, zatrzymali się przy jej samochodzie. Komisarz wyjął paczkę papierosów i wyciągnął ją w stronę Seredyńskiej.

– Nie palę. – Pokręciła głową.

– Ja też nie – odparł. – Trzymam je właśnie na takie okazje.

Jeszcze czuł w nozdrzach zapach przepiłowywanej elektryczną piłą czaszki.

– Ten jeszcze i tak nie śmierdział najgorzej – dodał. – Chociaż po rozkrojeniu brzucha każdy cuchnie, nawet taki świeży.

Zobaczył, jak prokurator przełyka ślinę. Sięgnęła po papierosa. Wyjął drugiego, po czym podpalił im obojgu. Zaciągnęli się niemal w tym samym momencie.

– Czytałem gdzieś… – zaczął. – W ogóle za dużo czytam takich głupot… że zapach to unoszące się w powietrzu drobinki substancji, która go wydziela. To znaczy, że mamy teraz w nosie cząsteczki tego trupa.

Popatrzył na nią z ukosa. Zastanawiał się, jak zareaguje. Była to jego wersja fali w wojsku. Rekrutów trzeba trochę przeczołgać, żeby się otrzaskali i pokazali, co są warci.

Spojrzała na niego spokojnie.

– Dlatego w takich miejscach nigdy nie oddycham ustami – odpowiedziała i wydmuchała dym nosem.