Opowieści Central ParkuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przemysław Borkowski

Opowieści Central Parku

Saga

Opowieści Central ParkuZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2011, 2020 Przemysław Borkowski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726630213

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

MARTWY JOHN

Opowiem wam najpierw o Martwym Johnie. Martwy John w zasadzie nie był martwy. Nazwali go tak, bo wyglądał, jakby już nie żył. Nie śmiał się, mało mówił, nawet nie pił. Martwy John był jak polisa ubezpieczeniowa na życie, tylko w drugą stronę. Jeśli wiecie, co mam na myśli.

Na Brooklynie, gdzie mieszkał, mówiło się, że samo spotkanie z Martwym Johnem zabija. Dlatego John nie miał przyjaciół. Nie miał dziewczyny, nie miał nawet psa. Jedynymi jego kumplami były stare buty, ale i one podobno nie miały z nim lekko. Nic dziwnego, Johnny, jak na umarlaka, twardo chodził po ziemi. Mówiono, że na swoich interesach, o których większości babcie wolałyby nie opowiadać wnukom przed snem, dorobił się całkiem sporego majątku. Co z tego, skoro był martwy?

Kiedyś Johnny zastrzelił pucybuta, podobno tylko dlatego, że za wysoko zadzierał głowę.

Martwy John. Teraz nie ma takich gości.

Mówiono, że Martwy John kiedyś wcale nie był taki martwy. Pracował w banku, miał żonę, co roku na wakacje wyjeżdżał na Florydę. Miał żonę, ale miał też honor. Gdy ma się te dwie rzeczy naraz, o kłopoty nietrudno.

Kiedyś, gdy Johnny wrócił wcześniej z pracy, zastał swoją żonę w łóżku z mleczarzem. Gdy to zobaczył, wściekł się. Zadźgał ich nożem do krajania sera. Krew i mleko, splecione nierozdzielnymi strumieniami, jeszcze długo spływały po schodach. Nic mu nie udowodnili – z mleka trudno zdjąć odciski palców.

Ten wieczór wypalił w nim wszystko. Od tej chwili Johnny był martwy.

Martwy John niczego się nie bał. Mówili o nim, że szuka śmierci. Kiedy to słyszał, krzywił się. „Nie szukam śmierci – odpowiadał – znalazłem ją już tamtego kwietniowego poranka”. Jednak mylił się. Kiedyś, gdy szedł załatwić swoje kolejne, brudne zlecenie, poślizgnął się na porzuconej na chodniku kanapce z masłem. Martwy John zachwiał się, zatrzepotał rękami. Zdziwienie było pierwszym żywszym uczuciem, którego doświadczył od dawna. Spodobało mu się to. Przez chwilę pomyślał nawet, że mógłby teraz zmienić swoje życie, zacząć wszystko od nowa. Jednak głuche uderzenie głowy o bruk przerwało te marzenia. Krwawa plama rozlewała się coraz szerzej. Po chwili Johnny’emu było znowu wszystko jedno. Teraz naprawdę był martwy.

CHUCK MAŃKUT

Nowy Jork w latach trzydziestych był wspaniałym miastem. Podobnie jak Chicago w latach czterdziestych, San Francisco w pięćdziesiątych, a Los Angeles w sześćdziesiątych. Teraz nie ma takich miast. Chyba, że Des Moines, ale Des Moines to dziura. W takim właśnie mieście żył Chuck, kuzyn Martwego Johna.

Tak naprawdę, nikt nie wie, czy Johnny był rzeczywiście kuzynem Chucka. Na Brooklynie, gdzie matki nie znają ojców swoich dzieci, wszyscy są w pewnym sensie kuzynami.

Chuck był mańkutem. Nowy Jork to miasto prostych ludzi – jak jesteś mańkutem, mówią na ciebie Mańkut. A Chuck właśnie nim był.

Chuck grał na wyścigach. Chodził na tor, przypatrywał się uważnie, obstawiał jakiegoś frajera, po czym obrabiał go z pieniędzy. Koni Mańkut nie cierpiał. Mówił: „Jak mam lubić coś, co nigdy nie nosi przy sobie forsy?”. Cholerny kretyn! Po co koniowi forsa?

Chuck to był cwaniak. Miał to po ojcu, który też był cwaniakiem. Podobnie jak większość mężczyzn w ich rodzinie. Bajerowali dziewczyny, robili im dzieci, a potem się zmywali. Cwaniaki. Z kolei ich kobiety nie grzeszyły, jak widać, sprytem.

Chuck wdał się jednak w ojca. Kiedyś, gdy szedł Czwartą Aleją, zobaczył leżącego na ziemi dolara. Jak myślicie, co zrobił? Podniósł go? Każdy by tak zrobił, ale nie Chuck. Chuck to był cwaniak. Poczekał, aż dolara zauważy jakiś facet, a gdy ten schylał się, żeby go podnieść, Chuck obrobił go z całej forsy. Piętnaście dolarów za jednego! Nawet jakiś cholerny Rockefeller nie ma takiego przebicia.

Któregoś dnia Chuck wycwanił się jednak za bardzo. Pożyczył forsę od Harry’ego Indiańca, kupił za nią towar od Martwego Johna, sprzedał go Billy’emu, a potem prysnął. Tego było za dużo, nawet jak na Mańkuta. Harry się wkurzył, Billy się wkurzył, Martwy John, jak to Martwy John, przyjął to obojętnie, ale właśnie on postanowił go załatwić.

Mówię wam, z Chuckiem było wtedy krucho. Gdyby był psem, z tych, co to zagryzają się w nielegalnych walkach na rogu Piątej i Jedenastej, nikt nie postawiłby na niego nawet złamanego centa. Właśnie wtedy jednak odezwało się to cholerne szczęście, które mają wszyscy mężczyźni w jego rodzinie. Martwy John, kiedy szedł go załatwić, poślizgnął się na porzuconej na ulicy kanapce z masłem i rozwalił sobie łeb. Wkrótce potem Harry Indianiec nadział się na kulkę jakiegoś gliniarza. Billy, widząc, co się święci, chciał mu odpuścić, ale na niewiele się to zdało. Załatwili go naziści, kiedy wyjechał do Hamburga. Chuckowi znów się upiekło. Podobno parę lat później, w czterdziestym ósmym zastrzeliła go jakaś dziewucha, której zrobił dziecko i chciał potem prysnąć. Okazała się cwańsza od niego. Ale to już zupełnie inna historia.

MAMA CARTER

Opowiem wam teraz o Mamie Carter. Mama Carter to była twarda sztuka. Prowadziła burdel przy rogu Czterdziestej Ulicy. Nie był to najlepszy burdel, ale, szczerze mówiąc, Mama Carter też nie była dobrą kobietą. Podobno biła klientów, którzy nie spodobali się jej dziewczynkom. Nie wiem, może to tylko plotki.

Mama Carter mówiła, że pochodzi z Warszawy. Moim zdaniem, kitowała. Żyję w Nowym Jorku już ponad czterdzieści lat i jeszcze nie spotkałem nikogo, kto by pochodził z Warszawy. Gdzie to, u diabła, w ogóle jest? Pewnie w jakichś pieprzonych Kordylierach.

Mama Carter lubiła mówić: „Gdybyście, chłopcy, tak samo często używali swoich fujarek, jak swoich rewolwerów, już dawno byłabym bogatą kobietą”. To powiedzenie narobiło jej sporo wrogów. Zwłaszcza wśród tych, którzy rzadziej strzelają.

Jednak chłopcy i tak lubili do niej chodzić. Prawdę mówiąc, nie mieli innego wyjścia. Mama Carter była tak gruba, że sama by do nikogo nie przyszła. Jej dziewczynki za to były szczupłe i słodkie. Tyle, że słono kazały sobie płacić.

Mama Carter oprócz burdelu, który był nielegalny, prowadziła także zupełnie legalną knajpę, w której nielegalnie sprzedawała alkohol. To był bardzo cwany układ. Legalny lokal z nielegalnym wyszynkiem był przykrywką dla nielegalnego burdelu. Trudno było się w tym wszystkim połapać. Tylko urząd skarbowy znał zawiłości tego systemu. Podobno jedna z dziewczynek była ich wtyczką.

Zdarzało się, że policja, która robiła nalot na legalny lokal Mamy Carter, żeby skonfiskować nielegalnie sprzedawany w nim alkohol, po skończonej robocie szła się zabawić do nielegalnego burdelu, który był na drugim piętrze. Nikogo to specjalnie nie dziwiło, takie były wtedy czasy. Ludzie odnosili się do siebie z szacunkiem, nie to, co teraz.

Jednak Mama musiała się komuś narazić. Nikt nie wie, o co poszło. Może urząd skarbowy odkrył wreszcie, że prowadzi w piwnicy niezarejestrowaną pralnię? Tego nie dowiemy się nigdy. Chcecie wiedzieć, jak zginęła? Przywaliło ją drzewo. Podobno aż sześciu facetów targało je na czwarte piętro, gdzie mieszkała. Komuś najwyraźniej zależało, żeby jej śmierć wyglądała na wypadek. Policja, jak to policja, nic nie wykryła. Może zresztą woleli o niczym nie wiedzieć? Podobno ten, kto to zrobił, miał jeszcze w zapasie kilka takich drzew.

O’HARA

Opowiem wam teraz o O’Harze. O’Hara nie miał przydomka. W Nowym Jorku wszyscy mają przydomki. Wystarczy się urodzić i już ci jakiś dają. Joe Krótka Morda, Frank Cnoty Na Szwank, Lili Hulajnoga – każdy ma jakąś ksywę. O’Hara nie miał. Było to dość dziwne – O’Hara był mały, rudy i był Irlandczykiem – mógł więc spokojnie nazywać się Mały O’Hara, Rudy O’Hara albo O’Hara Irlandczyk, ale nie. Po prostu O’Hara. Tak go wołali.

O’Hara nie należał do elity w żadnym tego słowa znaczeniu. Był, ale jakby go nie było. Nie obrabiał banków, nie naciągał frajerów, nie zajmował się mokrą robotą. Chłopaki zabierali go czasem na jakiś skok, ale zawsze jakoś tak przy okazji. Gdy był w pobliżu, to go brali. Mówili: „O’Hara, idziesz z nami!”. I O’Hara szedł. Co miał robić?

Nawet na dziwki do Mamy Carter O’Hara nigdy nie chodził sam. Zawsze z kimś, zawsze wlokąc się na szarym końcu. Parę razy zabrakło dla niego dziewczynek. Jak myślicie, co wtedy robił? Siedział w przedpokoju i czekał. Gdy chłopaki wychodzili, wychodził razem z nimi.

Teraz, gdy zacząłem o nim opowiadać, myślę sobie, że nieźle się wpakowałem. O O’Harze nie da się nic opowiedzieć. Przysiągłbym nawet, że nie pamiętam jego twarzy.

Jest jednak coś, o czym warto byłoby wspomnieć. Opowiem wam o tym, jak zginął. To niezła historia i w sam raz, jak na O’Harę.

Kiedyś chłopaki zabrali O’Harę na robotę. Był do skrojenia jakiś magazyn przy Wschodnim Nabrzeżu. Szedł Billy Skubaniec, Martwy John, Chuck Mańkut i jeszcze paru innych. Ktoś wcześniej wyłączył światło w tej części portu, żeby ci, co mieli go pilnować, mogli powiedzieć, że nic nie widzieli. Ciemno było jak w głowie u policjanta. Czarne budynki magazynów portowych, ogromne sylwetki dźwigów, w oddali połyskujące światła Manhattanu.

 

W pewnym momencie O’Hara potknął się o coś. Pochylił się, pomacał wokoło i podniósł długą, lśniącą, metalową rurkę. Ucieszył się, bo czegoś takiego właśnie potrzebował. Już dawno chciał sobie zrobić karnisz w łazience, żeby dzieciaki z naprzeciwka nie zaglądały mu przez okno do wanny. O’Hara stał na środku magazynu, z satysfakcją trzymając w rękach długi, połyskujący przedmiot. W pewnej chwili ktoś włączył latarkę – światło odbiło się od cienkiej, metalowej rurki. Billy Skubaniec, który szedł za O’Harą, dostrzegł błysk na końcu długiej, wymierzonej w siebie rury.

Billy nie namyślał się długo, wiecie, jaki był szybki. Głuchy odgłos jego pukawki zabrzmiał w tej ciemności jak ujadanie psa. Martwy John, który szedł przed nimi, na odgłos strzałów odwrócił się, błyskawicznie wyciągając broń. W błysku strzałów zdołał jeszcze dostrzec drugi koniec rurki wycelowany prosto w swoją pierś. Bang, bang, bang! Martwy John w takich sytuacjach nigdy się nie wahał. Gdy ktoś żyje w Nowym Jorku, wie, jakie to ważne – mieć pewną rękę.

Ciało O’Hary osunęło się na ziemię. Żył jeszcze, gdy do niego podeszli. Ciemne sylwetki otoczyły leżącą postać w milczeniu.

– Słuchaj, O’Hara – spytał Chuch Mańkut – jak ty masz właściwie na imię?

– James – odpowiedział O’Hara.

BILLY SKUBANIEC

Pamiętacie Billy’ego Skubańca? Tego, co przez pomyłkę załatwił O’Harę? Pora opowiedzieć i o nim.

Billy pracował w przetwórstwie. Zabierał różnych gości na nabrzeże i przerabiał ich na pokarm dla rybek. Bardzo lubił tę robotę. Mówił: „Ciekawa praca na świeżym powietrzu, poznaje się dużo interesujących ludzi”.

Uważał się za kreatywnego pracownika. Żadnego zlecenia nie załatwiał tak samo. Chciał, żeby jego klienci go zapamiętali. „Nie chcę być jednym z tłumu anonimowych, zawodowych morderców – powtarzał. – W dzisiejszych czasach zabijanie ludzi cechuje daleko posunięta depersonalizacja”. Depersonalizacja! Skąd on, u diabła, znał takie słowa? Może rzeczywiście, jak twierdził, zabijanie rozwija osobowość?

Billy Skubaniec miał jedno marzenie – chciał pojechać do Hamburga. Podobno jego matka spotkała tam jego ojca. Nie było to zbyt długie spotkanie. Jeśli wiecie, co mam na myśli.

Nie wiem, czego Billy miałby tam szukać. Jego ojciec był marynarzem i pewnie od dawna już gryzł muł na dnie jakiegoś morza. Jego matka mieszkała zaś w Nowym Jorku. Przyjechała tam jeszcze przed pierwszą wojną, jak to mówią, za chlebem. Nie wiem, czy znalazła w Nowym Jorku chleb, w każdym razie podłapała tu pewną chorobę, co zresztą nie przeszkodziło jej pracować w zawodzie, którego nauczyła się jeszcze w Hamburgu.

Największym numerem, jaki zrobił Billy Skubaniec, było zabicie komisarza Connorsa. To był majstersztyk. Billy tak to zakręcił, że nawet sam komisarz nie zorientował się, że został zamordowany. Był przekonany, że porwało go UFO. Policja zatuszowała sprawę, nie chcąc robić sobie obciachu, a Billy spokojnie zgarnął forsę i pojechał do Hamburga. Opowiem wam o tym przy innej okazji.

Z tym wyjazdem do Hamburga to była grubsza historia. Billy dostał zlecenie, podobno bardzo poważne, z terenu Niemiec. Był ogromnie podekscytowany, wiązał z nim plany na swoją dalszą przyszłość. „Gdy uda mi się wejść na teren Europy – mawiał – zostanę bogaczem, to bardzo chłonny rynek”. Biedny Billy! Nawet nie przypuszczał, jak chłonny.

W Niemczech właśnie do władzy doszedł Hitler. Roboty rzeczywiście było dużo, ale i konkurencja spora. Billy był naprawdę dobry, lecz przyjmował tylko indywidualne zlecenia. Zrealizował już parę kontraktów, gdy zorientował się, że konkurencja stosuje ceny dumpingowe. W takich warunkach nawet Billy zwątpił w sens tego, co robi. Można powiedzieć, że wykończyły go wilcze prawa rynku. On, fachowiec na najwyższym poziomie, stanął teraz przed hordą młodych, ambitnych i bezwzględnych morderców amatorów, pracujących częstokroć nawet bez wynagrodzenia. Mówili, co prawda, o jakiejś idei nazistowskiej, o rasie panów i o czystym, aryjskim społeczeństwie, ale Billy węszył w tym raczej jakiś wredny, makaroniarski spisek. Jak nie wiadomo, o co chodzi, na pewno chodzi o pieniądze. Mówię wam, musiało tam chodzić o wielki, naprawdę wielki szmal.

A, ciekawi was pewnie, co się stało z Billym? Rozstrzelali go w jakiejś łapance. Dacie wiarę? Wzięli go za komucha.

PORWANIE KOMISARZA CONNORSA

Wspomniałem już chyba, jak to Billy Skubaniec załatwił komisarza Connorsa? Nie? Czas więc opowiedzieć i o tym. Posłuchajcie, bo założę się, że dawno nie słyszeliście lepszej historii.

Connors to był straszny matoł. Przenieśli go do Nowego Jorku z Portland. Nie chodzi nawet o to, że brał za wszystko w łapę, tylko o to, że często zapominał od kogo. Takie rzeczy uchodzą może w jakimś pieprzonym Oregonie, ale nie w Nowym Jorku. To nie mogło tak dłużej trwać. Connors obrażał nie tylko nas, ale także wszystkich tych uczciwych policjantów, którzy wiedzą, co to znaczy honor i poszanowanie cudzych interesów. Trzeba go było załatwić. Ale zabić komisarza policji, to jak powiedzieć swojej żonie, że jest gruba – kłopoty ma się murowane. Coś jednak trzeba było zrobić. Martwy John zwołał naradę u Mamy Carter.

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Przyszli prawie wszyscy: Harry Indianiec, Chuck Mańkut, Joe Krótka Morda. Przyszli Makaroniarze i goście od Żydów. Pokazało się nawet paru gliniarzy, z tych, co to nie czepiają się porządnych ludzi o byle głupotę. Każdy złożył się po równo – dziesięć patoli zieleniło się na stole jak wielki, krowi placek. Widok był, trzeba przyznać, ładny, ale jakoś nikomu nie spieszyło się, by po nie sięgać.

– Co jest chłopaki? – odezwał się Martwy John. – Nosicie coś między nogami, czy to tylko łajno wypycha wam gacie, bo narobiliście ze strachu w spodnie?

Billy Skubaniec trzymał się wtedy trochę na uboczu.

– Spokojnie, Johnny – powiedział. – Możesz obrażać tych frajerów, ale nie mnie. Załatwię Connorsa, dajcie mi tydzień.

O tym, co się potem stało, mało kto wie więcej, niż to było opisane w gazetach. Wersje są sprzeczne, a jedyny człowiek, który znał na ten temat całą prawdę – Billy Skubaniec – zawsze odsyłał nas do gazet. Pytacie więc, skąd ja o tym wszystkim wiem? Znałem Billy’ego. Wiem, jak pracował. Zresztą opowiedziała mi o tym jego dziewczyna, Lili Hulajnoga, która potem przez jakiś czas grzała i moje wyro.

Wszystko zaczęło się następnego dnia po naradzie u Mamy Carter. Komisarz Connors otrzymał wtedy pierwszy telefon z pogróżkami. Metaliczny głos, który odezwał się w słuchawce, przysięgał, że należy do Marsjanina.

W owym czasie wiele mówiło się o UFO. Jakiegoś farmera z Kolorado podobno porwali kosmici i przez dziesięć dni wykonywali na nim dziwne eksperymenty seksualne. Policja była wobec tej sprawy zupełnie bezradna. Sytuację zaciemniał dodatkowo fakt, że według kilku wiarygodnych świadków, farmer ów był w tym samym czasie w pewnym przydrożnym motelu, w towarzystwie żony swojego sąsiada.

Na komisarza Connorsa padł blady strach. Wzmocniona policyjna ochrona oraz inne nadzwyczajne środki bezpieczeństwa nie zdały się jednak na nic. Kiedy w przydomowym ogródku komisarza znaleziono dziwne, połyskujące srebrną farbą odchody, zaś na jego płocie pojawiły się niezwykłe, jakby nieludzką ręką stworzone napisy: „Już jesteś trupem – kosmici” oraz „Załatwimy cię – UFO”, komisarz Connors załamał się całkowicie.

Sprowadzony specjalnie w tym celu z Waszyngtonu policyjny psycholog bezradnie rozkładał ręce. „Jak mam leczyć kogoś – pytał – kto uważa, że nękają go kosmici, skoro wczoraj przed drzwiami mojego pokoju hotelowego znalazłem martwego kota z żarówkami zamiast oczu?”

Sytuacja zrobiła się naprawdę poważna. Centrala policyjna z Waszyngtonu podejrzewała wielką, kosmiczną inwazję. Policjanci w całym stanie wyruszyli na ulice, by dyskretnie prowadzić poszukiwania niezidentyfikowanych, pozaziemskich form życia. Komisarz Connors zaszył się w domu. Podobno już po trzech dniach zaczął podejrzewać własną lodówkę o ukryte, wrogie względem niego zamiary. Czwartego dnia komisarz Connors zniknął. Szeroko zakrojona akcja poszukiwawcza nie przyniosła żadnego rezultatu. Jedynym śladem po komisarzu była pływająca po falach kanału portowego pomięta, policyjna czapka.

Od tego czasu kosmici nie odezwali się jednak ani razu.

Po trzech tygodniach sprawę zatuszowano. Oficjalny komunikat policji głosił, że komisarz Connors udał się na bezterminowy, bezpłatny urlop na Karaiby. Billy Skubaniec spokojnie zainkasował forsę i wyjechał do Hamburga. Nigdy, ani słowem nie zająknął się, jak zdołał namówić kosmitów, by porwali komisarza Connorsa. Teraz, gdy już nie żyje, nie dowiemy się tego nigdy. Może to zresztą i lepiej – czasami nie warto wiedzieć za dużo.

JOE KRÓTKA MORDA

Opowiem wam teraz o facecie, którego nazywali Joe Krótka Morda. Ciekawi was pewnie, dlaczego tak na niego mówili? Gdybyście go kiedykolwiek widzieli, nie pytalibyście o to. Joe miał krótką mordę. Trudno to wytłumaczyć, ale tak właśnie było. A skoro tak było, trudno z kolei się dziwić, że tak go nazywali. Mam nadzieję, że wyjaśniłem wam to wystarczająco dokładnie.

Joe miał w życiu pecha. Urodził się z krótką mordą, a w dodatku tak nieszczęśliwie, że gdy skończył osiemnaście lat i wzięli go do wojska, akurat wybuchła wojna. Trzeba mieć naprawdę cholernego pecha, żeby tak trafić.

Joe umiał nieźle strzelać – mówiono nawet, że potrafi jednym strzałem włączyć ulubioną melodię w szafie grającej – jednak z bombami lotniczymi nie miał dużego doświadczenia. Nic zresztą dziwnego – chłopaki wymyślali czasem różne rzeczy, ale żeby zbombardować jakieś miasto, tego jeszcze nie było.

W Europie takie historie zdarzają się bardzo często. Wystarczy, że jakiś kraj ma interes do drugiego kraju – od razu go bombarduje. Ja to nawet rozumiem, tylko po co w to wszystko mieszać naszych chłopaków?

Joe poszedł więc na wojnę. To był bystry facet, od razu załapał, o co w tym całym zamieszaniu chodzi. A chodzi o to, żeby się nie wychylać. Na froncie też da się żyć, trzeba tylko bardzo uważać. Opracował nawet zbiór zasad, którymi należy się kierować na wojnie, żeby nie dać się zabić. Przysłał mi je kiedyś w liście, żebym przekazał je innym chłopakom, których posyłają na front. Podam wam je na wypadek, gdybyście też kiedyś tam trafili. Oto one:

SZEŚĆ ZASAD JOEGO KRÓTKIEJ MORDY UŁATWIAJĄCYCH

PRZEŻYCIE KAŻDEJ WOJNY

 

 Zasada nr 1: Nigdy nie uciekaj – odsłaniasz wtedy plecy.

 

 Zasada nr 2: Nigdy nie atakuj – odsłaniasz wtedy całą resztę.

 

 Zasada nr 3: Gdy zaczną strzelać, znajdź sobie coś twardego i wleź pod to.

 

 Zasada nr 4: W dalszym ciągu tam siedź.

 

 Zasada nr 5: Z zasady nie wykonuj rozkazów.

 

 Zasada nr 6: Przede wszystkim, naucz się czołgać.

Trzeba przyznać, że Joe całkiem nieźle sobie radził na tej wojnie. Przeżył kampanię w Afryce, lądowanie na Sycylii, brał udział w inwazji na Normandię (oczywiście wylądował w drugim rzucie) i w zdobywaniu opuszczonego przez Niemców Paryża. I właśnie wtedy, kiedy już wydawało się, że Joe spokojnie doczeka końca wojny, odezwał się ten jego przeklęty pech.

Było to w jakiejś małej wiosce, gdzieś na południu Francji. Oddział Joego miał za zadanie zająć opuszczony przez Niemców skład materiałów wojskowych. Front przeszedł tamtędy już dość dawno, nie było więc teoretycznie żadnego niebezpieczeństwa. Teoretycznie może i nie było, ale jak ktoś ma pecha, to już go ma. Choćby przez długi czas udawało mu się wymigać, ten pech go w końcu dopadnie. Joego dopadł właśnie tam.

Nikt nie wie dokładnie, co się wtedy wydarzyło. Ktoś zaczął strzelać, nie wiadomo – dla zgrywu czy też wydawało mu się, że zobaczył jakiegoś Niemca. Kule uszkodziły jedną z beczek stojących rzędem pod ścianą. Z otworów zaczęła wypływać dziwna, szybko parująca ciecz.

W pierwszej chwili nikt nie zwrócił na to uwagi. Żołnierze w dalszym ciągu przeszukiwali zakamarki wielkiej hali. Po chwili jednak w powietrzu rozszedł się specyficzny, ostry zapach. „Gaz musztardowy! – krzyknął ktoś. – Zakładać maski!” Żołnierze rzucili się do swoich plecaków, wyciągając już prawie zapomniane, nieużywane przez cały okres wojny urządzenia.

Akcja przebiegła dość sprawnie – żołnierze w maskach przeciwgazowych na twarzach ruszyli do wyjścia. Tylko Joe miał kłopoty. Jego maska okazała się za duża. Joe najzwyczajniej w świecie miał do niej za krótką twarz! Gumowy balon z wielkimi, szklanymi oczami zwisał mu pod podbródkiem niczym worek na obrok dla konia. Przez szczeliny zaczął się wsączać śmiercionośny gaz. Joe, dusząc się i wymiotując, próbował jeszcze dobiec do wyjścia. Jednak na próżno. Gaz musztardowy zabija bardzo szybko.

 

Powiedzcie mi teraz, czy wojna nie jest najbardziej kretyńską rzeczą, jaką kiedykolwiek wymyślił człowiek? Biedny Joe! Pomyślcie tylko, mógł umrzeć w Nowym Jorku, otoczony kumplami, z kulą w brzuchu po jakimś skoku, ocierając płynącą krew zrabowanymi studolarówkami, a tak – zdechł jak pies w jakiejś zawszonej, francuskiej dziurze! Mówię wam, nie ma nic gorszego niż wojna. Tylu fajnych chłopaków zginęło na niej zupełnie bez sensu.