Opowieści Central ParkuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Opowieści Central Parku
Opowieści Central Parku
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 29,98  23,98 
Opowieści Central Parku
Opowieści Central Parku
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
19,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

WIELKA JATKA NA MANHATTANIE

Nie wiem, nie było mnie tam, ale podobno poszło o jakąś dziwkę, którą ktoś komuś, no, wyobracał. Biorąc pod uwagę, że zginęło wtedy szesnastu chłopaków, a goście ze wszystkich gangów przez miesiąc ganiali się z wyciągniętymi spluwami po całym mieście, powód nie wydaje się aż tak istotny. Można powiedzieć, że przyczyna zginęła pod przygniatającą wszystko nawałą skutków. Tego typu imprezy zawsze zresztą zaczynają się od byle czego, a potem przebiegają podobnie. Jeden facet załatwia drugiego faceta, potem kumple tego pierwszego załatwiają z kolei jego, potem kumple tego drugiego postanawiają załatwić kumpli tego pierwszego, potem strzelają już do siebie wszyscy.

Tak było i tym razem. Wszystko zaczęło się – jak zresztą większość rzeczy w tym mieście – w lokalu Mamy Carter. Jack wszedł do niego jak zwykle po południu, żeby przepłukać swoje zaschnięte od przekleństw gardło, gdy nagle z ciemności w głębi sali dobiegł go głos:

– Hej, Jack! Co tam było wczoraj między tobą a Sammy?

– A co miało być? – odezwał się Jack. – Co było, to było, a co było, to pewnie nieraz się jeszcze powtórzy.

– Chyba nie, Jack, chyba nie – odrzekł głos spod ściany i na poparcie swych słów przedstawił dwa argumenty z czterdziestki czwórki. Jack, lekko zdziwiony, machając rękami, zaczął cofać się ku wyjściu. Zanim szepcząc „O, w mordę!”, wypadł tyłem przez szklane drzwi na zewnątrz, z przeciwległego końca sali rozległ się głos:

– Ktoś zabił mi kumpla!

Potem sprawy potoczyły się już szybko. Mordercą Jacka okazał się być niejaki Frank, zastrzelony następnie przez Sama, właściciela głosu numer dwa. Kumple Franka dowiedziawszy się, co się stało, załatwili z kolei jego. Nie zdążyli jeszcze opić swej zemsty, gdy kumple Sama dopadli ich w barze przy Drugiej Alei.

Potem kumple kumpli Franka skrzyknęli się i zaczęli strzelać do znajomych Sama. Ci, którzy znali Sama, zaczęli więc strzelać do tych, którzy go nie znali, a ci, którzy go nie znali, zaczęli strzelać do wszystkich, którzy mieli broń.

W całym tym zamieszaniu zachodziły czasami tragiczne pomyłki. Mały Jim zginął na Brooklynie za to, że znał Freda, który podobno znał kogoś, kto załatwił Franka. Tymczasem, jak się potem okazało, Freda nie było wtedy w mieście, więc Mały Jim zginął całkiem niepotrzebnie. Ruda Sammy, która była powodem całej tej awantury, opłakując śmierć Jacka (albo Franka – trudno w tej chwili dociec) załatwiła jakiegoś klienta, który, co wydało się parę dni później, dopiero co przyjechał z Minnesoty. Policja co jakiś czas strzelała do kogoś z ukrycia, wiedząc, że jego kumple pomyślą, że zrobili to kumple kogoś innego i zaczną do nich strzelać.

Mówię wam, zginęło wtedy wielu fajnych gości. Przeżyli tylko ci, którzy, jak ja, nie mieli za dużo kumpli. Z perspektywy czasu dobrze jednak wspominam tamte chwile. Ci, z którymi o tym rozmawiałem, mówią to samo. Czas, jak powiadają, leczy rany, a pamięć nadaje wszystkim wspomnieniom urok niezapomnianej przygody.

FRANK CNOTY NA SZWANK

Frank był facetem, któremu nie mogła się oprzeć żadna dziewczyna w mieście. Niektóre próbowały, ale jakoś opornie im to szło. Frank miał coś takiego w oczach i nosie, co powodowało, że robiły wszystko, co tylko chciał. Mówił: „chodźcie”, one szły. Mówił: „kładźcie się”, one się kładły. Szczerze mówiąc, zawsze chciałem być takim facetem jak Frank.

Pewnie dlatego byliśmy przyjaciółmi. Frank pozwalał mi czasem podrywać dziewczyny, które już mu się znudziły. Ja zabierałem go czasem do teatru. Jednak z obu tych rzeczy niewiele zazwyczaj wychodziło.

Mimo wszystko, przeżyliśmy ze sobą wiele niezapomnianych chwil. Pamiętam, jak raz szliśmy razem Czterdziestą Drugą Ulicą. Frank zobaczył nagle sprzedawczynię w budce z hamburgerami. Nie była ładna, ale nie była też brzydka. Nie wiadomo dlaczego, Frank właśnie takie lubił najbardziej. Podszedł do niej i powiedział:

– Poproszę dwa hamburgery z podwójnym majonezem.

Dziewczyna musiała słyszeć takie teksty setki razy dziennie, tym razem jednak zupełnie zgłupiała. Frank popatrzył jej głęboko w oczy i powiedział:

– Kładź się!

Dziewczyna bez słowa zdjęła fartuch i położyła się na podłodze. Frank rzucił do mnie:

– Popilnuj trochę! – i wszedł, schylając się, do budki. Musiałem wyglądać jak kretyn, kiedy tak stałem przed tą z lekka trzęsącą się budą, krzycząc nerwowo do zbliżających się klientów: „zamknięte!”

Trwało to, muszę przyznać, dość długo. Kiedy Frank już wreszcie skończył, wyszedł na zewnątrz, otrzepał z rękawów resztki prażonej cebuli, zapalił papierosa i rzucił w głąb budki:

– Co z tymi hamburgerami?

Takie rzeczy, nie da się ukryć, zapadają w pamięć. Frank pokazał klasę. Wracaliśmy razem tą samą drogą, jedząc w milczeniu hamburgery. Frank co jakiś czas spoglądał na mnie z tryumfem, wreszcie nie wytrzymał i spytał:

– No i co ty na to?

– Moim zdaniem, za dużo majonezu – odpowiedziałem.

Mógłbym wam opowiedzieć jeszcze dziesiątki takich historii. Ciekawe, czy Frank opowiada też historie o mnie? Pewnie nie. Nie wiem tego, bo od jakiegoś czasu nie spotykamy się. Nasza przyjaźń skończyła się pewnego upalnego, sierpniowego popołudnia. Siedzieliśmy u mnie w domu, popijając piwo i leniwie grając w karty. Nuda była tak gęsta, że można byłoby ją kroić i dodawać do pizzy. W pewnym momencie Frank popatrzył na mnie tym swoim świdrującym spojrzeniem i powiedział: „kładź się!”. Trochę mnie to kosztowało, ale nie położyłem się. Frank wściekł się. Na nic zdały się moje tłumaczenia, że nie jestem kobietą. Nie chciał tego słuchać. Wyszedł i trzasnął drzwiami. Wtedy zrozumiałem, że tak naprawdę, nigdy nie chodziło mu o to, żeby zaliczać kolejne panienki. Chciał w ten sposób zapełnić pustkę, którą miał w sobie. Zrozumiałem też, dlaczego mi nigdy nie wychodziło z kobietami – mam dość bogate wnętrze, nie musiałem więc niczego zapełniać. W pewnym sensie – pomyślałem sobie – jest to nawet sprawiedliwe. Jedni mają bogate wnętrze i nie wiedzie im się z kobietami, drudzy kryją w sobie pustkę i mają pełno dziewuch na wyciągnięcie ręki.

Chociaż nie – pomyślałem po chwili – to jednak nie jest w porządku.

TESTAMENT GIOVANNIEGO CALZONE

Stary Giovanni Calzone to był facet, który rządził całą dzielnicą włoską w Nowym Jorku. Wtedy, co prawda, Włosi nie znaczyli jeszcze tyle, co później, ale i tak don Giovanni był niezłą szychą. Kontrolował cały przemysł lodziarski i większość masarni w mieście. Mówiono, że z trzech samochodów chłodni, które jeżdżą po ulicach Nowego Jorku, dwa należą do niego.

Nie wiem, czy to prawda, faktem jest natomiast, że stary Calzone miał niezłego fioła na punkcie mięsa i wędlin. Mówił: „Na Sycylii moi rodzice często jedli szczury, dlatego nie pozwolę, by komukolwiek z moich rodaków w Nowym Jorku zabrakło salcesonu i pepperoni”. Tę swoją wizję często wprowadzał w życie siłą. Gdy któryś z Włochów za rzadko odwiedzał sklepy Calzone, chłopcy don Giovanniego odwiedzali jego. Nie bez powodu nieżyczliwi sprzedawcy jarzyn nadali mu przydomek „rzeźnik”.

Stary Calzone nawet jak na Makaroniarza był dość jurny. Miał trzy żony i szesnaścioro dzieci. Ostatnia żona nie zdążyła, co prawda, dać mu potomka – była bardzo młoda, a Calzone już dość stary i powiadano, że całkiem kto inny spełnia na niej obowiązki małżeńskie.

Może to zresztą i lepiej. Dzieci don Giovanniemu nie bardzo się udawały. Żadne nie podzielało jego miłości do wędlin, większość z nich wstydziła się nawet, że ich ojciec jest zwykłym masarzem. Wykształcone na najlepszych uniwersytetach, brylowały w salonach zdegenerowanych, nowojorskich intelektualistów i żadnemu jakoś nie przyszło do głowy, że gdyby nie kiełbasy ich ojca, byłyby teraz w najlepszym razie roznosicielami pizzy.

Nic więc dziwnego, że już na kilka lat przed śmiercią stary Calzone zdążył pokłócić się ze wszystkimi swoimi dziećmi. Dawał im, co prawda, wysokie, comiesięczne pensje (w końcu był Włochem, a Włosi dbają o swoje rodziny), nie widywał się z nimi jednak od dawna i co jakiś czas straszył wszystkich wydziedziczeniem. Nikt specjalnie nie zawracał sobie głowy tym jego gadaniem, mówiono: „z dużej chmury mały deszcz” i „pies, który szczeka, nie gryzie”, lecz kiedy wreszcie stary umarł, wśród jego spadkobierców zapanowało nerwowe podniecenie.

Odczytanie testamentu miało nastąpić w starej firmie adwokackiej, od lat związanej z rodziną. W niedużej salce zebrało się ponad dwadzieścia osób: szesnaścioro dzieci, trzy żony, adwokat i wykonawca testamentu. Już ten ostatni powinien wzbudzić niepokój zgromadzonych. Wykonawcą testamentu don Giovanniego okazał się bowiem nie kto inny, jak Martwy John, od dłuższego czasu pozostający w nie najlepszych, oględnie mówiąc, stosunkach z rodziną Calzone.

Prawdziwy szok przyszedł jednak dopiero później. Majątek został dosyć sprawiedliwie podzielony między wszystkich członków rodziny, spadkobiercom Calzone postawiono jednak jeden, za to istotny warunek: mają zjeść jego ciało na wspólnej, kanibalskiej uczcie. Don Giovanni pozostawił swojej rodzinie dużą swobodę, jeśli chodzi o przebieg i przygotowanie tej uroczystości. Wymagał tylko, by zjedzone zostały wszystkie części jego ciała (z wyjątkiem, oczywiście, kości), zaś honorowe miejsce na stole, przy którym zasiądą biesiadnicy, miała zająć jego ugotowana głowa.

Gdy odczytano ostatnie słowa testamentu, na sali zapanowała głucha cisza. Martwy John przysięgał potem, że słyszał skrzypienie opadających ze zdziwienia szczęk. Ciszę przerwał adwokat don Giovanniego:

– Zapewne wielu z państwa myśli w tej chwili o podważeniu testamentu. Z góry uprzedzam, że będzie to bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe. Don Giovanni nie był niepoczytalny, omawiał ze mną wszystkie szczegóły – trzeźwo i rzeczowo. Przewidział wszelkie możliwości. Rok temu sporządził inny testament, w którym zapisał wszystko Instytutowi Popierania Masarnictwa w Massachusetts. Podważenie testamentu, który państwu przed chwilą odczytałem, spowoduje automatyczne wejście w życie tego drugiego, w którym cały majątek przypada Instytutowi. Podważenie tamtego testamentu jest z kolei prawie niemożliwe, gdyż nie zawiera on żadnych niezgodnych z ogólnie przyjętą praktyką treści, poza tym Instytut Masarnictwa będzie na pewno bronił go do upadłego. Jak więc państwo widzicie, jedyną szansą, by otrzymali państwo swoje pieniądze, jest dokładne wykonanie warunków testamentu, który właśnie odczytałem. Nad ich przestrzeganiem czuwać będzie tu obecny pan John Brosky, zwany Martwym Johnem. Jego szczera nienawiść do waszej rodziny będzie zapewne najlepszą gwarancją dokładnego wykonania warunków testamentu.

 

Cisza, jaka zapanowała wówczas na sali, stała się, jeśli to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej głucha niż przedtem. Jedynie Martwy John (wiem, że trudno w to uwierzyć) wyglądał, jakby miał się za chwilę uśmiechnąć.

– Szanowni państwo – powiedział – pozwólcie, że będę w tej sytuacji pełnił honory gospodarza domu. Jeśli nikt nie zgłasza żadnych zastrzeżeń, uczta, o której tu mówimy, odbędzie się za dwa dni, w piątek, czternastego lutego, w samo święto zakochanych. Teraz, niestety, muszę już państwa pożegnać, gdyż, jak państwo sami rozumieją, czeka mnie jeszcze sporo przygotowań.

Umówionego dnia wszyscy punktualnie stawili się w domu, gdzie miała odbyć się uczta. Zachowano, oczywiście, jak najdalej idące środki ostrożności. Cały dom obstawiony był chłopcami Calzone, którzy jednak nie mieli prawa wstępu do środka. Kucharza sprowadzono specjalnie z Francji, wynajętym prywatnym samolotem. Drogę z lotniska przebył z workiem na głowie, w samochodzie z przyciemnionymi szybami, tak że nie tylko nie wiedział, dokąd jedzie, ale nie znał nawet nazwy kraju, w którym się znajduje. Przygotowanie uczty z człowieka potraktował on jako nowe, ekscytujące wyzwanie kulinarne. Tym bardziej ekscytujące, że zaoferowano mu za nie całkiem przyzwoitą sumkę. Zresztą, skoro Francuzi jedzą żaby, nie powinno ich specjalnie brzydzić ludzkie mięso.

Martwy John niezwykle poważnie potraktował swoją rolę mistrza ceremonii. Uwagę przykuwał ustawiony w salonie i ozdobiony płonącymi świeczkami ogromny stół z zastawą na dwadzieścia osób.

– Pozwolą państwo, że zaproponuję im wino – odezwał się do przybyłych gości. – Dodałem do niego specjalny wyciąg z maku, który pozwoli państwu odprężyć się, i może nieco mniej poważnie potraktować zaistniałą sytuację.

Gdy goście usiedli, na stole zaczęły pojawiać się potrawy. Martwy John sam przynosił je z kuchni. Chodziło o to – jak mówił – by nie trzeba było potem zabijać kelnera. Potrawy wyglądały dość normalnie, a nawet smakowicie. Pieczenie, pasztety, potrawki, galarety – kucharz postarał się, by serwowane przez niego dania w niczym nie przypominały starego don Giovanniego. Po chwili jednak na stół wjechało danie główne – zastrzeżone specjalną klauzulą w testamencie – gotowana głowa z pieczonym jabłkiem w zębach.

W tym momencie jedna z dam zwymiotowała. Wino jednak powoli robiło swoje. Ktoś rzucił głupi żart, rozległy się stłumione śmiechy – na początku ciche, potem coraz głośniejsze. Impreza, jak to mówią, rozkręcała się. Jazzowy big-band, którego stłumione pojękiwania dochodziły z tuby gramofonu, i coraz większe ilości makowego wina, wyraźnie poprawiały humor zebranym przy stole gościom.

– Cóż, zacząć wypada od przystawek – pierwsza sięgnęła do półmiska młoda wdowa. – Przynajmniej w ten sposób będę miała z niego trochę pożytku.

Odpowiedziały jej śmiechy. Pierwsza, porzucona ponad dwadzieścia lat temu żona głośno zastanawiała się, gdzie też znajduje się ta najważniejsza część jej byłego męża, która swego czasu dostarczyła jej tyle przyjemności. Synowie od razu wzięli się za pieczyste. Najstarszy, żartując, że teraz on jest głową rodu, więc pewnie posłuży za posiłek przy następnej okazji, rozpoczął krojenie pieczeni. Potrawy szybko znikały ze stołu.

To, co nastąpiło później, znane jest tylko z opisów Martwego Johna. Nawet on jednak, mimo że widział w życiu niejedno (z czego większość sam zresztą zrobił) mówił o tym z wyraźną niechęcią.

Podobno w pewnej chwili jednemu z synów Calzone wydało się, że jest wilkiem. Szczerząc zęby, rzucił się na głowę swojego ojca, po czym, przewaliwszy się przez stół, wylądował pod blatem. Jedna z córek z kolei, płacząc, próbowała złożyć z powrotem ciało ojca z resztek pozostawionych na stole. Ktoś dostrzegł nagle Archanioła Gabryjela. Wszyscy co i raz wymiotowali, lecz nie przeszkadzało im to w dalszym jedzeniu.

Jakie były dalsze losy biesiadników, tego nie wiem dokładnie. Jedno jest pewne – rodzina Calzone przestała liczyć się w mieście. Podobno kilku z nich zwariowało, kilku popełniło samobójstwo, jeden został świętym. Interesy powoli przejął Martwy John. Jednak i jemu tamten wieczór nie przyniósł szczęścia. Powiadają, że kanapka, na której poślizgnął się na rogu Drugiej i Jedenastej, pochodziła właśnie z tamtej, kanibalskiej uczty.

JACK JACK DANIELS

Jack był, powiedzmy sobie szczerze, pijakiem. Tak naprawdę, nosił jakieś głupie, niemieckie nazwisko, z rodzaju tych, których nigdy nie możesz zapamiętać – jakieś Grunewald albo Allenstain – ale ponieważ bardzo dobrze znał się z Panem Danielsem, aż się prosiło, by uczcić to jakoś w jego ksywie.

Jack Jack Daniels prowadził raczej nieskomplikowane życie. Wstawał rano, szedł do sklepu, kupował tam dwie butelki Jacka Danielsa, po czym jedną wypijał przed południem, a drugą po południu. Jack nie uważał się za alkoholika. Mówił: „Kontroluję swój nałóg. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żebym rozpoczął drugą butelkę przed dwunastą. Nie mówię, oczywiście, o niedzieli. Niedziela to co innego”.

Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że Jack był wypranym z uczuć degeneratem. Jack miał uczucia, a konkretnie jedno. Był głęboko, szaleńczo zakochany w Statui Wolności.

Dlaczego właśnie ją wybrał na obiekt swojej miłości, nie wiadomo. Może przypominała mu matkę? Dość, że każdą wolną chwilę (a jako pijak, miał ich całkiem sporo) spędzał w jej towarzystwie.

Trzeba przyznać, że było to solidnie zainwestowane uczucie. Jego wybranka była postawna, stateczna, zawsze na niego czekała i można było mieć pewność, że z nikim nie odejdzie.

Każdy dzień wyglądał więc tak samo. Jack brał swoją popołudniową butelkę Jacka Danielsa, szedł do portu, tam siadał w swoim ulubionym miejscu, wyciągał lornetkę i patrzył. To były, jak mówił, najszczęśliwsze chwile w jego życiu.

Wiem dobrze, że kiedy to czytacie, po waszych twarzach błąka się uśmieszek politowania. „Biedny frajer – myślicie. – Zakochał się w posągu!”. Nie macie racji. Miłość, jeśli tylko jest naprawdę szczera, wierna i głęboka, potrafi przezwyciężyć najtrudniejsze przeszkody.

Tak więc i nasz Jack otrzymał w końcu swoją nagrodę.

Było to chyba wiosną. Albo jesienią. Coś (Jack twierdzi, że do tej pory nie wie, co to było) kazało mu kupić w sklepie nie dwie, ale trzy butelki Jacka Danielsa. Kiedy dotarł do portu, było już dość późno. Jack usiadł tam, gdzie zawsze, wyciągnął z kieszeni płaszcza dwie butelki, potem starannie odwinął ze szmat swoją ulubioną szklaneczkę do whiskey i wsypał do niej garść przezroczystych, szklanych paciorków, żeby grzechotały na dnie jak kostki lodu. Nalał Danielsa i zaczął marzyć.

Marzyło mu się to wszystko, co wy, frajerzy, macie na co dzień, i co, jak mówicie, „zabija waszą spontaniczność”. Marzyła mu się rodzina, żona, dzieci, dom, praca od ósmej do szesnastej, lodówka kupiona na raty. I kiedy tak siedział i marzył, a whiskey ubywało w butelkach, jak dni w naszym pieprzonym życiu, wtedy właśnie… No właśnie, wtedy nie wiadomo, co się stało.

Dość, że kiedy się obudził, była już głęboka noc. Jack usiadł, niepewną ręką pomacał wokoło w poszukiwaniu butelki, gdy wtem dziwny blask oślepił mu oczy. Jack przetarł je, zmrużył, potem znowu przetarł i spojrzał. Przed nim stała kobieta. Trzymała w wyciągniętej ręce coś jakby latarkę, a z jej włosów wychodziły świetliste promienie.

– Jeszcze nigdy nikt mnie tak nie kochał – powiedziała. – Rozbieraj się!

Kilka miesięcy później na sylwetce Statui Wolności dało się zauważyć dziwne wybrzuszenie. Służby miejskie tłumaczyły to odkształceniem materiału spowodowanym wyjątkowo wysokimi, jak na tę porę roku, temperaturami. Obiecano jak najszybciej przeprowadzić stosowne naprawy, jednak mimo szeregu wysiłków, wybrzuszenie ciągle rosło.

Jack jednak wiedział swoje. Tak jak każdego popołudnia przychodził na nabrzeże i z tryumfującym{j.w.} uśmiechem patrzył na coraz bardziej zaokrąglający się brzuch ukochanej. Przestał pić, znalazł nawet jakąś pracę. Możecie mi wierzyć lub nie, ale zerwał też znajomość ze swoim długoletnim przyjacielem, Jackiem Danielsem.

Którejś nocy Statuę Wolności zakryły rusztowania. Kiedy rozebrano je dwa dni później, wybrzuszenie zniknęło. Prasa, tak zazwyczaj skora do różnego rodzaju plotek, tym razem dziwnie milczała. Jack spakował się i wyjechał z miasta. Tego lata w Memphis urodził się Elvis. Przypadek?

JAK SIĘ NAPADA NA BANKI

Z pozoru wszystko wydaje się dziecinnie proste. Wystarczy mieć kilku ludzi, mniej więcej tyle samo pistoletów, jakiś furgon i bank. I już w zasadzie można napadać. Z pozoru tak jest, czasem jednak sprawy się komplikują. Zwłaszcza, gdy się jest policjantem.

Jim Krawężnik był zwykłym posterunkowym. Był zwykłym posterunkowym, ale nie był zwyczajnym gościem. Często powtarzał, że tylko modlitwom swojej mamusi zawdzięcza to, że jest policjantem, a nie ugania się ze spluwą po ulicach, jak reszta jego kumpli. Niestety, mamusia już jakiś czas nie żyła, i za Jima nie miał się kto modlić.

Wszystko zaczęło się mniej więcej tak: Jim wrócił ze służby do domu. Zdjął mundur, usiadł na krześle, popatrzył na niedomykające się drzwi od szafy, popatrzył na przetartą ceratę na stole, popatrzył na przejeżdżający, jak co piętnaście minut, pociąg za oknem i powiedział: „pieprzę to!”

Tak to właśnie jedno słowo może zmienić człowiekowi życie. Nie musi to być oczywiście akurat to słowo, może to być, na przykład: „kocham cię”, albo: „możesz mnie zabić, nic wam nie powiem”, albo: „patrzcie, jestem batmanem!”. Życie Jimmy’ego zmieniło zwykłe: „pieprzę to!”

Dalej wszystko potoczyło się bardzo szybko. Jak się powiedziało: „A”, trzeba powiedzieć: „B”. Jak się powiedziało: „pieprzę to”, trzeba potem powiedzieć: „chłopaki, mam plan”.

Chłopakami byli zaś: Tom zwany Malamutem, Ringo Niedomylec i chyba O’Hara, chociaż nikt, kto pamięta tamte wydarzenia, nie jest w stu procentach pewien, czy O’Hara tam był, czy go nie było.

Tom, Jim i Ringo znali się jeszcze z dzieciństwa. Razem bawili się w podpalanie śmietników, razem podglądali zalewanie zwłok w fundamentach, razem bawili się w przypalanie żelazkiem i przewiercanie kolan. Takie wspólne przeżycia to jak kapitał ulokowany w dobrym banku. Niestety, jak powszechnie wiadomo, pieniądze nie zawsze przynoszą szczęście.

Plan Jima był prosty. Tom wchodzi do banku i mówi, że jest z Federalnej Komisji Sejfów czy coś takiego. Kiedy dyrektor otwiera przed nim skarbiec, Tom daje mu w łeb, po czym wyciąga policyjny gwizdek pożyczony od Jima i gwiżdże. Na ten znak Jim ubrany w swój policyjny mundur wbiega do środka i krzyczy, że w banku znaleziono bombę i że trzeba ewakuować pieniądze w bezpieczne miejsce, ale żeby nie wpadać w panikę. Wszyscy oczywiście wpadają w panikę i spieprzają, gdzie pieprz rośnie. Wtedy pojawia się Ringo z workami, chłopaki ładują do nich forsę i też spieprzają, tylko w drugą stronę.

To naprawdę miało szansę się udać. Ale wiecie, jak to jest: nie można być owczarkiem i wilkiem jednocześnie. Nie można przez całe życie bronić owiec przed wilkami, a potem jednego dnia przestawić się na wspólne przegryzanie im gardeł.

Tak też było i z Jimem. Na początku wszystko szło dobrze. Najpierw „dzień dobry, kontrola sejfów”, potem gwizdek, potem, że bomba, potem wszyscy spieprzają i tylko na końcu coś się pochrzaniło.

Ktoś, chyba Ringo, kiedy już wszyscy spieprzyli i wydawało się, że napad udał się jak ta lala, zaczął śmiać się jak kretyn, krzyczeć „hurra!” i strzelać do pustych okienek kasowych.

– Uspokój się, Ringo – powiedział Jim. – Musisz to niszczyć? To czyjaś własność!

– Wyluzuj, koleś – odparł ze śmiechem Ringo. – Przecież napadamy na bank, mamy spluwy, możemy robić wszystko.

 

– Napadamy na bank, ale nie musimy od razu zostawiać po sobie pieprzonego burdelu. Posprzątaj to!

– Chyba żartujesz, Jim? – Ringo ciągle jeszcze się uśmiechał.

– Ani trochę – Jim wyciągnął spluwę. – Posprzątaj to natychmiast!

– Sam sobie posprzątaj, frajerze! – Ringo pogardliwie wydął usta.

– Tak? Dobra, cholera, aresztuję cię! – przez zaciśnięte szczęki wysyczał Jim.

– Nie możesz go aresztować, Jim – wtrącił się Tom. – Napadamy właśnie razem na bank.

– Ciebie też, cholera, aresztuję! Rzucić broń, ręce do góry i na ziemię!

I tak, od słowa do słowa, wywiązała się strzelanina. Jim zabił Ringo, Tom zabił Jima, a jego z kolei zastrzeliła przybyła w międzyczasie policja. Któryś z pracowników banku musiał się w końcu zorientować, że nie ma czegoś takiego, jak Federalna Kontrola Sejfów. Jest Federalna Komisja Kontroli Sejfów. I znowu jedno słowo nieodwołalnie zmieniło czyjeś życie…

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że Jim pośmiertnie dostał medal. Uznano, że widząc napad, bohatersko wbiegł do środka, próbując powstrzymać bandytów. Poległ, jak to się mówi, na posterunku. Jego mamusia byłaby z niego dumna.