Niedobry pasterz

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niedobry pasterz
Niedobry pasterz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,90  52,72 
Niedobry pasterz
Audio
Niedobry pasterz
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
36 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

rozdział 3

Meble, parapety, a nawet szyby w oknach po trzech miesiącach zamknięcia pokryte były warstwą kurzu. Zastanawiał się właśnie, od czego zacząć sprzątanie, gdy usłyszał odgłos samochodu podjeżdżającego pod dom. Wyszedł na próg.

Na podjeździe stała zielona skoba fabia. Za kierownicą, wystawiając łokieć przez okno z opuszczoną szybą, siedział podkomisarz Rafał Sądecki. Ostatni raz widzieli się właśnie tutaj.

— Witam pana psychologa! – zawołał wesoło policjant. Gdy rozstawali się poprzednim razem, nie byli w zbyt dobrych stosunkach. Trzy miesiące to jednak wystarczająco długo, by zapomnieć drobne urazy.

— Dzień dobry, panie podkomisarzu! – odpowiedział Rozłucki podobnym tonem. Podkomisarz Sądecki nie należał może do najsympatyczniejszych ludzi, jakich znał, miewał poważne deficyty uczciwości i lojalności, ale przecież nigdy osobiście nie zrobił mu nic naprawdę złego. Poza tym nie należy zapominać, że ich współpraca w sprawie Romanowskiego, mimo iż miała swoje wzloty i upadki, a pan podkomisarz nie zawsze zachowywał się fair, jednak zakończyła się sukcesem.

— Komisarzu – poprawił go Sądecki. – Dostałem awans. Wreszcie. Moi przełożeni uznali, że świetnie się spisałem, rozwiązując sprawę tych dwóch porwanych dziewczyn. Muszę przyznać, że trochę mi w tym z Karoliną pomogliście.

Trochę? To w zasadzie oni rozwiązali tę sprawę. To jednak, że Sądecki w ogóle przyznawał się do jakiejkolwiek pomocy z ich strony, było już i tak sporym postępem.

— Gratuluję – powiedział Rozłucki. – Po samochodzie widzę, że dostałeś również podwyżkę. Bardzo ładny kolor. – Skoda Sądeckiego była nie tyle nawet zielona, co seledynowa. Wyglądała trochę jak powiększona do rozmiarów normalnego samochodu dziecięca zabawka.

Komisarz roześmiał się.

— Gdy kupuje się używane auto, kolor jest ostatnią rzeczą, na którą zwraca się uwagę – powiedział. – A z moją pensją, nawet po podwyżce, nie mogę za bardzo szaleć. Poza tym ten zielony w sumie nawet mi się podoba. To, można powiedzieć, nie kolor, ale kamuflaż. W razie wybuchu wojny wjeżdżam do lasu i żaden samolot mnie nie namierzy. A wszystkich tych gości w czerwonych ferrari rozwalą od razu.

Rozłucki uśmiechnął się uprzejmie. Komisarz otworzył drzwi i wysiadł z samochodu. Schudł trochę, poza tym wyglądał tak samo. Nawet ubrany był identycznie – w skórzaną czarną kurtkę i przybrudzone jasne dżinsy. Na pasku przy nich dyndała ostentacyjnie – tak samo jak zawsze – kabura z policyjnym pistoletem Walther P99.

— Masz chwilę? – spytał. – Nie przeszkadzam? Byłem tu akurat służbowo i pomyślałem, że odwiedzę starego znajomego.

— Jasne – odpowiedział Rozłucki. – Ale skąd w ogóle wiedziałeś, że tu jestem? – zdziwił się.

— Od Karoliny. Dzwoniła do mnie dziś rano.

Od Karoliny. No tak. Rozłucki poczuł ściśnięcie w żołądku. Ostatnio wysłał jej raz czy dwa SMS-a po pijaku. W jednym chyba wspomniał, że się przeprowadza.

— Od Karoliny? – spytał obojętnie. – Czego od ciebie chciała?

Karolina trzy miesiące temu ich dzieliła, a teraz należałoby chyba powiedzieć, że ich łączyła. Sądecki był jej byłym chłopakiem, jeszcze z czasów liceum. Jak się okazało, nie do końca pogodzonym z tym, że go kiedyś rzuciła. Dziś mogliby sobie przybić piątkę.

— Wszystko wskazuje na to, że nas niedługo odwiedzi – odpowiedział komisarz. – Mamy tu naprawdę niezłą chryję. Mogę wejść? – Wskazał na drzwi domu.

Rozłuckiemu przez chwilę zakręciło się w głowie. Ten nagły wyrzut adrenaliny do krwi świadczył o tym, że wciąż nie wywietrzała mu z głowy. Karolina tutaj? Czyżby jego chory pomysł z wynajęciem tego domu przynosił właśnie skutek, którego podświadomie i całkowicie bezpodstawnie oczekiwał – że się znowu spotkają?

— Poczekaj – powiedział. – Tam jest bałagan i mnóstwo kurzu. Dopiero przyjechałem i nie zdążyłem jeszcze wszystkiego ogarnąć. Wyniosę krzesła na podwórko.

Po chwili wrócił z dwoma drewnianymi krzesłami, których siedzenia przetarł jeszcze w środku rękawem. Postawił je obok siebie pod oknami domu. Usiedli. Mieli teraz piękny widok na jezioro.

— Co to za chryja? – spytał Rozłucki. – Chodzi o tę dziewczynę znalezioną w lesie?

— Już wiesz? – Komisarz pokiwał głową. Wyciągnął z kieszeni kurtki paczkę papierosów i zapalił jednego. Poprzednim razem chyba nie palił. Przynajmniej Rozłucki nie pamiętał go z papierosem. Rzucił okiem na napis na pudełku. Lucky Strike bez filtra. W Polsce, jak wiedział, nie można takich kupić. Ktoś musiał mu je skądś przywieźć. Kolejny element, z pomocą którego pan komisarz budował swój mit. Głównie zresztą w swoich własnych oczach.

Policjant wyciągnął paczkę w jego stronę. Rozłucki odmownie pokręcił głową.

— Nie tyle dziewczynę, ile dziewczynkę – powiedział Sądecki. – Piętnaście lat. – Splunął przed siebie kawałkiem tytoniu z papierosa. – Mam córkę w jej wieku.

Zaciągnął się papierosem i wypuścił przed siebie dym. Potem zapatrzył się w jezioro. Czekał. Ewidentnie budował napięcie. Jakby grał w nie najlepszym serialu kryminalnym. Rozłucki czytał gdzieś, że od czasu premiery Ojca chrzestnego amerykańscy mafiosi zaczęli się zachowywać dokładnie tak jak Marlon Brando. Nowojorska policja założyła kiedyś podsłuch na spotkaniu najważniejszych mafijnych bossów Wschodniego Wybrzeża i ze zdziwieniem stwierdziła, że groźni przestępcy rozmawiają ze sobą dialogami z filmów. Modulują nawet głos, by jak najbardziej przypominał sposób mówienia Vita Corleone. Pan komisarz również sprawiał wrażenie, jakby nie tylko był policjantem, lecz także go grał.

— Rozumiem – powiedział Rozłucki. – To rzeczywiście straszne, ale zwykłe morderstwo, nawet piętnastolatki, to ciągle za mało, by pani Karolina Janczewska, dziennikarka telewizyjna i prasowa, zechciała zwrócić na nie swoją uwagę i przyjechać tu aż z samej Warszawy. Musi być coś jeszcze. Co? Na czym polega ta chryja?

Komisarz Sądecki odwrócił głowę w jego stronę i uśmiechnął się półgębkiem.

— Dobrze kombinujesz – powiedział, a Rozłucki miał ochotę w tym momencie walnąć go otwartą dłonią w głowę. – Jest coś jeszcze.

Wyciągnął nogi przed siebie i docisnął plecy do oparcia krzesła. Spod nogawek jego spodni wyłoniły się cholewy brązowych kowbojek.

— Powiesz mi wreszcie? – Rozłucki był już trochę zniecierpliwiony tym przedłużającym się przedstawieniem. Zniecierpliwiony, ale i zaintrygowany.

— Chryja polega na tym – komisarz postanowił najwyraźniej przejść wreszcie do rzeczy – że proboszczem w miejscowej parafii jest pewien ksiądz. Ksiądz ten został parę miesięcy temu przeniesiony tu z innej parafii. Poprzedni proboszcz przeszedł zgodnie z prawem kanonicznym w wieku siedemdziesięciu pięciu lat na emeryturę, więc miejsce akurat było wolne. Jak głoszą plotki, został przeniesiony, by uniknąć skandalu związanego z niedozwolonymi kontaktami z pewną nieletnią parafianką.

Spojrzał na Rozłuckiego z porozumiewawczym uśmieszkiem.

— Pedofil? – spytał Rozłucki.

— To tylko plotki, zaznaczam – odparł komisarz, unosząc ku górze otwarte dłonie. – Żadne oskarżenie nie zostało wniesione, w papierach więc nic nie ma. Jeśli coś rzeczywiście się zdarzyło, zostało to załatwione po cichu, jak to zwykle w Kościele. Jeśli oczywiście coś się zdarzyło.

— Skąd w takim razie o tym wiecie?

— Podobno mówiło się o tym we wsi już od jakiegoś czasu. Sąsiad szeptał sąsiadowi, a ten z kolei leciał do następnego. Jeden z tutejszych mieszkańców ma kuzyna, który mieszka w poprzedniej parafii księdza, i tak to się wydało. Nie było sprawy, dopóki nie zdarzyło się to morderstwo. Teraz jednak rozpętało się piekło. Ktoś zadzwonił do „Gazety Olsztyńskiej”, ktoś napisał coś w Internecie i teraz huczy o tym nie tylko tu, ale i w Olsztynie. Do mnie też od razu podleciał jakiś usłużny obywatel, jeszcze jak robiliśmy oględziny miejsca znalezienia zwłok. O mało się zresztą wtedy tam nie pobili, bo jak to u nas – jedni już go skazali i najchętniej od razu by powiesili, inni będą bronić księdza w zaparte, nawet gdyby się okazało, że nie tylko zabił tę dziewczynę, ale i ją zjadł. A Karolina, jak wiesz, pochodzi stąd, ma rodzinę i znajomych w Olsztynie. Ktoś musiał jej coś powiedzieć, albo któryś z jej tutejszych znajomych napisał coś o tym na Facebooku. A ksiądz pedofil i do tego morderca to już temat wystarczająco dla niej interesujący, nie sądzisz?

Tak, niewątpliwie. Z tego, co wiedział, reportaż, jaki napisała o Romanowskim, odbił się szerokim echem. Ale od jego publikacji minęły już dwa miesiące i Karolina potrzebowała nowego tematu.

— Czy oprócz plotek macie na księdza coś jeszcze? – spytał.

— Poczekaj – odpowiedział komisarz – minęły raptem dwa dni. A jest co gorsza weekend. Dopiero wczoraj zrobiliśmy autopsję.

— Słyszałem kiedyś, że jeśli w ciągu dwudziestu czterech godzin od zabójstwa nie znajdzie się mordercy, szanse na jego wykrycie drastycznie spadają.

— Tak, ale chodzi o zwykłe morderstwa, takie, jakich jest u nas zdecydowana większość – porachunki rodzinne, kłótnie po pijaku. Gdy znajdujemy zwłoki w lesie, a motyw jest prawdopodobnie seksualny, sprawy trwają zazwyczaj dłużej. Statystyki bywają pod tym względem mylące, bo wrzucają do jednej rubryki bardzo różniące się od siebie przypadki.

— Motyw był seksualny?

Komisarz pokiwał głową.

— Zwłoki były obnażone, nie było majtek, a sukienka została zadarta i narzucona ofierze na głowę.

— Co wykazała autopsja?

— Śmierć nastąpiła wskutek złamania karku. To wcale nie tak rzadka przyczyna zgonu podczas gwałtu. Ofiara się broni, krzyczy, napastnik próbuje ją uciszyć i trach! Jest po sprawie.

— Czy były ślady…?

— Nasienia? Nie. Ale to o niczym nie świadczy. W ponad połowie tego typu wypadków ich nie ma. Przestępcy wiedzą, że najłatwiej ich po tym zidentyfikować. Poza tym niektórym wystarcza samo morderstwo.

 

— Macie jakichś innych podejrzanych oprócz księdza?

— Na razie nic nie mamy. Przesłuchujemy znajomych i rodzinę, staramy się odtworzyć, co robiła przed śmiercią i z kim się spotkała. Matka twierdzi, że była w Olsztynie, miała wrócić przed dwudziestą pierwszą. Nie wróciła, ale matka nie przejęła się za bardzo, bo podobno czasem nocowała u koleżanek. Chodziła tam do gimnazjum.

— I nie sprawdziła? Nie zadzwoniła do nich?

— Nie zadzwoniła. To zdaje się klasyczna patologia. Ojciec odszedł od nich w zeszłym roku, matka miała problemy z alkoholem. Chcieli jej nawet odebrać dzieci, ale ksiądz się za nią wstawił.

— Ten ksiądz?

— Ten sam.

Rozłucki zamyślił się. Po przeciwległej stronie jeziora, na jego dalekim, drugim brzegu widać było ciągnik jadący po polu.

— To może świadczyć, że coś jest na rzeczy – powiedział. – To też klasyczny schemat: dysfunkcyjna rodzina i ksiądz pedofil grający rolę dobrego wujka.

— Właśnie.

— No to czeka cię interesująca sprawa. – Odwrócił się do komisarza.

— Tak. – Tamten pokiwał głową. – Miła odmiana po tych wszystkich pijackich świniobiciach, z jakimi mamy zazwyczaj do czynienia. Zapowiada się równie ciekawie, jak z Romanowskim. – Zamilkł na chwilę. – Przydzielili mnie do niej, bo dobrze mi wtedy poszło.

Rozłucki zaczął się domyślać, po co pan komisarz do niego przyjechał i czego od niego chciał. Chciał, by po raz kolejny ktoś odwalił za niego robotę. Nie był głupi, wiedział, że to nie on rozwiązał tamtą sprawę. Choć oczywiście w życiu by się do tego nie przyznał.

W każdym razie nie zamierzał mu niczego ułatwiać. Skoro chce go poprosić o pomoc, nich prosi.

Zapadło milczenie. Odgłos pracującego ciągnika niósł się leniwie po wodzie i łączył z dalekim dźwiękiem ciętego piłą mechaniczną drzewa.

— Nie miałbyś ochoty się temu przyjrzeć? – spytał naraz komisarz. – Rzucić na to swoim okiem psychologa? Gdy przyjedzie Karolina, też pewnie tym się zajmie. Moglibyśmy odtworzyć nasz Wonder Team sprzed trzech miesięcy.

Sukinsyn wiedział, jak go podejść.

— Nie macie tam w policji profilerów? – spytał Rozłucki.

Komisarz prychnął lekceważąco.

— Mamy – odpowiedział. – Od jakiegoś czasu jest przykazanie, żeby w każdej komendzie wojewódzkiej był jeden. Ale wiesz, jak to u nas jest. Brakuje fachowców. Efekt jest taki, że na przykład u nas za profilera robi zwykły policyjny psycholog, który dotąd zajmował się robieniem testów kandydatom, albo pocieszaniem zestresowanych funkcjonariuszy. Tym tylko różni się od ciebie, że przeczytał jedną książkę więcej.

— Ale ją przeczytał – odparł Rozłucki. – Ja nie przeczytałem.

— Ale ty masz dryg. A to ważniejsze. I nosa.

Do odgłosów traktora i piły mechanicznej dołączył trzeci dźwięk. Z początku trudno było określić, co to. W końcu dało się go już rozpoznać – był to wysoki i głośny, coraz głośniejszy, przechodzący stopniowo w ryk odgłos pracującego na wysokich obrotach silnika samochodowego. Nagle z lasu ponad domem wypadł duży, biały kształt. Z prędkością znacznie większą, niż można się było spodziewać po samochodzie jadącym tak wąską, stromą i piaszczystą drogą, pędziło nią białe terenowe porsche cayenne. Czyste i błyszczące, jakby dopiero co wyjechało z myjni. Przeleciało obok nich, owiewając ostrym zapachem spalin i obsypując zieloną skodę komisarza fontanną piachu spod kół, a potem popędziło dalej drogą wzdłuż jeziora.

Odprowadziły je spojrzenia dwóch par zdumionych oczu.

— Gość ma fantazję – powiedział z lekkim, ale słyszalnym podziwem w głosie komisarz.

— Nie złamał przypadkiem jakichś przepisów? – spytał Rozłucki.

— A czy ja jestem z drogówki? – Wzruszył ramionami Sądecki. – Dopóki nikogo nie zabije, nic mnie to nie obchodzi. To co, zastanowisz się? – zwrócił się do Rozłuckiego.

— Poczekam na Karolinę i wtedy zdecyduję – odparł wymijająco Rozłucki.

— Wiesz… – w głosie komisarza pojawił się jakiś wcześniej niesłyszany ton –przydałaby mi się wasza pomoc. Szykuje się tu naprawdę niezła chryja – powtórzył po raz kolejny. – Oskarżyć księdza w tym kraju, to nie jest łatwa impreza. Kuria wynajmie zapewne najlepszego adwokata w Olsztynie, a może nawet kogoś z Warszawy. Będą nam patrzeć na ręce i oprotestowywać każdy ruch. Połowa polityków w tym mieście rzuci się na mnie jak wściekłe psy. Najchętniej od razu bym wszystko umorzył i ogłosił, że dziewczyna popełniła samobójstwo, ale wtedy ta druga połowa rozszarpie mnie na strzępy.

Rozłucki zrozumiał dopiero teraz, że komisarz się boi. Jego świeża policyjna kariera wisiała na włosku. Stąpał po cienkiej linie, a po jej obu stronach była przepaść wypełniona krokodylami. Najmniejszy błąd i spadnie wprost w ich rozwarte paszcze.

— No cóż… – odpowiedział. – Przemyślę to.

— Świetnie. To lecę. Będę ci podrzucał najnowsze ustalenia. – Komisarz klepnął się zadowolony po udach, jakby decyzja, wbrew temu, co mówił Rozłucki, była już podjęta. Wstał.

— To do zobaczenia – powiedział. – Ty masz w ogóle jakieś auto? – spytał, rozglądając się po podwórzu.

— Nie.

— Ciężko ci tu będzie bez samochodu – powiedział.

Odjechał. Rozłucki został sam. Chwilę jeszcze patrzył na jezioro, potem pomyślał z niechęcią o czekającym go sprzątaniu. Nie było już tak upalnie, jak jeszcze dwa dni temu, lecz woda na pewno była jeszcze nagrzana. Naraz podjął decyzję. Rozebrał się do majtek, odłożył ubranie na krzesło i boso ruszył w stronę brzegu. Dość duży jego fragment pozbawiony był trzcin, tworząc idealne miejsce do kąpieli. Trawa dochodziła prawie do samej wody. Wszedł do niej, zagłębiając stopy w przybrzeżnym piasku tylko trochę zabrudzonym mułem i zbutwiałymi kawałkami trzcin. Woda pachniała. Był to zapach niezwykły, magiczny, zapach wilgotnych roślin przemieszany z subtelną wonią rozkładu. Dno dosyć szybko opadało. Po chwili stał już w wodzie po pas. Tu dno było już znacznie bardziej muliste, zanurzył się więc cały i zaczął płynąć. Delikatny plusk jego własnych ruchów wypełnił mu uszy. Płaska, lśniąca, niezmącona najmniejszą falą tafla wody była teraz na wysokości jego oczu. Jakby nosem dotykał lustra.

Karolina. Niedługo znów ją zobaczy. Próbował się z nią spotkać w Warszawie, zadzwonił nawet do niej, wcześniej kilka dni bijąc się z myślami, lecz było tak, jak przypuszczał. Nie przejawiła zbytniej ochoty. Wiedział dlaczego, pamiętał. Był świadkiem jej chwili słabości. Chwili, w której przekroczyła granicę dzielącą dobro od zła. Wybrała zemstę, zemstę może sprawiedliwą, lecz mimo wszystko podłą. Nie chciała go widzieć, bo przypominał jej o tym. Teraz będzie musiała go spotkać. Jeśli przyjmie propozycję Sądeckiego, prędzej czy później ich drogi się przetną.

Rozdział 4

Kościół wznosił się na wzgórzu otoczony niewysokim ceglanym, sypiącym się z lekka murkiem. Sam też nie był zbyt wysoki, raczej pękaty niż strzelisty, raczej brzydki niż ładny, choć kilkusetletnia patyna dodawała mu nieco urody. Była osiemnasta i w środku zaczynała się właśnie wieczorna msza. Rozłucki usłyszał dzwonki zwiastujące wejście księdza.

Stał na zewnątrz. Przyszedł do wsi rozejrzeć się co i jak, zobaczyć, o której ma jutro autobus do Olsztyna i kupić parę rzeczy na kolację. Autobus był parę minut po siódmej, sklep, przynajmniej ten przy kościele, był w niedzielę zamknięty, za to kościół był otwarty. Wszedł do środka.

Ciemne wnętrze, oświetlane tylko słabymi, udającymi świeczki żarówkami na czarnych, kutych z żelaza żyrandolach, owionęło go swoim wilgotnym, kadzidlanym zapachem. Witraże w oknach – bardziej chyba dziewiętnastowieczne niż pochodzące ze średniowiecza – osłonięte były zabezpieczającą siatką powodującą, że dostawało się przez nie do środka jeszcze mniej światła. Ściany, kiedyś białe, obecnie szare, poprzecinane były cementowymi śladami powstałymi po zamurowaniu w nich elektrycznych przewodów. Ławki były stare i sczerniałe. Usiadł w jednej z nich. Po lewej stronie, z tyłu, tak jak zawsze, gdy był w kościele.

Oprócz niego we mszy uczestniczyło kilkanaście osób, głównie starszych kobiet i mężczyzn. Wystrój kościoła nie był imponujący. Kilka obrazów różnych świętych, obowiązkowy Jan Paweł II i Matka Boska Częstochowska, stacje drogi krzyżowej rozwieszone na ścianach naokoło. Ołtarz był drewniany, niezbyt okazały. Jego centralnym punktem był brudny ze starości obraz, którego tematyki z tej odległości trudno się było domyślić.

Przed ołtarzem, przy nowym marmurowym blacie stał ksiądz. Średniego wzrostu, nieco grubawy i trochę łysiejący. Ciemne włosy na czubku jego głowy wyraźnie już odsłaniały skórę. Był dość młody. Na oko nie miał więcej niż trzydzieści lat. Otworzył właśnie mszał, rozłożył ręce i zaczął czytać.

Jego głos… Jego głos był tym, co najbardziej przykuwało w nim uwagę. Wysoki, lekko piskliwy, przepełniony był żalem. Brzmiało to, jakby się skarżył. Nawet radosne słowa wypowiadane przez niego, wszystkie te „chwalmy Pana!”, „radujmy się!”, sprawiały wrażenie wibrującej bólem skargi. Jego ruchy były kanciaste, mechaniczne, z całej jego postaci bił smutek i zniechęcenie. Rozłucki męczył się samym patrzeniem na niego.

Rozejrzał się po siedzących w ławkach ludziach. Czy oni też to słyszą? Czy wiedzą, że ich kapłan pogrążony jest w głębokiej depresji? Nie wyglądało, że są tego świadomi. Wstawali, siadali, klękali, powtarzali te same co zawsze formułki, lecz na ich twarzach nie było widać nic, nawet skupienia. Jeśli wiedzieli o oskarżeniach wysuwanych wobec człowieka, który właśnie celebrował dla nich mszę, też nie dawali tego po sobie poznać.

Musiał wyjść. Nie mógł wprost znieść tembru tego głosu, przygniatał go on, wysysał całą energię. Przypominał czasy, gdy on sam z ledwością utrzymywał się na powierzchni życia.

Odetchnął świeżym wieczornym powietrzem. Postanowił wrócić na pętlę. Może tam spotka kogoś, kto mu powie, czy jest tu jeszcze jakiś otwarty sklep?

Pętla świeciła pustkami. Niedziela nie była widocznie dniem, w czasie którego w jego nowym miejscu zamieszkania toczyło się ożywione życie. Ludzie siedzieli w domach i oglądali telewizję. Po chwili dostrzegł jednak kogoś. Pod murem niewielkiego zamkniętego sklepu z pieczywem siedziało w kucki, opierając się plecami o ścianę, dwóch miejscowych pijaczków z puszkami taniego i bardzo mocnego piwa w dłoniach. Jeden ubrany był w znoszoną i przybrudzoną tu i ówdzie czerwono-granatowo-żółtą koszulkę Barcelony, drugi nosił się trochę bardziej elegancko – ubrany był w wytartą czarną skórzaną kurtkę i jasnoniebieskie dżinsy, które o dziwo wyglądały na niedawno prane. Ten właśnie zerknął na Rozłuckiego spode łba i obrzucił go spojrzeniem od góry do dołu. Jego twarz nie była nawet tak tępa, jak można by się było tego spodziewać.

Rozłucki podszedł do nich.

— Dzień dobry – powiedział. – Przepraszam, nie wiedzą panowie może, czy jest tu jakiś otwarty sklep?

Teraz również drugi z mężczyzn odwrócił w jego stronę wzrok.

— Tam, za rogiem, jest GS – powiedział, wykonując równocześnie bliżej nieokreślony gest w stronę swoich pleców. Miał płaską twarz z szerokim, jakby przyklepanym nosem, co nadawało mu wygląd Eskimosa. – Otwarty od siódmej do dwudziestej. – Widać było, że godziny otwarcia mają dla niego istotne znaczenie. – Kup sobie coś i przyjdź tu do nas. Rozkręcamy imprezę – dodał schrypniętym głosem.

Jakby na potwierdzenie tych słów drugi z mężczyzn podniósł do ust puszkę z piwem i pociągnął z niej spory, gulgoczący łyk.

— Nie, dziękuję. – Rozłucki uśmiechnął się rozbawiony kontrastem między słowem „impreza” a widokiem, który miał właśnie przed sobą. – Chodzi mi raczej o coś do zjedzenia.

— Jedzenie też możesz przynieść – odpowiedział ten w skórzanej kurtce. – Preferujemy kiełbasę, musztardę i chleb.

Zmrużył oczy. W kącikach jego ust błąkało się coś w rodzaju uśmiechu. To był żart. Rozłucki dopiero teraz to zauważył. Mężczyzna w skórzanej kurtce z zaciekawieniem obserwował, jak zareaguje na taką propozycję. Widocznie wprawianie w zakłopotanie statecznych obywateli należało do jego stałych rozrywek.

— Może innym razem – odpowiedział Rozłucki. – Ale dziękuję za informację.

Odwrócił się i chciał odejść.

— Ej, ty! – usłyszał jednak. – Proszę pana!

Spojrzał ponownie na mężczyzn.

— Nie szukasz kogoś do roboty? – spytał mężczyzna w koszulce Barcelony. – Biorę dziesięć złotych za godzinę. Z tym że pracuję najwyżej dwie.

 

— Nie – odpowiedział. – Na razie nie. Ale będę o panu pamiętał.

Rozłucki obszedł budynek. GS okazał się całkiem dobrze zaopatrzonym samoobsługowym sklepem. Kupił w nim kilka podstawowych produktów: razowy chleb pokrojony w kromki, serek do smarowania, śledzie w słoiku i dwie butelki wody, bo ta, która leciała u niego z kranu, miała póki co żółtawy kolor i nie wyglądała na nadającą się do picia.

Zapłacił przy kasie. Ekspedientka była młoda, miała włosy ufarbowane na bardzo jasny kolor i dość już pokaźne odrosty. Była też całkiem ładna. Uśmiechnął się do niej, lecz ona nie odwzajemniła uśmiechu.

— Przepraszam – spytał już na odchodnym. – Jest tu u państwa ktoś, kto sprząta? Jestem tu nowy, wprowadziłem się dziś do tego domu za wsią nad jeziorem i byłbym zainteresowany.

Ekspedientka spojrzała na niego, jakby nie rozumiała, o co mu chodzi.

— Krupińska – odpowiedziała jednak. – Ona robi takie rzeczy.

— Gdzie mieszka, mogłaby mi pani powiedzieć? Chciałbym z nią porozmawiać.

— Przyślę ją do pana. Mieszka pan w tym domu po nauczycielu?

— Tak.

— Jutro przyjdzie.

— Tylko tak po trzeciej, bo wcześniej będę w Olsztynie.

— Będzie po trzeciej.

Bez samochodu rzeczywiście było ciężko. Wstał o szóstej, zjadł szybkie śniadanie i wyruszył na przystanek. Rano było już chłodno, kilka razy zatrząsł się po drodze z zimna i żałował, że nie wziął jakiejś bluzy. Potem ponad pół godziny autobusem do Olsztyna, przesiadka pod ratuszem i kolejne piętnaście minut do szpitala. O mało się nie spóźnił.

Doktor Marcin Goczał, jego przyjaciel z dawnych czasów, czekał już na niego w swoim gabinecie. Poznali się w miejscu podobnym do tego – w szpitalu psychiatrycznym, gdzie obaj mieli praktyki w tym samym czasie. On – początkujący psycholog i Goczał – równie początkujący lekarz psychiatra. Od razu przypadli sobie do gustu. Również dlatego, że doktor Marcin Goczał był jednym z niewielu znanych mu psychiatrów, którzy nie patrzyli na swoich kolegów psychologów z mieszaniną lekceważenia i pobłażania, jak na szarlatanów lub w najlepszym razie bujających w obłokach amatorów.

Uściskali się serdecznie, odnotowując przy okazji zmiany, jakie poczynił w ich wyglądzie czas. Rozłucki musiał przy tym przyznać, że z jego przyjacielem obszedł się on znacznie łagodniej. Marcin Goczał był wysoki, szczupły, wysportowany, a jego dobrze obcięte, szpakowate włosy i nieskazitelny biały kitel nadawały mu niezwykle elegancki i jednocześnie budzący zaufanie wygląd. Gdyby Rozłucki był kobietą, od razu wskoczyłby mu do łóżka.

— Świetnie wyglądasz – powiedział.

— A ty z kolei nic się nie zmieniłeś – odwzajemnił mu się przyjaciel.

Uśmiechnęli się obaj z tej żartobliwej złośliwości.

— W życiu bym nie przypuszczał, że kiedyś zadzwonisz i poprosisz mnie, żebym ci pomógł dostać tu pracę – zaczął po chwili. – Ty, nadzieja polskiej psychologii? Gdy cię ostatni raz widziałem, profesor Konarzewski traktował cię niemalże jak swojego następcę. Myślałem, że obejmiesz po nim katedrę, a nie będziesz leczyć świrów w przychodni w prowincjonalnym mieście…

— Sporo się od tamtych czasów zmieniło – odpowiedział wymijająco Rozłucki. – Długo by opowiadać. Ty też zresztą, z tego, co pamiętam, nie najgorzej sobie radziłeś. Gdybyś został na swojej uczelni, to pewnie też miałbyś już dzisiaj doktorat.

Doktor Goczał machnął ręką.

— Nie potrafiłem sobie znaleźć miejsca w Warszawie – odpowiedział. – Jeszcze dopóki trwały studia, jakoś dawałem radę, ale potem… Ciągnęło mnie do siebie, do swoich stron. Zresztą miałem tu dziewczynę, jeszcze z liceum. Dziś już co prawda jesteśmy rozwiedzeni – zaśmiał się – ale mimo wszystko nie żałuję. Dobrze mi tu, jestem na swoim miejscu, a to przecież najważniejsze. Ale ciebie co tu przygnało? Słyszałem, że pracowałeś u starego. I co, rzuciłeś to?

— Miałem wrażenie, że pan profesor był w stosunku do mnie odrobinę zbyt opiekuńczy. Usynowił mnie chyba mentalnie i starał się podświadomie chronić. Dostawałem same banalne przypadki. Miałem ochotę spróbować czegoś prawdziwego.

— Ale dlaczego tutaj? – Jego przyjaciel uniósł brwi. – Nie mogłeś znaleźć sobie czegoś w Warszawie? Konarzewski na pewno by ci pomógł.

— Nie chciałem w Warszawie. Miałem ochotę wszystko zmienić. Dokonać Wielkiej Ucieczki, jak to raczył określić pan profesor. A że byłem tu parę miesięcy temu i spodobało mi się…

— Czyli i ciebie opętała swoim urokiem nasza Święta Warmia… – pokiwał głową z udawanym zafrasowaniem Goczał. – A przed chwilą dziwiłeś się, że wróciłem.

— Właśnie, a dlaczego święta? – zainteresował się Rozłucki. – Już któryś raz słyszę to określenie.

— Kiedyś była katolicką enklawą w morzu protestanckich krain, dlatego. Poza tym to świetnie brzmi – zaśmiał się.

— Ciągle jest taka katolicka? – spytał Rozłucki.

Doktor Goczał wzruszył ramionami.

— Dziś już chyba nie bardziej od innych regionów Polski. Protestanci zniknęli i nie ma się od kogo odróżniać.

— Chodzi mi bardziej o coś innego: czy Kościół ma tu dużo do powiedzenia?

— A gdzie w tym kraju nie ma? Chyba tylko w Warszawie jest pod tym względem inaczej.

Rozmawiali tak jeszcze przez jakiś czas wspominając praktyki w szpitalu i wspólne imprezy, na które później chodzili, narzekając na sytuację w kraju i za granicą i opisując swój aktualny status rodzinny i osobisty. Rozłucki nie miał tu za bardzo czego opisywać, za to jego przyjaciel już tak. Był szczęśliwym ojcem trójki dzieci, z których dwoje miał z pierwszego małżeństwa, a jedno, całkiem świeże, z drugiego. Mieszkał w Dywitach, niedaleko stąd, w nowym domu nad jeziorem i był raczej zadowolony ze swojego życia.

Rozłucki słuchał tego wszystkiego z coraz większym przygnębieniem. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że sporo go ominęło. Miał czterdzieści lat, nieudane małżeństwo na koncie i ani jednego dziecka. Podejmował właśnie pracę w nowym miejscu i była to praca, którą mógłby w zasadzie wykonywać już po studiach. Zaczynał wszystko od zera w miejscu, w którym większość ludzi była już wygodnie umoszczona w życiu.

— No, dobrze – doktor Goczał przerwał w końcu te pogaduszki. – To żeśmy sobie porozmawiali, a teraz czas cię zapoznać z twoimi nowymi obowiązkami. – Sięgnął po teczkę leżącą na biurku. – Na początek przydzielę ci coś na rozruch, żebyś się wdrożył, zapoznał i tak dalej. Roman Krajewski – przypadek jednocześnie łatwy i trudny.

— Dlaczego łatwy i dlaczego trudny? – spytał Rozłucki.

— Dokładnie z tego samego powodu. Absolutnie niepodatny na leczenie.

— Jak to? – zdziwił się Rozłucki.

— To psychopata – wyjaśnił Goczał. – Z bardzo wysokim wynikiem w skali obserwacyjnej skłonności psychopatycznych Roberta Hare. Tacy ludzie nie poddają się leczeniu żadną ze znanych współcześnie terapii. Nic na nich nie działa: ani psychoanaliza, ani terapia behawioralna, ani grupowa, ani psychodrama. Z jednego prostego powodu: nie czują takiej potrzeby. Mają to w nosie, krótko mówiąc. Są zadowoleni z siebie i ze swojego zachowania, uważają, że cała wina leży po stronie innych. Ich osobowość jest jak wykuta z granitu – nic nie jest w stanie skłonić ich do zmiany. O żadnym wglądzie też nie ma oczywiście mowy, nie są zdolni do żadnej autoanalizy. Choćbyś wyszedł ze skóry, tam nic nawet nie drgnie. Przepraszam, że ci to mówię, bo to na pewno wiesz, ale warto to sobie przypomnieć przed spotkaniem z kimś takim.

— Czytałem o takich przypadkach, ale nigdy nie zetknąłem się z żadnym osobiście. Przynajmniej nie zawodowo.

— Uwierz mi, teoria a praktyka to zupełnie dwie różne sprawy. Psychopaci mają magnetyczną osobowość. Trudno oprzeć się ich urokowi. Spotkanie z kimś takim na żywo to niepodrabialne doświadczenie. Nie da się na to przygotować, studiując fachową literaturę. Ale w pewnym sensie to idealny pacjent, by się z powrotem wdrożyć w ten młyn – nic nie popsujesz, nic nie naprawisz. Jedyne, co możesz zrobić, to siedzieć i słuchać.