Czerwony Ślepowron. Biografia Wojciecha JaruzelskiegoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Piotr Gajdziński

Czerwony ślepowron. Biografia Wojciecha Jaruzelskiego


ISBN 978-83-65676-68-9


Copyright © by Piotr Gajdziński, 2017


Redakcja

Justyna Kobus


Projekt okładki i stron tytułowych

Paulina Radomska-Skierkowska


Zdjęcie na okładce

Wojtek Laski/East News


Layout i łamanie

Dymitr Miłowanow


Wydanie 1


Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spoza gór i rzek wyszliśmy na brzeg…

Ludowa armia

Drugi krąg władzy

Imperium kontratakuje

Era dinozaurów

Wojtek-dreptak

Reglamentowana Polska

Upadek imperium

Bój to jest nasz ostatni…

Ostatni rozdział

Agent i matrioszka?

Bibliografia

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Spoza gór i rzek wyszliśmy na brzeg…

W sierpniu 1941 roku generał Władysław Anders rozpoczął formowanie dwóch polskich dywizji piechoty i kilku innych jednostek w pobliżu Samary i obwodzie orenburskim oraz koło Saratowa nad Wołgą, gdzie powstawała 5. Wileńska Dywizja Piechoty. Władysław Jaruzelski zapisał syna do armii Andersa, ale Wojciech nie zdążył do niej wstąpić. Nim dotarł do obozu, armia Andersa przekroczyła granicę Związku Radzieckiego.

Jaruzelscy zostali wywiezieni do Rosji w połowie czerwca 1941 roku. Mieszkali wówczas w Winksznupie w powiecie lidzkim u rodziny Hrynkiewiczów, wcześniej korzystali z gościny familii Stankiewiczów, a przez pierwszy okres pobytu na Litwie mieszkali u krewnych Filipkowskich. Pod koniec maja 1941 roku rodzice Wojciecha zdecydowali, że wobec ataku Armii Czerwonej na Litwę lepiej wrócić w rodzinne strony. Nic dziwnego, w rodzinie dobrze znano rosyjskie metody. Dziadek Wojciecha, noszący zresztą to samo imię, spędził na Syberii osiem lat, wywieziony tam po powstaniu styczniowym. Ale Sowieci błyskawicznie zajmują Litwę. Gdy Wojciech Jaruzelski po raz pierwszy widzi najeźdźców, jest przerażony. „Miałem wrażenie, że jest tam nieprzebrane mrowie żołnierzy, odzianych w szare szynele i wyposażonych w stosy karabinów – wspominał po latach. – Byłem przeświadczony, że to straszna, dziwna i wroga potęga”.

W sobotę, 14 czerwca 1941 roku rodzina Jaruzelskich zostaje zapakowana do jadącego na wschód pociągu. To już ostatnia, czwarta deportacja Polaków w głąb ZSRR, która obejmuje nieco ponad 40 tysięcy obywateli Rzeczypospolitej zamieszkujących wówczas Litwę, Zachodnią Białoruś i Zachodnią Ukrainę. Jaruzelscy mają ogromnego pecha – zaledwie osiem dni później Niemcy rozpoczęły realizację planu „Barbarossa” i wkroczyły na tereny Związku Radzieckiego. Deportacje polskiej ludności wówczas ustają.

„Wieziono nas Telegami, to takie platforemki, wzdłuż rzeki Bii. Pozostał mi w pamięci obraz: wysoki brzeg, pada deszcz, zimno, chociaż sierpień. Kładliśmy się pod tę Telegę, żeby jakoś tam uchronić się przed deszczem. Takie sytuacje bardzo wiążą, zwłaszcza że miałem wtedy szesnaście-siedemnaście lat” – wspominał Wojciech Jaruzelski.

Jadą osobno – Wanda Jaruzelska z córką Teresą i Wojciechem, Władysław w innym wagonie. Mimo że podróż trwa wiele tygodni, właściwie się nie widują. W końcu docierają do leśnej osady Turczuk w Górach Ałtajskich. Zgodnie z poleceniem sowieckich władz Wanda z dziećmi osiedla się w Turczuku, niedaleko Bijska. W najbliższych miesiącach trafi tu ponad dwieście transportów z deportowanymi mieszkańcami terenów zajmowanych przez Armię Czerwoną. Władysław jedzie dalej, do łagru w Krasnojarskim Kraju.

Wanda Jaruzelska z dziećmi zostali prawdopodobnie zaliczeni do kategorii „wolnych osiedleńców”, czyli – jak to opisał historyk Marcin Białas – „ludzi przymusowo osiedlonych w określonym miejscu i całkowicie pozostawionych samym sobie”. Aby przeżyć, Wojciech, wówczas szesnastolatek, zatrudnia się w tajdze przy wyrębie lasu. Wkrótce nabawia się tzw. ślepoty śnieżnej, która spowodowała konieczność noszenia, słynnych później, ciemnych okularów. Następnie pracuje w Rajpotriebsojuzie, czyli Rejonowym Związku Spożywców. Ten ostatni fakt będzie się starał się na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ukryć, zaczerniając wpis na ten temat w swojej teczce personalnej oficera LWP. Nie pasował do nowej, heroicznej biografii, którą wówczas starał się stworzyć. Bo praca w magazynie to jednak nie to samo, co wyrąb syberyjskich lasów.

W październiku 1941 roku zostaje wezwany do miejscowego NKWD, gdzie, jak będzie w wolnej już Polsce opowiadał, odmawia przyjęcia sowieckiego obywatelstwa. Trafia do więzienia, gdzie jest trzymany przez trzy tygodnie. Siedzi w dużej celi, bez pryczy, z rozrzuconą na ziemi słomą, która służy za posłanie. „Po mordach w Katyniu nastąpiło zaostrzenie stosunków z rządem emigracyjnym i wszystkich Polaków wzywali i mówili: Musicie przyjąć radzieckie obywatelstwo. W 90 procentach odpowiadaliśmy Nie!, więc wsadzali nas do pudła” – wspominał Jaruzelski. Już później, w latach dziewięćdziesiątych, gdy niezbyt chętnie wracał do tamtego tragicznego czasu, będzie zawsze podkreślał, że „od zwykłych ludzi” doznał tam wiele dobrego. Nie sposób temu zaprzeczyć, wielu zesłańców po latach z rozrzewnieniem wspominało codzienną pomoc, której doświadczyli od znękanych obywateli ZSRR.

Ale były też inne wspomnienia. Gdy Konstanty Rokossowski, później marszałek i jeden z najważniejszych dowódców II wojny światowej, został oskarżony przez siepaczy Stalina o szpiegostwo na rzecz Polski i Japonii, a następnie aresztowany, jego córka chodziła do szkoły. Pewnego dnia w klasie pojawiła się dyrektorka tej placówki i oznajmiła jej koleżankom i kolegom: „Dzieci, chcę, żebyście wiedziały, że wśród was jest córka wroga narodu. Ada, wstań, żeby wszyscy mogli cię zobaczyć. Więcej już do tej szkoły nie poszła” – opowiadał Borisowi Sokołowowi, autorowi biografii marszałka Rokossowskiego, wnuk byłego dowódcy 2 Frontu Białoruskiego. Ale może Jaruzelski trafił na innych, bardziej świadomych obywateli sowieckiego imperium? Choć warto pamiętać, że stosunek Rosjan do Polaków zmienił się po wyjściu z ZSRR armii Andersa. Powszechnie odbierano to, ulegając sowieckiej propagandzie, jako ucieczkę. Dezercję wobec Niemców, którzy nagle stali się „wspólnym wrogiem”.

Umowa Sikorskiego z Majskim spowodowała, że Władysław Jaruzelski został jesienią, po kilku tygodniach pobytu w łagrze, zwolniony. Udało mu się dotrzeć do Bijska, oddalonego od osady Turczuk o 300 kilometrów. Formowała się tam właśnie delegatura rządu londyńskiego i – jak twierdziła Teresa, siostra Wojciecha Jaruzelskiego – ojciec zapisał syna do armii Andersa. Ale Wojciech wraz z matką i siostrą dotarli do Bijska dopiero w styczniu 1942 roku. Podobno wyjechali z Turczuka bez wiedzy miejscowych władz bezpieczeństwa, a w Bijsku zamieszkali przy ulicy Gorkiego. Wojciech znowu pracował w tajdze, a później udało mu się znaleźć posadę tragarza w miejscowej piekarni. Wreszcie, po ponad półrocznej rozłące, byli razem. „Matka dbała o to, żeby zachować pewien klimat, mimo wszystko kulturę. Zawsze dbała o to, by jakąś serweteczkę położyć, cokolwiek położyć, niech to będzie tylko suchy kartofel, ale podany jak w domu” – opowiadał później Wojciech Jaruzelski.

Ale szczęście nie trwało długo. Efekty kilkudniowego pobytu w stalinowskim łagrze coraz bardziej dawały się we znaki. Władysław Jaruzelski, który zatrudnił się jako wozak w bijskim przedsiębiorstwie rybnym, z każdym dniem podupadał na zdrowiu. Zmarł niemal w rocznicę wywózki, 4 czerwca 1942 roku. „Ojca mniej pamiętam. Szybko został wzięty do łagru, wrócił szkielet po prostu, wkrótce zmarł. Mama nawet nie mogła pójść na pogrzeb, bo tak się fatalnie czuła. Więc ja ze znajomym panem Skrzypkowskim, sąsiadem, na takim wózku do wożenia drewna, bo konia nawet nie mogłem dostać, wieźliśmy ojca na cmentarz prawosławny. Wykopaliśmy mogiłę, postawiliśmy krzyżyk brzozowy. Mama potem przychodziła, jak już troszkę wyzdrowiała. Teresa tak samo. Darniną grób obkładała, aż zemdlała, bo też była ogromnie wycieńczona. To wszystko z Teresą również nas bardzo zbliżyło. Była bardzo dzielna, a przecież pięć lat ode mnie młodsza” – opowiadał po latach Wojciech Jaruzelski.

 

Anna T. Pietraszek, reżyser filmowy, która w 1989 roku była w Bijsku i odtworzyła tamte tragiczne wydarzenia, twierdzi jednak, że szczegóły pogrzebu były nieco inne. „Wiem, jak wyglądał ten pochówek, w jakich realiach Wojciech Jaruzelski dokonał pogrzebania kochanego ojca, w jakiej traumie się znajdował. Znam tę sprawę z opisów tzw. miejscowej ludności (…). Generał Jaruzelski był w trakcie rozmowy ze mną autentycznie zaskoczony, że ktoś może znać szczegóły pochówku jego ojca, gdy młody Wojciech szabrował deskę i sznur, kładł na tej desce trupa ojca i ciągnął ją na plecach na wzgórek, by ochronić zwłoki przed rozszarpaniem przez dzikie zwierzęta i zapobiec ich rozkładowi w błocie”. Tak czy inaczej, warunki, w jakich odbył się „pogrzeb” Władysława Jaruzelskiego, wiele mówią o „dobrych, opiekuńczych Rosjanach”, którzy w momencie śmierci wozaka nie pożyczyli Wojciechowi konia, aby mógł dowieźć zwłoki ojca na miejscowy cmentarz.

Ewakuacja polskich jednostek wojskowych wchodzących w skład armii Andersa oraz skupionej wokół niej ludności polskiej rozpoczęła się niemal dwa miesiące po śmierci Władysława Jaruzelskiego. Trudno zrozumieć, dlaczego Wojciech do tego czasu nie zgłosił się do wojska. Jeszcze trudniej zrozumieć, dlaczego Wanda Jaruzelska wraz z dziećmi nie dołączyła do ewakuujących się żołnierzy. Do końca sierpnia 1942 roku, gdy ostatni Polacy przekroczyli granicę z Iranem, a wraz z wojskiem Związek Sowiecki opuściło 25,5 tysiąca cywili, od śmierci Władysława minęły już blisko cztery miesiące. Trudno to zrozumieć tym bardziej, że w Bijsku znajdowała się delegatura rządu londyńskiego, której zadaniem było informowanie Polaków o poczynaniach polskiej armii.

Zostają. W maju 1943 roku Wojciech Jaruzelski otrzymuje wezwanie do Wojskowej Komendy Uzupełnień, która uznaje go za zdolnego do służby wojskowej. Mijają jednak kolejne dwa miesiące, gdy wreszcie 19 lipca, cztery dni po uroczystej przysiędze złożonej w rocznicę grunwaldzkiej wiktorii, Jaruzelski zostaje skierowany do Szkoły Oficerskiej 1 Korpusu Sił Zbrojnych w Riazaniu. Po mordzie katyńskim i wyjściu armii Andersa brakuje oficerów do tworzącego się wojska. Jaruzelski z jakichś powodów zostaje uznany za dobry materiał do kierowania polskimi żołnierzami. W tym czasie w 1. Dywizji im. Tadeusza Kościuszki służy 684 oficerów, z czego 66 procent stanowią oficerowie sowieccy, 29 procent oficerowie Wojska Polskiego II Rzeczpospolitej, a pozostałą część osoby, w których dowódcy dostrzegli cechy przywódcze i skierowali na kursy oficerskie.

Trudno odgadnąć uczucia, jakie towarzyszyły wówczas Jaruzelskiemu. Można jednak przypuszczać, że niewiele różniły się od tych, które w swoich wspomnieniach przytaczali inni więźniowie sowieckiego imperium. „Przekraczałem granicę obozu wojskowego z mieszanymi uczuciami. Co prawda swojskie symbole radowały, ale przeważało uczucie obawy i podejrzliwość co do charakteru tworzącego się wojska, w świetle zerwanych stosunków z rządem polskim w Londynie i wyjściem armii Andersa do Iranu – wspominał w książce „Berlingowcy. Żołnierze tragiczni” Roman Marchwicki, który walczył w szeregach 1. Dywizji imienia Tadeusza Kościuszki. – A poza tym świadomość, że to wojsko będzie organizowane z inicjatywy polskich komunistów, jak również poczucie krzywdy za aresztowanie ojca i wywózkę, nie nastrajały mnie optymistycznie. Szedłem, ponieważ nie było innego wyjścia”. Z kolei Wacława Zakrzewskiego, gdy tylko rosyjskie władze wyraziły zgodę na zaciągnięcie się do tworzonej w Sielcach nad Oką polskiej dywizji, opanowała wielka radość, „którą psuło to, że jeszcze może się coś stać, że jeszcze mogą cofnąć decyzję, że jeszcze mogą odwołać, że jeszcze mogę zostać, aby zachwycać się tajgą, a ja przecież tych zachwytów miałem już dosyć, naprawdę dość. Miejscowi patrzą i mówią: czewo on, durak, takoj dowolnyj? Tam gorie i smiert’, a on kak na progułku wyszeł’ (Czego on, głupi, taki zadowolony? Tam rozpacz i śmierć, a on jakby na spacer szedł).

Już pierwsze reakcje zesłańców trafiających do obozu w Sielcach pozbawiają ich złudzeń. „W początkowym okresie umundurowanie dywizji było jak w Armii Czerwonej, co wśród masy żołnierskiej budziło wiele komentarzy. Pewne wątpliwości budzili również oficerowie, którzy nie znali języka polskiego i posługiwali się tylko rosyjskim. Różnie też mówiono o Wandzie Wasilewskiej i Berlingu – wspominał Bolesław Dańko, kolejny Polak wcielony do 1. Dywizji. – O sprawach tych żołnierze żywo dyskutowali, dając wyraz braku zaufania do dowództwa i wszystkiego, co się działo. Nawet księdza Wilhelma Kubszę uważali niektórzy za podstawionego oficera NKWD”.

Jaruzelski, który 6 lipca 1943 roku, miesiąc przed przekroczeniem bramy riazańskiej Szkoły Oficerskiej, skończył dwadzieścia lat, także musiał sceptycznie patrzeć na ludową armię. Cztery lata wcześniej w artykule opublikowanym w piśmie Bielańskiej Drużyny Harcerskiej napisał, że „głównym celem i hasłem każdego harcerza musi być służba Bogu i Ojczyźnie”, przywoływał tradycję Orląt Lwowskich oraz harcerzy, którzy zginęli w wojnie z bolszewikami w 1920 roku „w obronie kraju przed czerwonym najeźdźcą”. Pisał z patosem: „Zanim staniemy się ludźmi zupełnie dojrzałymi, którzy mogą odpowiedzialnie pracować w wybranym przez siebie zawodzie, musimy czynić przygotowania przysposabiające nas duchowo do przyszłej pracy. Prawo harcerskie poucza nas, iż przez sumienne spełnianie obowiązków, posłuszeństwo, cenienie swej godności i rycerskie postępowanie staniemy się wartościowymi jednostkami, będącymi chlubą narodu. Miłość bliźniego i ojczystej przyrody, spełnianie dobrych uczynków jest również warunkiem, który powinniśmy wypełniać, chcąc dać świadectwo, iż kochamy i staramy się służyć na każdym polu krajowi. Musimy wypełniać każdą powierzoną nam pracę i obowiązek z zapałem i energią, gdyż wtedy nabieramy cech pozwalających nam w przyszłości przezwyciężać każdy trud i dotrzeć do zamierzonego celu. Najważniejszą cechą czyniącą człowieka szlachetnym jest jego wartość duchowa krystalizująca się w miarę wzrastania czci i miłości ku Bogu, który kieruje losami całego świata i Polski”. W tym czasie przyozdabia klapę marynarki Szczerbcem, zwanym też mieczykiem Chrobrego, które nosili członkowie założonego przez Romana Dmowskiego Obozu Wielkiej Polski. Była to szczególna, wymagająca pewnej odwagi manifestacja, bo w 1933 roku Obóz został przez władze sanacyjne zdelegalizowany, a noszących wizerunek Szczerbca ukarano w trybie administracyjnym. Blisko pół wieku później Jaruzelski w podobny sposób będzie karał Polaków za noszenie oporników, symbolu niezgody na stan wojenny…

Sowieckie władze i polscy komuniści umiejętnie ukrywają prawdziwe oblicze tworzonej przez siebie armii i przyświecające im cele polityczne. Owszem, żołnierze uczestniczą w szkoleniach politycznych, ale „mówiło się wtedy tylko o Polsce demokratycznej, w której obowiązywać miała sprawiedliwość społeczna. Nie było wtedy mowy o socjalizmie, o ideologii marksistowsko-leninowskiej, o żadnej przodującej partii politycznej. O taką ojczyznę mieliśmy walczyć wspólnie z Armią Radziecką – wspominał Roman Marchwicki. – Działalność marszałka Piłsudskiego, jak również kapitalistyczne stosunki polskiego państwa były mocno krytykowane, przy równoczesnym przemilczaniu takich wydarzeń, jak pakt Ribbentrop – Mołotow i inwazja Armii Czerwonej na wschodnie rubieże Rzeczypospolitej. Wybycie armii Andersa traktowano jako ucieczkę i zdradę polskich interesów”.

Podobnie zapamiętał to Jan Prorok: „W tym czasie nasza (i moja) orientacja polityczna świeżo upieczonych oficerów od pługa: zesłańców, skazańców, lesorubow [osób wyrębujących lasy] i kołchoźników przywróconych nagle do życia i karmionych wiadomościami z jednej ręki była zbyt nikła i naiwna, abyśmy mogli właściwie ocenić i zrozumieć prawdziwe zamierzenia władz wojskowych. Ich poczynania wydawały się nam wtedy słuszne i oczywiste, a nadrzędny cel: wolna i niepodległa Polska zasługiwał na najwyższe poświęcenie. Z pozycji szeregowca, podchorążego świeżo upieczonego podporucznika, słyszeliśmy w Sielcach i Riazaniu budujące słowa: Idziemy do Polski najkrótszą drogą, Nasze wojsko jest i pozostanie apolityczne, Zbudujemy Polskę wolną i niepodległą, Ustanowimy parlament jednoizbowy (Senat to przeżytek), obszarnicza ziemia dla chłopów, Anders stchórzył i zdradził… Widzieliśmy też, jak zza głębokiego frontu, z Polski do Sielc przemycono katolickiego księdza. Zrobiono go na wzór przedwojenny kapelanem wojskowym, zezwolono na zbiorowe modły i nabożeństwa… Wszystko w polskim stylu, po polsku i dla Polski. Z czasem jednak władza okrzepła, w końcu oficjalnie przyznano, że były to tylko taktyczne wymogi chwili. Po prostu taka wtedy istniała potrzeba. Ja jednak, i nie tylko ja, we wszystko wierzyłem. Wszelkie odstępstwa od pierwotnie głoszonych komunałów tłumaczyłem sobie potrzebą chwili. Trwała przecież wojna i liczyła się jedynie taktyka; taktyczne przemyślane działania na froncie i tyłach!”.

Jaruzelski zostaje przydzielony do 1 batalionu piechoty 2. Dywizji Piechoty im. Henryka Dąbrowskiego. Jego bezpośrednim przełożonym jest, oczywiście, oficer Armii Czerwonej delegowany do riazańskiej Szkoły Oficerskiej. Wojciech uczy się obsługi ciężkich karabinów maszynowych typu Maxim, ale nie osiąga zbyt dobrych rezultatów. Nie trafił tutaj z ochotniczego zaciągu, ale w ramach sowieckiego poboru. Armia i wojna nie wydają się jego żywiołem. Być może powodem jest komunistyczna proweniencja tego wojska, a może Jaruzelski martwi się o rodzinę, matkę i siostrę, które zmuszony był zostawić w Bijsku. Teraz, po śmierci ojca, kobiety są zdane wyłącznie na własne siły. Teresa zarabia, robiąc na drutach szaliki i rękawiczki. Wojciech dostaje wprawdzie żołd, ale znikomy, nie bardzo może im pomóc. Później gdy ludowa armia już walczyła, żołnierze często szabrowali majątek i wysyłali go swoim rodzinom pozostającym w Związku Sowieckim. Można przypuszczać, że Jaruzelski – później dowódca zwiadu – miał w tej dziedzinie niemałe możliwości. I że tak właśnie postępował. Siostra podkreślała później, że obie z matką przeżyły tamte trudne lata dzięki Wojciechowi. Jeszcze przed rozpoczęciem służby wojskowej zarabiał pieniądze ciężką pracą w tajdze i piekarni, ale chyba nie tylko. Był w tym czasie emocjonalnie bardzo z matką związany. „Była człowiekiem mądrym, dobrym, kulturalnym, ciepłym. W odróżnieniu do ojca, który był nerwusem. Też był dobrym człowiekiem, ale łatwo się denerwował, wpadał w gniew (…). Takich ludzi Sienkiewicz nazywał gorączka” – opowiadał potem córce. To matka wzbudziła w nim zainteresowanie książkami, sama mu początkowo czytała. Później, podczas nauki na Bielanach, często go odwiedzała. „Pamiętam, że siedziałem i czekałem na mamę z takim przejęciem, z taką wewnętrzną tęsknotą i satysfakcją, że za chwilę ją zobaczę. A potem uściski, całusy, wzruszenie”.

***

Po wojnie Wanda Jaruzelska wraz z córką Teresą na chwilę zamieszkała na Lubelszczyźnie, w sąsiedztwie swojego dawnego dworku. Nielegalnie. Było już po reformie rolnej, a rozparcelowani ziemianie mieli zakaz przebywania w pobliżu swoich majątków. Z dawnej posiadłości niewiele zresztą zostało, budynki spalono i zdewastowano. Jaruzelski przyjechał w odwiedziny. Bał się. „Miałem świadomość, że w każdej chwili mogą mnie rozbroić jako oficera, a nawet zabić. Jakoś na szczęście tak się nie stało, bo jednak nazwisko mi pomogło”.

Przeniósł matkę i siostrę na Śląsk Opolski, gdzie zamieszkały w miejscowości Kietrz, w jednym z pozostawionych przez Niemców mieszkań. Wanda Jaruzelska prowadziła niewielki sklepik z materiałami piśmienniczymi. „Ledwo funkcjonował, można powiedzieć rachitycznie, no ale jakieś drobne dochody były” – tłumaczył córce Monice późniejszy generał. I przekonywał, że niewiele więcej mógł zrobić. „Pamiętaj, co to był za czas: niestabilna sytuacja wewnętrzna. I nie ulega wątpliwości, że to utrudniało kontakt bezpośredni. Zresztą nie miałem możliwości, żeby matkę i siostrę wziąć do siebie, bo sam miałem ledwie pokoik w koszarach. Dbałem jednak o to, aby im pomóc w miarę moich skromnych możliwości. Kiedy już troszeczkę więcej zarabiałem, posyłałem regularnie określoną kwotę, liczącą się jak na tamte czasy. Nasze spotkania nie były częste (…). Siłą faktu taka więź, nazwijmy to, fizyczna się rozluźniła. Natomiast była telefoniczna i listowna”.

 

Ale coraz luźniejsza. Nie zaprosił matki nawet na swój ślub. Być może obawiał się jej reakcji, bo był to tylko ślub cywilny, co dla bardzo religijnej, związanej z Kościołem i ciężko doświadczonej przez los kobiety, musiało być ciosem. Widywali się coraz rzadziej, matka właściwie nie odwiedzała go w Warszawie, co tłumaczył później córce niechęcią żony do przyjmowania gości. Ale powody były z pewnością inne. Teresa też go nie odwiedzała. Podczas dość częstych wizyt w Warszawie zatrzymywała się u kuzyna Stanisława Szadkowskiego, syna Czesława, którego żona była siostrą Wandy Jaruzelskiej. Znali się dobrze sprzed wojny, bo Szadkowscy często zaglądali do Trzecin, Stanisław był młodszy od Teresy Jaruzelskiej o niespełna pięć lat. Natomiast podczas wojny rotmistrz Czesław Szadkowski był członkiem „Muszkieterów”, jednej z najbardziej zakonspirowanych polskich organizacji wojskowych, która między innymi opiekowała się marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym – Szadkowski był szefem jego ochrony – po potajemnym powrocie byłego Naczelnego Wodza do Polski w 1941 roku. Na przełomie 1941 i 1942 roku Szadkowski z trzema innymi „Muszkieterami” przekroczył front niemiecko-sowiecki i dotarł do Andersa. Skazany na najwyższy wymiar kary za współpracę z Niemcami, uniknął wprawdzie śmierci, ale wiele lat przesiedział najpierw w więzieniach sowieckich, a następnie w kazamatach „ludowej” Polski.

Wiele lat później, gdy lekarze zaczęli podejrzewać u Wandy Jaruzelskiej raka narządów rodnych, generał załatwił przeniesienie matki ze szpitala w Lublinie do wojskowej kliniki na Szaserów w Warszawie. Tu, niestety, diagnoza została potwierdzona, pojawiły się przerzuty. Na własną prośbę wróciła do Lublina, gdzie już kilka lat po wojnie wraz z córką przeniosła się z Kietrza. „Bardzo śmierć matki przeżyłem, oczywiście byłem na tyle zahartowany, że się nie załamałem, ale powstała wielka wyrwa w sercu. Pamiętam ostatnią rozmowę z mamą. Przyjeżdżałem do niej do szpitala w Lublinie. Ostatni raz byłem chyba na 3–4 dni przed śmiercią”.

Wanda Jaruzelska zmarła w 1966 roku. Wojciech, piastujący wówczas stanowisko szefa Sztabu Generalnego, jedno z najwyższych w wojsku, pojechał na pogrzeb, ale do kościoła nie wszedł. Tłumaczył później, że takie były czasy, że wojskowi nie mogli, że byłoby to źle przyjęte przez przełożonych. Ale pięć lat wcześniej, w lipcu 1961 roku, generał Zygmunt Huszcza, wówczas dowódca Pomorskiego Okręgu Wojskowego, za zgodą przełożonych przetransportował zwłoki zmarłego właśnie ojca wojskowym śmigłowcem do rodzinnego Augustowa, gdzie odbył się katolicki pogrzeb. Huszcza, w cywilnym ubraniu, wziął w tej uroczystości udział. Oczywiście natychmiast powstał raport o „religijnej demonstracji” jednego z najwyższych dowódców wojskowych. Sprawą zajęło się Biuro Polityczne, które jednak nie wyciągnęło wobec Huszczy żadnych konsekwencji. Karierze Huszczy – uczestnika bitwy pod Lenino, absolwenta Wyższej Akademii Wojskowej im. Woroszyłowa w Moskwie – to nie zaszkodziło. Później był między innymi dowódcą Warszawskiego Okręgu Wojskowego, wiceministrem oświaty i wychowania, posłem. Warto dodać, że jeden z braci generała walczył pod Monte Cassino, drugi zaś został zamordowany w Katyniu.

Grób matki Wojciech Jaruzelski będzie jednak odwiedzał regularnie, zawsze w okolicach 1 listopada. Często będzie wyruszał do Lublina bladym świtem, aby nie wywoływać na cmentarzu niepotrzebnego zamieszania i nie przeszkadzać innym odwiedzającym mogiły bliskich.

***

Pierwsza przysięga Kościuszkowców odbyła się 15 lipca 1943 roku, w 533. rocznicę bitwy pod Grunwaldem. Wojciech Jaruzelski przysięga w równie symbolicznym dniu – 11 listopada 1943 roku, 25 lat po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. W uroczystości bierze udział Wanda Wasilewska, generał Zygmunt Berling oraz zastępca naczelnego wodza Józefa Stalina, marszałek Gieorgij Żukow. Miesiąc później, 16 grudnia, odbywa się promocja. Prymusi riazańskiej Szkoły Oficerskiej zostają podporucznikami – jest wśród nich późniejszy minister obrony narodowej Florian Siwicki – a pozostali otrzymują stopień chorążego. Jaruzelski jest w tym rankingu daleko, zajmuje 78. pozycję. Jego naramienniki okala sznurek, a w środku znajduje się jedna gwiazdka. Po cichu, żartem, żołnierze pytają, jaka jest różnica między chorążym a kometą? I odpowiadają: „Kometa to gwiazdka z kutasem, a chorąży to kutas z gwiazdką”.

Owym „kutasem” Wojciech Jaruzelski zostaje do pierwszych tygodni po skierowaniu na front. Trafia tam dopiero – wbrew temu, co później przedstawia – w końcu lipca 1944 roku. Nie przechodzi więc, jak podawano w oficjalnych biografiach w okresie Peerelu, szlaku bojowego od Oki do Berlina. Walczy dziewięć, nie dziewiętnaście miesięcy. To zasadnicza różnica. Ale walczy dzielnie. „Jeden ze zdolniejszych i śmielszych oficerów. W okresie bojów wykazał żelazną dyscyplinę, wykonując szybko i dokładnie wydawane mu rozkazy. Zachowanie wzorowe. Cieszy się autorytetem swych zwierzchników i podwładnych” – napisano po walkach na przyczółku magnuszewskim we wniosku awansowym na stopień podporucznika. Tyle tylko, że cała sprawa przedłużenia wojennej części biografii Jaruzelskiego przydaje autentyczności temu, co po latach powiedział generał Artur Gotówko, szef osobistej ochrony ministra obrony narodowej. Gotówko ujawnił, że w Ministerstwie Obrony Narodowej bardzo starannie czytano wspomnienia generała Zygmunta Berlinga, dowódcy 1. Armii Wojska Polskiego. „Wiem od generała Berlinga, którego wielokrotnie odwoziłem do domu, że Jaruzelski domagał się od niego wykreślenia pewnych fragmentów mogących, jego zdaniem, urazić Związek Radziecki, sugerując niejednokrotnie, aby Berling dopisał kilka kartek o młodym, zdolnym i odważnym żołnierzu, podporuczniku Wojciechu Jaruzelskim”.

Berling nie chciał się na to zgodzić. Jego pamiętniki przez wiele lat leżały w pancernej szafie i zostały wydane dopiero w 1990 roku. Na wojskowej sławie widać bardzo Jaruzelskiemu zależało. W latach siedemdziesiątych w Muzeum Wojska Polskiego postanowiono wyeksponować prymusa pierwszej promocji oficerskiej w Riazaniu. Został nim, zgodnie z panującymi w wojsku zwyczajami, oczywiście Wojciech Jaruzelski, choć tak naprawdę prymusem był generał Zygmunt Huszcza. Gdy wokół „sprawy prymusa” wśród kombatantów zaczęła się mała „ruchawka”, fotografię Jaruzelskiego w Muzeum Wojska Polskiego zdjęto i po prostu nie pokazano żadnego prymusa.

W lipcu 1944 roku Jaruzelski jest dowódcą plutonu zwiadu konnego w 5 pułku 2. Dywizji Piechoty im. Henryka Dąbrowskiego. Dowodzi 12 żołnierzami. Początkowo wprawdzie stoi na czele plutonu strzelców, ale gdy okazuje się, że dobrze jeździ konno, zostaje przeniesiony do zwiadu. Jest w swoim żywiole. Na koniu nauczył się jeździć jeszcze w dzieciństwie, które spędził w Trzecinach.

***

To było szczęśliwe i zasobne dzieciństwo. Majątek w Trzecinach – dzisiaj w województwie podlaskim, w gminie Wysokie Mazowieckie – należał do Hipolita Zaręby, ojca Wandy Jaruzelskiej i rodzice przenieśli się tam dwa lata po ślubie, z Kurowa w okolicach Puław, gdzie 6 lipca 1923 roku urodził się Wojciech. Ale nie pomieszkali w Trzecinach długo. Władysław, absolwent szkoły rolniczej w czeskim Taborze, próbował wprowadzić w majątku nowe zasady gospodarowania, ale Hipolit Zaręba nie chciał się na nie zgodzić. Po awanturze młodzi Jaruzelscy wyprowadzili się do oddalonej o kilkanaście kilometrów wsi Rusia Stara. Wkrótce jednak, za namową Wandy, do Trzecin wrócili. Gospodarowali na 500 hektarach.

Mały Wojtek nie sprawiał większych kłopotów wychowawczych. Jedynie problemy z jedzeniem. Chłopak z niechęcią siadał do stołu, a w domu panowała zasada, że można od niego odejść dopiero po zjedzeniu całej porcji. Często więc kończył śniadanie w momencie, gdy reszta domowników zasiadała już do obiadu. Do końca życia będzie zresztą jadał niewiele, na śniadanie najchętniej biały ser z miodem w towarzystwie szklanki mleka. To jego uwielbienie dla nabiału będzie zresztą czasem sprawiało kłopoty. W latach osiemdziesiątych, gdy wracał z azjatyckiej podróży, podczas której odwiedził Mongolię, Koreę Północną oraz Japonię, samolot wylądował w Taszkiencie. To była planowa przerwa w podróży, podczas której rządowy samolot tankował paliwo. Gospodarze przygotowali huczne przyjęcie, aby ugościć „przywódcę bratniego narodu”. Podano między innymi słynne „Sovietskoje Igristoje”, oczywiście również wódkę, ale stroniący od alkoholu Jaruzelski zamarzył o szklance gorącego mleka. Tego sowieccy dygnitarze z Uzbekistanu nie przewidzieli. Po długich poszukiwaniach mleko w końcu się znalazło.

W dzieciństwie Wojciechem Jaruzelskim, podobnie jak jego młodszą siostrą Teresą, opiekowała się niania, ale chłopak przywiązał się przede wszystkim do fornala Władysława Ogrodnika. Z siostrą bawili się w Indian, bo innych towarzyszy zabaw nie mieli. „Mieszkaliśmy we dworze. Pracowali u nas ludzie ze wsi, fornale, oborowi, stajenni; mówiono na nich dworscy. To były dwa całkiem różne światy: nasz i ich. Ten ich nie znaczy, że był pogardzany czy traktowany z góry, chociaż zdarzało się, że ojciec na kogoś czasem nawrzeszczał. A potem reflektował się i jeszcze dał jakąś nagrodę – opowiadał pod koniec życia córce Monice. – Pamiętam, że kiedyś starsze kobiety próbowały całować ojca w rękę, a ten się żachnął: Ja nie ksiądz. Ci fornale mieli dzieci z grubsza w moim wieku, ale nie pamiętam, żebym miał z nimi jakikolwiek kontakt. Nie wypadało, no takie to były realia. Z tymi chłopskimi z samej wsi tym bardziej nie”.