Wojna w blasku dnia, tom 1Tekst

Z serii: Cykl Demoniczny #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wojna w blasku dnia, tom 1
Wojna w blasku dnia, tom 1
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,58  57,26 
Wojna w blasku dnia, tom 1
Wojna w blasku dnia, tom 1
Audiobook
Czyta Filip Kosior
37,90  28,05 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Spis cyklu

Prolog. Inevera

Arlen

Obietnica

Owies

Drugie nadejście

Opiekun Hayes

Kolczyk

Szkolenie

Sharum nigdy się nie uginają

Ahmann

Zmartwienie Kenevah

Posiłek przed wyjazdem

Setka

Zabawianie tłumu

Pieśń o Nowiu

Matka i córka

Tam, gdzie nie docierają khaffit

Zahven

Karta redakcyjna

Okładka


Spis cyklu

1 Malowany człowiek – księga 1

2 Malowany człowiek – księga 2

3 Pustynna Włócznia – księga 1

4 Pustynna Włócznia – księga 2

5 Wojna w Blasku Dnia – księga 1

6 Wojna w Blasku Dnia – księga 2

Opowieści ze świata Arlena

1 Wielki Bazar / Złoto Brayana

Dla moich rodziców, Johna i Dolores, którzy wciąż czytają w nocy na kanapie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


PROLOG
Inevera
300 ROK PLAGI

Inevera i jej brat Soli siedzieli w słońcu. Oboje przytrzymywali bosymi stopami spody wyplatanych koszy i zręcznie obracali je, wyplatając kolejne warstwy. O tej porze w ich niewielkim kramie było coraz mniej cienia. W ostatniej, zmniejszającej się plamie zasiadała ich matka, Manvah, zajęta własnym koszem. Sterta włókna palmowego ułożona między nimi kurczyła się z każdą chwilą.

Inevera miała dziewięć lat. Soli był od niej niemal dwa razy starszy, ale nadal dość młody, jak na dal’Sharum. Zasłużył sobie na ten zaszczyt zaledwie tydzień temu i jego czarna szata wciąż była jak nowa. Siedział teraz na macie, by nie pobrudzić się wszechobecnym kurzem Wielkiego Bazaru. Rozsunął płótno pod szyją, odsłaniając gładką, muskularną klatkę piersiową, lśniącą od potu.

Powachlował się liściem palmy.

– Na jaja Everama, ależ gorąco w tych szatach. Szkoda, że nie mogę już chodzić tylko w bido.

– Możesz usiąść w cieniu, jeśli sobie tego życzysz, Sharum – zauważyła matka.

Soli syknął i pokręcił głową.

– Tego oczekujesz? Że gdy tylko założę czarną szatę, zacznę was rozstawiać po kątach niczym...

Manvah zachichotała.

– Chciałam się tylko upewnić, że pozostaniesz moim słodkim chłopcem.

– Tylko dla ciebie i mojej kochanej siostrzyczki. – Soli zmierzwił włosy Ineverze. Pacnęła go w rękę, ale nie mogła powstrzymać uśmiechu. Obecność brata sprawiała, że wszyscy się uśmiechali. – Dla innych jestem paskudny niczym piaskowy demon.

– Akurat. – Manvah machnęła lekceważąco dłonią, ale Inevera zamyśliła się głęboko. Pamiętała, co Soli zrobił parę lat temu z dwoma chłopakami z plemienia Majah, którzy jej dokuczali na bazarze. Wiedziała też, że słabi nie dożywali świtu w Labiryncie.

Skończyła kosz i dołożyła go do reszty. Przeliczyła je szybko.

– Jeszcze trzy i zamówienie dama Badena będzie gotowe.

– Może Cashiv przyjdzie je odebrać i zaprosi mnie na przyjęcie w pałacu dama – powiedział Soli.

Cashiv był kai’Sharum dama Badena. Był też ajin’pal Soliego, co oznaczało, że podczas pierwszej bitwy brata Inevery walczył związany z nim mocną liną. Mówiono, że taka walka tworzyła nierozerwalną więź między mężczyznami.

Manvah parsknęła.

– Jeśli rzeczywiście trafisz na to przyjęcie, dama Baden zapewne każe ci się rozebrać i naoliwić, a potem sprezentuje twój tyłek jakiemuś lubieżnemu staruchowi. Wspaniały sposób na świętowanie Nowiu.

Soli wybuchnął śmiechem.

– Słyszałem, że tych starych nie trzeba się obawiać. Większość tylko patrzy. To młodsi uczestnicy przyjęcia nigdy nie rozstają się z fiolkami oleju.

Westchnął przy tych słowach.

– Gerraz usługiwał podczas ostatniej orgii u dama Badena. Mówił, że dama wręczył mu dwieście draki. Niezła forsa, zdecydowanie warta paru otarć na tyłku.

– Uważaj, żeby ojciec tego nie usłyszał – ostrzegła Manvah.

Soli zerknął na kotarę, za którą spał ojciec.

– I tak prędzej czy później dowie się, że jego syn to push’ting – westchnął. – Nie poślubię jakiejś biednej dziewczyny tylko po to, by to przed nim ukryć.

– Czemu nie? – spytała Manvah. – Pomogłaby nam przy wyplataniu. Czy naprawdę nie mógłbyś się przemóc i parę razy wlać w nią nasienie, abym doczekała się wnuków?

Soli skrzywił się tylko.

– Jeśli o to chodzi, będziesz musiała poczekać na Ineverę. – Spojrzał na siostrę. – Jutro Hannu Pash, siostrzyczko. Może dama’ting znajdą ci męża?

– Nie zmieniaj tematu! – Manvah smagnęła go liściem palmy. – Bez lęku stajesz do walki z potworami w Labiryncie, a boisz się tego, co się kryje między nogami kobiety?

Przez twarz chłopaka przemknął grymas.

– W Labiryncie nie jest wesoło, ale przynajmniej otaczają mnie silni, spoceni mężczyźni. A zresztą kto wie? Może przypadnę do gustu dama, który też jest push’ting? Ci najbardziej wpływowi, jak Baden, tworzą z ulubionych Sharum osobiste straże, które walczą w Labiryncie tylko podczas Nowiu! Wyobrażacie sobie? Tylko trzy noce w Labiryncie!

– To i tak o trzy za dużo – mruknęła Manvah.

Inevera była zmieszana.

– Ale przecież Labirynt to święte miejsce! To ogromny zaszczyt!

Manvah prychnęła i powróciła do wyplatania. Soli popatrzył na siostrę. Jego oczy były zamglone, jakby wpatrywał się w dal. Przestał się uśmiechać.

– W Labiryncie czeka święta śmierć – rzekł w końcu. – Dama obiecują Niebiosa każdemu mężczyźnie, który tam zginie, ale ja na razie nie palę się, aby stanąć przed Everamem. Jeszcze nie.

– Przepraszam – szepnęła Inevera.

Soli potrząsnął głową i uśmiechnął się znowu.

– Nie przejmuj się tym, siostrzyczko. Labirynt to nie twoje zmartwienie.

– Labirynt to zmartwienie każdej kobiety w Krasji, mój synu – rzekła Manvah. – Obojętnie, czy walczymy u waszego boku, czy też nie.

Rozmowę przerwał głośny jęk i szmer odsuwanej kotary. Zaraz potem pojawił się Kasaad. Ojciec Inevery nawet nie spojrzał na żonę. Bezceremonialnie wypchnął ją nogą z zacienionego miejsca, rzucił tam parę poduszek i rozparł się wygodnie. Wychylił mały kubek couzi i natychmiast nalał sobie kolejny, mrużąc oczy w blasku słońca. Jego wzrok jak zwykle przesunął się po Ineverze, jakby nie istniała, i zatrzymał się na jej bracie.

– Soli! Natychmiast odłóż ten kosz! Jesteś teraz Sharum i nie będziesz pracował jak byle khaffit!

– Ojcze, otrzymaliśmy pilne zamówienie! – zaoponował Soli. – Cashiv...

– Phi! – Kasaad machnął ręką. – Nie obchodzi mnie, czego chce ten naoliwiony, wypachniony push’ting! Odłóż ten koc i wstawaj, zanim ktoś zauważy, że kalasz czarne szaty! Wystarczy, że musimy marnować cały dzień na tym brudnym bazarze.

– Ten człowiek chyba nie ma pojęcia, skąd się biorą pieniądze – mruknął Soli pod nosem, nie chcąc, by go Kasaad usłyszał. Nie przerywał pracy.

– Albo jedzenie na stole. – Manvah przewróciła oczami i westchnęła. – Najlepiej będzie, jak zrobisz to, czego chce.

– Skoro jestem teraz Sharum, mogę robić to, co mi się żywnie podoba. Niby dlaczego mam przestać wyplatać kosze, skoro przynosi mi to ukojenie? – spytał Soli. Jego palce migotały coraz szybciej, wplatając kolejne liście palmowe. Kosz był już na ukończeniu i chłopak nie miał zamiaru przerywać. Inevera przyglądała mu się ze zdumieniem. Pracował niemal równie szybko jak matka.

 

– To twój ojciec – rzekła Manvah. – Jeśli nie zrobisz tego, co chce, wszyscy tego pożałujemy.

Zwróciła się do Kasaada słodkim głosem:

– Ty i Soli możecie odejść zaraz po tym, jak dama ogłoszą wieczór, mężu.

Kasaad skrzywił się tylko. Szybko wychylił kolejny kubeczek.

– W czym ja, wielki Kasaad asu Kasaad am’Damaj am’Kaji, pogromca setek alagai, uraziłem Everama, że teraz muszę pilnować sterty koszy?

Z obrzydzeniem wskazał na stos gotowych wyrobów.

– Powinienem iść na miejsce zbiórki! Powinienem szykować się do chwalebnej alagai’sharak!

– Chodzi mu tylko o to, by się upić z innymi Sharum – szepnął Soli do Inevery. – Oddziały, które zbierają się najwcześniej, udają się do centrum Labiryntu, gdzie trwają najzacieklejsze walki. Im dłużej będzie zwlekać, tym mniejszą ma szansę, że w ogóle zobaczy jakiegoś alagai. Wypije do tego czasu tyle couzi, że będzie pijany jak bela.

Couzi. Inevera nienawidziła tego napoju. Wyrabiano go ze sfermentowanych ziaren doprawionych cynamonem, sprzedawano w niewielkich glinianych buteleczkach, a pito z jeszcze mniejszych kubków. Ineverze wystarczyło powąchać pustą butelkę, by zapiekły ją nozdrza i zakręciło jej się w głowie. W zapachu nie było ani śladu cynamonu. Mówiono, że smak zaczynało się odczuwać dopiero po trzech kubeczkach, ale czy można zawierzyć słowom człowieka, który tyle już w siebie wlał? Ludzie pijący couzi mieli tendencję do przesady i podkreślania własnej wielkości.

– Soli! – warknął Kasaad. – Zostaw robotę kobietom i napij się ze mną. Wychylimy toast za śmierć czterech alagai, które wczoraj załatwiłeś!

– Będziesz mi przypisywał zasługi całego oddziału? – burknął Soli. Jego palce poruszały się jeszcze szybciej. – Nie piję couzi, ojcze! – zawołał. – Evejah zabrania.

Kasaad parsknął i wychylił kolejny kubeczek.

– Manvah! Zrób synowi sharik herbatę.

Znów przechylił butelkę, ale do kubka ściekło tylko kilka kropel.

– I przynieś mi jeszcze couzi.

– Everamie, daj mi cierpliwość – mruknęła Manvah i zawołała głośno: – To była ostatnia butelka, mężu!

– No to rusz się i kup mi jeszcze! – warknął Kasaad.

Inevera była pewna, że matka zgrzytnęła zębami.

– Większość kupców na bazarze już zamknęła sklepy, a my musimy skończyć te kosze przed przybyciem Cashiva.

Kasaad machnął ręką z obrzydzeniem.

– Przecież ten marny push’ting może chyba zaczekać, nie?

Soli nabrał gwałtownie tchu. Inevera dostrzegła krew na jego dłoni, rozciętej ostrą krawędzią liścia palmowego. Chłopak zacisnął zęby, ale nie przerwał pracy.

– Wybacz, czcigodny mężu, ale wysłannik dama Badena nie będzie czekać. – Manvah również kontynuowała pracę. – Jeśli nie wykonamy zamówienia na czas, Cashiv znów kupi kosze od Krishy. Bez jego zapłaty nie będziemy w stanie zapłacić podatku na cele wojenne, nie mówiąc już o kupnie alkoholu!

– Co? – ryknął Kasaad. – Co wy robicie z moimi pieniędzmi! Przecież przynoszę do domu sto draki na tydzień!

– A połowa z tego wraca do dama w formie podatku – odrzekła Manvah. – Co więcej, zawsze wkładasz dwadzieścia draki do kieszeni. Resztę wydajemy na kuskus i couzi, a na niewiele starcza, tym bardziej że często przyprowadzasz do domu pół tuzina spragnionych Sharum. To sporo kosztuje, mężu. Dama odrąbują kciuki khaffit przyłapanym na sprzedawaniu alkoholu. Nic dziwnego, że couzi staje się coraz droższe.

Kasaad splunął.

– Khaffit sprzedaliby słońce, gdyby mogli je ściągnąć z nieba. Przestań już gadać i idź kupić butelkę. Uprzyjemnisz mi oczekiwanie na tego półmężczyznę.

Soli skończył swój kosz, wstał i położył go na inne.

– Ja pójdę, matko. Chabin nigdy nie zamyka kramu przed zachodem słońca i na pewno będzie miał jeszcze trochę na stanie.

W oczach Manvah błysnęła stal, ale nie przerywała wyplatania. Podobnie jak Soli, pracowała coraz szybciej. Jej palce migotały nieprzerwanie.

– Nie chcę, byś wychodził teraz. Jeszcze ktoś się połasi na nasze kosze. To cały miesiąc pracy!

– Przecież nikt nas nie obrabuje w obecności ojca! – zapewnił Soli, ale spojrzał na Kasaada usiłującego wylizać ostatnie krople couzi z butelki i westchnął. – Obiecuję, że się pospieszę. Nawet nie zauważycie, że mnie nie ma.

– Wracaj do pracy, Inevera – warknęła Manvah, gdy Soli wybiegł z kramu. Dziewczynka uświadomiła sobie, że przerwała wyplatanie i wpatrywała się to w brata, to w ojca. Natychmiast wróciła do pracy.

Nie miała odwagi spojrzeć na ojca, ale zerkała raz po raz. Kasaad wpatrywał się w matkę, która właśnie obróciła wyplatany kosz zręcznymi stopami. Jej czarne szaty uniosły się nieco, odsłaniając nagie kostki i łydki.

Kasaad położył dłoń na kroczu i zaczął masować.

– Chodź tu, żono. Chcę.

– Pracuję! – oznajmiła Manvah i wzięła kolejną gałąź palmy ze stosu. Sprawnie odłamywała liście od łodygi.

Kasaad wydawał się bezgranicznie zdumiony jej odpowiedzią.

– Dlaczego odmawiasz mężowi godziny przyjemności przed nocną bitwą?

– Ponieważ ślęczę nad tymi koszami od tygodnia! – odparła Manvah. – Ponieważ jest późno i na ulicy zrobiło się cicho! Ponieważ owoce naszej pracy leżą na widoku, a jedyną osobą, która może je obronić przed złodziejami, jest napalony pijak!

– Kto taki? – Kasaad parsknął śmiechem.

– Dobre pytanie! – zabrzmiał obcy głos. Wszyscy odwrócili się i ujrzeli Krishę wchodzącą do ich pawilonu. – Kto taki?

Krisha była potężną kobietą. Bynajmniej nie grubą, gdyż mało kto w Pustynnej Włóczni mógł sobie pozwolić na otyłość. Wywodziła się z rodziny wojowników i odziedziczyła po ojcu mocną posturę, szerokie ramiona i twarde dłonie. Jak wszystkie dal’ting zakutana była od stóp do głów w czarną szatę. Również zajmowała się wyplataniem koszy i należała do najpoważniejszych konkurentek Manvah w plemieniu Kaji. Jej wyroby miały gorszą jakość, ale Krisha była ambitniejsza.

Wraz z nią do pawilonu weszły cztery inne kobiety w szatach dal’ting. Dwie zasłaniały twarze czarnymi woalkami, jak przystało na siostry-żony. Pozostałe, z odsłoniętymi obliczami, były córkami Krishy. Podobnie jak matka, raczej nie mogły poszczycić się urodą, co zapewne odstraszało wielu potencjalnych mężów. Wszystkie były dobrze zbudowane i po wejściu do pawilonu rozstawiły się w krąg, niczym szakale osaczające zająca.

– Wciąż pracujecie, mimo późnej pory – zauważyła Krisha. – Większość kramów już zamknięta.

Manvah wzruszyła ramionami, nie odrywając oczu od kosza.

– Dama ogłoszą zapadnięcie zmroku dopiero za jakąś godzinę.

– Cashiv zawsze przychodzi do was pod wieczór, prawda? – spytała Krisha. – W dniu przyjęcia dama Badena?

Manvah nadal nie unosiła wzroku.

– Moi klienci to nie twoje zmartwienie.

– Owszem, moje. Zwłaszcza gdy wykorzystują syna push’ting, by mnie okradać – w głosie Krishy pojawiła się groźba. Jej córki podeszły do Inevery i odgrodziły ją od matki. Siostry-żony zbliżyły się do Kasaada.

Manvah uniosła spojrzenie.

– Niczego nikomu nie ukradłam. Cashiv przyszedł do mnie i powiedział, że twoje kosze rozpadają się po załadowaniu. Winę za straty ponoszą twoje wyplataczki, a nie ja.

Krisha pokiwała głową i wzięła koszyk, który Inevera ułożyła przed chwilą na stosie.

– Odwalasz tu niezłą robotę wraz z córką – stwierdziła, sprawdzając wytrzymałość splotu, a potem rzuciła kosz na ziemię i rozgniotła stopą obutą w sandał.

– Ani się waż, kobieto! – ryknął Kasaad. W jego głosie gniew mieszał się z niedowierzaniem. Zerwał się na równe nogi, ale nie zdołał złapać równowagi. Rozejrzał się w poszukiwaniu włóczni i tarczy, jednak nigdzie ich nie było.

Siostry-żony Krishy wykorzystały okazję i równocześnie wyszarpnęły krótkie ratanowe laseczki z obszernych rękawów. Jedna złapała Kasaada za ramiona i obróciła w stronę drugiej, a ta celnie wbiła laskę w żołądek Sharum. Wojownik jęknął z bólu, nie mógł złapać oddechu. Kobieta kopnęła go z całej siły w krocze. Kasaad wrzasnął.

Inevera zerwała się z krzykiem, ale córki Krishy przytrzymały ją brutalnie. Manvah również się podniosła, zaraz jednak upadła, kopnięta w twarz przez Krishę. Zawyła głośno, ale było już późno i nikt jej nie usłyszał.

Krisha spojrzała na kosz leżący na klepisku. Oparł się jej niszczycielskim zapędom. Poddał się, dopiero gdy trzykrotnie na niego skoczyła. Przyglądająca się scenie Inevera uśmiechnęła się z zawiścią.

Kilka kroków od niej siostry-żony Krishy nadal biły Kasaada.

– Wrzeszczy jak kobieta! – zaśmiała się jedna i znów kopnęła go między nogi.

– A walczy jeszcze gorzej! – krzyknęła druga. Puściła i Kasaad runął na ziemię, próbując odzyskać oddech. Na jego twarzy malował się ból i upokorzenie. Kobiety zostawiły go i zaczęły przewracać stosy koszy, niszczyły je uderzeniami lasek.

Inevera usiłowała się wyrwać, ale młodsze kobiety zacisnęły chwyt.

– Nie ruszaj się albo połamiemy ci palce i będziesz miała wyplatanie koszy z głowy na resztę życia!

Dziewczynka znieruchomiała, ale zmrużyła oczy i zmieniła lekko pozycję, by wbić piętę w najbliższą stopę. Zerknęła na Manvah. Matka pokręciła głową.

Kasaad splunął krwią i uniósł się nieco.

– Wy wiedźmy! Kiedy dama się o tym dowie...

– Dama! – zarżała Krisha. – Pójdziesz do dama, Kasaadzie synu Kasaada, i opowiesz mu, że uchlałeś się couzi i zostałeś pobity przez kobiety? Już to widzę! Nie piśniesz o niczym nawet swemu ajin’pal, gdy przyjdzie cię zerżnąć w nocy!

Kasaad usiłował wstać, ale jedna z kobiet powaliła go szybkim kopniakiem w brzuch. Zaległ na plecach i nie poruszył się więcej.

– Phi! – wykrzyknęła kobieta. – Posikał się jak dzieciak!

Wybuchły śmiechem.

– Podsunęło mi to pewien pomysł! – zawołała Krisha i podeszła do stosu rozsypanych koszy. Podniosła szatę. – Po co mamy się pocić i rozwalać te przeklęte wyroby, kiedy po prostu możemy do nich napaskudzić?

Przykucnęła i zaczęła oddawać mocz, kręcąc przy tym biodrami, by zabrudzić możliwie najwięcej. Pozostałe kobiety zaśmiały się i poszły w jej ślady.

– Biedna Manvah – szydziła Krisha. – Masz męża i syna w rodzinie, a żaden nie zasługuje na miano mężczyzny. Twój mąż jest gorszy od khaffit, a twój syn push’ting najwyraźniej jest zbyt zajęty ssaniem kutasów, by ci pomóc!

– I tu się mylisz! – zabrzmiało.

Inevera odwróciła głowę i ujrzała dłoń Soliego zaciskającą się na nadgarstku trzymającej ją kobiety. Ta wrzasnęła z bólu, gdy młody wojownik bez litości wykręcił jej rękę, i wierzgnęła dziko, przewracając siostrę.

– Dość tego! – Soli huknął na wrzeszczącą kobietę i odepchnął ją mocno. – Jeśli raz jeszcze dotkniesz mojej siostry, nie poprzestanę na wykręcaniu, a po prostu oderwę ci dłoń!

– Zaraz się przekonamy, push’ting! – oznajmiła Krisha. Jej siostry-żony wstały, wygładziły szaty i ruszyły na Soliego, unosząc pałki. Krisha pochwyciła własną.

Inevera krzyknęła, ale brat, choć nie miał broni, bez strachu skoczył naprzeciw atakującym. Pierwsza napastniczka wymierzyła mu cios, ale Soli okazał się szybszy, usunął się i złapał kobietę za ramię. Rozległ się trzask i siostra-żona padła z wrzaskiem na ziemię. Jej laska znalazła się w dłoni młodzieńca. Druga kobieta zaatakowała, ale Soli sparował uderzenie i grzmotnął ją bez wahania w twarz. Ruchy miał płynne, wyglądał, jakby tańczył. Inevera przyglądała się, jak brat trenował sharusahk po powrocie do domu w Nowiu. Uderzona kobieta upadła, a Inevera ujrzała, jak unosi woalkę, by wypluć krew z ust.

Krisha zaatakowała jako trzecia. Soli wypuścił laskę, pochwycił broń napastniczki i zablokował. Po czym złapał kobietę za kołnierz, odwrócił ją i przechylił nad stos koszy. Uderzył jej głową o ziemię, a potem złapał skraj szaty prowodyrki i poderwał tkaninę aż po talię.

– Błagam! – jęczała Krisha. – Zrób ze mną, co sobie życzysz, ale nie odbieraj moim córkom dziewictwa!

– Fuj! – Soli splunął z obrzydzeniem. – Już prędzej zerżnąłbym wielbłąda.

– Och, przestań, push’ting – w głosie kobiety zabrzmiało szyderstwo. – Wyobraź sobie, że jestem mężczyzną, i weź mnie od tyłu!

 

Soli ujął laskę Krishy i zaczął okładać jej pośladki.

– Żaden mężczyzna, nie tylko push’ting, nie wepchnie fiuta w kupę łajna! – wykrzyknął, zagłuszając wrzaski Krishy i niosący się echem łoskot uderzeń o gołą skórę. – A twoich córek nawet nie tknę, bo chcę, by jak najszybciej wyszły za jakiegoś nieszczęsnego khaffit i zakryły woalkami swoje paskudne gęby!

Puścił kołnierz, ale nadal tłukł Krishę, wypędzając zarówno ją, jak i pozostałe kobiety z kramu. Córki pomogły się podnieść siostrom-żonom i cała piątka, potykając się, chyłkiem zbiegła ulicą.

Manvah wstała i otrzepała szaty. Zignorowała Kasaada i podeszła do Inevery.

– Nic ci się nie stało? – spytała.

Dziewczynka pokręciła głową.

– Sprawdźmy kosze – rzekła matka. – Były tu tylko przez chwilę. Może uda nam się ocalić...

– Za późno. – Soli wskazał na ulicę, na której pojawiło się trzech Sharum. Mieli na sobie szaty bez rękawów i napierśniki z czarnej stali, uformowane na podobieństwo perfekcyjnie umięśnionej klatki piersiowej. Ogromne bicepsy obwiązali czarnymi jedwabnymi wstążkami, a nadgarstki zakryli karwaszami ze skóry nabijanej ćwiekami. Na plecach nosili wypolerowane złote tarcze. Beztrosko wymachiwali krótkimi włóczniami, krocząc z wdziękiem polujących wilków.

Manvah złapała niewielki dzban z wodą i wylała ją Kasaadowi na twarz. Ten jęknął i dźwignął się na kolana.

– Do środka! – warknęła Manvah. – Szybko!

Popędziła męża kopniakiem. Kasaad burknął, ale zdołał w porę wpełznąć pod płachtę namiotu i zniknąć z pola widzenia.

– Jak wyglądam? – Soli przygładził włosy i poprawił szaty. Szerzej obnażył pierś.

Było to idiotyczne pytanie. Żaden mężczyzna nawet w połowie nie dorównywał urodą bratu Inevery.

– Dobrze – odparła dziewczynka.

– Soli, mój drogi ajin’pal! – zawołał Cashiv. Miał dwadzieścia pięć lat, był kai’Sharum i zdecydowanie najprzystojniejszym mężczyzną z trójki przybyłych. Starannie przyciętą brodę nasączał aromatycznymi olejkami, a skórę miał idealnie brązową. Na jego napierśniku widniało słońce, symbol dama Badena, bez wątpienia z czystego złota, a turban przyozdabiał wielki turkus. – Miałem wielką nadzieję, że cię zastanę, gdy przyjdę odebrać... – zaczął, lecz przerwał na widok bałaganu. – ...zamówienie – dokończył. – A niech mnie. Co tu się stało? Stado wielbłądów przeszło?

Pociągnął nosem.

– I naszczało?

Zasłonił nos białą przesłoną, która wisiała mu na szyi. Jego towarzysze zrobili to samo.

– Mieliśmy trochę... kłopotów – wyjaśnił Soli. – To moja wina. Niepotrzebnie wychodziłem.

– Wielka szkoda. – Cashiv zbliżył się do Soliego, nie zwracając w ogóle uwagi na kobiety. Przesunął palcem po kropli krwi rozsmarowanej na muskularnej klatce piersiowej brata Inevery. Zadumany roztarł czerwień między kciukiem a palcem wskazującym. – Wygląda na to, że wróciłeś w porę i zdążyłeś się wszystkim zająć.

– To stado wielbłądów już tu nie wróci – zgodził się Soli.

– Niestety, zrobiły swoje – zauważył ze smutkiem Cashiv. – Znów będziemy musieli kupić kosze od Krishy.

– Proszę! – Soli położył dłoń na ramieniu wojownika. – Potrzebujemy tych pieniędzy. Nie wszystko uległo zniszczeniu. Możemy sprzedać wam przynajmniej połowę?

Cashiv spojrzał na zaciśniętą dłoń ajin’pal i uśmiechnął się, ale z lekceważeniem wskazał stos koszy.

– Fuj. Skoro jeden został obsikany, wszystkie będą śmierdzieć. Nie zaniosę takiego towaru mojemu panu. Sprzedaj je khaffit.

Pochylił się bardziej i oparł dłoń o klatkę piersiową Soliego.

– Ale skoro potrzebujesz pieniędzy, to mam inny pomysł. Może zamiast sprzedawać kosze, przyjdziesz na przyjęcie do dama Badena i tam będziesz je roznosił?

Wsunął dłoń pod poluzowaną szatę Soliego, by pomasować jego ramię.

– Jeśli będziesz, khm... dobrze nosił – dodał – dostaniesz trzy razy więcej niż za kosze.

– Kosze to całe moje życie – uśmiechnął się Soli. – Znam się na noszeniu.

Cashiv roześmiał się tubalnie.

– Wpadniemy jutro rano, by cię zabrać na przyjęcie.

– Spotkajmy się na placu ćwiczeń – rzekł Soli.

Cashiv pokiwał głową i wraz z towarzyszami odszedł do kramu Krishy.

Manvah stanęła obok Soliego.

– Przykro mi, że musisz to robić, synu.

Młodzieniec wzruszył ramionami.

– Raz na wozie, raz pod wozem. Denerwuje mnie tylko to, że Krisha wygrała.

Manvah uniosła woalkę, by splunąć na podłogę.

– Niczego nie wygrała. Nie ma żadnych koszy na sprzedaż.

– Skąd to wiesz? – zdziwił się chłopak.

– Bo tydzień temu wpuściłam do jej składu kilka szczurów! – zachichotała Manvah.


Soli pomógł uporządkować kram, a potem odprowadził Manvah i Ineverę do niewielkiego domu, gdzie znajdowały się ich pokoje. Wkrótce dama odśpiewali z minaretów Sharik Hora pieśń na zapadnięcie zmroku. Udało się ocalić większość koszy, ale kilka wymagało naprawy. Manvah wzięła grubą wiązkę liści palmowych na plecy.

– Muszę się spieszyć, by zdążyć na zbiórkę – rzekł Soli. Inevera i Manvah zarzuciły mu ramiona na szyję i ucałowały go, a młodzieniec odwrócił się i odbiegł do miasta.

Zapadał już zmrok. Kobiety otworzyły klapę wzmocnioną runami, po czym zeszły do Podmiasta.

Każdy budynek w Krasji miał przynajmniej jeden poziom pod ziemią. Z piwnic wychodziły przejścia prowadzące do Podmiasta, ciągnącego się na mile labiryntu jaskiń i tuneli. Właśnie tam kobiety, dzieci i khaffit chronili się, podczas gdy mężczyźni walczyli w alagai’sharak. Wielkie bloki ciętego kamienia, na których wyryto potężne runy, grodziły drogę demonom powstającym w głębi Nie.

Podmiasto zostało zaprojektowane jako azyl dla mieszkańców Pustynnej Włóczni, ale także jako metropolia sama w sobie. Gdyby wydarzyła się rzecz niepojęta i alagai pokonałyby runiczne mury, życie mogłoby nadal toczyć się pod ziemią. Każda rodzina miała tu miejsce do spania, znajdowały się tam również szkoły, pałace, ośrodki kultu i inne potrzebne instytucje.

Inevera oraz jej matka miały do dyspozycji jedynie niewielką piwniczkę, a w niej koce do spania, spiżarenkę oraz komnatę z głęboką jamą, gdzie załatwiało się potrzeby.

Manvah zapaliła lampę i usiadła przy stole, by zjeść z córką kolację na zimno. Po posiłku kobieta rozłożyła liście palmy. Inevera usiadła przy niej, chcąc pomóc, ale matka pokręciła głową.

– Do łóżka – rozkazała. – Jutro jest twój wielki dzień. Nie chcę, byś stanęła przed dama’ting z oczami czerwonymi z niewyspania.


Inevera spoglądała na ciągnący się przed nią szereg dziewcząt wraz z matkami, czekających na wejście do pawilonu dama’ting. Po porannej pieśni dama w dniu przesilenia wiosennego Oblubienice Everama wzywały bowiem wszystkie dziewczęta w wieku dziewięciu lat, by przedstawić im Hannu Pash – ścieżkę życia, którą obmyślił dla nich Everam. U chłopców poznawanie Hannu Pash trwało czasami całe lata, lecz w przypadku dziewcząt wystarczała pojedyncza przepowiednia dama’ting.

Większość przybyłych uznawano za płodne kandydatki na żony, otrzymywały więc pierwszą chustę, ale niektóre opuszczały pawilon zaręczone lub obdarzone nowym powołaniem. Inne, zwykle ubogie i niepiśmienne, wykupywano od ojców i szkolono w sztuce uprawiania miłości, a potem odsyłano do wielkiego haremu, gdzie służyły wojownikom Krasji jako jiwah’Sharum. Przypadał im zaszczyt rodzenia nowych wojowników w miejsce tych, którzy padli, walcząc z demonami podczas alagai’sharak.

Inevera obudziła się pełna entuzjazmu, ubrała i rozczesała czarne falujące włosy, które lśniły niczym jedwab. Dziś pokazywała je światu po raz ostatni.

Miała wejść do pawilonu dama’ting jako dziewczyna, ale opuścić go jako młoda kobieta. Pierwszą osobą, której przyjdzie ujrzeć jej włosy, będzie przyszły mąż. W pawilonie dziewięciolatka pozbędzie się też zwykłych szat i wyjdzie stamtąd odziana w czerń.

– Może któryś Damaji weźmie mnie do haremu – powiedziała. – Mieszkałabym w pałacu i dostałabym tak wielki posag, że nigdy więcej nie wyplatałabyś już koszy.

– Musiałabyś wówczas pożegnać się z nadzieją, że kiedykolwiek jeszcze ujrzysz słońce – odparła jej matka, Manvah. Mówiła cicho, aby nikt w pobliżu nie usłyszał. – Nie miałabyś też szansy na rozmowę z nikim poza siostrami-żonami. Twoim jedynym zadaniem byłoby zaspokajanie starucha, który mógłby być twoim pradziadkiem.

Matka pokręciła głową i dodała:

– Dobrze, że przynajmniej płacimy podatek i masz dwóch mężczyzn, którzy mogą przemówić w twoim imieniu. Szansa, że zostaniesz sprzedana do wielkiego haremu, jest niewielka. Chociaż wolałabym, żebyś trafiła do haremu, niż została uznana za bezpłodną i wyrzucona na ulicę jako nie’ting.

Nie’ting. Inevera wzdrygnęła się na samą myśl.

Dziewczyny uznane za bezpłodne nie miały prawa do czarnych szat i przez resztę życia nosiły brązowe suknie niczym khaffit. Okryte hańbą musiały też chodzić z odsłoniętymi twarzami.

– A może dama’ting mnie wybiorą? – rzekła Inevera.

– O czym ty mówisz? – parsknęła Manvah. – One nigdy nikogo nie wybierają.

– Babka mówiła, że wybrały jedną dziewczynę w dniu jej próby – odparła Inevera.

– To miało miejsce pięćdziesiąt lat temu – westchnęła Manvah. – A ponadto czcigodna matka twojego ojca, niech Everam błogosławi jej duszę, miała pewne skłonności do... do przesady.

– No to skąd się biorą wszystkie nie’dama’ting? – zapytała Inevera, mając na myśli adeptki dama’ting, które również nie zakrywały twarzy, lecz nosiły białe szaty jako symbol zaprzysiężenia Everamowi.

– Ludzie mówią, że Everam zapładnia swoje Oblubienice i nie’dama’ting są jego córkami – rzekła Manvah.

Inevera zerknęła na matkę i uniosła brew, jakby zastanawiała się, czy rodzicielka nie stroi sobie żartów.

– Równie dobre wyjaśnienie jak każde inne – wzruszyła ramionami Manvah. – Żadna matka na rynku nigdy nie widziała dziewczyny wybranej przez dama’ting.

– Matko! Siostro!

Na twarzy Inevery odmalował się szeroki uśmiech, gdy ujrzała Soliego i Cashiva. Jej starszy brat był nadal pokryty kurzem z Labiryntu, a na tarczy zawieszonej na ramieniu widać było nowe wgłębienia po uderzeniach. Cashiv jak zwykle prezentował się nieskazitelnie.