TalizmanTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Talizman
Talizman
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,50  58,80 
Talizman
Audio
Talizman
Audiobook
Czyta Filip Kosior
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Osmond miał rację: w razie konieczności mogli kierować się powonieniem. Byli o milę od wsi o dziwnej nazwie, gdy wiatr doniósł do nich pierwsze kwaśne tchnienie rozlanego jęczmiennego piwa.

Traktem na wschód sunęły wozy przeważnie ciągnięte przez zaprzęgi spienionych koni (chociaż żaden z nich nie miał dwóch łbów). Wozy stanowią w tym świecie odpowiednik ciężarówek marki Reo czy Peterbilt, domyślił się Jack. Na niektórych piętrzyły się wory, bele i torby, na innych – surowe mięso, na jeszcze innych – klatki z gdaczącymi kurami. Na obrzeżach Wioski Podręcznych minął ich w alarmującym tempie otwarty wóz pełen kobiet. Kobiety śmiały się i krzyczały. Jedna z trudem stanęła, podniosła spódnicę po owłosione krocze i zakołysała po pijanemu biodrami. Zwaliłaby się przez bok wozu do rowu – i pewnie złamałaby kark – gdyby któraś z koleżanek nie pociągnęła jej za tył spódnicy i bezceremonialnie nie usadziła na miejscu.

Jack znów się zaczerwienił: przed oczyma stanęła mu biała pierś dziewczyny i sutek w ustach ssącego z całych sił niemowlęcia. Ooooo, śliczny panicz jest NIEŚMIAŁY!

– Boże! – mruknął Farren, jeszcze bardziej przyspieszając kroku. – Wszystkie były pijane! Uchlały się rozlanym piwem. I te dziwki, i woźnica! Pewnie wywali się na drodze albo zjedzie z nimi z nadmorskiego urwiska. Żadna strata! Zarażone ladacznice!

– Przynajmniej droga musi być przejezdna, skoro wszystkie te wozy tu dotarły – wydyszał Jack. – Nie mylę się?

Dotarli do Wioski Podręcznych. Szeroki Szlak Zachodni polewano tu olejem, by nie dopuścić do wzbijania się kurzu. Wozy nadjeżdżały i odjeżdżały, grupki ludzi przechodziły przez drogę i wszyscy zdawali się mówić zbyt głośno. Jack zobaczył dwóch mężczyzn kłócących się pod budynkiem wyglądającym na oberżę. W chwili potem obydwaj kotłowali się na ziemi. Nie tylko te ladacznice spiły się rozlanym piwem, pomyślał Jack. Wygląda na to, że każdy we wsi dostał swoją działkę.

– Wszystkie wielkie wozy, które nas mijały, wyruszyły stąd – powiedział Farren. – Niektóre z mniejszych mogły się przedostać, ale zapewniam cię, że karoca Morgana nie jest mała, chłopcze.

– Morgan...

– Nie zawracaj sobie nim teraz głowy.

Woń piwa stawała się coraz ostrzejsza, w miarę jak przechodzili przez środek wsi na jej drugą stronę. Jacka rozbolały nogi, gdyż starał się dotrzymać kroku kapitanowi. Oceniał, że uszli już trzy mile. Ile to jest w moim świecie? – zadał sobie pytanie, co z kolei przywiodło mu na myśl magiczny napitek Speedy’ego. Gorączkowo pogrzebał w kaftanie, przekonany, że butelka znikła – ale tkwiła bezpiecznie, zatknięta w tutejszy odpowiednik bielizny, który zastąpił bokserki chłopca.

Gdy wydostali się na zachodnią stronę wioski, ruch wozów zelżał, jednak było tu znacznie więcej pieszych, którzy kierowali się na zachód. Większość chwiała się, śmiała i potykała. Wszyscy cuchnęli piwskiem. Niektórym ociekały ubrania, jakby kładli się na ziemi i spijali piwo jak psy. Jack podejrzewał, że tak właśnie było. Zobaczył śmiejącego się mężczyznę, który prowadził za rękę również roześmianego, może ośmioletniego chłopca. Mężczyzna wykazywał koszmarne podobieństwo do recepcjonisty z Alhambry, Jack zaś wlot pojął, że jest to Dwójnik tamtego człowieka. Zarówno mężczyzna, jak i prowadzony przezeń chłopiec byli pijani, a gdy Jack odwrócił się za nimi, chłopczyk zaczął wymiotować. Ojciec – bo chyba to był ojciec – szarpnął dzieciaka za ramię, gdy spróbował wleźć w krzaki w przydrożnym rowie, gdzie mógłby zwracać we względnym odosobnieniu. Chłopiec zatoczył się z powrotem w stronę ojca jak szczenię na krótkiej smyczy, ochlapując wymiocinami starszego mężczyznę, który jakiś czas temu zwalił się na skraju traktu i chrapał w najlepsze.

Twarz kapitana Farrena stawała się coraz pochmurniejsza.

– Niech Bóg ich wszystkich przygwoździ – burknął.

Nawet najbardziej pijani dla własnego dobra omijali szerokim łukiem oficera z blizną. Gdy kapitan wszedł po raz drugi do strażnicy pod pawilonem, przypasał krótką, solidną pochwę ze skóry. Jack podejrzewał (nie bez podstaw), że tkwi w niej krótki, solidny miecz. Gdy tylko któryś z pijaków za bardzo się zbliżył, kapitan dotykał miecza, i wówczas człowiek ów szybko skręcał w inną stronę.

Dziesięć minut później – gdy Jack nabierał pewności, że nie zdoła dłużej dotrzymywać oficerowi kroku – dotarli do miejsca wypadku. Woźnica pokonywał zakręt od wewnętrznej strony, gdy wóz przechylił się i wywrócił. W rezultacie beczki wytoczyły się na całą szerokość drogi. Wiele z nich rozbiło się; droga na odcinku dwudziestu stóp zamieniła się w trzęsawisko. Jeden z koni leżał martwy pod wozem; widać było tylko jego zad. Drugi zwalił się do rowu; z ucha sterczał mu kawałek strzaskanej klepki. Jack nie sądził, że stało się to przypadkiem. Domyślił się, że koń był śmiertelnie ranny i ktoś skrócił jego cierpienia, posłużywszy się pierwszym narzędziem, jakie nawinęło się pod rękę. Pozostałych koni nigdzie nie dostrzegał.

Na drodze między koniem pod wozem i tym w rowie leżał syn woźnicy z rozrzuconymi rękami i nogami. Połową twarzy wpatrywał się w jaskrawoniebieskie niebo Terytoriów z wyrazem idiotycznego zdziwienia. W miejscu drugiej połowy była teraz jedynie czerwona papka, spośród której sterczały jak grudki gipsu białe odłamki kości.

Jack zobaczył, że kieszenie chłopaka były wywrócone na lewą stronę.

Wokół miejsca wypadku kręciło się ponad dwudziestu ludzi. Chodzili powoli, często pochylali się, by złożonymi dłońmi nabrać piwa z odcisku kopyta albo zmoczyć w kałuży chustkę do nosa lub oderwany kawałek podkoszulka. Większość się zataczała; śmiali się i wykłócali podniesionymi głosami. Matka Jacka pozwoliła mu kiedyś wskutek jego usilnych próśb pójść z Richardem na nocny podwójny seans „Nocy żywych trupów” i „Dawn of the Dead” do kina w Westwood. Szurający stopami, pijani ludzie przypominali Jackowi ożywionych nieboszczyków z tych filmów.

Kapitan Farren wyciągnął miecz – krótki i solidny, właśnie taki, jaki wyobraził go sobie Jack. Stanowił dokładne przeciwieństwo miecza z romansu. Był niewiele większy od długiego rzeźnickiego noża, wyszczerbiony, pokryty nierównościami i rysami; rękojeść owijała stara skóra, pociemniała od potu. Sam brzusiec też było ciemny... z wyjątkiem tnącego brzegu, jasnego, równego i wyglądającego na bardzo ostry.

– Rozejść się! – ryknął Farren. – Rozejść się! Nie ruszać królewskiego piwa, żeby Bóg was przygwoździł! Rozejść się i nie wtykać pysków, gdzie nie ich miejsce!

Spotkało się to z pomrukami niezadowolenia, ale pijacy odsunęli się od kapitana – wszyscy z wyjątkiem zwalistego mężczyzny, z którego łysej głowy sterczało w przypadkowych miejscach parę kępek włosów. Jack ocenił, że mężczyzna waży prawie trzysta funtów i ma niemal siedem stóp wzrostu.

– Roi ci się, że dasz nam wszystkim radę, żo-onierzu? – zapytał olbrzym i machnięciem uwalanej błotem ręki wskazał grupkę wieśniaków, którzy na rozkaz Farrena cofnęli się od piwnego bagienka i resztek beczek.

– Pewnie – odrzekł kapitan i uśmiechnął się do wielkiego mężczyzny. – Bardzo mi się podoba ta myśl, jeśli tylko będziesz pierwszy, wielka, pijana bryło gówna. – Uśmiech Farrena stał się szerszy, a olbrzym cofnął się przed siłą bijącą od kapitana. – Chodź do mnie, jeśli masz ochotę. Posiekam cię na plasterki i będzie to pierwsza porządna rzecz, jaką dzisiaj zrobię.

Pijany olbrzym przygarbił się i z gniewnymi pomrukami odsunął na bok.

– A teraz wy wszyscy! – zawołał Farren. – Rozejść się! Tuzin moich ludzi właśnie wyruszył z pawilonu Królowej. Nie są zadowoleni z tego, co mają do zrobienia. Wcale ich za to nie winię i nie odpowiadam za nich! Mam nadzieję, że zdążycie wrócić do wsi i pozamykać się w piwnicach, zanim się tu zjawią! Tak będzie najrozsądniej, więc macie się rozejść!

Chłopi natychmiast ruszyli ławą w stronę Wioski Podręcznych; przewodził im olbrzym, który chciał stawić opór kapitanowi. Farren mruknął i odwrócił się z powrotem w stronę miejsca wypadku. Zdjął kurtę i przykrył nią twarz syna woźnicy.

– Ciekaw jestem, który z nich przetrząsnął kieszenie chłopaka, kiedy leżał tu martwy czy umierający na drodze – odezwał się Farren. – Gdybym wiedział, dopilnowałbym, żeby ten łotr do zachodu słońca zawisł na krzyżu.

Jack nic nie odparł.

Kapitan wpatrywał się w martwego młodzieńca długą chwilę, pocierając dłonią gładką powierzchnię zygzakowatej blizny. Gdy podniósł wzrok na Jacka, wyglądał tak, jakby właśnie odzyskał świadomość.

– Musisz już iść, chłopcze. Natychmiast – zanim Osmond uzna, że powinien dokładniej przyjrzeć się mojemu synowi-idiocie.

– Będzie miał pan przeze mnie duże kłopoty? – zapytał Jack.

– Nie, jeśli znikniesz. – Kapitan zdobył się na słaby uśmiech. – Będę mógł powiedzieć, że odesłałem cię z powrotem do matki albo że wpadłem w szał i ubiłem cię kawałkiem drewna. Osmond uwierzyłby i w to, i w to. Ma inne rzeczy na głowie – jak oni wszyscy. Czekają na śmierć Królowej. Nie będą musieli czekać długo – chyba że... – Nie dokończył. Po chwili podjął na nowo: – Ruszaj. Nie zwlekaj. Kiedy usłyszysz, że nadjeżdża karoca Morgana, zejdź z drogi i zaszyj się głęboko w lesie. Głęboko. Inaczej wyczuje cię jak kot szczura. Orientuje się natychmiast, jeśli coś jest nie w porządku. Nie po jego myśli. To diabeł.

– Usłyszę, jak nadjeżdża? Jego karoca? – spytał pokornie Jack.

Popatrzył na drogę za porozbijanymi beczkami. Trakt równomiernie piął się w górę ku skrajowi sosnowego lasu. Będzie tam ciemno, pomyślał chłopiec... a Morgan nadjedzie z drugiej strony. Strach i samotność połączyły się w najostrzejszym, najbardziej zniechęcającym przypływie nieszczęścia, jakiego kiedykolwiek doznał. Speedy, nie uda mi się! Nie zdajesz sobie z tego sprawy? Jestem tylko dzieckiem!

 

– Karocę Morgana ciągnie sześć par koni i trzynasty na czele – powiedział Farren. – W pełnym galopie ten piekielny karawan hałasuje jak przetaczający się po ziemi grzmot. Nie obawiaj się, usłyszysz go. Będziesz miał dość czasu, żeby się ukryć w lesie. Nie zapomnij tylko tego zrobić.

Jack coś wyszeptał.

– Co? – zapytał ostro Farren.

– Powiedziałem, że nie chcę iść – rzekł Jack nieco głośniej.

Pod powiekami wzbierały mu łzy. Wiedział, że jeśli da im upust, to się rozklei, nerwy mu puszczą do reszty i będzie błagał kapitana Farrena, żeby go stąd zabrał, zaopiekował się nim, zrobił cokolwiek...

– Chyba już za późno, żeby brać pod uwagę to, na co masz ochotę – odpowiedział oficer. – Nie znam twojej historii, chłopcze, i wcale nie chcę jej poznać. Nie chcę znać nawet twojego imienia.

Przygarbiony Jack wpatrywał się w niego płonącym wzrokiem, a usta mu drżały.

– Wyprostuj barki! – krzyknął na niego Farren z nagłą furią. – Kogo masz uratować? Jak daleko zajdziesz? Nawet dziesięciu stóp, sądząc po twoim wyglądzie! Jesteś za młody, by być mężczyzną, ale możesz przynajmniej udawać, prawda? Wyglądasz jak skopany kundel.

Słowa oficera ubodły Jacka. Wyprostował się i przełknął łzy. Jego wzrok padł na zwłoki syna woźnicy i pomyślał: Przynajmniej nie skończyłem tak jak on. Jeszcze nie. Farren ma rację. Litowanie się nad sobą to luksus, na który nie mogę sobie pozwolić. Była to prawda. Mimo wszystko nic nie poradził na to, że przez chwilę nienawidził kapitana z blizną za to, że sięgnął do jego wnętrza i tak łatwo nacisnął właściwe guziki.

– Lepiej – powiedział sucho Farren. – Niewiele, ale lepiej.

– Dziękuję – odparł sarkastycznie Jack.

– Nie możesz się z tego wykręcić płaczem, chłopcze. Osmond będzie cię tropił. Morgan również, kiedy tylko się o tobie dowie. Może... może tam, skąd przybywasz, też są problemy. Coś ci dam. Jeśli Parkus przysłał cię do mnie, chciał, żebyś to ode mnie dostał – więc weź to i ruszaj dalej.

Farren wyciągnął dłoń z monetą. Jack zawahał się, po czym wziął ją od niego. Moneta miała rozmiary półdolarówki z Kennedym, była jednak znacznie cięższa – tak ciężka, jakby wybito ją ze złota, domyślił się, chociaż miała matowy, srebrny kolor. Widniał na niej profil Laury DeLoessian. Jack ponownie doznał wstrząsu – na krótko, lecz z całą siłą – wywołanego podobieństwem Królowej do jego matki. Nie, czymś więcej niż podobieństwem – mimo takich różnic, jak szerokość nosa czy wykrój podbródka, Królowa była jego matką. Jack wiedział to z całą pewnością. Odwrócił monetę i na rewersie zobaczył zwierzę z łbem i skrzydłami orła oraz tułowiem lwa. Stwór zdawał przyglądać się Jackowi. Nieco go to wytrąciło z równowagi, więc schował monetę pod kaftan – w to samo miejsce, gdzie tkwiła butelka magicznego napitku Speedy’ego.

– Po co mi ona? – spytał Farrena.

– Dowiesz się we właściwym czasie – odpowiedział kapitan. – A może nie. Tak czy inaczej, spełniłem swój obowiązek wobec ciebie. Przekaż to Parkusowi, kiedy go zobaczysz.

Jack znowu poczuł, że ogarnia go poczucie obłędnej nierzeczywistości.

– Idź, synu – powiedział Farren niższym, lecz wcale nie łagodniejszym głosem. – Zrób, co do ciebie należy... albo przynajmniej tyle, ile zdołasz.

W końcu właśnie uczucie nierzeczywistości – przenikliwe wrażenie, że był jedynie wytworem czyjejś halucynacji – wprawiło Jacka w ruch. Lewa, prawa – słoma, siano. Kopnął przesiąkniętą piwem szczapę. Przestąpił resztki strzaskanego koła. Okrążył koniec wozu, nie zwracając uwagi na schnącą krew i brzęczące muchy. Co znaczyła krew czy natrętne muchy we śnie?

Dotarł do końca odcinka drogi pokrytego błotem i kawałkami drewna z beczek oraz wozu. Obejrzał się... ale kapitan Farren stał odwrócony w drugą stronę, pewnie wyglądając swoich ludzi, a może po to, by nie patrzeć na Jacka. Tak czy inaczej tył to tył; nie ma się na co oglądać, doszedł do wniosku Jack.

Sięgnął pod kaftan, ostrożnie musnął monetę, którą dostał od Farrena, a potem zacisnął ją w dłoni. Dzięki temu poczuł się jakby trochę lepiej. Trzymając ją w dłoni tak, jak dziecko ściska ćwierćdolarówkę, za którą może kupić cukierki w sklepie, Jack ruszył przed siebie.

7

Minęły pewnie niecałe dwie godziny – chociaż może i cztery – gdy Jack usłyszał dźwięk opisany przez kapitana Farrena jako „grzmot przetaczający się po ziemi”. Gdy tylko słońce znikło za zachodnim skrajem lasu (co nastąpiło niedługo po tym, gdy Jack do niego dotarł), ocena upływu czasu przysparzała trudności.

Niejednokrotnie mijały go nadjeżdżające z zachodu pojazdy, zapewne zmierzające do pawilonu Królowej. Słysząc każdy z nich (a zbliżające się wozy czyniły straszny hałas; czystość, z jaką niósł się dźwięk, przypomniała Jackowi słowa Speedy’ego o człowieku wyrywającym rzodkiew i drugim, który czuł jej zapach pół mili dalej), chłopiec myślał od razu o Morganie. Za każdym razem nurkował do rowu, wyłaził z niego po drugiej stronie i zaszywał się w lesie. Nie podobało mu się w mrocznej puszczy – nawet niedaleko jej skraju, gdzie wciąż mógł dojrzeć trakt zza pnia drzewa; nie było to ukojenie dla znękanych nerwów, ale jeszcze mniej pociągała go myśl, że wuj Morgan (tak przynajmniej nazywał w duchu mocodawcę Osmonda, mimo słów kapitana Farrena) mógłby zastać go na drodze.

Dlatego też Jack znikał z otwartego terenu za każdym razem, kiedy dosłyszał nadjeżdżający wóz czy karetę, i wracał nań, gdy pojazd go minął. Gdy za którymś razem przełaził przez podmokły, zarośnięty chwastami rów po prawej stronie, coś przebiegło – lub przepełzło – po jego nodze. Jack krzyknął.

Ruch na drodze dokuczał jak pryszcz na tyłku i nie ułatwiał szybkiej wędrówki, ale w nieregularnym przejeżdżaniu wozów było coś napawającego otuchą – przynajmniej wiedział, że nie jest sam.

Miał ochotę wynieść się do diabła z Terytoriów.

Magiczny napitek Speedy’ego był najgorszym specyfikiem, jakiego chłopiec popróbował w życiu, ale z zadowoleniem wypiłby wykręcający trzewia łyk, gdyby ktoś – na przykład Speedy – ni z tego, ni z owego pojawił się i zapewnił go, że kiedy znowu otworzy oczy, od razu ujrzy złote łuki McDonalds’a – nazywane przez jego matkę Wielkimi Cyckami Ameryki. W Jacku narastało uczucie przytłaczającego zagrożenia – wrażenie, że las jest rzeczywiście niebezpieczny, że ukryte w nim istoty wyczuwają jego obecność, że być może sam las zdaje sobie sprawę, że chłopiec wędruje. Drzewa zbliżyły się do drogi, może nie? Owszem. Przedtem urywały się za rowami; teraz rosły i po drugiej stronie. Przedtem las składał się bodajże wyłącznie ze świerków i sosem. Teraz ze wszystkich stron tłoczyły się i inne gatunki drzew, niektóre o czarnych pniach, poskręcanych ze sobą jak kłęby przegniłych sznurków, inne wyglądające jak niesamowite hybrydy jodeł i paproci – te ostatnie miały obrzydliwe szare korzenie, wczepiające się w ziemię jak ciastowate paluchy. Nasz chłopiec? – zdawały się szeptać te ohydne stwory w głowie Jacka. NASZ chłopiec?

Wszystko to dzieje się tylko w twoim umyśle, Jack-O. Po prostu trochę ci odbija.

W gruncie rzeczy jednak w to nie wierzył.

Drzewa rzeczywiście się zmieniały. Wiszące w powietrzu duszące, przytłaczające uczucie, że Jack jest obserwowany, było aż nadto prawdziwe. Zaczynał dochodzić do wniosku, że obsesyjne powracanie do koszmarnych myśli powodował las... jak gdyby drzewa emitowały jakieś straszliwe sygnały.

Butelka z magicznym napitkiem Speedy’ego była już do połowy opróżniona. Tak czy inaczej, musiała wystarczyć Jackowi na resztę drogi przez Stany Zjednoczone. Gdyby pociągał z niej za każdym razem, kiedy dostawał pietra, nie wystarczyłaby mu nawet na przemierzenie Nowej Anglii.

W myślach wracał również stale do zdumiewającej odległości, jaką pokonał w swoim świecie, gdy przeskoczył do niego z powrotem z Terytoriów. Sto pięćdziesiąt stóp tutaj równało się pół mili tam. Przy zachowaniu takiej relacji – chyba że stosunek pokonanych odległości w jakiś sposób się zmieniał, a Jack przypuszczał, że jest to możliwe – mógł przejść tutaj dziesięć mil i nieomal wydostać się z New Hampshire w swoim świecie. Przypominało to chodzenie w siedmiomilowych butach.

Mimo to te drzewa... ich szare, ciastowate korzenie...

Kiedy zacznie naprawdę się ściemniać – kiedy niebo zamieni się z niebieskiego na purpurowe – przeskoczę z powrotem. O to chodzi; i będzie po krzyku. Nie będę szedł przez ten las po ciemku. A jeśli magiczny napitek skończy mi się w Indianie czy gdzieś tam, stary Speedy może mi dosłać kolejną butelkę UPS czy czymś w tym rodzaju.

Wciąż snując takie myśli – i czując się o wiele lepiej dzięki temu, że miał coś na kształt planu (choćby obejmował on mniej więcej następne dwie godziny) – Jack nagle zdał sobie sprawę, że słyszy kolejny pojazd i tętent wielu koni.

Przekrzywił głowę i zatrzymał się na środku drogi. Oczy mu się rozszerzyły; dwa obrazy pojawiły się w jego umyśle z taką szybkością, jakby odsłoniła się migawka: wielki samochód z dwoma mężczyznami – wóz, który nie był mercedesem – a następnie furgonetka DZIKIEGO DZIECKA. Oddalała się pędem ulicą od ciała wujka Tommy’ego, a z połamanych kłów kraty chłodnicy skapywała krew. Jack zobaczył ręce na kierownicy furgonetki... tyle że nie były to ręce, lecz upiorne kopyta o niezliczonych stawach.

W pełnym galopie ten przeklęty karawan wydaje odgłos jak grzmot przetaczający się po ziemi.

Usłyszawszy ten dźwięk – wciąż odległy, lecz idealnie klarowny w czystym powietrzu – Jack zdumiał się, że w ogóle mógł brać inne nadjeżdżające wozy za karocę Morgana. Zdał sobie sprawę, że nie popełni więcej takiej pomyłki. Dobiegający do niego teraz dźwięk był bezgranicznie złowieszczy, nabrzmiały złem – odgłos karawanu powożonego przez diabła.

Jack stał nieruchomo na drodze niemal zahipnotyzowany, jak królik w świetle reflektorów. Odgłos stawał się coraz głośniejszy – grzmot kół i kopyt, skrzypienie skórzanej uprzęży. Po chwili do chłopca dobiegły okrzyki woźnicy: „Wiii-ooo! Wiiii-oooo! WIIIII-OOOOO!”.

Sterczał na drodze, stał na niej, czując łomoczącą w głowie zgrozę. Nie mogę się ruszyć, och Boże drogi Chryste Panie nie mogę się ruszyć mamo mamo mamuuniiiuuu...!

Sterczał na drodze, a oczyma wyobraźni zobaczył mknący traktem wielki czarny wóz przypominający dyliżans, ciągnięty przez czarne zwierzęta, wyglądające raczej jak pumy niż konie; zobaczył łopoczące, wdmuchiwane do środka i wydymane na zewnątrz czarne zasłonki w oknach; zobaczył stojącego na pomoście woźnicę z rozwianymi w tył włosami i obłędnym, nieprzytomnym wzrokiem jak u wariata ze sprężynowym nożem.

Zobaczył, że karoca jedzie w jego stronę i nie zwalnia nawet odrobinę.

Zobaczył, że go przejeżdża.

Przerwało to jego paraliż. Zbiegł na prawą stronę, ześliznął się po stoku, zawadził stopą o jeden z węźlastych korzeni, potknął się i przetoczył. Plecy, przez ostatnich parę godzin dające mu względny spokój, rozgorzały ogniem; Jack ściągnął wargi w grymasie bólu.

Poderwał się na równe nogi i zgarbiony prysnął w las.

Wśliznął się najpierw za jedno z czarnych drzew, ale węźlasty pień – przypominający figowce, które widział w czasie wakacji na Hawajach wzeszłym roku – okazał się w dotyku nieprzyjemny, jakby naoliwiony. Jack przesunął się w lewo i schował za pniem sosny.

Grzmot karocy i krzyki asysty stawały się z każdą chwilą coraz głośniejsze. Jack spodziewał się, że orszak lada sekunda przetoczy się koło niego w stronę Wioski Podręcznych. Przygryzał wargi, zaciskał i rozluźniał palce na gumowatej korze sosny.

Na wprost siebie miał wąski, lecz wystarczający prześwit – tunel o ścianach z liści, paproci i świerkowych igieł – przez który widział drogę. W chwili gdy Jack zaczął dochodzić do wniosku, że świta Morgana już nigdy się nie pojawi, zobaczył około tuzina konnych żołnierzy, którzy przejechali galopem na wschód. Pierwszy z nich dzierżył proporzec, ale chłopiec nie zdołał dojrzeć, jakie jest na nim godło... nie był zresztą pewien, czy ma ochotę je oglądać. Po chwili w wąskim prześwicie mignęła karoca.

Pojazd pokazał się w ograniczonym polu widzenia na krótko – na sekundę, może nawet mniej – ale Jack przypominał sobie później każdy szczegół. Karoca była olbrzymia; miała na pewno dwanaście stóp wysokości. Kolejne trzy stopy dodawały przywiązane do dachu grubym sznurem skrzynie i toboły. Łby wszystkich koni z zaprzęgu przyozdobiono czarnymi pióropuszami – pęd powietrza kładł je niemal płasko. Jack pomyślał później, że Morgan na pewno potrzebuje nowego zaprzęgu na każdą wyprawę, bo konie wyglądały na skrajnie wyczerpane. Z otwierających się i zamykających pysków tryskały im płaty piany i krople krwi; zwierzęta toczyły obłędnie ślepiami, błyskając półksiężycowatymi białkami.

 

Tak jak we wcześniejszym wyobrażeniu – a może wizji – Jack dostrzegł łopoczące w okienkach bez szyb firanki z czarnej krepy. Nagle w jednym z czarnych prostokątów pojawiła się biała twarz – blade oblicze, obramowane dziwnymi, zawiłymi motywami wykończenia framugi. Nagłość, z jaką pojawiła się ta twarz, była równie szokująca jak widok oblicza ducha w oknie zrujnowanego, nawiedzonego domu. Nie była to twarz Morgana Sloata – lecz równocześnie nią była.

Właściciel tej twarzy wyczuł, że Jack – czy jakieś inne zagrożenie, równie znienawidzone i osobiste – kryje się w lesie. Chłopiec dojrzał to po sposobie, w jaki rozszerzyły się mu oczy, a kąciki ust opuściły się w złowrogim grymasie.

Kapitan Farren powiedział: Wyczuje cię jak szczura, Jack zaś pomyślał w tym momencie: Zgadza się, wyczuł mnie. Wie, że tu jestem – i co teraz? Założę się, że zatrzyma całą bandę i wyśle żołnierzy w las, żeby mnie znaleźli.

Minęła go kolejna grupa żołnierzy – pilnowali karocy Morgana od tyłu. Jack czekał, z rękami jakby przygwożdżonymi do pnia drzewa, pewien, że Morgan każe się zatrzymać. Orszak jednak nie stanął; wkrótce ciężki łoskot karocy i jeźdźców zaczął cichnąć.

Jego oczy. Właśnie one są takie same. Ciemne oczy w bladej twarzy. I...

Nasz chłopiec? TAAAAK!

Coś przeczołgało się po stopie Jacka... i popełzło w górę po kostce. Krzyknął i szarpnął się do tyłu, pewien, że to wąż. Gdy opuścił wzrok, zobaczył, że na stopę wczołgał się mu jeden z szarych korzeni... a teraz owijał się mu wokół łydki.

To niemożliwe, pomyślał. Korzenie się nie ruszają...

Poderwał gwałtownie nogę, wyszarpując ją z prymitywnych pęt, jakie utworzył szary korzeń. Poczuł lekki ból w kostce, jak od otarcia przez linę. Podniósł oczy i w jego serce wlał się odrętwiający strach. Pomyślał, że wie, dlaczego Morgan pojechał dalej, chociaż go wyczuł: wiedział, że wejście w ten las przypomina zanurzenie się w pełen piranii strumień w dżungli. Dlaczego kapitan Farren go nie ostrzegł? Jackowi przychodziło do głowy tylko to, że oficer nie wiedział; może nigdy nie zapuścił się tak daleko na zachód.

Szarawe korzenie hybryd jodeł z paprociami ogarnęło ogólne poruszenie: unosiły się, trzepotały, przemykały po próchniczym gruncie w stronę Jacka. Entowie i żony Entów, pomyślał szaleńczo Jack. ŹLI Entowie i żony Entów. Wyjątkowo gruby korzeń, którego ostatnich sześć cali pokrywała wilgotna ziemia, dźwignął się na wysokość oczu chłopca i kołysał się przed nim jak kobra, wywołana z kosza przez flet fakira. NASZ chłopiec! TAAK!

Korzeń rzucił się w stronę Jacka. Chłopiec cofnął się świadom, że korzenie utworzyły żywą zasłonę, odgradzającą go od zapewniającej bezpieczeństwo drogi. Plecami dotknął pnia drzewa... i oderwał się od niego z wrzaskiem, bo kora zaczęła się marszczyć i podrygiwać – miał wrażenie, jakby oparł się o mięsień, który ogarnęły dzikie skurcze. Jack rozejrzał się dookoła i zobaczył jedno z czarnych drzew z węźlastymi pniami. Ten pień również zaczął się wić i wykręcać. Poplątane węzły kory utworzyły coś na kształt straszliwej, pobrużdżonej twarzy z szeroko otwartym jednym czarnym okiem, a drugim przymkniętym w potwornym mrugnięciu. Pień poniżej rozszczepił się ze zgrzytliwym, rozdzierającym dźwiękiem, ze szczeliny zaczęła się sączyć białawożółta żywica. NASZ! Och, taaaak!

Przypominające palce korzenie wśliznęły się między ramię i klatkę piersiową Jacka, jakby chciały go połaskotać.

Oderwał się od nich, olbrzymim wysiłkiem woli starając się myśleć racjonalnie. Wymacał pod kaftanem butelkę od Speedy’ego. Zdawał sobie sprawę, choć słabo, że słychać ogłuszające odgłosy darcia. Domyślił się, że drzewa same siebie wyrywają z ziemi. Tolkienowi coś takiego nawet nie przyszłoby do głowy.

Zacisnął dłoń na szyjce butelki i wyciągnął ją zza pazuchy. Niezdarnie sięgnął po korek i w tej samej chwili jeden z szarych korzeni owinął się wokół jego szyi. Moment później zacisnął się tak brutalnie jak katowska pętla.

Jack stracił oddech. Butelka wypadła mu z rąk, gdy zaczął szarpać duszące go monstrum. Zdołał wcisnąć palce pod korzeń – nie sztywny i zimny, ale giętki i przypominający w dotyku ciało. Próbował go rozerwać i jednocześnie zdawał sobie sprawę, że wydaje charczący, bulgoczący odgłos, a po brodzie cieknie mu strużka śliny.

Wreszcie konwulsyjnym szarpnięciem zdołał zerwać korzeń z szyi. Próbował owinąć mu się wokół nadgarstka, Jack jednak odrzucił go z krzykiem od siebie. Opuścił wzrok i zobaczył, że butelka podskakuje i odsuwa się od niego – kolejny szary korzeń okręcił się na jej szyjce.

Jack skoczył za nią. Korzenie chwyciły go za nogi i pewnie się wokół nich owinęły. Chłopiec padł jak długi. Wyciągnął ręce, starając się dosięgnąć butelki. Końce palców wbijał w gęstą, czarną glebę, by podciągnąć się choćby jeszcze o cal...

Zdołał dotknąć boku zielonej flaszki... i zacisnąć na niej dłoń. Ze wszystkich sił szarpnął ją ku sobie, zdając sobie niejasno sprawę, że korzenie poowijały się mu już wokół całych nóg, krzyżując się i unieruchamiając go tak pewnie jak sieć. Odkręcił korek. Kolejny korzeń spłynął z góry lekko jak pajęczyna i spróbował mu wyrwać butelkę. Jack odepchnął go od siebie i uniósł butelkę do ust. Zapach gnijących owoców nagle wydał się mu wszechobecny, tworzył odgradzającą go od świata żywą membranę.

Niech to zadziała, Speedy, proszę!

Podczas gdy kolejne korzenie wpełzały mu na plecy i owijały się dookoła tułowia, potrząsając na boki jego bezwładnym ciałem, Jack wypił łyk, czując, jak tanie wino rozchlapuje się po jego policzkach. Przełknął, jęknął, wyszeptał w duchu modlitwę – wszystko na nic, napitek nie poskutkował. Jack wciąż zaciskał oczy, ale wiedział, że korzenie zwijają się na jego ramionach i nogach, czuł

Inne książki tego autora