Corrupt

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Lista utworów

Motto

Rozdział 1. Erika

Rozdział 2. Erika

Rozdział 3. Erika

Rozdział 4. Michael

Rozdział 5. Erika

Rozdział 6. Erika

Rozdział 7. Michael

Rozdział 8. Erika

Rozdział 9. Erika

Rozdział 10. Erika

Rozdział 11. Erika

Rozdział 12. Michael

Rozdział 13. Erika

Rozdział 14. Erika

Rozdział 15. Erika

Rozdział 16. Michael

Rozdział 17. Michael

Rozdział 18. Erika

Rozdział 19. Erika

Rozdział 20. Michael

Rozdział 21. Erika

Rozdział 22. Erika

Rozdział 23. Erika

Rozdział 24. Michael

Rozdział 25. Erika

Rozdział 26. Erika

Rozdział 27. Erika

Rozdział 28. Michael

Rozdział 29. Erika

Epilog. Michael

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału

Corrupt

Copyright © 2015 by Penelope Douglas

All rights reserved

Copyright © for Polish edition

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2020

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Agata Polte

Korekta:

Patrycja Siedlecka

Magdalena Zięba-Stępnik

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Przygotowanie okładki:

Paulina Klimek

ISBN 978-83-8178-247-0

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Konwersja

eLitera s.c.

Dla Z. King

Lista utworów

Bodies Drowning Pool

Breath of Life Florence & The Machine

Bullet With a Name Nonpoint

Corrupt Depeche Mode

Deathbeds Bring Me the Horizon The Devil In I Slipknot

Devil’s Night Motionless in White

Dirty Diana Shaman’s Harvest

Feed the Fire Combichrist

Fire Breather Laurel

Getting Away with Murder Papa Roach Goodbye Agony Black Veil Brides

Inside Yourself Godsmack

Jekyll and Hyde Five Finger Death Punch

Let the Sparks Fly Thousand Foot Krutch

Love the Way You Hate Me Like a Storm Monster Skillet

Pray to God (feat. HAIM) Calvin Harris Silence Delirium

The Vengeful One Disturbed

You’re Going Down Sick Puppies

37 Stitches Drowning Pool

„Jesteś moim stwórcą, ale ja jestem twoim panem”.

Mary Shelley Frankenstein (przeł. Henryk Goldmann)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Erika

Nie będzie go tu.

Nie ma powodu, by zjawić się na przyjęciu pożegnalnym swojego brata, skoro się wzajemnie nie znoszą, więc...

Nie, nie będzie go tu.

Podciągając rękawy cienkiego swetra, przekroczyłam pospiesznie próg domu Cristów i szybkim krokiem ruszyłam przez hol, zmierzając prosto w stronę schodów.

Kątem oka dostrzegłam wychodzącego zza rogu kamerdynera, ale nie zatrzymałam się.

– Panno Fane! – zawołał za mną. – Bardzo się panienka spóźniła.

– Tak, wiem.

– Pani Crist szukała panienki – zauważył.

Uniosłam wysoko brwi i natychmiast przystanęłam, odwracając się, aby spojrzeć na niego sponad poręczy schodów.

– Naprawdę? – Obrzuciłam go spojrzeniem pełnym udawanego zdumienia.

Ściągnął wargi z irytacją.

– Ściśle rzecz biorąc, wysłała mnie na poszukiwania.

Uśmiechnęłam się i wychyliłam nad balustradą, dając mu szybkiego całusa w czoło.

– Już jestem – zapewniłam. – Możesz wracać do swoich obowiązków.

Odwróciłam się i ruszyłam dalej w górę po stopniach, słysząc stłumione dźwięki muzyki dobiegające z tarasu.

Oczywiście. Nie spodziewałam się, żeby Delia Crist, najlepsza przyjaciółka mojej matki i przywódczyni niewielkiej społeczności położonego na wschodnim wybrzeżu Thunder Bay, spędzała swój cenny czas, szukając mnie osobiście.

– Sukienka leży na łóżku! – zawołał za mną kamerdyner, kiedy skręcałam w słabo oświetlony korytarz.

Westchnęłam z rozdrażnieniem i przyspieszyłam kroku, mrucząc pod nosem:

– Dziękuję, Edwardzie.

Nie potrzebowałam nowej sukienki. Miałam już kilka takich, które nosiłam tylko raz, a w wieku dziewiętnastu lat z pewnością byłam w stanie sama wybierać sobie ubrania. Zresztą on mnie w niej nie zobaczy, skoro go tu nie będzie, a nawet gdyby się pojawił, i tak by na mnie nie spojrzał.

Nie. Powinnam być wdzięczna pani Crist. To miło, że zadbała o odpowiedni strój dla mnie.

Na nogach i stopach nadal miałam drobinki piasku. Złapałam nogawki luźnych, dżinsowych szortów, oceniając, jak bardzo pobrudziłam się na plaży. Czy powinnam wziąć prysznic?

Nie, już byłam spóźniona. Olać to.

Kiedy weszłam do pokoju – tego, w którym sypiałam, gdy zostawałam na noc u Cristów – moim oczom ukazała się seksowna, biała sukienka koktajlowa leżąca na łóżku. Od razu zaczęłam się rozbierać.

Cieniutkie ramiączka ledwie podtrzymywały mój biust, ale ubranie pasowało doskonale, układając się idealnie na ciele i sprawiając, że moja skóra zdawała się ciemniejsza, niż była naprawdę. Pani Crist miała wspaniały gust, i w sumie to jednak dobrze, że wybrała dla mnie strój. Byłam zbyt zajęta przygotowaniami do jutrzejszego wyjazdu na uczelnię, żeby zatroszczyć się o coś odpowiedniego na dzisiejszy wieczór.

Pognałam do łazienki, gdzie spłukałam z nóg piasek, który przylepił się do nich podczas spaceru, po czym szybko wyszczotkowałam długie blond włosy i nałożyłam trochę błyszczyka. Następnie wypadłam z powrotem do sypialni, złapałam sandały na obcasie, które pani Crist zostawiła obok sukienki, wybiegłam na korytarz i popędziłam schodami w dół.

Jeszcze dwanaście godzin.

Serce biło mi coraz szybciej, kiedy biegłam przez hol na tyły domu. Jutro o tej porze będę całkiem sama – bez matki, bez Cristów, bez wszechobecnych wspomnień...

A przede wszystkim bez zastanawiania się, z nadzieją lub lękiem, czy go spotkam. Bez balansowania pomiędzy euforią a udręką, ilekroć go widzę. Nie. Będę mogła rozłożyć szeroko ręce i zakręcić się w koło, nie dotykając przy tym ani jednej znanej mi osoby. Ciepło rozlało mi się w piersi – nie wiedziałam, czy ze strachu, czy z ekscytacji, ale byłam gotowa.

Gotowa zostawić to wszystko i odejść. Przynajmniej na jakiś czas.

Skręciłam w prawo i minęłam kuchnie – jedną do codziennego użytku i drugą, położoną tuż obok, przeznaczoną dla żywieniowców – zmierzając do ogrodu zimowego, przylegającego do jednej ze ścian domu. Otworzyłam podwójne drzwi i weszłam do ogromnego, wyłożonego ceramicznymi płytkami, zadaszonego ogrodu. Ściany i sufit pomieszczenia wykonane były w całości ze szkła. Od razu poczułam, że było tam cieplej niż w domu. Sukienka natychmiast nasiąkła gęstą, gorącą wilgocią, zdając się rozpływać na moim ciele.

 

Ze wszystkich stron otaczały mnie drzewa, a dookoła panowały cisza i mrok rozświetlany tylko blaskiem księżyca wlewającym się przez szklany sufit. Kiedy wzięłam oddech, doleciał do mnie słodki zapach palm, orchidei, lilii, fiołków i hibiskusa. Przywodził mi na myśl należącą do mojej matki szafę, w której wnętrzu woń perfum bijąca od płaszczy i szalików zlewała się w jedno.

Skręciłam w lewo, przystanęłam przed szklanymi drzwiami prowadzącymi na taras i założyłam buty, spoglądając na zgromadzony na zewnątrz tłum.

Dwanaście godzin.

Wyprostowałam się, złapałam pasmo włosów i zarzuciłam je sobie na lewe ramię, by zasłonić szyję. Trevor, w przeciwieństwie do swojego brata, był tu z pewnością, i nie lubił widoku mojej blizny.

– Panienko? – Kelner podszedł do mnie z tacą.

– Dziękuję. – Z uśmiechem sięgnęłam po jedną ze szklanek zawierających płyn koloru lemoniady. Wiedziałam, że to Tom Collins, w końcu był ulubionym drinkiem państwa Crist, którzy nalegali, żeby podawano go na przyjęciu.

Kelner odszedł do reszty licznie przybyłych gości, ale ja stałam w miejscu, rozglądając się dookoła.

Liście na gałęziach drzew szeleściły, trącane łagodnym wiatrem, wciąż niosącym w sobie resztki dziennego upału, a ja przyglądałam się zebranym tu ludziom. Kobiety nosiły eleganckie sukienki, mężczyźni marynarki.

Wszystko tu zdawało się tak doskonałe, tak nieskazitelne.

Lampki na drzewach i kelnerzy w białych kamizelkach. Krystalicznie błękitna woda, na której powierzchni pływały świece. Wysadzane lśniącymi klejnotami pierścionki i naszyjniki kobiet.

Było tu tak wytwornie.

Kiedy patrzyłam na dorosłych i rodziny, wśród których dorastałam, na ich bogactwo i modne stroje od projektantów, często odnosiłam wrażenie, że widzę warstwę farby, której używa się, by zamaskować gnijące drewno. Gładka powierzchowność nie raz skrywała występek i zepsucie, ale kogo obchodziło, że dom się walił, jeśli z wierzchu ładnie wyglądał, prawda?

W powietrzu unosił się zapach jedzenia, dało się słyszeć łagodne dźwięki muzyki wygrywanej przez kwartet smyczkowy. Zastanawiałam się, czy powinnam znaleźć panią Crist i powiedzieć jej, że dotarłam. A może poszukać Trevora – w końcu to przyjęcie wydane na jego cześć.

Zamiast tego jednak zacisnęłam palce na szklance, czując, jak przyspiesza mi tętno, kiedy próbowałam oprzeć się pokusie i nie zrobić tego, na co naprawdę miałam ochotę. Jak zawsze.

Poszukać jego.

Ale nie, jego tutaj nie będzie. Prawdopodobnie nie przyszedł.

A może jednak?

Serce zaczęło łomotać mi w piersi, a szyję zalał rumieniec. Wbrew własnej woli zaczęłam błądzić wzrokiem po twarzach gości, wypatrując tej jednej...

Michael.

Nie widziałam go od miesięcy, ale wciąż coś mi o nim przypominało, zwłaszcza w Thunder Bay. Zdjęcia, które jego matka trzymała porozstawiane w domu, znajomy zapach wypływający na korytarz z jego dawnej sypialni...

Może tu będzie.

– Rika.

Słysząc głos Trevora, zamrugałam i gwałtownie obróciłam głowę w lewo.

Wynurzył się z tłumu, zmierzając ku mnie zdecydowanym krokiem. Blond włosy miał świeżo przystrzyżone tuż przy skórze, a w ciemnoniebieskich oczach dostrzegłam zniecierpliwienie.

– Hej, kotku. Już myślałem, że nie przyjdziesz.

Zawahałam się, czując, jak ściska mnie w żołądku. Jednak kiedy się zbliżył, zmusiłam się do uśmiechu.

Dwanaście godzin.

Położył mi dłoń na szyi – z prawej strony, nigdy nie dotykał lewej – i potarł mój policzek kciukiem.

Drgnęłam z zakłopotaniem i odwróciłam głowę.

– Trevor...

– Nie wiem, co bym zrobił, gdybyś się dzisiaj nie zjawiła – przerwał mi. – Rzucałbym kamieniami w twoje okno, zaśpiewałbym ci serenadę, może podarował kwiaty, czekoladki, nowe auto...

– Już mam nowe auto.

– Miałem na myśli prawdziwy samochód. – W końcu się uśmiechnął.

Przewróciłam oczami i wyrwałam się z jego uścisku. Przynajmniej znowu ze mną żartował, nawet jeśli tylko po to, żeby wykpić moją nowiutką teslę. Najwyraźniej elektryczne samochody to nie samochody. Ale dobra, mogę znieść taki przytyk, jeśli to znaczy, że w końcu odpuścił sobie wytykanie mi całej reszty.

Trevor Crist i ja przyjaźniliśmy się od urodzenia, chodziliśmy razem do szkoły, a nasi rodzice zawsze zachowywali się tak, jakby nasz związek był czymś nieuniknionym. W zeszłym roku w końcu uległam.

Byliśmy parą przez prawie cały pierwszy rok studiów. Oboje chodziliśmy do Browna – ściślej rzecz biorąc, ja złożyłam tam papiery, a on poszedł w moje ślady. Ale w maju ze sobą zerwaliśmy.

A raczej ja z nim zerwałam.

Nie kochałam go i czułam się winna. Temu, że nie chciałam dać nam więcej czasu. Temu, że postanowiłam przenieść się na uczelnię, na którą za mną nie podąży.

Moją winą było też to, że Trevor uległ żądaniom swojego ojca i w końcu przeniósł się do Annapolis. To ja krzyżowałam plany naszym rodzinom.

To moja wina, że potrzebowałam przestrzeni.

Odetchnęłam, zmuszając się, żeby rozluźnić mięśnie. Dwanaście godzin.

Trevor uśmiechnął się, obrzucił mnie spojrzeniem i poprowadził z powrotem do ogrodu zimowego. Wciągnął mnie za szklaną ścianę, złapał za biodra i wyszeptał mi do ucha:

– Wyglądasz przepięknie.

Ale ja znów się odsunęłam.

– Ty też dobrze wyglądasz.

Przypominał swojego ojca; piaskowe włosy, wąska szczęka i uśmiech, który był w stanie zmiękczyć niemal każdego. Ubierał się też jak pan Crist. Wyglądał bardzo wytwornie w granatowym garniturze, białej koszuli i srebrnym krawacie. Nieskazitelnie. Doskonale. Trevor zawsze był tradycjonalistą.

– Nie chcę, żebyś wyjeżdżała do Meridianu – powiedział, mrużąc oczy. – Zostaniesz tam całkiem sama, Rika. W Brownie przynajmniej ja byłem z tobą, a Noah mieszkał w Bostonie, niecałą godzinę drogi stamtąd. Miałaś przy sobie przyjaciół.

Taaak. Przy sobie.

Dlatego właśnie potrzebowałam odmiany. Nigdy dotąd nie musiałam opuszczać bezpiecznej okolicy. Zawsze był ktoś – rodzice, Trevor, mój przyjaciel Noah – kto pomagał mi wstać, gdy upadłam. Nawet kiedy poszłam na studia i nie miałam już przy sobie matki ani Cristów, w dalszym ciągu towarzyszył mi Trevor, a na pobliskich uniwersytetach uczyli się moi znajomi z liceum. Było tak, jakby nic się nie zmieniło.

Chciałam wpaść w jakieś tarapaty. Chciałam zmierzyć się z życiem, znaleźć coś, co sprawiłoby, że moje serce znów zabiłoby mocniej, dowiedzieć się, jak to jest nie mieć nikogo, na kim mogłabym się wesprzeć.

Próbowałam mu to wyjaśnić, ale ilekroć otwierałam usta, nie mogłam znaleźć właściwych słów. Wypowiedziane na głos brzmiały samolubnie i niewdzięcznie, ale w środku...

Musiałam wiedzieć, na co mnie stać. Musiałam wiedzieć, czy dam sobie radę bez ochronnego parasola w postaci mojego nazwiska, bez wsparcia innych i kręcącego się wciąż przy mnie Trevora. Gdybym pojechała do innego miasta, gdzie nikt nie zna mojej rodziny, czy ktokolwiek tam w ogóle by się mną zainteresował? Czy ktokolwiek by mnie polubił?

Nie byłam szczęśliwa ani w Brownie, ani z Trevorem, i choć decyzja o odejściu sprawiła zawód i przykrość moim bliskim, potrzebowałam tej zmiany.

Żyj w zgodzie z sobą.

Serce zatrzepotało mi w piersi na wspomnienie słów brata Trevora. Nie mogłam się już doczekać. Jeszcze dwanaście godzin...

– Ale w sumie to chyba nie do końca prawda, co? – zapytał Trevor oskarżycielskim tonem. – Michael gra dla Stormu, więc będziecie teraz blisko siebie.

Zmrużyłam oczy i wzięłam głęboki oddech, odstawiając drinka.

– W Meridianie mieszkają ponad dwa miliony ludzi. Wątpię, żebym często na niego wpadała.

– Chyba że będziesz go szukać.

Skrzyżowałam ręce na piersiach i spojrzałam mu w oczy, nie dając się wciągnąć w tę rozmowę.

Michael Crist był bratem Trevora, trochę starszym, trochę wyższym i o wiele bardziej przerażającym. Nie byli do siebie za bardzo podobni, a na dodatek darzyli się nienawiścią. Trevor był o niego zazdrosny, odkąd pamiętam.

Michael dopiero co ukończył studia na Uniwersytecie Westgate i niemal natychmiast został przechwycony przez NBA. Grał dla Meridian City Storm, jednej z najlepszych drużyn w lidze, więc faktycznie, znałam jedną osobę z tamtego miasta.

Ale niewiele by mi z tego przyszło. Michaelowi rzadko zdarzało się choćby spojrzeć w moją stronę, a kiedy już się do mnie odezwał, robił to takim tonem, jakby mówił do psa. Nie miałam zamiaru wchodzić mu w drogę.

Nie, dostałam nauczkę dawno temu.

Zresztą wyjazd do Meridianu nie miał nic wspólnego z Michaelem. Miałam stamtąd po prostu bliżej do domu, więc będę mogła częściej odwiedzać matkę, ale zarazem było to jedyne miejsce, w które Trevor nie pojedzie. Nie znosił wielkich miast, a jeszcze bardziej nienawidził swojego brata.

– Przepraszam – powiedział łagodniej. Wziął mnie za rękę i przyciągnął ku sobie, znów kładąc mi dłoń na szyi. – Po prostu cię kocham i to wszystko jest dla mnie nie do zniesienia. Należymy do siebie, Rika. Ty i ja, my. Zawsze byliśmy sobie pisani.

My? Nie.

Na jego widok serce nie przyspieszało mi, jakbym jechała cholerną kolejką górską. Nie widywałam go w snach ani nie był pierwszą osobą, która przychodziła mi do głowy po przebudzeniu.

Nie nawiedzał wciąż moich myśli.

Założyłam sobie włosy za ucho i zauważyłam, jak szybko Trevor zerka na moją szyję. Natychmiast odwrócił wzrok. Zdaje się, że jego zdaniem blizna ujmowała mi doskonałości.

– Oj, no proszę cię – nalegał, przyciskając czoło do mojego i obejmując mnie w pasie. – Dobrze cię traktuję, prawda? Jestem miły i zawsze możesz na mnie liczyć.

– Trevor – zaprotestowałam, próbując wyrwać się z jego uścisku.

Wtedy jednak jego usta opadły na moje. Poczułam ostry zapach wody kolońskiej, kiedy oplótł moją talię.

Naparłam pięściami na jego tors, odpychając go od siebie i odrywając wargi od jego ust.

– Trevor – warknęłam cicho. – Przestań.

– Daję ci wszystko, czego ci potrzeba. – W jego głosie zabrzmiała złość. Schylił twarz ku mojej szyi. – Wiesz dobrze, że jeszcze do mnie wrócisz.

– Trevor! – Napięłam wszystkie mięśnie ramion i naparłam na niego, w końcu odpychając go od siebie. Opuścił ręce i zrobił chwiejny krok w tył.

Odsunęłam się natychmiast. Ręce mi drżały.

– Rika. – Sięgnął w moją stronę, ale ja cofnęłam się jeszcze dalej.

Spuścił dłoń, kręcąc głową.

– Dobra, jak chcesz – rzucił drwiąco. – Jedź sobie na tę uczelnię. Możesz znaleźć nowych przyjaciół i odciąć się od dawnego życia, ale twoje demony podążą za tobą, gdziekolwiek pójdziesz. Nie ma przed nimi ucieczki.

Przeczesał włosy palcami i rzucił mi gniewne spojrzenie, prostując krawat, po czym wyminął mnie i wyszedł.

Wyjrzałam za nim przez okno, czując w piersi narastającą złość. Co to, do diabła, miało znaczyć? Nic mnie tu nie trzymało, przed niczym też nie uciekałam. Chciałam tylko być wolna.

Odsunęłam się od drzwi, nie mogąc się przemóc, żeby wyjść z powrotem na zewnątrz. Nie chciałam rozczarować pani Crist, wymykając się z przyjęcia jej syna, ale nie miałam już ochoty spędzić tu ostatnich godzin przed wyjazdem. Chciałam być z mamą.

Odwróciłam się, zamierzając odejść, ale wtedy podniosłam wzrok i stanęłam jak wryta.

Żołądek wywrócił mi się na drugą stronę i nie byłam w stanie zaczerpnąć tchu.

Cholera.

W jednym z wyłożonych poduszkami foteli w głębi ogrodu zimowego siedział Michael, patrząc mi z przerażającym spokojem w oczy.

Michael. Ten, który nie był miły. Ten, który nie traktował mnie dobrze.

Ścisnęło mnie w gardle. Chciałam przełknąć ślinę, ale nie byłam w stanie nawet drgnąć, tylko stałam jak sparaliżowana, wpatrując się w niego. Czy był tam, odkąd zeszłam na dół? Przez cały czas?

Odchylił się na oparciu masywnego fotela, niemal niknąc w mroku, spowity cieniem rzucanym przez drzewa. Jedną ręką przytrzymywał sobie na udzie piłkę do koszykówki, a drugą wsparł na podłokietniku, ściskając w palcach szyjkę butelki z piwem.

Serce zaczęło mi walić w piersi tak mocno, że aż bolało. Co on tam robił?

 

Uniósł butelkę do ust, wciąż mnie obserwując, a ja na ułamek sekundy spuściłam wzrok, oblewając się rumieńcem.

Widział całą tę scenę z Trevorem. Niech to szlag.

Znów na niego spojrzałam. Miał jasnobrązowe włosy, ułożone we fryzurę rodem z okładki czasopisma, i piwne oczy, które zawsze wyglądały jak cydr upstrzony przyprawami. Skryte w cieniu zdawały się ciemniejsze niż w rzeczywistości, ale wiedziałam, że potrafią przejrzeć cię niemal na wylot. Proste brwi opadały w stronę środka twarzy, sprawiając, że wydawał się dokładnie tak groźny, jaki był w istocie. Na pełnych wargach nie dostrzegłam ani śladu uśmiechu, a fotel zdawał się niemal ginąć pod jego wysoką sylwetką.

Nosił czarne spodnie i marynarkę oraz białą koszulę z rozpiętym kołnierzykiem.

Bez krawata, bo – jak zwykle – robił to, co chciał.

I to było wszystko, co ktokolwiek wiedział o Michaelu. Ludzie znali jego powierzchowność. Widzieli to, jak wyglądał z zewnątrz. Wątpiłam, żeby nawet jego rodzice domyślali się, co siedzi mu w głowie.

Patrzyłam, jak wstaje z fotela i upuszcza piłkę na siedzenie, po czym rusza w moją stronę, nie spuszczając ze mnie wzroku.

Im bliżej był, tym wyższy się wydawał. Michael miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu i był szczupły, ale umięśniony. Przy nim czułam się mała – dosłownie i w przenośni. Wyglądał, jakby szedł prosto w moją stronę, i serce załomotało mi w piersi. Zmrużyłam oczy, zbierając się w sobie.

Ale on się nie zatrzymał.

Poczułam delikatną woń jego żelu pod prysznic, kiedy przechodził obok, i odwróciłam głowę, czując ból w piersi, gdy bez słowa zniknął za drzwiami ogrodu zimowego.

Przygryzłam wargi, powstrzymując palące łzy.

Zdarzyło się, że zwrócił na mnie uwagę. Jednej nocy, trzy lata temu, Michael zobaczył we mnie coś, co mu się podobało. Jednak kiedy ogień już miał się rozpalić, gotów zaiskrzyć i wybuchnąć powodzią płomieni, żar zgasł, a cała pasja skryła się gdzieś poza zasięgiem.

Szybko ruszyłam przed siebie. Wróciłam do domu, przeszłam przez hol i wyszłam frontowymi drzwiami, a złość i frustracja trawiły każdy nerw w moim ciele, kiedy zmierzałam z powrotem do samochodu.

Poza tą jedną nocą, ignorował mnie przez większość mojego życia, a jeśli już się do mnie odzywał, to półsłówkami.

Przełknęłam z trudem ślinę i wsiadłam do auta, wkładając kluczyki do stacyjki. Miałam nadzieję, że nie natknę się na niego w Meridianie. Że nasze drogi nigdy się nie przetną i nigdy o nim nie usłyszę.

Zastanawiałam się, czy on w ogóle wie, że się tam przenoszę. Ale to bez znaczenia. Nawet kiedy przebywaliśmy w tym samym domu, równie dobrze mogłabym być na innej planecie.

Odpaliłam silnik. 37 Stitches zespołu Drowning Pool popłynęło z głośników, a ja ruszyłam długim podjazdem, otwierając bramę pilotem, i dociskając gaz, wyjechałam na ulicę. Od domu dzieliło mnie tylko kilka minut drogi, krótki spacer. Nieraz przychodziłam do Cristów i wracałam od nich na piechotę.

Starałam się oddychać głęboko, aby ukoić nerwy. Dwanaście godzin. Jutro to wszystko zostanie już tylko wspomnieniem.

Wysoki kamienny mur posiadłości Cristów ustąpił miejsca drzewom ciągnącym się wzdłuż drogi, a za niecałą minutę ujrzałam latarnie gazowe przed moim domem, rozświetlające ciemność nocy. Skręciłam w lewo, nacisnęłam kolejny przycisk i powoli wprowadziłam teslę przez bramę. Lampy rzucały łagodną poświatę na kolisty podjazd, pośrodku którego wznosiła się wielka marmurowa fontanna.

Zaparkowałam samochód przed domem i szybko ruszyłam do drzwi, pragnąc tylko wpełznąć do łóżka i leżeć w nim do rana.

Wtedy jednak zerknęłam w górę i przystanęłam, zdziwiona, widząc świeczkę palącą się w oknie mojej sypialni.

Co?

Ostatni raz byłam w domu późnym rankiem i z całą pewnością nie zostawiłam zapalonej świeczki. Miała barwę kości słoniowej i stała w szklanym świeczniku o wysokich ściankach.

Otwarłam drzwi i weszłam do środka.

– Mamo? – zawołałam.

Napisała mi wcześniej SMS-a, że idzie spać, ale często miewała problemy z zaśnięciem. Może jeszcze jest na nogach.

Dobiegł mnie znajomy zapach świeżych lilii porozstawianych przez nią w domu. Rozejrzałam się po przestronnym holu. W ciemności biały marmur wydawał się szary.

Oparłam się o poręcz, spoglądając w górę na trzy piętra pogrążone w upiornej ciszy.

– Mamo? – zawołałam znowu.

Okrążając balustradę, wbiegłam po stopniach na pierwsze piętro, po czym skręciłam w lewo. Rozłożone na drewnianej podłodze dywany barwy kości słoniowej i błękitu tłumiły odgłos moich kroków.

Powoli otworzyłam drzwi sypialni matki i wślizgnęłam się do środka. Panującą w niej ciemność rozpraszało tylko dochodzące z łazienki światło, którego mama nigdy nie gasiła. Podeszłam do łóżka i nachyliłam się, próbując zobaczyć jej twarz zwróconą w stronę okna.

Blond włosy miała rozsypane na poduszce. Wyciągnęłam rękę i odgarnęłam jej kosmyki z czoła.

Po tym, jak jej klatka piersiowa unosiła się i opadała, poznałam, że śpi. Zerknęłam na szafkę nocną, na której stało kilka buteleczek z tabletkami, zastanawiając się, co zażyła i w jakiej ilości.

Znów spojrzałam na matkę, marszcząc brwi.

Lekarze, psycholodzy, terapia w domu... Przez wszystkie te lata od śmierci ojca nic nie pomogło. Moja matka po prostu chciała sama się wykończyć smutkiem i depresją.

Na szczęście Cristowie bardzo nam pomogli, dlatego mam nawet u nich w domu własny pokój. Pan Crist był powiernikiem majątku ojca, zajmuje się wszystkim, dopóki nie ukończę studiów, a pani Crist wzięła na siebie odpowiedzialność bycia dla mnie drugą matką.

Byłam im niezmiernie wdzięczna za pomoc i opiekę, którą mnie otaczali przez lata, ale teraz... Nadszedł czas, żebym wzięła życie we własne ręce i nie polegała już dłużej na innych.

Odwróciłam się i wyszłam po cichu, zamykając za sobą drzwi, po czym skierowałam się do własnej sypialni dwa pokoje dalej.

Gdy tylko weszłam do środka, w oczy rzuciła mi się świeczka płonąca przy oknie.

Serce na moment zamarło mi w piersi i szybko rozejrzałam się dookoła. Na szczęście nie było tu nikogo poza mną.

Czy to moja matka ją zapaliła? To musiała być ona. Nasza gosposia miała dzisiaj wolne, więc nikogo innego tutaj nie było.

Mrużąc oczy, powoli podeszłam do okna i spuściłam wzrok, widząc płaską, drewnianą skrzynkę spoczywającą na małym, okrągłym stoliku obok świecy.

Ogarnął mnie niepokój. Czyżby Trevor zostawił mi prezent?

Chociaż w sumie równie dobrze mogła to zrobić moja matka albo pani Crist.

Zdjęłam pokrywkę i odłożyłam ją na bok, po czym odgarnęłam sianko, dostrzegając wśród niego ciemnoszary metal pokryty ozdobnymi żłobieniami.

Otworzyłam szeroko oczy i natychmiast zanurzyłam dłoń w skrzynce, wiedząc już, co w niej znajdę. Oplotłam palcami rękojeść i z uśmiechem wyciągnęłam ciężkie ostrze ze stali damasceńskiej.

– Wow.

Potrząsnęłam głową, nie wierząc własnym oczom. Sztylet miał czarny uchwyt i jelec z brązu. Ściskając w dłoni rękojeść, uniosłam ostrze, aby przyjrzeć się wzorom i zdobieniom.

Skąd to się, do diabła, wzięło?

Uwielbiałam sztylety i miecze, odkąd w wieku ośmiu lat zaczęłam trenować szermierkę. Mój ojciec twierdził, że umiejętności prawdziwego dżentelmena czy prawdziwej damy są nie tylko ponadczasowe, ale i niezbędne. Szachy miały mnie nauczyć strategii, szermierka – pomóc w zrozumieniu natury ludzkiej i opanowaniu sztuki samoobrony, a taniec – pozwolić poznać własne ciało. Wszystko to było konieczne, aby wszechstronnie się rozwijać.

Ściskając rękojeść, przypomniałam sobie pierwszy raz, kiedy tata włożył mi do ręki floret. Była to najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam. Uniosłam dłoń i przejechałam palcem wzdłuż blizny na szyi, nagle znów czując się, jakby był przy mnie.

Kto to tutaj zostawił?

Zajrzałam ponownie do pudełka i wyciągnęłam kawałek papieru z tekstem zapisanym czarnym tuszem. Oblizując wargi, przeczytałam go po cichu: Wystrzegaj się furii człowieka cierpliwego.

– Co? – powiedziałam do siebie, marszcząc brwi ze zdziwieniem.

Co to miało znaczyć?

A potem podniosłam wzrok i westchnęłam gwałtownie, upuszczając ostrze i kartkę na podłogę.

Zaparło mi dech, a serce usiłowało wyrwać się z piersi.

Przed domem stało trzech mężczyzn, jeden obok drugiego, wpatrując się we mnie przez okno.

– Co, do licha? – szepnęłam, próbując zrozumieć, co się dzieje.

Czy to jakiś żart?

Stali bez ruchu, po prostu na mnie patrząc. Poczułam, jak po ramionach przebiega mi zimny dreszcz.

Co oni robią?

Wszyscy trzej mieli na sobie dżinsy i wojskowe buty, ale kiedy spojrzałam w czarną pustkę ich oczu, musiałam zacisnąć zęby, aby nie zadrżeć.

Maski. Czarne bluzy z kapturem i te maski.

Pokręciłam głową. Nie. To nie mogli być oni. To musiał być żart.

Najwyższy z nich stał po lewej stronie, w ciemnoszarej, połyskującej metalicznie masce, której prawą połowę zniekształcały ślady pazurów.

Ten stojący pośrodku był niższy i spoglądał na mnie zza czarno-białej maski przeciętej z lewej strony czerwonym pasem, również poszarpanej i poobijanej.

A ten po mojej prawej, którego całkowicie czarna maska zlewała się z czarnym kapturem bluzy, tak że nie dało się rozpoznać, gdzie dokładnie znajdują się jego oczy... To on sprawił, że w końcu zadrżałam.

Odsunęłam się od okna i pobiegłam do telefonu, próbując złapać oddech. Wcisnęłam jedynkę na klawiaturze i czekałam, aż ktoś podniesie słuchawkę w biurze ochrony, mieszczącym się zaledwie parę minut drogi od nas.

– Pani Fane? – odezwał się mężczyzna.

– Pan Ferguson? – zapytałam zdyszana, powoli zbliżając się z powrotem do okna. – Mówi Rika. Czy mógłby pan wysłać samochód do...?

Urwałam, widząc, że na podjeździe nikogo już nie było. Mężczyźni zniknęli.

Co?

Spojrzałam w lewo, a potem w prawo, podchodząc do samego stolika i wychylając się, aby zobaczyć, czy nie stoją bliżej domu. Gdzie się, do diabła, podziali?

Milczałam, nasłuchując, czy nikt nie porusza się wokół domu, ale panowały tam cisza i spokój.

– Panno Fane? – dobiegł mnie głos pana Fergusona. – Jest tam pani?

Otwarłam usta i wyjąkałam:

– Ja... chyba coś widziałam... za oknem.

– Już wysyłamy samochód.

Skinęłam głową.

– Dziękuję.

Rozłączyłam się, wciąż wyglądając przez okno.

To nie mogli być oni.

Ale te maski. Tylko oni takie nosili.

Po co jednak mieliby tutaj przychodzić? Po trzech latach, dlaczego tutaj?

Inne książki tego autora