IrakTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Paweł Smoleński

Irak

Piekło w raju


Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / PRACOWNIA PAPIERÓWKA

Fotografia na okładce © by SHAWN BALDWIN / CORBIS

Fotografia Autora © by SŁAWOMIR KAMIŃSKI / AGENCJA GAZETA

Copyright © by PAWEŁ SMOLEŃSKI, 2004

Korekty MAGDALENA ADAMEK, MAŁGORZATA POŹDZIK / D2D.PL Projekt typograficzny i redakcja techniczna ROBERT OLEŚ / D2D.PL

Konwersja: MICHAŁ LATUSEK / VIRTUALO SP. Z O.O.

ISBN 978-83-7536-420-0

Spis treści

  Część pierwsza 1

  Część druga 1 2 3 4 5 6 7 8

  Część trzecia 1 2 3 4 5 6

  Część czwarta 1 2 3 4

  Część piąta 1

  Część szósta 1 2 3 4 5

  Część siódma 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

  Podziękowania

  Bibliografia

  Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

CZĘŚĆ PIERWSZA

O, jakże się mylicie, mylicie, mylicie.

Nie jesteśmy tylko rzeką ropy

płynącą na cały świat.

Korzenie nasze sięgają Ur

i cywilizacji Sumerów.

Jesteśmy wielkim narodem,

jesteśmy Arabami.

Kiedy pewnego dnia

zjednoczymy się,

staniemy na czele pochodu ludzkości.

z piosenki Irackiego Narodowego Zespołu Pieśni i Tańca

1

Za brudnymi oknami hotelu Isztar bagdadzka mgła, zmieszana z dusznymi spalinami. Ma kolor żółto-sino-szary i strukturę przemoczonej waty. Oblepia wyludnione ulice i ciasne podwórka, gasi światła nielicznych latarni, wciska się do oczu, śmierdząca i gęsta jak dym z ogniska, gdzie palą szmaty i stare opony. Trzeba się przez nią przedzierać, rozgarniać ją rękami, zupełnie jakby płynęło się w wodzie. W mgle zostawia się ślady, można ją deptać, ugniatać stopami. Ślad wąski i zygzakowaty oznacza, że biegł tędy pies. Szeroki i płaski, że przejechał czołg. Komnata wydeptana w mgle – przed chwilą stała tu grupka przechodniów. Kim byli, dlaczego przystanęli? – nie widać.

Mgła nadaje temu oszalałemu miastu wygląd niezwykły, upiorny, straszny i jakoś nierzeczywisty. Zmienia kształty strzelistych palm, zagęszcza rachityczne krzaki, deformuje betonowy mur otaczający bezpieczną strefę hotelu, ukrywa wysokie bloki mieszkalne, straszące wybitymi szybami. Nie mogę dostrzec pobliskiego Tygrysu, ani nawet placu Al-Firdaus (firdaus oznacza raj), gdzie kilka miesięcy temu stał wielki pomnik Saddama, a teraz kończą się copiątkowe demonstracje przeciw terrorowi, przeciw okupacji, za islamem, za prawami kobiet, za szarijatem, za mniejszościami i większościami. Pod osłoną nocy na domach okalających plac nieznana, lecz wprawna ręka maluje napisy: „Amerykanie do domu”. Jeszcze niedawno w napisach roiło się od błędów ortograficznych.

Huczą generatory i silniki transporterów wojskowych, gwiżdże niesprawna klimatyzacja. Wirniki helikopterów Apache mieszają gęste, zastałe powietrze. Z rozbitego szklanego dachu hotelu Isztar sączą się do holu strumyki wody. Szczeliny kamiennej podłogi pełne są odłamków szkła; po co sprzątać dokładnie, skoro rakiety mogą uderzyć w każdej chwili. Chłopaki z oddziałów Old Irons palą papierosy; akurat zeszli ze służby. W łazience stoi woda z pękniętej rury. Internet wysiadł, tak samo telefony. Na półpiętrze Hajdar wciska hotelowym gościom tandetne różańce i prawdziwe babilońskie antyki. Zaraz położy się spać pod ladą swojego sklepiku. Z ogromnego telewizora dobiega głośny dźwięk jakiejś arabskiej opery mydlanej, nakręconej najpewniej w Libanie: kobieta rwie włosy z głowy, mężczyzna przygląda się jej ciężkim wzrokiem. Przed telewizorem ślęczy garstka znudzonych widzów. Ożywią się, kiedy dadzą mecz. W małych szklaneczkach paruje herbata. Byle doczekać do rana, niech słońce przegoni mgłę.

Mgła sprawia, że wielkie czekanie dłuży się niemiłosiernie. Wszyscy czekamy: Irakijczycy, cudzoziemscy dziennikarze, amerykańscy żołnierze. Czekamy nawet za dnia, choć wtedy Bagdad wydaje się rozbiegany i chaotyczny, kłótliwy i wrzeszczący, dygoczący i nerwowy. Gdzieś się spieszy, gdzieś pędzi, nie patrząc, czy z prądem, czy pod prąd, nie zważając, że kogoś depce, przewraca, odtrąca, poniża, zabija. Bagdad żyje ruchem pozbawionym prawideł, bez reguł i zasad. Przynajmniej ja nie umiem tych reguł zrozumieć i nazwać.

Są między nami ludzie, którzy mają „pewne źródła”, więc rozpowiadają, kogo pytać, kto wie oraz co zdarzy się za chwilę. Są i tacy, którzy wychodząc przed hotel, wkładają kamizelki kuloodporne. Są barczyści faceci, noszący identyfikatory prasowe, którzy nawet w holu hotelu Isztar nie rozstają się z bronią. Krzysiek mówi, że to przez nich strzelają do dziennikarzy. Też czekają, ale Bóg raczy wiedzieć na co.

Czekanie stało się tu nawykiem, stylem życia i obowiązkiem. Czeka się z pozoru spokojnie, zakładając nogę na nogę, bez wiercenia się, bez chodzenia od ściany do ściany, w skórzanym fotelu, przy herbacie, z pokątnie kupionym piwem lub ze szklaneczką whisky ukrytą w dłoniach, wśród dymu papierosowego, wygodnie, cicho, lecz w gotowości i w jakiejś wewnętrznej gorączce. Trzeba czekać, bo coś się zdarzy. Będzie strzelanina, ktoś nie wróci, wybuchnie bomba ukryta w butli z gazem albo samochód pułapka.

(Wybuchła bomba, zabiła trzy osoby, a może tylko jedną, dwie, pięć, siedem. Amerykańskie wojsko przegrodziło ulicę, iraccy policjanci repetują broń, kamerzyści wybiegli z hotelu. Aha – tylko trzech zabitych. Co się stało? Nic, codzienność, normalka. To wiadomość na jedno zdanie ostatniej strony serwisu informacyjnego, raz, góra dwa razy powtórzy ją jakieś radio, telewizja pewnie nie zauważy. Trzy ofiary nie przyspieszają rozwlekłego, choć napiętego rytmu czekania).

Ale że coś się zdarzy, to pewne. Coś na pierwszą stronę. News. Jeśli nie tej nocy, to następnej. Jutro, pojutrze, kolejnym świtem. Wczoraj newsem byli Amerykanie torturujący Irakijczyków w więzieniu Abu Ghraib. Dziś – zakładnicy, którym mudżahedini obcinają głowy. Okazuje się, że to wielka różnica: zginąć od bomby lub od kuli czy od miecza. Obcięta głowa jest w sam raz na pierwszą stronę.

 

Ta cholerna mgła powinna uspokajać, ale drażni. Powinna usypiać, ale budzi. Niby łagodzi kontury miasta i zmiękcza proste, toporne kształty bloków z wielkiej płyty, lecz przywołuje lęki, fobie, baśnie o upiorach. Na bruku przed hotelem leży japoński fotoreporter; pies szukający bomb wywąchał coś w jego torbie. Leży tak kilka kwadransów, nic nie wybucha, może więc wstać, otrzepać spodnie z kurzu. Zaraz siądzie w holu. Dołączy do czekających.

Krzysiek mówi, że bomba przed hotelem to małe miki, ale wąglik wpuszczony w niesprawną klimatyzację to będzie właśnie ten news, którego nie zdążymy nadać. Dlaczego wąglik, a nie gaz? Nie mam pojęcia.

Właśnie wróciła dziewczyna, chuda, drobna Niemka, którą obrabowano pod Al-Falludżą. Będzie spać w moim pokoju, bo nie ma ani grosza. Jutro chłopak z pomocy humanitarnej zabierze ją do Ammanu. Już nie chce czekać.

Bagdad we mgle straszy. Bardziej niż w pełnym słońcu, gdy wyje silnikami tysięcy samochodów, dusi się w oparach benzyny, topi w kałużach ropy, pokazuje przechodniom wypalone domy, dziurawe chodniki, wyrwane okna i drzwi, zadeptane trawniki, wyschnięte skwery, cokoły obalonych pomników. Dziś Bagdad jest po prostu paskudny.

„Moim zdaniem – usłyszał od swojego doradcy kalif Abu Dżafar al-Mansur, założyciel i budowniczy Bagdadu – powinieneś osiedlić się pomiędzy czterema punktami. Po stronie zachodniej są to Kutrubbul i Baduraja, po wschodniej zaś Nahr Buk i Kalawaza. Tam znajdziesz się blisko wody, w gajach palmowych. A jeśli wyschnie jedna z rzek i jej kanały, to będą jeszcze inne. As-Saratą otrzymasz pożywienie statkami z zachodu. Eufratem przybędą rzadkie towary z Egiptu i Syrii, a innymi statkami dobra z Chin, Indii, Basry i Wasitu. Tygrysem dotrą transporty z Armenii i sąsiednich krajów aż po Zab, a także z Bizancjum, Amidy, Al-Dżaziry i Mosulu. Będziesz się znajdował pomiędzy rzekami, nie wedrą się więc do ciebie wrogowie inaczej, niż tylko mostem lub kładką. A jeśli most się zerwie, a kładki roztrzaskają, wróg nie będzie miał do ciebie dostępu. Jeśli osiedlisz się między Tygrysem a Eufratem, nie dosięgnie cię nikt ze wschodu ani z zachodu, bo musiałby przekroczyć rzekę. Będziesz znajdował się w połowie drogi pomiędzy Basrą, Wasitem, Al-Kufą, Mosulem i As-Sawadem, blisko lądu, morza i gór”.

Saddam Husajn uwielbiał, gdy porównywano go do wielkich Abbasydów – Al-Mansura i jego wnuka Haruna ar-Raszida – twórców potęgi kalifatu i miasta, bodaj najświetniejszej, ośmiusettysięcznej metropolii ówczesnego świata, znanej ze wspaniałych meczetów i strzelistych minaretów, z akademii i madras, ze szpitali i bibliotek, z cudownych baśni Szeherezady, z poezji lirycznej i traktatów historycznych, z przekładów dzieł greckich filozofów, z kodeksów praw i z ksiąg objaśniających tajemnice matematyki. Satrapa ufał, że jest równy największym. Miał pałace, miał biografów gotowych na każde skinienie i poetów na każde zawołanie, malarzy i portrecistów, miał ochroniarzy i fedainów, gotowych oddać za niego życie, miał speców od tortur, wyuczonych rzemiosła w komunistycznych Niemczech. Miał swoją nagrodę literacką, rozstrzygał prawdy islamu, śpiewano pieśni ku jego chwale. Domy i wieże, mosty i drogi nazywał swoim imieniem. Był królem królów, kalifem kalifów, wodzem wodzów. Był wszystkim.

Gdy tam przyjechałem, już ukrywał się w podziemnej norze, blisko rodzinnego Tikritu, poniżony i zdeptany. Stał się banitą, uciekinierem strąconym ze szczytu władzy, zaledwie upadłym tyranem. Nikim. W końcu go powieszono.

A mimo to pojawiał się w każdej opowieści, każde zdanie zahaczało o niego, był słusznie potępiony i niesłusznie wszechobecny. Chciałem wysłuchać historii bagdadzkich meczetów, a mówiono mi, że stawiał je na swoją chwałę. Chciałem rozmawiać o szkołach – opowiadano mi, że na lekcjach, na apelach szkolnych, a nawet w wychowawczych rozmowach czczono jego imię. Pojawiał się zawsze i wszędzie, w każdym zdaniu i w każdym westchnieniu, był tłem, podkładem, fundamentem, głównym bohaterem. Wszechobecny i wielbiony, wszechwładny i znienawidzony, przeklinany i potępiony, podły, fałszywy, przebiegły, okrutny.

Była w tych opowieściach – myślałem – jakaś przedziwna dwoistość, wewnętrzna sprzeczność, dwa nurty, które powinny się wykluczać, znieść, wyeliminować, ale wspierały się, uzupełniały. To niezrozumiały wewnętrzny nakaz mówienia i w tej samej chwili nakaz milczenia, skrywania, kluczenia. Nie widziałem, nie wiedziałem, nie znałem, nie pamiętam. Słyszałem to równie często jak słowa: opowiem ci, wiem, oglądałem to na własne oczy.

Saddam zawsze już tam będzie. Choć dobrze, że go nie ma.

Bagdad Abbasydów padł w wyniku mongolskich najazdów. Najpierw Hulagu, a potem Tamerlan ochoczo palili biblioteki, bezcześcili meczety, sławne akademie zamieniali w stajnie. Wojownicy ordy, dzicy i niepiśmienni, układali na placach i skwerach Bagdadu sięgające nieba piramidy z odciętych głów (Tamerlan opuścił Bagdad, gdyż nie mógł znieść smrodu rozkładających się, niepogrzebanych ludzkich ciał). Saddam sam zgnoił ten kraj i to miasto, budowane dla niego przez Francuzów i Niemców, Polaków i Amerykanów za pieniądze z ropy naftowej. Irakijczycy przez długie lata wołali: bi-r-ruh, bi-d-dam, nafdik ja Saddam – oddamy za ciebie, Saddamie, duszę i krew. Lecz gdy w Bagdadzie pojawiły się pierwsze amerykańskie czołgi, nie było komu krzyczeć, niewielu chciało strzelać i tylko minister informacji Muhammad as-Sahhaf zapewniał, że wszystko jest pod kontrolą. „Po trzykroć daję wam gwarancję, że w Bagdadzie nie będzie amerykańskich żołnierzy” – mówił.

Amerykańscy żołnierze akurat jechali przez mosty na Tygrysie.

„Wojsko na placu Al-Firdaus, a armii irackiej ani na lekarstwo. Pstryk! – rozpłynęli się w powietrzu. Akt Wielkiego Zniknięcia. Mundury i buty wojskowe porozrzucane na każdej ulicy; samochody armii porzucone pośrodku drogi. Nakazem Wszechmocnego cała armia znikła dokładnie w tym samym czasie, jak w bajce: …a gdy wybiła dwunasta, złota karoca z powrotem zamieniła się w dynię”. Tak pisał Salam Pax w Blogu z Bagdadu. Kilka zdań. Cała prawda.

Po mongolskich najazdach Bagdad nigdy nie wrócił do dawnej świetności, choć nadal należał do najważniejszych miast świata arabskiego. Bagdad po Saddamie to nędza i brud, stosy śmieci, smród spalin i fetor gnijących odpadków, spalone domy, zatruty Tygrys, hańba i upokorzenie. Jordański Amman, który przez lata uchodził za prowincję, to dziś w porównaniu z Bagdadem dumna, jasna, światowa metropolia.

Bagdad to koszmar i betonowa upiorność. W dzień jazgot klaksonów i huk generatorów, bieda i żebracy. Nocą – łoskot transporterów wojskowych, strach, sfory bezpańskich, zdziczałych psów, ukrytych w gęstej mgle.

Niech Allah pobłogosławi mgłę. Pomaga to wszystko wytrzymać.

CZĘŚĆ DRUGA

Smagłe czoła, radość, miłość

i wytrwałość wykuły drogę człowiekowi.

Wodzu, który stoisz na czele swojego narodu,

spraw, by zajaśniały horyzonty rewolucji!

Oto odrodzenie, lwie chwały,

Dumo czci i splendoru rodu,

podążaj wytrwale ku zwycięstwu,

obudź w naszym kraju czasy Ar-Raszida.

Jesteśmy pokoleniem ofiar, świtem pracujących.

O dni chwały, powróćcie do nas!

Ojczyzna rośnie z niezłomną mocą,

a męczennik idzie za męczennikiem.

Nasz wspaniały naród to świt wolności,

współtowarzysze budują żagle siły.

Stałeś się, Iraku, ucieczką Arabów

i słońcem, które czyni z nocy poranek.

z przyjętego w czasach Saddama Husajna hymnu irackiego

(z arabskiego przełożył Marek M. Dziekan)

Tego, co zrobiłem, nie zrobiłoby nigdy żadne zwierzę.

Antoine Saint-Exupéry

…pastwiąc się nad swoimi ofiarami, zaspokaja potrzebę znęcania się, dręczenia, sprawiania bólu… to człowiek niepraktyczny (jest mu potrzebne to, co niepotrzebne), zadając innym cierpienia, nie osiąga nic – nie można więc rozpatrywać go w żadnych kategoriach racjonalnych, pragmatycznych. Nie myśli o tym, że znęcanie się nad ludźmi nie ma celu i do niczego nie prowadzi – ważny jest sam proces znęcania się, samo tyranizowanie, uprawianie okrucieństwa dla okrucieństwa. Istotna dla oprawcy jest tu sama czynność męczenia innych, samo sadystyczne działanie, samo bycie okrutnym.

Ryszard Kapuściński, Imperium

1

Wydawało się to czymś zupełnie niewinnym, drobiazgiem, błahostką, którą trudno przywołać w pamięci. Kto to nakazał, czy był to osobiście Saddam, a może jakiś jego wszechwładny kompan i zausznik? – nikt nie pamięta. W jaki sposób to nakazał? Czy stanowczym, twardym, nieznoszącym sprzeciwu, władczym głosem? A może była to łagodna sugestia, okraszona miłym, proszącym uśmiechem, gdyż wówczas nie można było aż tak rozkazywać; wielki strach, choć już zaplanowany, czający się w bagdadzkich zaułkach, miał dopiero wyjść na ulice. Nie wiadomo nawet, kiedy to się stało, jaki to był miesiąc, jaki dzień tygodnia, być może czwartek przed muzułmańskim świątecznym piątkiem albo może sobota – pierwszy dzień pracy, lub najzwyklejszy wtorek. Lecz właśnie ten moment, ta chwila, ten rozkaz albo niewinna z pozoru prośba uruchomiły lawinę, stały się prologiem, przygrywką, wstępem do wszystkiego, co rychło miało nastąpić.

Otóż pewnego dnia (którego roku? Irakijczycy nie pamiętają nawet, który to był rok!) w centralnych i prowincjonalnych urzędach, w ważnych i nieważnych biurach, w szkolnych gabinetach i w szpitalnych pokojach, na uniwersytetach, w salach narad wielkich przedsiębiorstw i w warsztatach małych fabryczek, w redakcjach gazet, w sklepach, w hotelach, słowem wszędzie, gdzie znaleziono stosowny ku temu kawałek ściany, portrety ówczesnego wiceprezydenta Iraku Saddama Husajna zawisły na tej samej wysokości co portrety prezydenta Hasana al-Bakra. W Bagdadzie stało się to zapewne natychmiast po podjęciu decyzji, lecz w odległych, zapomnianych osadach gdzieś na moczarach Tygrysu, w trzcinowych wioskach Arabów Błotnych przewieszanie portretów nastąpiło z pewnością tygodnie później; nie było przecież faksów i e-maili, wiadomości rozchodziły się znacznie wolniej.

W tamtych dniach w całym kraju słychać było wielkie stukanie. Dozorcy i sprzątacze, chłopcy hotelowi i dyrektorzy pól naftowych, ordynatorzy klinik i sklepikarze trzymali w dłoniach młotki i gwoździe i przez kilkadziesiąt sekund stukali, pukali, kuli. A potem przyglądali się, czy rzeczywiście wysokość jest taka sama, czy czarno-białe zdjęcie Saddama wisi równo, czy aby nie przekrzywia się, może trzeba je poprawić, może nieco przesunąć ku górze, może lekko w prawo, może ciut opuścić.

Starsi ludzie pamiętają dokładnie, kiedy Saddam odsunął od władzy Hasana al-Bakra (niektórzy twierdzą, że prezydent był schorowany, nie miał sił, by rządzić, i niebawem zmarł, inni powiadają, że Saddam kazał go otruć, może udusić), kiedy zamordował przywódcę irackich szyitów, wielkiego ajatollaha Muhammada Sadika as-Sadra (jego najmłodszy, nieudany syn nastręczy Amerykanom wielu kłopotów), kiedy zaczęła się wojna z Iranem, a kiedy pierwsza wojna w Zatoce. Pamiętają datę, a czasem nawet godzinę, o której syn (brat, szwagier, mąż) miał wrócić do domu, ale nie wrócił (zaraz przyjdzie, pewnie zasiedział się u przyjaciół), nie uprzedził o spóźnieniu (trzeba sprawdzić miejskie szpitale, pewnie nieszczęśliwy wypadek), aż okazywało się, że przepadł bez wieści (dlaczego, Boże, nas to też dotknęło, przecież był cichy, spokojny, posłuszny, nie wychylał się, przecież nic takiego nie mógł zrobić). Lecz prawie nikt nie zwrócił uwagi na tamto wszechirackie stukanie i pukanie.

Dżamal S.: – Pamiętam, habibi, dzień swojego procesu. I chwilę, gdy po ogłoszeniu wyroku wrzucili mnie do celi. Pamiętam dokładnie, którego dnia wyskakiwałem z autobusu i biegłem do schronu, żeby schować się przed irańskimi bombami. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem swoich rówieśników, uciekinierów z armii, pohańbionych obcięciem uszu. Widzisz, habibi, że z moją pamięcią nie jest najgorzej.

Ale nie pamiętam, kiedy przewieszano portrety Saddama (musiał to być schyłek lat siedemdziesiątych, byłem studentem w szkole muzycznej, grałem na skrzypkach joza), choć pamiętam pokoje uczelni udekorowane tylko portretami Al-Bakra, a zaraz potem – Al-Bakra i Saddama. Cała ta zmiana, ten początek naszych cierpień i nieszczęść, wstęp do terroru – choć terror i strach panował już za Al-Bakra, jednak był to terror przeciwko wybranym, masowy, ale też jednostkowy, nie był to terror powszechny, wszechogarniający, tylko raczej zwyczajny terror bliskowschodni, terror codzienny, akceptowalny, pełen niedoróbek i dziur, terror, z którym idzie wytrzymać, można żyć – słowem, wszystko to działo się na moich oczach, w pełnej świadomości mojego umysłu, za moją zgodą, bo nie protestowałem, przy moim milczącym udziale, bo nie zrobiłem nic, by temu zapobiec.

 

Zresztą gdyby ktoś mnie wtedy zapytał: czy chcesz, Dżamalu, by zdjęcie wiceprezydenta Saddama Husajna wisiało na tej samej wysokości co zdjęcie prezydenta Hasana Al-Bakra? – wzruszyłbym ramionami, poszedłbym zjeść pieczonego karpia na pięknej bagdadzkiej ulicy Karrada albo posłuchać muzyki.

Nie było tak, że wcześniej Saddam był nikim, człowiekiem nieznanym, prywatnym, jednym z wielu Irakijczyków. Miał niewiele więcej niż dwadzieścia lat, gdy jesienią 1959 roku jako podziemny bojówkarz uczestniczył w zamachu na generała Kasima, dyktatora Iraku. Legenda głosi, że raniono go, lecz sam ostrym nożem wyjął sobie kulę z nogi i uciekł, przepływając Tygrys. Cztery lata później, po udanym przewrocie partii Baas – nazwanym w Iraku „panną młodą wszystkich rewolucji” – ludziom wydawało się, że panuje Hasan Al-Bakr, ale to Saddam rządził za plecami, z drugiego szeregu, w ukryciu, w mroku, w cieniu. Podpisywał umowy międzynarodowe, jeździł po świecie, zabrał zachodnim koncernom władzę nad iracką ropą, wygnał z azylu w świętym mieście Nadżaf ajatollaha Chomeiniego, nadzorował pracę tajnej policji. Jego Komitet Dochodzeniowy rządził więzieniem Kasr an-Nihaja – co po arabsku oznacza Pałac Kresu. To Saddam kazał publicznie powiesić kilkudziesięciu ludzi uznanych za szpiegów imperializmu, Ameryki i syjonizmu, a tłum przyglądający się egzekucji wiwatował na jego cześć. Już wtedy Irak spływał krwią, dzień za dniem szło ku gorszemu, ale z wolna, pomalutku, kroczek za kroczkiem. Najtężsi wizjonerzy nie mogli przewidzieć, co stanie się za parę lat.

Dżamal S.: – Wtedy, tak myślę dziś, była jeszcze szansa na odwrót, coś można było zmienić, coś zatrzymać. Nie dasz wiary, habibi, lecz kiedy w tamtych czasach przyjeżdżał na moją uczelnię jakiś partyjny lub rządowy ważniak, kłóciliśmy się z nim, spieraliśmy, musiał wysłuchać naszych racji, czasem nawet ustąpić. Lecz nie zauważyliśmy dnia przewieszania portretów. Ta chwila, bezwiednie wyparta z naszej pamięci, to początek, start, właśnie od tej minuty bezpowrotnie i nieodwołalnie zaczęło się odmieniać nasze życie, na wiele lat przydzielono nam role, choć jeszcze nie znaliśmy scenariusza, nie wiedzieliśmy, jaka to sztuka. Młotkami i gwoździami, stukaniem i pukaniem daliśmy przyzwolenie. Pozwoliliśmy ponieść się fali, której później nie umieliśmy zatrzymać.

2

Wspomina, że kiedy opowiadał klasie tę wyssaną z palca historię (gdyby miał wybór, nigdy by jej nie opowiedział), ani razu nie załamał mu się głos. Kazano mu – i tyle. Czy mógł odmówić? W Iraku Saddama nie istniało słowo „odmawiam”. „Odmawiam” mogło być ostatnim słowem w życiu.

Dżabbar nie miał wyrzutów sumienia, choć wiedział, że plecie bzdury. Nie czuł żadnego dyskomfortu, nie myślał o tym, co mówi. Spełniał obowiązek, dbał o własną skórę, przedłużał o kolejny dzień swoje spokojne życie. Czyli postępował uczciwie i słusznie; koledzy nauczyciele przez całe lata dokładali swoje opowieści do powszechnego kłamstwa, a przecież spali spokojnie. Lekcja kiedyś się skończy.

Stał więc przy biurku, klepał to, co wcześniej usłyszał w pokoju nauczycielskim. A może przeczytał w podręczniku do lekcji patriotyzmu. Nie pamięta, bo nie chce już nic pamiętać. Jest tylko pewien, że słuchające go dzieci miały dziesięć, jedenaście lat.

*

Dżabbar M.: – Opowiadałem mniej więcej tak: „To było kilkadziesiąt lat temu, kiedy Pan Prezydent był jeszcze dzieckiem…

…kiedy więc Pan Prezydent był, jak wy, dzieckiem, też chodził do szkoły. To, oczywiście, nie była taka piękna szkoła jak nasza, dzieciom nie było w niej dobrze. Irakiem władali cudzoziemcy. Nie zależało im, jak dziś zależy Panu Prezydentowi, by irackie dzieci otrzymały właściwe wykształcenie.

Dla Pana Prezydenta, choć był małym chłopcem, było to jasne. Musicie przy tym wiedzieć, że Pan Prezydent nie był zwyczajnym dzieckiem. Najszybciej poznał alfabet i zasady czytania, a matematyczne zagadki nie miały dla niego żadnych tajemnic. Był najbardziej lubiany i nawet nauczyciele mieli świadomość, że dane im było obcować z kimś wyjątkowym…

…lecz był między nauczycielami jeden szczególnie złośliwy i podły. Nie rozumiał, że Pan Prezydent, choć w waszym wieku, przewyższał umysłem dorosłych. Zazdrościł mu, krzyczał, wymyślał. Zadawał Panu Prezydentowi najtrudniejsze pytania. Nie mógł znieść, że Pan Prezydent zawsze znał odpowiedź. Więc pewnego razu uderzył w twarz małego Saddama, waszego Wujka Prezydenta”.

Dżabbar pamięta, że do tej chwili dzieci siedziały spokojnie, lekko znudzone, zaspane, rozkojarzone, bo przecież wysłuchiwały takich lekcji co najmniej dwa razy w tygodniu. Lecz kiedy powiedział: „uderzył Wujka Prezydenta”, usłyszał szmery i poruszenie, zobaczył niedowierzanie. To tak, jakby powiedział: jutro świat się skończy, po dniu nie nastąpi noc.

Dżabbar M.: – „…więc ten paskudny, zły nauczyciel uderzył Pana Prezydenta – mówiłem. – Pan Prezydent wyskoczył z ławki, złapał nauczyciela za ręce i choć był taki mały jak wy, wywrócił go na podłogę. Bił nauczyciela i w końcu za karę odgryzł mu ucho”. Dzieci zareagowały brawami: sprawiedliwości stało się zadość.

Lubiłem uczyć. Poświęciłem szkole prawie piętnaście lat życia. Płacono mi grosze i z tego powodu żona często się wściekała, lecz uważałem, że to najlepszy zawód, jaki mogłem sobie wybrać. Uczyłem angielskiego i to był kolejny powód, dla którego trzymałem się szkoły. Gdybym był historykiem albo geografem, gdybym musiał codziennie prowadzić lekcje patriotyzmu, pewnie rozejrzałbym się za inną robotą. Lecz gramatyka, ortografia, objaśnianie dzieciom skomplikowanych kombinacji angielskich czasów wydawały mi się zajęciem bezpiecznym; zasady past perfect czy simple past są apolityczne. Poza tym to był dobry pretekst, by sięgać po zagraniczne gazety i książki.

Każdego czwartku w czasie roku szkolnego uczestniczyłem w uroczystych apelach: dzieci wciągają na maszt flagę iracką, śpiewają, recytują, deklamują, odczytują. Nie obchodziło mnie to. Byłem anglistą, zwykłym nauczycielem, tylko odbębniałem masówki, stojąc obok uczniów uformowanych w karne szeregi; to był bezsensowny rytuał, który ani mnie ziębił, ani grzał. Nie musiałem wypowiadać się publicznie, nikt ode mnie nie wymagał, bym głośno wyrażał swoje zdanie. Milczałem nawet na zebraniach partyjnych; cóż interesującego miałby do powiedzenia anglista? Do partii Baas zapisałem się, bo nie miałem wyjścia. Wolna wola w Iraku nie istniała. Gdybym nie został członkiem partii, straciłbym posadę. Zresztą Saddam powiedział kiedyś: „Wszyscy Irakijczycy są członkami Baas, nawet jeśli nie należą do partii”. Nie miałem zamiaru z tym polemizować.

Dżabbar powie mi jeszcze, że nie ma pojęcia, jakim cudem przez tyle lat udawało mu się unikać zastępstw. In sza Allah – Bóg tak chciał. Jeśli już, to prowadził dodatkowe lekcje angielskiego w czasie przeznaczonym na matematykę lub chemię. Patriotyzmu uczyli inni, ci, którzy dobrze wiedzieli, jak to robić. Dżabbar rozumie, że miał szczęście. Do tamtej lekcji.

– Wróciłem do domu, moi synowie oglądali w telewizji występ piosenkarza śpiewającego o Saddamie. Zjadłem kolację, położyłem się spać, niby wszystko jak zwykle, lecz coś się we mnie gotowało. Tak przez kolejne dni: wstawałem, szedłem do szkoły, wracałem do domu. Synowie opowiadali mi, co tego dnia zrobił Wujek Saddam, a ja jadłem, zasypiałem i znów szedłem do szkoły. Coś mnie gryzło, coś świdrowało, wierciło dziurę w brzuchu. Aż zrozumiałem, że się boję. Ja, dorosły, boję się dzieci. Byłem wymagającym nauczycielem. Przestraszyłem się, że gdy skarcę jakiegoś ucznia, rzuci się na mnie i odgryzie mi ucho. Przecież powtarzaliśmy dzieciom, że mają we wszystkim naśladować Pana Prezydenta. Odszedłem ze szkoły.

Nikt się nie dziwił decyzji Dżabbara (za kilkanaście dolarów miesięcznie trudno było wyżyć nawet w Iraku), ale też nikt nie znał jego prawdziwych motywów. Z początku był tłumaczem irackich delegacji, jeżdżących do jeszcze rasistowskiej Republiki Południowej Afryki i do Serbii Slobodana Miloševicia w imieniu Saddama podpisywać umowy na dostawy broni. Rzucił pracę, bo raziło go, gorliwego muzułmanina, że musi rozmawiać z ludźmi, którzy z pogardą mówili o islamie od razu po dobiciu targu. Przez jakiś czas oprowadzał po Bagdadzie zagraniczne wycieczki. Musiał meldować tajnej policji, co między sobą mówili turyści. Nie miał z tego powodu wyrzutów sumienia; pod każdym względem było to bardziej moralne niż opowiadanie dzieciom o małym Wujku Saddamie odgryzającym nauczycielowi ucho. Lecz chyba nie donosił zbyt gorliwie, gdyż rychło stracił posadę i zatrudnił się w hotelowej pralni. Recepcjonistom, którzy byli jego przełożonymi, powiedział na wszelki wypadek, że po angielsku zna raptem kilka słów, a najlepiej idzie mu: I don’t speak English. Zresztą zagraniczni turyści szybko zniknęli z Iraku.

Kiedy Dżabbar odszedł ze szkoły, coś go pchało, by zrozumieć, dlaczego Saddamowi, którego przyrównywano do Boga, kalifów i królów Babilonu, potrzebne były bajki o tym, jak w dzieciństwie odgryzł ucho niesprawiedliwemu nauczycielowi. Z odprysków rozmów, z fragmentów wspomnień, z plotek i ploteczek złożył opowieść. Doszedł do wniosku, że Saddam był nieszczęśliwy.

– Mówiono o nim, że jest silniejszy od Boga, mityczni bohaterowie nie dorastali mu do pięt, wychodził zwycięsko ze wszystkich potyczek, wygrywał wojny, był Wodzem, Nauczycielem, Wyzwolicielem. Gdy Amerykanie zdobyli Bagdad, byłem w jednym z jego pałaców. Widziałem czterdzieści sześć par złotych drzwi, tysiące metrów kwadratowych podłóg, wyłożonych najdroższą terakotą; jedna niewielka płytka kosztowała nawet pięćset dolarów. Z jednego końca pałacu na drugi szedłem prawie dwadzieścia minut. To było absurdalne, zupełnie niepotrzebne bogactwo, zbytek i przepych, które mogła zrodzić tylko ciężka choroba duszy.

Jego imieniem nazywano mosty, ulice, szkoły, szpitale. Wszyscy mieliśmy go podziwiać, kochać, drżeć przed jego gniewem. I wielu go kochało. A jeszcze więcej drżało przed nim. Był ponurym tyranem, mordercą, sadystą, irackim Stalinem, Ceauşescu i Asadem. Lecz to nie cała prawda o Saddamie.

Czy zwrócił pan uwagę, że nikt nigdy i nigdzie nie powiedział publicznie ani słowa o jego ojcu? Bo Saddam nie znał swojego ojca. Był bękartem, a w naszej kulturze to wielki, hańbiący stygmat. Urodził się pod Tikritem, a dorastał w Bagdadzie, w rodzinie brata swojej matki, Chajr Allaha Tulfy. Wuj był odważnym żołnierzem walczącym w antybrytyjskim powstaniu i okrutnym bandytą, terroryzującym bagdadzkie slumsy. Ta dzielnica szeregowych domków, na którą z przyzwyczajenia mówimy Saddamijjat al-Karch, jeszcze dziesięć lat temu była ponurym gettem nędzy i nazywała się po prostu Al-Karch. Prawa slumsów są okrutne dla bękartów. Saddam doświadczył tego na własnej skórze.