Rzeczpospolita Obojga Narodów. Dzieje agoniiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rzeczpospolita Obojga Narodów. Dzieje agonii
Rzeczpospolita obojga narodów. Dzieje agonii
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,90  56,72 
Rzeczpospolita obojga narodów. Dzieje agonii
Rzeczpospolita obojga narodów. Dzieje agonii
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sasi prowadzili się na Litwie po łotrowsku, nie oszczędzali nawet kościołów. A jednak wszystkie dotychczasowe matactwa Augustowe, dotyczące polityki wewnętrznej, przynieść mogły błogosławione skutki. Ostatecznie posługiwanie się zaciężnym żołnierzem cudzoziemskim należało wtedy w Europie do zjawisk zwykłych. Niestety, król sprowadził swych Sasów na północ nie tylko po to, by przy ich pomocy wziąć po kolei za łeb wszystkich herbowych i wdrożyć jaki taki porządek państwowy. Jakub Henryk Flemming, pierwszy doradca monarszy, wcale nie pragnął zagłady wolności, chciał tylko ująć ją w ramy ładu.

Po traktacie karłowickim Rzeczpospolita wzdychała do trwałego pokoju, jej król do nowej wojny.

W sierpniu 1698 roku August podejmował w Rawie Ruskiej powracającego z Zachodu Piotra I. „Tam z sobą podpijając – opowiada ówczesny pamiętnikarz – wiecznej przyjaźni zawzięli związek, umówiwszy między sobą sekretnie wojnę ze Szwedem”.

Popijanie musiało być nie lada jakie. August pod tym względem nie zawiódł nadziei poddanych, Piotr zaś – jeśli wierzyć Saint-Simonowi – nawet znacznie później, już w podeszłym wieku, przy normalnym posiłku wlewał w siebie jedną lub dwie flaszki piwa, co najmniej tyleż wina i na przybitkę zakrapianą wódkę... szklanką albo i kwartą. Posilał się dwa razy dziennie: o jedenastej rano i o ósmej wieczorem.

Car jechał prosto z Wiednia, gdzie śliskie wybiegi austriackie rozczarowały go mocno. Austria przygotowywała się do pokoju z Turcją i nie zamierzała popierać szerokich zamierzeń Moskwy. Młody władca tej ostatniej nie umiał jeszcze podczas zakończonego właśnie wojażu po wielu krajach Zachodu okazywać tego poczucia własnego majestatu, którym zadziwiał na starość parów Francji. W Rawie Ruskiej zaimponował mu August, suweren dwu krajów, Europejczyk o pięknych manierach i pańskim geście. Mylnie się nawzajem oceniający monarchowie wymienili między sobą na znak przyjaźni oręż i rozmaite części garderoby. Car powrócił na Kreml okryty płaszczem króla polskiego i z jego rapierem u pasa.

Plan wojny ze Szwecją mógł być omówiony tylko w zarysach ogólnych. Piotr śpieszył do domu, aby zaprowadzić tam porządek. Bawiąc w Wiedniu, otrzymał wiadomość o kolejnym buncie „strzelców”. Była to formacja wojskowa w Moskwie tradycyjna, a dość archaiczna, skoro nasi specjaliści stwierdzili ostatnio, że całkiem podobne występowały w grodach polskich już w stuleciach X i XI. Istota rzeczy polegała na tym, że wojownik był jednocześnie osiadłym mieszczaninem. Miał dom, bydełko rogate i bezrogie, parał się rzemiosłem i handlem. System ten dość trudno się godził z potrzebami ogromnego państwa XVIII wieku, prowadzącego politykę imperialną, która wymagała rzucania pułków raz nad Morze Czarne, to znów ku granicom Litwy. W tych warunkach ciągłe bunty strzeleckie były zjawiskiem nieuniknionym. Wielki reformator skończył z nim radykalnie i po swojemu.

Jesienią 1698 roku odbyła się w Moskwie jedna z najsłynniejszych w historii masakr. Artystyczną wizję jej szczytowego punktu zna każdy, kto w Galerii Tretiakowskiej oglądał ponury obraz Surikowa Utro strieleckoj kazni. Malarz nie mógł pokazać wszystkiego. Rzeczą historyków i pisarzy było opowiedzieć o czternastu izbach tortur, gdzie wymuszano zeznania, i o „krwawej poręce”, jaką car związał setki najwyższych dostojników i bojarów, rozkazując, by każdy z nich własnoręcznie stracił przynajmniej jednego ze skazanych. Aleksander Daniłowicz Mieńszykow, sławny faworyt Piotra, przechwalał się, że ściął ich trzydziestu. Przystrajaniem murów Kremla wisielcami zajmowali się kaci zawodowi, którzy na rozmaite sposoby wykonali lwią część roboty. Wspomniane dzieło bojarskie grało rolę raczej symboliczną.

W porównaniu z tym saskie bezeceństwa w Rzeczypospolitej naprawdę nie krzyczą o pomstę do nieba, chociaż przyznać wypadnie, że szlachta nie bez powodu truchlała przed absolutyzmem. Wiedziała przecież, co się dzieje w państwach oczyszczających swe struktury ze starzyzny. Gdybyż August poprzestał na tępieniu anachronizmów! Gdybyż nie marzyły mu się laury zdobywcy!

Pomysł wojny ze Szwecją powzięto, zanim Piotr przyjechał do Rawy. Zaczęło się od tajnego układu z Danią i od okrytych również tajemnicą znoszeń z Janem Reinholdem Patkulem, przedstawicielem szlachty inflanckiej, którą ciężar ręki szwedzkiej skłonił do platonicznych marzeń o powrocie na łono raju dla herbowych, to znaczy Rzeczypospolitej.

Raz za razem rozprawiać tu przychodzi o postaciach, które od dawna i nieprzerwanie zaludniają poezję, dramat i powieść. Bo też na przełomie XVII i XVIII wieku dzieje naszej połaci Europy zaprezentowały niebywałą wystawę typów i losów ludzkich. Wobec niej wprost nudny staje się Wersal wraz ze swymi metresami królewskimi, ceregielami wokół nocnej koszuli monarszej, intrygami uperfumowanych dworaków. Z worka przeznaczenia posypały się figury kanciaste i chropowate, szatańsko ambitne, jednako amoralne, lecz bardzo różne we względzie talentu. Ta z nich, która prześcignęła wszystkich w brutalności i okrucieństwie, a dziwacznymi pomysłami długo śmieszyła jednych, gorszyła innych współczesnych, uplasowała się w końcu wśród największych geniuszów polityki.

Jan Reinhold Patkul, przyjeżdżając potajemnie do Warszawy w 1698 roku, nie wątpił, że uda mu się przechytrzyć pociesznego cara Piotra, który podówczas nie nauczył się jeszcze odróżniać zabawy w wojsko i rządzenie od prawdziwej roboty państwowej. Inflantczyk był znacznie starszy od wszystkich trzech wodzonych przez się na pokuszenie monarchów i kto wie, czy nie uległ nałogowi lekceważenia żółtodziobów. Namawiał do rozprawy ze Szwecją. Jej pan, szesnastoletni Karol XII, dzielnie polował na niedźwiedzie, ćwiczył ramię, ścinając łby cielętom, i wyprawiał rozmaite, przeważnie dość ordynarne brewerie. Piotr miał lat dwadzieścia sześć, August dwadzieścia osiem, Patkul zaś o dziesięć więcej od Sasa.

Urodził się w więzieniu sztokholmskim, gdzie rodzice jego zamknięci zostali w roku 1660 za poddanie Weimaru Polakom. Wprawdzie upadek twierdzy mógł obciążać tylko jej niefortunnego komendanta, ale w Szwecji ówczesnej rozumowano inaczej. Do Warszawy przyjechał Patkul ze Szwajcarii, gdzie przebywał już jako zbieg, obciążony wyrokiem śmierci, banita. Był wyrazicielem niezadowolenia ziemiaństwa inflanckiego, dotkniętego surową polityką fiskalną rządów szwedzkich, niejako ambasadorem wrzenia, którego znaczenie i siłę stanowczo przeceniał.

Tajny układ przewidywał przyłączenie Inflant do Rzeczypospolitej jako autonomicznej prowincji. Postanowiono jednak, że August i jego potomkowie mają panować nad Dźwiną nawet w wypadku utracenia tronu polskiego. Zaczynała się więc gra o nowe księstwo dla dynastii Wettinów. August występował w tych traktatach tylko i wyłącznie jako elektor saski.

Dogadawszy się z Danią, Patkulem i Piotrem, niezwłocznie wysłał do Sztokholmu wojewodę Gałeckiego z zapewnieniami pokoju i przyjaźni, „co król szwedzki mile akceptował, o wzajemności upewnił i nadmienił posłowi naszemu o wojnie przeciwko Moskwie...”.

21 listopada 1699 roku generał saski Karłowicz oraz występujący pod zmienionym nazwiskiem Patkul w imieniu elektora Augusta podpisali w Preobrażeńskim umowę szerszą i konkretną. Działania wojenne miały się rozpocząć, gdy tylko śnieg spłynie. Podczas pertraktacji Patkul nie szczędził fatygi i pouczał cara, że Rosja powinna ograniczyć swe pożądania do dalekiej Ingrii, nie ruszać zachodnich wybrzeży jeziora Pejpus ani nawet Narwy. Piotr słuchał uważnie i nie przeczył.

Tak więc sprzysiężeni niecierpliwie czekali na pojawienie się w kalendarzu liczby całkiem nowej, na rok 1700. Zbiegiem okoliczności przypadało akurat stulecie chwili, w której Zygmunt III, też posłuszny interesom wyłącznie dynastycznym, sprowokował w roku 1600 pierwszą z cyklu katastrofalnych dla nas wojen szwedzkich.

August II rwał się do boju jako elektor saski, nie przestawał jednak być zarazem królem Polski i Litwy. Ich terytorium zasłaniało Saksonię przed Skandynawami, siłą faktu – bez względu na wolę mieszkańców – musiało się stać operacyjną podstawą działań i zapleczem strategicznym. Szykował się atak na Rygę, która leży nad tą samą rzeką, co i Dzisna, we względnym pobliżu Wilna, lecz bardzo daleko od Drezna. Korpus saski stacjonował w Wielkim Księstwie, dodatkowe trzy pułki nadpłynąć miały wkrótce morzem od strony Gdańska. Nazywało się, że król chce budować port w Połądze.

Jeden jedyny dostojnik Rzeczypospolitej znał plany monarsze i sprzyjał im naprawdę. Był to Jan Przebendowski, wojewoda malborski. August uzyskał też – za pieniądze, jak twierdzi Kazimierz Waliszewski – w najwyższym stopniu podejrzane poparcie ze strony Michała Radziejowskiego, podskarbiego Lubomirskiego i Sapiehów. Ci ostatni pragnęli awantury, bo chcieli się odegrać za poprzednie niepowodzenia. Prymas już najbliższego lata rozpoczął czułą korespondencję ze Sztokholmem, później stał się głową opozycji.

Król pchał do wojny wbrew woli i jak najbardziej oczywistym interesom Rzeczypospolitej. Zasłaniał to pozorem: w paktach elekcyjnych widniał punkt, nakładający na wybrańca obowiązek odzyskania prowincji utraconych. Wpisanie tego warunku do umowy wynikało przede wszystkim z nawyku. Poważniej traktowali sprawę tylko ci, którzy pragnęli powrócić nie do Inflant, lecz do Smoleńska i Kijowa. „Słuszniej się było Moskalowi [czyli u niego – przyp. P. J.] upomnieć o swoje, niż Szweda zaczepiać niewinnie” – powiedziano ówcześnie. Za głównego zwolennika programu kijowskiego uchodził hetman wielki koronny Stanisław Jabłonowski.

Wyczerpanie kraju poprzednimi wojnami i powszechne w Obu Narodach pragnienie pokoju to niejedyne motywy oceny postępków królewskich. Parę lat dopiero rządził u nas August, otoczony sforą cudzodziemskich doradców, a już po raz drugi ciskał w kąt to, co stanowiło cenny dorobek umysłowy poprzedniego panowania. Najpierw pozwolił Fryderykowi pruskiemu zająć Elbląg i zmienić tytuł z książęcego na królewski. Teraz dobywał szpady przeciwko Szwecji, z którą Jan III stanowczo chciał się sprzymierzyć. Stawał w jednym szeregu z carem, podczas gdy od dziesięcioleci już przeważało w kraju, zwłaszcza zaś w Polsce, przekonanie, że Moskwa jest o wiele straszniejsza od Sztokholmu. Karol Gustaw okupował był przelotnie Warszawę i Kraków, lecz ostatecznie nie zdobył ani kilometra ziemi polskiej czy litewskiej. Pułki cara Aleksego tylko pokazały się nad Wisłą, w Puławach i Kazimierzu, ale Kijowa, lewobrzeża Dnieprowego i Smoleńska przyszło się zrzec na dobre. W Chwastowie miało się Paleja, któremu w każdej chwili pomóc mogli Mazepa i car.

 

Pomysły i postępowanie Augusta II pozostawały w rażącej sprzeczności z żelaznymi kanonami myślenia politycznego. Król zawierał przymierze z sąsiadem bardzo silnym przeciwko słabszemu (i to takiemu w dodatku, który ani nie zagrażał, ani nie zaczynał), łatwo zawsze przewidzieć, komu takie spółki przyniosą zysk główny. Wielkie mocarstwa stale mają zwyczaj pożywiać się zarówno kosztem wroga, jak i wątłego sojusznika.

Augustowi zależało na karierze dynastii Wettinów. Dobro Rzeczypospolitej obchodziło go w stopniu minimalnym. Ale godność królewska dawała mu możność stwarzania faktów wpływających na jej los.

Jan Reinhold Patkul przyjechał do Moskwy wtedy właśnie, gdy bojarowie w zaciszach domowych gorzko opłakiwali swe świeżo utracone brody, w żywy ogień klęli farmazońskie dziwactwa carskie. Jak już wiemy, starał się obmierzić Piotrowi zachodnie wybrzeże jeziora Pejpus, tudzież twierdzę w Narwie. Nie były to jedyne nauki, jakich i wówczas, i w przeciągu lat najbliższych udzielał młodemu człowiekowi mąż dojrzały, obserwator bystry, a pozbawiony wszelkich skrupułów. „Zaszczyt wynalezienia całego systemu środków i narzędzi, jakimi odtąd dyplomacja rosyjska dobierać się będzie do serca Rzeczypospolitej, należy się bezsprzecznie Patkulowi” – twierdzi Józef Feldman. Zbieg inflancki głosił, że lepiej jest podzielić państwo polsko-litewskie między sąsiadów, „ze szczególnym zwłaszcza uprzywilejowaniem Prus”, niż umacniać wpływy rosyjskie na całym jego obszarze. Ten program zaczęto urzeczywistniać dopiero w pięćdziesięciolecie po zgonie Piotra Wielkiego.

8 sierpnia 1700 roku przygalopował do Moskwy goniec od diaka Ukraincewa. Doniósł o podpisaniu pokoju z Turcją. Tegoż dnia car rozkazał swej armii uderzyć na Narwę.

II

Szwedzi błyskawicznie pobili Duńczyków i już w sierpniu podyktowali im pokój. Sasom nie powiodło się dwukrotne oblężenie Rygi. Padł tylko niewielki szańczyk na lewym brzegu Dźwiny oraz stara, zaniedbana fortalicja Dyament, przy której szturmowaniu poległ generał Karłowicz. Wezwania Patkula nie odniosły oczekiwanego skutku, szlachta inflancka nie pokwapiła się do powstania. Poruszył się za to nieszczęsny, uciemiężony chłop łotewski i estoński. Mocarstwa wymachiwały rozmaitymi mniej lub bardziej zetlałymi pergaminami, rozprawiały na całe gardło o swoich nieprzedawnionych prawach, lecz właściwie tylko on jeden, ten niebrany w ogóle pod uwagę chłop, mógł nazywać Inflanty swoją ojczyzną. Jego ówczesne poruszenia w całkiem logiczny sposób godziły w obcojęzyczne, niemieckie przeważnie ziemiaństwo. Tym mniej odczuwało ono ochotę do podnoszenia Patkulowego sztandaru.

Początek „wielkiej wojny północnej” nie wypadł dla koalicji różowo, bo i w Narwie garnizon szwedzki zaciekle bronił się ogromnie przeważającej sile rosyjskiej. Najbliższa przyszłość przynieść zresztą miała sprzymierzonym niespodzianki o wiele bardziej żałosne.

Tymczasem wewnątrz granic neutralnej Rzeczypospolitej szło ku wydarzeniom jeszcze w niej niebywałym. Król pozwolił hetmanowi Sapieże na nowo werbować pułki, szlachtę zaś wezwał uniwersałami do zbrojenia się i czuwania nad bezpieczeństwem rubieży. August nie był tępy, na pewno doskonale pojmował, jakie skutki przyniesie mobilizacja Litwy rozżartej dotychczasowymi sporami. Rokosze Zebrzydowskiego i Lubomirskiego zakończyły się u nas krwawo, ale wtedy rebelianci walczyli z chorągwiami wiernymi monarsze, ostateczne boje staczane były w jego obecności. Teraz miały skoczyć sobie do gardeł dwie partie litewskie – sapieżyńska oraz „ichmościów”. Król wraz ze swymi saskimi pułkami stał z boku i pociągał za sznurki.

Początkowo zanosiło się na zwycięstwo regularnych bądź co bądź sił hetmana. I pod Lipniszkami, i u przeprawy przez Oszmiankę szlachta dostała dość tęgo w skórę. W październiku 1700 roku, w obozie pod Olkienikami zebrało się jej jednak około dwunastu tysięcy. Role przywódców grali kasztelan witebski Michał Kazimierz Kociełł, strażnik litewski Ludwik Pociej, chorąży żmudzki Zaranek, Hrehory Ogiński i kanonik wileński ksiądz Krzysztof Białłozor, najzajadlejszy ze wszystkich, spragniony zemsty za śmierć brata, którego dwa lata wcześniej hetman Sapieha kazał ściąć. W obozie „republikańskim” nie zabrakło nawet Radziwiłła, a generalne pułkownikostwo „województw i powiatów” sprawował dwudziestoletni Michał Serwacy Wiśniowiecki, przedstawiciel pokolenia wnuków Jaremy.

Przypadek ostatecznie rozstrzygnął o przerzuceniu się rodu kniaziowskiego na stronę szlachty. W kwietniu służba Sapiehów pomyliła się w nocy na ulicy św. Jana w Wilnie, wzięła orszak Wiśniowieckiego za drużynę Kociełła, napadła nań, poraniła książąt Janusza i Michała. Błahe wydarzenie może odegrać dużą rolę tam, gdzie personalne czy grupowe ambicje zastępują politykę.

18 listopada 1700 roku szlachta starła się pod Olkienikami z trzytysięcznym tylko, lecz wyposażonym w działa, wojskiem Sapiehów. Walczyła z szatańską zaciekłością, „ostatnim potykała się azardem”, i odniosła pełne zwycięstwo. Hetman Kazimierz Jan i brat jego, podskarbi Benedykt, uszli do Wilna. Na placu boju skapitulował, poddał się Wiśniowieckim na słowo Michał Sapieha, koniuszy litewski, niedawno mianowany generałem wojsk cesarskich. (W jego regimencie służył wtedy, jako młody oficer, nikomu nieznany Stanisław Poniatowski herbu Ciołek, syn Franciszka, łowczego podlaskiego).

W nocy pomniejsi przywódcy do zbydlęcenia spoili szlachtę, która rzuciła się na obstawiony ukraińskimi żołnierzami Wiśniowieckich klasztor, prowizoryczne więzienie Michała Sapiehy. Pierwszy przez okna wtargnął do jego celi ksiądz Białłozor. Zamiast wysłuchać spowiedzi, o którą nieszczęśnik prosił, uderzył go z całej siły w twarz, krzycząc: „Ot, masz absolucją!”.

Nie pomogła interwencja Wiśniowieckich ani biskupa Brzostowskiego. Powóz infułata szlachta obaliła, rozniosła na drzazgi, on sam ledwie uciekł do kościoła. Michał Sapieha zginął zasiekany szablami na ulicy. Potem tryumfatorzy doprowadzili do zwłok ludzi podejrzanych o sapieżyńskie sympatie, a to w celu próby i poręki. Kazali im kłuć lub rąbać zmasakrowanego trupa. Niewątpliwi stronnicy hetmana kończyli na ulicach Olkienik tą samą śmiercią, co koniuszy.

24 listopada powzięto w tymże miasteczku uchwały, odsądzające Sapiehów od czci, urzędów i dóbr. Oszczędzona została jedynie kodeńska linia rodu, nieuczestnicząca w działaniach krewniaków. Tę samą datę 24 listopada nosi tajemnicze „postanowienie wileńskie”, które być może naprawdę w celach prowokacyjnych odsłaniało rzeczywiste zamierzenia królewskie.

Wielu pamiętnikarzy, kronikarzy i historyków pisało o ponurej batalii olkienickiej. Relacja niniejsza opiera się również na wiadomościach zawartych w niedrukowanym dotychczas studium pióra Matyldy Osterwiny. Kończąc swe rozważania, powiada autorka, że po Olkienikach nigdy już żaden ród magnacki nie wybujał tak w Rzeczypospolitej jak Sapiehowie na Litwie. Jeśli tak, to metoda obmyślona ongi przez Jana III okazała się mądra. August II spróbował jednak wprowadzić ją w czyn wśród takich okoliczności, że wszystko przepadło.

Król nie bolał zbytnio ani nad nieszczęściem Sapiehów, ani nad barbarzyńskim zachowaniem się poddanych. Robił, co tylko mógł, aby spokój nie powrócił na Litwę, przeszkadzał pełnemu sukcesowi zwycięskich pod Olkienikami „ichmościów”. Wielkie Księstwo cierpiało nieludzko, wyludniało się i pustoszało, ale jasne jest, że kraj zdewastowany łatwiej by przyszło przemocą skłonić do posłuchu niż kwitnący.

Szlachta rzuciła się, oczywiście, do rabunku majątków sapieżyńskich, których sporo było na Litwie. Jedne tylko dobra Iwie, dzierżawione zresztą wtedy przez wojewodę nowogródzkiego Stefana Tyzenhauza, obliczały straty na sumę pięćdziesięciu tysięcy złotych. Najbliższego lata po Olkienikach doszło na Litwie do walk tryumfującej szlachty z nowym przeciwnikiem. Wystąpili przeciwko niej pańszczyźniani chłopi sapieżyńscy. Pod Dąbrowną poległo ich podobno aż dwa i pół tysiąca! Przyszło jeszcze później do starcia pod Łojowem.

A więc najpierw szlachta i słabsi magnaci porachowali się z Sapiehami, potem nie mogli skonsumować wygranej, natknęli się nawet na zbrojną ruchawkę chłopską. Mieli chyba rację ci, którzy dopatrywali się w tym wszystkim działania ręki królewskiej. W nazbyt już logiczny ciąg układały się ówczesne zawiłości litewskie.

Gdyby August doprowadził swe machiawelstwa do skutecznego końca, mielibyśmy w historii postać króla-diabła, który piekielnymi sposobami okiełznał anarchię. Niestety, zamiast awansować na demona, został wkrótce Mocny żałosnym popychadłem. Zmierzał przecież do tego, aby stać się panem sytuacji. Tymczasem z jego własnej, niezaprzeczalnie osobistej winy ktoś dotychczas postronny zdobył prawo rozstrzygania o przebiegu wypadków.

Wywabiony ze swego skandynawskiego matecznika Karol XII piorunem, jak się już wspominało, zgniótł Duńczyków. Poszłoby mu może ciężej, gdyby nie zdecydowanie przychylna postawa Anglii i Holandii. Ale i tak energia jego zaskoczyła wszystkich. Nie zwlekając, zrobił potem młodzieniaszek rzecz, którą wielu współczesnych uważało za szaleństwo. W najbliższym porcie wojennym, to znaczy w Karlshamm, zaokrętował szczupły, kilkutysięczny korpus i kazał podnieść żagle. Wylądował w Parnawie. Do Narwy jest stamtąd około dwustu trzydziestu kilometrów w linii powietrznej. Karol szedł drogą okrężną na Rewel, przez kraj, który spustoszyła przedtem doszczętnie konnica Borysa Szeremietiewa, w okropnych warunkach atmosferycznych. Tabory wypadło porzucić w błocie, zapasy bojowe i żywność władować na grzbiety żołnierzy. Słaniający się ze zmęczenia Szwedzi stanęli pod Narwą dokładnie wtedy, gdy pod Olkienikami szlachta litewska otaczała chorągwie Sapiehów: rankiem 18 listopada 1700 roku. Wprost z kolumny marszowej rozwinął Karol swych grenadierów i poszedł z nimi do szturmu na umocnione pozycje rosyjskie. Zadymka śnieżna szkodziła jednakowo obu stronom. Rosjan oślepiła, Szwedom sparaliżowała łączność.

W obozie carskim tylko cudzoziemscy oficerowie w pełni pojmowali rozkazy dowódcy. Był nim książę Karol Eugeniusz de Croy, wojownik stary, poprzednio francuski kondotier w służbie austriackiej, uczestnik wiedeńskiej wiktorii Jana III. Na wieść o pośpiesznym marszu Karola Piotr I wraz z Mieńszykowem równie pośpiesznie opuścili wojsko, odjechali do Nowogrodu Wielkiego. Stało się to w nocy poprzedzającej starcie.

Kazimierz Waliszewski nazwał postępek carski „bezprzykładną dezercją”. Można śmiało twierdzić, że ocaliła ona Rosję. Nie zabierajmy się do zbyt pochopnego osądzania intuicji człowieka genialnego.

Rosjanie posiadali pięciokrotną przewagę siły nad Szwedami, którzy od jednego zamachu złamali centrum linii nieprzyjaciół. Tylko na skrzydle nadzwyczaj mężnie walczyły dwa pułki gwardii pieszej – Preobrażeński i Siemionowski – wywodzące się z dawnych „pociesznych rot” młodocianego Piotra, a istniejące aż po rok 1917. Reszta fatalnie zaopatrzonej i dowodzonej armii nie mogła się nawet mierzyć ze Skandynawami. Tysiące ludzi potonęło podczas rejterady przez Narwę, bo przeciążony most pontonowy pękł.

Dowództwo carskie oddało szpady, pułki działa. Saperzy szwedzcy naprawili most, pokonani odeszli na wschód, zostawiając na placu boju dwanaście tysięcy trupów i rannych. Karol przyprowadził pod Narwę około ośmiu tysięcy żołnierzy. Teraz połączył się z nim rozradowany odsieczą i dumny ze swej wytrwałości garnizon twierdzy.

Zaskoczona Europa zagrzmiała od oklasków. Szwedzi zasłużyli na nie rzetelnie. Zaatakowani znienacka z trzech stron, na wszystkich trzech frontach – pod Kopenhagą, Rygą i Narwą – odnieśli zwycięstwa. I to w przeciągu kilku miesięcy zaledwie! Panowało przekonanie, że zacofane carstwo rosyjskie leży już na obu łopatkach. Dziwiono się zaś szczególnie niepowodzeniom bitnych i karnych regimentów saskich.

Zachód tym skwapliwiej uznał sprawy wschodnie za rozstrzygnięte, że stał w przededniu ważkich wydarzeń, miał więc u siebie o co uwagę zaczepić. Jedenasty miesiąc 1700 roku obfitował jakoś w fakty historyczne. 1 listopada wygasła dynastia Habsburgów hiszpańskich, a Ludwik XIV ogłosił ich spadkobiercą swego wnuka, Filipa księcia d’Anjou. Od dawna już zanosiło się na to wszystko, lecz dopiero teraz zamiary oblekły się w ciało. Legenda przypisała Ludwikowi słowa: „Nie ma już Pirenejów”, lecz konkurencyjne mocarstwa nie zamierzały się zgodzić na zawarty w tym okrzyku program polityczny. W roku następnym koalicja złożona z Anglii, cesarstwa niemieckiego, Holandii i Brandenburgii rzuciła się do „wojny o sukcesję hiszpańską”. Korzystając z tej właśnie koniunktury, Fryderyk pruski skłonił cesarza do zgody na swój tytuł królewski.

 

Tak więc wschodnioeuropejska scena oczyściła się z wpływów postronnych, czynniki dotychczas nią zainteresowane musiały pokazać jej plecy. Anglii (która zdążyła jednak pomóc Karolowi przeciwko Duńczykom) przeszkadzało wszystko, co sprzyjało wyjściu Rosji na morza, Francja była tradycyjnym sprzymierzeńcem Szwecji. Kiedy podczas desantu pod Kopenhagą niecierpliwy Karol skoczył z pokładu w wodę, to samo zrobił towarzyszący mu w wyprawie ambasador francuski, wołając, że nie może odstąpić króla Szwecji w najpiękniejszym dniu jego panowania.

Wschodnioeuropejscy aktorzy pozostawieni zostali własnym siłom i rozegrali dramat, którego skutki decydująco wpłynęły na przyszłe wieki dziejów całego kontynentu. Wyniki wielkiej wojny północnej okazały się bez porównania ważniejsze od wszystkiego, co przyniosły zbrojne spory o koronę hiszpańską.

Widowisko było naprawdę jedyne w swoim rodzaju. Ani przedtem, ani potem historia nie złożyła nigdy swych losów w ręce osiemnastoletniego człowieka. W dodatku wielkie zdolności owego osobnika wtedy właśnie najpiękniej rozkwitły, by w przeciągu następnych lat osiemnastu już więdnąć.

Karol XII był wysoki, przystojny, odznaczał się prostactwem oraz zamiłowaniem do słów grubych. Najchętniej jednak milczał. Podczas obiadu na przykład, który trwał u niego najwyżej kwadrans, nie odzywał się do nikogo. Nosił rapier tak ogromny, że niepasujący nawet do jego wzrostu, a posługiwał się nim sprawnie i chętnie. Miał pociąg do wyrafinowanego, niezłomnego okrucieństwa oraz do brudu. Dłonie, czarne przeważnie jak święta ziemia, nie różniły się kolorem od mankietów koszuli. Kiedy zarzucił zwyczaj noszenia peruki, do czesania włosów służyły mu wyłącznie własne palce. Wierzchowce królewskie nie znały niemal stajen, żłobów ni drabek na siano. Karmiono je z sakw, trzymano pod gołym niebem. Sierść ich była zmierzwiona, grzywy oraz ogony długie i splątane. Kwatery obierał sobie Karol w najbardziej cuchnących dzielnicach zdobywanych miast, jedna i ta sama derka służyła mu za materac i kołdrę. Nieprawdopodobnie wytrzymały na trudy, jadł tudzież pił mało i byle co.

Kochał sławę. Zdobywaniu jej i powiększaniu służyły wszystkie jego czyny. Odważny naprawdę do szaleństwa, uważał ponadto za konieczne ciągle popisywać się niepoczytalnym męstwem, jakby się bał, że ktoś o nim zwątpi lub je przewyższy. Dziwnym trafem dopiero w osiemnastym roku wojny przypłacił tę manię życiem.

Już w trzy miesiące po Narwie rada państwa przysłała królowi ze Sztokholmu obszerny memoriał, zawierający usilną, gruntownie uzasadnioną prośbę o zawarcie pokoju z Augustem. Wszystkie stany monarchii łączyły się w tym błaganiu. Wskazywano, że deficyt budżetowy zdążył już ośmiokrotnie wzrosnąć, że ludność zaczyna cierpieć nędzę, a odblokowanie Rygi natychmiast przyniesie ulgę, bo umożliwi wznowienie handlu.

Dla Szwecji ważne były Inflanty, one stanowiły fundament jej potęgi mocarstwowej. Skandynawia miała żelazo, ale nie była zdolna do wyżywienia znaczniejszej liczby ludności. Umożliwiała to żyzna Przybałtyka. Krajowi, z którego Szwecja ciągnęła soki żywotne, zagrażała przede wszystkim Rosja. Rada państwa chciała rozprawy z nią właśnie, modliła się o pokój z Augustem.

Eugeniusz Tarle, autor książki Siewiernaja wojna, przedstawił te sprawy zwięźle i wyczerpująco. Przytoczył również opinie najpoważniejszych wówczas polityków szwedzkich, którzy, opierając się na historycznym doświadczeniu, głosili, że Polskę można pobić, lecz opanować jej nie sposób. Jedno tylko nie zostało dostatecznie uwypuklone przez uczonego: Rzeczpospolita była neutralna i pragnęła pokoju. Żaden jeszcze polski albo litewski żołnierz nie starł się ze Szwedami. August wplątał się w wojnę jako elektor saski, ale już w sierpniu 1700 roku zaczął myśleć o wycofaniu się z niefortunnej afery.

Karol odpowiedział stroskanym ziomkom, że nie zamierza godzić się ani z Piotrem, ani z Augustem. To samo powtarzał później z coraz to wzrastającym uporem. Jego przyboczny doradca polityczny, hrabia Piper, towarzyszył królowi w pochodach i słał do stolicy listy przepojone rozpaczą.

Karola XII zaliczają niektórzy do wielkich wodzów. Znakomitym taktykiem był na pewno, lecz nie miał pojęcia o strategii i polityce. W roku 1701 z wolnej i nieprzymuszonej woli, świadomie i z premedytacją obraził ich najświętszy kanon. Wybrał wojnę na dwa fronty.

Reprezentował straszny, absolutnie zgubny dla otoczenia typ ludzki. Znał się na wszystkim najlepiej i ufał tylko sobie. Do pracy w zespole nie nadawał się zupełnie. Najlepsi generałowie oduczali się przy nim wszelkiej samodzielności, spadali do rzędu obdarzonych buławami kaprali-wykonawców. Karol umiał tylko przyjmować raporty i wydawać rozkazy. Był zadziwiająco zdolny i tępy.

Pragnął ruszyć w przyszłości na Moskwę, ale wpierw zapewnić sobie spokój od strony Wilna i Warszawy. Mógł to osiągnąć, podpisując papiery, które mu i swoi, i obcy podsuwali. Zwycięstwo na dwóch frontach dałoby jednak więcej sławy.

Wodzowie koalicji zlekceważyli byli żółtodzioba. Nie docenili i Szwecji, a w szczególności psychicznych oraz moralnych skutków jej kariery mocarstwowej. Królowie z rodu Wazów uczynili ją europejską potęgą, naród od pokoleń przywykł więc ufać im, iść za nimi. Zaszedł już przecie w ten sposób do ujść wszystkich trzech wielkich rzek niemieckich, a także Dźwiny, Narwy i Newy. Błagał Karola XII o ograniczenie się do jednego, naprawdę ważnego frontu, lecz słuchał swego monarchy bezwzględnie. Stanowił narzędzie polityki sprawne i groźne.

Mikołaj Machiavelli miał na pewno rację, utrzymując, że dokonywanie wielkich czynów wzmaga władzę księcia.

W lutym 1701 roku radziwiłłowskie Birże, podstępnie, ku wściekłości szlachty, zajęte przez Sasów, gościły dwóch monarchów, którzy mimo grozy położenia nie odstąpili od swych zwyczajów. August odniósł nad Piotrem zwycięstwo jako artylerzysta. Wsadził dwie kule w sam cel, podczas gdy tamtemu udało się to raz jeden zaledwie. Za to wieczorem przegrał na głowę w pojedynku pijackim. Tak się ululał, że nazajutrz nie mógł być na mszy. Zastąpił go w tym car, który wysłuchał całego nabożeństwa. Z charakterystyczną dla siebie, nigdy nienasyconą ciekawością, wypytywał o wszystkie szczegóły liturgii katolickiej.

W Birżach osobiście przekonał się Piotr o niechęci senatorów Rzeczypospolitej do wojny. Musiał się nieźle przejąć, skoro półgębkiem zagadał o zwróceniu Koronie Kijowa! Alians z Augustem jako elektorem saskim ostał się, ale jeszcze w przeciągu całych dwóch lat najbliższych kołysał się na bardzo chwiejnych nogach. W samej Saksonii miał wkrótce zostać kanclerzem człowiek wręcz wrogi Rosji. Pouczony smutnymi doświadczeniami August chętnie wyplątałby się z afery.

9 lipca Karol XII znowu zbił Sasów nad Dźwiną. W kilkanaście dni później otrzymał od prymasa Radziejowskiego i senatorów list, który zawierał powinszowania oraz propozycje pośrednictwa pokojowego. Wygotowanie odpowiedzi zajęło zaledwie trzy doby. Król szwedzki dziękował za dobre chęci, obiecywał przyjaźń, zażądał zaś drobiazgu: detronizacji Augusta II.