Polska JagiellonówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Polska Jagiellonów
Polska Jagiellonów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,90  60,72 
Polska Jagiellonów
Audio
Polska Jagiellonów
Audiobook
Czyta Zbigniew Wróbel
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mendog, jak się już wspominało, porzucił chrześcijaństwo. Nie utwierdziły nowej wiary rządy Wojsiełka ani Szwarna. Katolicyzm obrzydzały Litwinom zakony niemieckie, prawosławie było wiarą zdobywanej Rusi. Rządy Trojdena (1270–1282) oznaczały zupełny triumf pogaństwa. Za to imię tego władcy przeniosło się na chrześcijańskie Mazowsze. W 1279 roku Bolesław II z Płocka poślubił córkę Litwina Gaudemundę – ochrzczoną jako Zofia – i nazwał drugiego z synów Trojdenem. Szczegół wart wzmianki, gdyż w świetle późniejszych wypadków wygląda on jakby na precedens. Spowinowacenie się Bolesława II z dokuczliwym sąsiadem było przejawem polityki zabezpieczenia Mazowsza od wschodu. Dynastyczne małżeństwo stanowiło środek wiodący do tego celu.

Trojden wojował nieustannie. Za jego czasów wyprawy litewskie sięgały pod Łęczycę i aż w Kaliskie. Wtedy też na dobre rozwinął się system zasiedlania Litwy brańcami z Rusi i Polski. W 1282 roku Leszek Czarny odniósł poważne zwycięstwo na wschodzie i na pewien okres zabezpieczył kraj.

Sam schyłek XIII wieku widział na Litwie świt nowej dynastii. Założycielem jej był Pukuwer, zwany też niekiedy Lutuwerem. Synowie jego – Witenes, a zwłaszcza Giedymin – wprowadzili państwo na szlak wielkiej, oszałamiającej ekspansji. Niektórzy historycy utożsamiają Pukuwera z niejakim Butigirdem-Butegejde. W ruskich i krzyżackich kronikach utrzymała się tradycja głosząca, że ów Butegejde był na dworze Trojdena „major-domem”, a więc wychowawcą, „piastunem” synów książęcych, i w sposobnej chwili zagarnął władzę dla siebie. Droga awansu dziwnie podobna do tej, którą na pewno przebyli frankońscy Karolingowie, a przypuszczalnie i nasi Piastowie. Taki wychowawca we wczesnym średniowieczu grał rolę polityczną.

Założyciel Wilna i twórca potęgi litewskiej, wielki książę Giedymin (rządził od roku 1316 do 1341), umierając, podzielił państwo pomiędzy synów, których miał siedmiu. Może to przypominać testament Krzywoustego, ale tylko z pozoru. Różnica główna i niezaprzeczalna polega na tym, że Krzywousty żył dwieście lat wcześniej. A poza tym: polski książę usiłował zabezpieczyć testament autorytetem samego papieża, rozporządzał ziemiami wyłącznie polskimi i katolickimi, to znaczy mającymi silny zwornik w postaci jednego dla wszystkich arcybiskupstwa. Na Litwie – w dwa wieki później – Giedyminowicze przeznaczeni do ról głównych, Jawnuta, Olgierd i Kiejstut, pozostali przy pogaństwie, reszta przyjęła prawosławie. Tylko Jawnuta władał ziemiami czysto litewskimi, Olgierd i Kiejstut litewskimi oraz ruskimi, inni panowali nad szczerą Rusią.

Jeszcze jedna charakterystyczna i niezmiernie ważna cecha Giedyminowego podziału: każdy ze spadkobierców miał innego wroga zewnętrznego. Dla Jawnuty byli to Kawalerowie Mieczowi, dla Kiejstuta Krzyżacy i Mazowszanie. Olgierd patrzył na Ruś północną i wschodnią, Koriat na południowo-wschodnią, Narymunt na Tatarów i Lubart na Polskę (pierworodnego, Moniwida, który zmarł podobno w rok po ojcu, można pominąć). Taki stan rzeczy oznaczał niepokój na wszystkich frontach, jakie tylko mogły istnieć, okrążenie przez wieniec wrogów.

Zwierzchnikiem całego państwa wyznaczył Giedymin nie najstarszego, lecz najmłodszego ze swych synów, Jawnutę, któremu przekazał samo Wilno. W 1344 roku, zimą, Kiejstut zaskoczył go w nocy, pochwycił i osadził w więzieniu. Po kilku miesiącach Jawnuta uciekł z zamknięcia i przez Smoleńsk pośpieszył do Moskwy, gdzie przyjął chrzest prawosławny oraz imię Iwana.

Raczej wątpliwe, czy współcześni zwrócili pilniejszą uwagę na ten wypadek. Dla nas, którzy patrzymy z perspektywy sześciuset lat, urasta on do miary prawie symbolu, a już co najmniej doniosłej zapowiedzi. Zwłaszcza jeśli cofniemy nieco tok opowiadania i wspomnimy o tym, co się wydarzyło trochę wcześniej, jeszcze za życia Giedymina.

W 1335 roku wojska wielkiego księcia Moskwy, Iwana z przydomkiem Kalita, uderzyły na pograniczne gródki litewskie Osieczeń i Riasnę, zdobyły je i spaliły. Wspomniane fortalicje znajdowały się nad górną Wołgą, w okolicach dzisiejszego Rżewa. Aż tak daleko sięgało bowiem władztwo Giedymina, „króla Litwinów i wielkiej części Rusinów”.

Tytuł ten miał znaczenie pod względem politycznym mocno śliskie. Stwierdzał oczywiście szerokość litewskich zamysłów, ale też zupełnie wyraźnie przyznawał, że inna część Rusinów władzy Wilna wcale nie podlega. A więc przyszłość stała pod wielkim znakiem zapytania, gdyż owa „zewnętrzna” Ruś mogła wystąpić do konkurencyjnej rozgrywki, dążąc do usunięcia litewskiej przewagi z ziem zamieszkanych przez ludy pokrewne mową i wiarą prawosławną. Rok 1335 – uderzenie Iwana Kality na Osieczeń i Riasnę – to nic innego, jak tylko początek tej rozgrywki, czyli procesu „zbierania ziemi ruskiej” przez Moskwę. W dziesięć lat później Jawnuta uszedł z Wilna na Kreml. W niedalekiej przyszłości miał znaleźć dość licznych naśladowców, również pochodzących z rodu Giedymina.

Wspomniany już w poprzednim tomie Iwan Kalita był właściwym twórcą samych podstaw potęgi Moskwy, dla której zrobił bardzo wiele, ale nie uzyskał suwerenności państwowej. Było to w tym czasie – i jeszcze przez półtora wieku – zupełnie niemożliwe. Hegemonia Tatarów trwała nadal.

Kalita działał w warunkach okropnych, takich, o których historia Polski czy innych krajów na Zachodzie w ogóle nie daje pojęcia. Nigdy nie był pewien bezpieczeństwa własnej głowy, musiał znosić upokorzenia, lawirować, prowadzić grę ostrożną i zarazem niemiłosierną. Zdołał jednak osłabić bezpośredni wpływ chana na swe państwo. Osiągnął, że tradycyjny tytuł wielkiego księcia włodzimierskiego, którego przyznanie zależało od Tatarów, stał się faktycznie dziedziczny w rodzie władców Moskwy. Dążył do skupienia jak największej ilości ziem, bogactw oraz władzy i cel swój urzeczywistnił. Dla późniejszej polityki moskiewskiej stworzył rzecz najważniejszą – silny punkt oparcia, odskocznię o możliwie ustabilizowanych stosunkach wewnętrznych.

Po obaleniu Jawnuty główną rolę na Litwie zaczął grać największy w jej dziejach talent polityczny i najwybitniejsza indywidualność – Olgierd. Jego bracia zachowali swe dziedziny, Kiejstut dominował w zachodniej połaci państwa. Znaczenie tych obu ludzi było tak przeważające, że Ludwik Kolankowski określił ich czasy jako „diarchię” – rządy dwóch osób.

Olgierd zostawił po sobie pewne sformułowania programowe, pozwalające zorientować się w mnogości wypadków. Tak więc orzekł, iż „cała Ruś winna po prostu do Litwinów należeć”. Plan taki zmierzał zapewne do usunięcia nielogiczności zawartej w pochodzącym od Mendoga tytule „króla Litwinów i wielkiej części Rusinów”. Kto go chciał jednak zrealizować, ten musiał śmiertelnie zmierzyć się z Moskwą, pokonać ją i nie pobić, lecz podbić. Między Kremlem a Wilnem zawiązywała się więc walka o rzeczy ostateczne, o „być albo nie być”. Droga do wycofania się nie istniała. Imperium litewskie mogło w całości przetrwać lub w całości runąć. Fakty dokonane przez rozmach zdobywczy odrobić się już nie dawały.

Drugie ze sformułowań Olgierda, w sposób zupełnie logiczny wiążące się z poprzednim, trzeba doskonale zapamiętać, a to ze względu na późniejszą historię. „Litwa – pisał Olgierd do patriarchy carogrodzkiego – ma dwóch głównych wrogów, zakon krzyżacki i Moskwę”. To twierdzenie, wygłoszone przez idealnie poinformowanego człowieka, dowodzi okoliczności szczególnie groźnej. Wiadomo z historii starszej, nowszej i najnowszej, co w polityce i wojnie znaczą dwa fronty. A skoro są to fronty główne, to oczywiście należy liczyć się ponadto z podrzędnymi.

Przytoczoną opinię sformułował Olgierd zaledwie na kilkanaście lat przed unią, niechcący malując najważniejszy z ciężarów, który Polska wzięła na barki, wiążąc się z Litwą.

Za Olgierda w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego ostatecznie wszedł Kijów, przyłączony w roku 1361, w rok później Tatarzy ponieśli ciężką klęskę nad Sinymi Wodami (przed Mendogiem Litwa liczyła około sześćdziesięciu tysięcy kilometrów kwadratowych – w przeciągu stu kilkudziesięciu lat obszar jej urósł więcej niż dziesięć razy).

Jak już wiemy, Olgierd dwukrotnie stał pod samą Moskwą, której jednak nie zdobył. Zwraca uwagę, że obie wyprawy odbyły się w bardzo późnej porze roku – w listopadzie i w grudniu. W ten sposób odbijało się na polityce litewskiej istnienie innych frontów. Raz Krzyżacy uniemożliwiali skupienie sił, uderzając od północy i zachodu, to znów Litwini szli na Mazowsze albo jeszcze dalej. Pamiętamy, że zaraz po śmierci Kazimierza Wielkiego, czyli w listopadzie 1370 roku, Kiejstut zaatakował Włodzimierz Wołyński i zdobył go. Iść na Moskwę można więc było nie wcześniej niż w grudniu, i tak właśnie się stało. Nie istniały i w ogóle zbyteczne były jakiekolwiek porozumienia między Moskwą, Polską a Krzyżakami. Decydowało istnienie wielu frontów, które siłą faktu działały solidarnie. Dodajmy jednak, że tylko front niemiecki powstał wbrew woli Litwinów, pozostałe stworzyli oni sami.

Wobec chwilowego spokoju od strony Zakonu, w czerwcu 1372 roku Olgierd wyruszył na Kreml po raz trzeci. Teraz jednak Dymitr moskiewski wyszedł mu naprzeciw, zastąpił drogę pod Lubuckiem i rozproszył nawet pułk straży przedniej. Do generalnego spotkania nie doszło, po zawarciu rozejmu obie armie zawróciły. Pomimo że widownią wydarzeń były ziemie położone w pobliżu Moskwy, chwila ta oznacza osiągnięcie stanu chwiejnej równowagi. Czas miał pokazać, na czyją stronę szala się przechyli.

Olgierd więcej już na Moskwę nie chodził, ponieważ wszystkie następne lata aż do jego śmierci (w maju 1377 roku) upłynęły na zaciekłych walkach z Zakonem, wdzierającym się w ziemie litewskie głębiej niż kiedykolwiek przedtem. Chwila zgonu wielkiego księcia była wyjątkowo mroczna, bo Krzyżacy dotarli wtedy do samego Wilna, które częściowo spalili.

U schyłku życia odniósł jednak Olgierd znaczny sukces w polityce wschodniej. W grudniu 1375 roku za zgodą patriarchy carogrodzkiego została odnowiona metropolia prawosławna w Kijowie. Mieszkający w państwie litewskim wyznawcy Cerkwi zyskiwali w osobie metropolity Kipriana własnego zwierzchnika, niezależnego od Moskwy, a nawet konkurencyjnego w stosunku do niej. Sukces ten obiecywał wiele na przyszłość, mógł się przyczynić do wewnętrznego wzmocnienia Wielkiego Księstwa.

 

Metropolita Kiprian był Bułgarem z miasta Tyrnowa, gdzie się wtedy mieściła nie tylko stolica carstwa, lecz również poważny ośrodek kulturalny. Na godność cerkiewną w Kijowie nie mógł patriarcha wyznaczyć, a Olgierd przyjąć, byle kogo. Awans Kipriana to dobitny dowód, jaką rolę odgrywała Bułgaria w świecie ówczesnym – niemal w przededniu najazdu tureckiego i utraty niepodległości na lat pięćset.

Metropolia kijowska była niewątpliwie sukcesem, wróżyła stabilizację. Wręcz przeciwnie rzecz się miała ze sprawami dynastycznymi.

Olgierd zostawił dwunastu synów. Trzeba ich tu wymienić, pomijając za to dziewięć córek, o których będzie mowa dorywczo, o ile odegrały rolę w dziejach (o jednej z nich, Kennie-Joannie, już się zresztą wspominało w poprzednim tomie jako o żonie Kaźka słupskiego). Z pierwszej żony, księżniczki witebskiej Marii, miał Olgierd Andrzeja Garbatego, Dymitra, Konstantego, Włodzimierza i Teodora. Ci wszyscy byli prawosławni i władali ziemiami ruskimi. Druga żona, Julianna twerska, wydała na świat trwających w pogaństwie: Jagiełłę, Skirgiełłę, Korybuta, Lingwena, Korygiełłę, Wigunta i Świdrygiełłę.

Kiejstut, który przeżył brata, też nie mógł się użalać na brak potomstwa, zwłaszcza męskiego. Przemilczymy jego cztery córki, a z siedmiu synów nazwiemy tylko Witolda oraz Zygmunta. Matką ich była sławna Biruta, podobno kapłanka pogańska.

Dziedzicem Olgierda został nie pierworodny Andrzej, lecz Jagiełło, którego – według kronikarskiego świadectwa – ojciec najbardziej kochał. Panujący na Litwie już od lat kilkudziesięciu system „diarchii” został utrzymany. Na razie Kiejstut był nadal tą drugą osobą, w przyszłości miał go zastąpić Witold.

Załatwienie sprawy następstwa po Olgierdzie nie wynikało więc z żadnej zasady prawnej, nosiło charakter czysto doraźny. Porządek w państwie miał się opierać na dobrych stosunkach osobistych dwóch czy trzech ludzi. Takie podstawy z reguły bywają kruche. Jest samo przez się zrozumiałe, że Krzyżacy pragnęli uczynić wszystko, co tylko leżało w ich mocy, by rozbić system współrządów, poróżnić Jagiełłę z Kiejstutem i Witoldem. Z drugiej zaś strony – prawosławni, zruszczeni, niechętni przyrodniemu bratu a starsi wiekiem Olgierdowicze władali całą wschodnią połacią Wielkiego Księstwa.

Wkrótce po śmierci ojca Andrzej Garbaty opuścił Połock, udał się do Pskowa, a potem do Moskwy, której władca przyjął go dobrze. W zimie 1379–1380 roku Moskwa wystąpiła zaczepnie, zmieniając na swą korzyść stan chwiejnej równowagi, trwający od czasu nierozstrzygniętego spotkania pod Lubuckiem. Wojska jej, którym towarzyszył Andrzej Garbaty, uderzyły na należącą do Litwy Siewierszczyznę i zajęły grody Trubczewsk i Starodub. Rządzący tam drugi Olgierdowicz, Dymitr, nie stawiał oporu. Powitał wkraczające drużyny, po czym pojechał wraz z rodziną do Moskwy i został przez nią mianowany rządcą Perejasławia. Włodzimierz Olgierdowicz, do którego należał Kijów, pochwalał postępowanie starszych braci i solidaryzował się z nimi.

Tak więc zaledwie w dwa lata po śmierci Olgierda wschodnia połać państwa litewskiego zaczęła się po prostu rozpadać. Dymitr moskiewski szedł od sukcesu do sukcesu. Przeciwdziałać można było tylko pod jednym warunkiem – należało porozumieć się z Krzyżakami i kupić sobie od nich chwilowy spokój.

W maju 1380 roku, pod pozorem wspólnych łowów, Jagiełło spotkał się w Dawidyszkach z przedstawicielami Zakonu, wielkim szpitalnikiem oraz wójtem z Tczewa. Maskując układy przed obecnym również Witoldem, zawarto traktat o „wieczystej przyjaźni”, odnoszący się tylko do ziem samego Jagiełły. Znaczyło to, że Zakon ma wolną rękę w stosunku do Kiejstuta, może go swobodnie atakować. Zastrzeżono, że Jagielle wolno pozorować pomoc dla stryja, a Malbork nie poczyta mu tego za złe.

W ten sposób Krzyżacy wbili klin w litewski system współrządów. Jagiełło za straszliwą cenę kupił od nich spokój i mógł się zwrócić na wschód, przeciwko Moskwie. Zgodnie z inną umową miał się stawić, naturalnie na czele wojska, w dniu 1 września nad rzeką Oką.

Jego wschodnim kontrahentem i sojusznikiem był Tatar, niejaki Mamaj, który skupił większość sił ordy i zamierzył generalną rozprawę z Dymitrem moskiewskim. Kronika ruska z charakterystyczną dobitnością pisze o tym: „I uczyni siebie staryj złodiej Mamaj sowiet nieczestiwyj z poganoju Litwoju i z duszegubnym Olegom”. Ów Oleg był to ruski książę Riazania, który pod przymusem szedł z Tatarami, bo ziemie jego graniczyły z ordą bezpośrednio, ale nie zaniedbał wysłać na Kreml wiadomości o zamiarach i ruchach jego przeciwnika. Dymitra moskiewskiego wspomagali za to pewni Litwini, a mianowicie znani nam już najstarsi Olgierdowicze, Andrzej Garbaty i Dymitr. Przybył również trzeci Dymitr, Koriatowicz, wnuk Giedymina, a więc też Litwin. I on właśnie rozstrzygnął o zwycięstwie, stał się właściwym wodzem, pogromcą Tatarów.

Kronikarze wymieniali zawrotne ilości wojsk po obu stronach. Bez wątpienia zebrały one wszystkie siły, lecz na pewno Mamaj nie miał siedmiuset tysięcy ani Moskwa dwustu. Do spotkania doszło 8 września 1380 roku na Kulikowym Polu nad Donem. Przyniosło ono Moskwie olbrzymi triumf, a władcy jej, wielkiemu księciu Dymitrowi, przydomek Dońskiego, pod którym przeszedł do historii.

Jagiełło nie wsparł sprzymierzeńca, a udział jego mógłby wiele zaważyć, bo dopiero końcowa faza starcia, uderzenie ukrytych rezerw moskiewskich, przyniosła rozstrzygnięcie. Stał z armią w niewielkiej odległości, po bitwie zaatakował nawet podobno jakieś oddziały Dońskiego, rozproszył je, pozbawił łupów, po czym zawrócił na zachód. Taki sposób postępowania zastanawia.

Należy chyba odrzucić podejrzenia o przypadkowe spóźnienie. Zbyt wielką cenę zapłacił Jagiełło Krzyżakom, by nie liczyć się z każdym krokiem. O wiele podobniejsze do prawdy, że rozmyślnie czekał, aż się obie strony wykrwawią, co uczyni go panem położenia. Do takich zamysłów mogła go też skłaniać okoliczność, na którą kilkadziesiąt lat temu zwrócił uwagę Stanisław Smolka: ruskie pułki Jagiełły niezbyt zapewne pragnęły walczyć przeciwko Moskwie po stronie Tatarów. Uderzenie na opuszczające plac boju oddziały Dońskiego mogło być próbą jego sił, a raczej stopnia ich wyczerpania. Widocznie próba nie wypadła pomyślnie, skoro Jagiełło odszedł w swoje strony. Pościgu za nim nie było.

Poczynione Krzyżakom ustępstwa okazały się daremne. Nie udało się do spółki z Tatarami pokonać Moskwy, której autorytet wzrósł teraz ogromnie. Jej zwycięstwo na Kulikowym Polu – pisał Ludwik Kolankowski –

było nie tylko poważnym naruszeniem wewnętrznej pozycji Jagiełłowej, lecz mogło także stać się wprost katastrofą dla powagi państwa litewskiego na Rusi. Wszakżeż to ruski, prawosławny książę złamał, rozgromiwszy za jednym zamachem wszystkie ordy, potęgę dotychczasowego politycznego zwierzchnika całej Rusi, usuwając w cień wszystkie na tym polu wysiłki władców litewskich.

Metropolita Kiprian, który po tylu zabiegach Olgierda zasiadł nareszcie w Kijowie, przeniósł się do Moskwy, dokąd przybył dnia 3 maja 1381 roku, witany przez Dońskiego z otwartymi ramionami, przy biciu we wszystkie dzwony. Zdaniem Stanisława Smolki – Kiprian „opuścił okręt tonący, jakim było państwo litewskie po bitwie na Kulikowskich Polach”.

Niemiłej przygody doznał wkrótce potem archimandryta perejasławski Pimen, członek poselstwa wysłanego dwa lata wcześniej do Konstantynopola w nadzwyczajnie ważnej misji. Po wielu trudach i przygodach, obficie sypiąc złotem, a raczej wekslami zawczasu in blanco podpisanymi przez władcę Moskwy, legacja osiągnęła cel. Pimen wracał, wioząc akt nominacji na metropolitę Kijowa i całej Rusi. W Kołomnie spotkał go „prystaw”, specjalnie delegowany przez Dońskiego. Zdarł Pimenowi z głowy białą mitrę, oznakę godności, i natychmiast go uwięził. Dobrowolne przybycie Kipriana na Kreml było sukcesem tak wielkim, iż Doński bez ceremonii niweczył rezultaty własnych, bardzo mozolnych i kosztownych zabiegów. Skreślał z rejestru to, co jeszcze rok wcześniej uważałby za szczęście.

Krzyżacy ani myśleli współczuć Jagielle i wyrzekać się korzyści, do których zmierzali, zawierając z nim pakt w Dawidyszkach. Latem 1381 roku komtur Ostródy, Kuno von Liebenstein, na pewno z rozkazu wielkiego mistrza i kapituły, zdradził Kiejstutowi treść tajnych umów. Litewski system „diarchii” miał już odtąd przed sobą krótki żywot.

Jesienią Kiejstut powiódł wojsko na zachód. Przebył Niemen, otarł się o granicę pruską, po czym raptownie zawrócił, przekroczył rzekę w odwrotnym kierunku i ruszył prosto na Wilno, które zajął około 1 listopada. Dostał w swe ręce Jagiełłę wraz z jego matką i braćmi oraz pergaminy układów z Krzyżakami. Na wieść o udanym zamachu Witold przygalopował z Grodna w przeciągu jednego dnia. Pędził rozstawnymi końmi, którym – dla chyżości – smarowano pęciny szpikiem z nóg jelenich.

Stary, aż do zgonu rycerski Kiejstut okazał wspaniałomyślność bratankowi, za którym gorąco ujmował się Witold. Pozbawił go władzy wielkoksiążęcej, lecz nadał mu Witebsk oraz Krewo. Jagiełło miał się tam znajdować niejako pod strażą Połocka, dokąd powrócił Andrzej Garbaty.

Kiejstut od razu wdrożył politykę odwrotną do Jagiełłowej – porozumiał się, w sensie pokojowym, z Moskwą, wytyczył granice. Chciał mieć wolne ręce na zachodzie.

Rok 1382, który tyle znaczył w dziejach Polski, był i dla Litwy przełomowy. Kiejstut rozpoczął go szczęśliwie, z powodzeniem uderzając na Krzyżaków. Odparł ich odwetową wyprawę i ze zdumiewającą u tak wiekowego człowieka energią znowu poszedł zbrojnie na Prusy. Wkrótce jednak musiał zwrócić się na wschód przeciwko bratu Jagiełły Korybutowi, który rządził Nowogrodem Siewierskim i zbuntował się.

Tymczasem Jagiełło zyskał pożytecznych sprzymierzeńców w niemieckich mieszczanach Wilna, którym przywodził kupiec z Rygi Hanul. Zamachu stanu dokonano w sposób odwiecznie znany i wielekroć później powtarzany w rozmaitych epokach i krajach. Gromada mieszczan zaczęła się dobijać do wrót zamku wileńskiego, oznajmiając, że ściga zbiegłego zbrodniarza, który ukrył się w twierdzy. Straż otworzyła furtę, po czym spiskowi bez trudu rozprawili się z nieliczną i zaskoczoną załogą.

Witolda Jagiełło pobił i wyparł na Podlasie, a drugą stolicę Litwy, Troki, opanował przy pomocy Krzyżaków. Ostateczne rozstrzygnięcie zapadło w sierpniu, kiedy pod Trokami nieliczne drużyny Kiejstuta stanęły naprzeciw połączonej armii Jagiełły i Zakonu. Do walki nie doszło. Kiejstut poddał się bratankowi, został okuty w kajdany i pod strażą Skirgiełły odesłany do Krewa, gdzie po pięciu dniach zakończył życie, podobno uduszony.

Najnowsze badania przeprowadzone przez profesora Stefana M. Kuczyńskiego przekonywają, że nie należy obarczać Jagiełły odpowiedzialnością za tę zbrodnię. Śmierci starca pragnęły rozmaite sfery i czynniki – Krzyżacy, którzy w oficjalnych pismach zwali Kiejstuta „wściekłym psem”, niemieccy mieszczanie Wilna, bojarzy, rodzeństwo Jagiełły, a zwłaszcza okrutny Skirgiełło.

Władza zwierzchnia nad Litwą znalazła się w ręku jednego człowieka, którego pozycja była na razie mocno niepewna. Krzyżacy, dotychczas występujący jako zewnętrzni nieprzyjaciele lub kontrahenci, w 1382 roku bezpośrednio wpłynęli na obalenie jednego księcia a wyniesienie drugiego. Wśród bojarstwa litewskiego wielu było takich, co nade wszystko pragnęli spokoju ze strony Zakonu, gdyż to jedno mogło umożliwić utrzymanie zdobyczy wschodnich.

Jeśli wierzyć kronice Długosza, w tym czasie powstał na Litwie pomysł porzucenia ziem rodzinnych, tak silnie zagrożonych przez Niemców, i przeniesienia się wraz z ruchomym dobytkiem na Ruś.

W październiku Jagiełło w towarzystwie matki oraz wszystkich rodzonych braci wyruszył na spotkanie z wielkim marszałkiem Konradem Wallenrodem i mistrzem inflanckim Friemersheimem. Był to ten sam wspomniany w poprzednim rozdziale zjazd, na który wielki mistrz osobiście nie przybył, wybierając rozmowę z Zygmuntem Luksemburczykiem. Pertraktacje Litwy z Krzyżakami odbywały się na wyspie rzeki Dubissy – przy jej ujściu do Niemna – i trwały sześć dni. Postanowienia mówią same za siebie: Litwa przyrzekała oddać Zakonowi całą północną, czyli przymorską część Żmudzi aż po Dubissę, co decydowało o lądowym połączeniu posiadłości krzyżackich w Prusach z inflanckimi Kawalerów Mieczowych. Obie strony poręczały sobie pokój na lat cztery, obiecywały wzajemną pomoc, a Litwa zobowiązywała się ponadto nie prowadzić z nikim wojny „bez rady, wiedzy i zezwolenia Zakonu”. W przeciągu wspomnianych czterech lat Jagiełło miał wraz z całym swym krajem przyjąć katolicyzm.

 

„Trybem wszystkich upadających państw wstąpiła Litwa w przymusową spółkę wojny i pokoju z wrogiem śmiertelnym” – napisał o tym Karol Szajnocha i chyba niewiele przesadził.

Korzyści Zakonu, same przez się już olbrzymie, wrychle zostały jeszcze powiększone o dodatkowe gwarancje. Po śmierci Kiejstuta w więzieniu krewskim nadal siedział jego syn, Witold. Postępowano z nim dość liberalnie. Żona księcia mogła go odwiedzać, a nawet zostawać z nim na noc. Witold był małego wzrostu, szczupły i nie nosił zarostu. Wyzyskał te okoliczności, przebrał się w suknie dwórki żony, uszedł z więzienia i bezpiecznie przepuszczony przez dziedziny mazowieckie schronił się u Krzyżaków, którym przyrzekł jeszcze większe ustępstwa, jeśli przestaną popierać Jagiełłę.

Ponury i złośliwy Konrad Wallenrod nie odmówił sobie przyjemności: „Czemu nie przybyłeś wcześniej, kiedyś posiadał zamek wileński i inne?” – zapytał Witolda. Gościny mu oczywiście nie odmówił i z zupełnie zrozumiałych względów zaraz zawiadomił Jagiełłę, gdzie bawi jego stryjeczny brat. Zakon miał teraz w ręku nie tylko pergaminy, spisane na wyspie Dubissy, lecz i dodatkowe możliwości wymuszania uległości przez szantaż.

Czarny dla Litwy rok 1382 nieoczekiwanie obdarzył ją jednak ulgą na wschodnim froncie. W sierpniu wódz tatarski Tochtamysz, który pokonał poprzednio Mamaja i objął po nim spadek polityczny, zdobył i okrutnie zniszczył Moskwę. Dymitra Dońskiego nie było w stolicy podczas jej oblężenia, dzielną obroną kierował Litwin, wnuk Olgierda, Ościk. Dymitr nie mógł dać odsieczy, ponieważ nie udało się mu pozyskać współpracy innych książąt Rusi północnej. Niektórzy z nich poszli nawet razem z Tatarami.

Byłoby przesadą utrzymywać, że owoce zwycięstwa na Kulikowym Polu zostały utracone. Jednakże Moskwa otrzymała cios bardzo silny, osłabła wydatnie. Przewaga tatarska powróciła w całej pełni. Tochtamysz nie dał się ułagodzić oznaką uległości, darami, które mu Dymitr Doński posłał jeszcze przed wyprawą i oblężeniem. Wolał zabezpieczyć swe władztwo klęską najgroźniejszego przeciwnika.

Zakończenie poprzedniego rozdziału mówiło o faktach, które zdają się wskazywać, że już u schyłku 1382 roku wiązały się jakieś nici porozumień pomiędzy Litwą a Polską. Zdecydowana większość historyków odrzuciła jednak ten pogląd. Nie wdając się w kwestię bliżej, wolno przyjąć za pewnik, że rok 1382 był ostatnim w dziejach Polski i Litwy, w którym oba kraje szły jeszcze całkiem osobno. Porównanie panującego w nich podówczas stanu rzeczy jest więc konieczne. Każda ze stron wnosiła wszak do przyszłej spółki własny udział w postaci osiągniętego dorobku.

Polska stała na rozdrożu. Od mających zapaść decyzji zależało, czy pozostanie tworem politycznym całkowicie odrębnym, jak było dawniej, za Piastów (i jak nadal się działo w wielu krajach europejskich, chociażby we Francji), czy też zawrze nowy związek państwowy, połączy swe losy z innym krajem. Dwanaście lat rządów andegaweńskich musiało poniekąd przyzwyczaić szlachtę, zwłaszcza panów małopolskich, do myśli o tej drugiej koncepcji.

Użyte w przenośni słowo „rozdroże” wymaga pewnych wyjaśnień. To przecież nie tak było, że Polska wraz z ręką Jadwigi ofiarowywała i siebie. Tylko z przyzwyczajenia, dla wygody i przez wrodzony respekt wobec prawideł gramatyki zowiemy Jadwigę „królową”. W rzeczywistości miała ona zostać i naprawdę została k r ó l e m Polski, monarchą o pełni praw. Jej męski potomek byłby zwyczajnym dziedzicem korony. Pozycja Polski w przededniu układów o małżeństwo była więc mocna, a same układy – będące koniecznością ze względu na płeć nowego władcy – wcale nie miały nosić charakteru szukania deski ratunku. Pomimo strat poniesionych dawniej na Śląsku i na Pomorzu królestwo polskie dobrze stało na własnych nogach. Zamęt czasów andegaweńskich przetrwało, a miało wszak jeszcze w zupełnie świeżej pamięci epokę Kazimierza Wielkiego.

Giedymin objął na Litwie rządy mniej więcej w tym samym czasie, kiedy u nas koronował się Łokietek – cztery lata różnicy niewiele znaczą. Po roku 1320 w Polsce na wszystkich polach i we wszystkich dziedzinach dokonała się olbrzymia zmiana na lepsze, która – pomimo wygaśnięcia dynastii – okazała się trwała. Na Litwie po roku 1316 przychodzi niebywały skok zdobywczy, nagle zakończony zakwestionowaniem niemal wszystkiego.

U schyłku 1370 roku umiera Kazimierz Wielki, Polska traci dynastię, a terytorialnie Santok i Włodzimierz Wołyński. Litwin Olgierd staje wtedy pod samą Moskwą. W dwanaście lat później w północno-zachodniej Polsce zapowiada się lokalna wojna domowa, ale szlachta całego kraju potwierdza jedność państwa, wyprasza Zygmunta Luksemburczyka, zaprasza natomiast do Krakowa własnego króla-niewiastę. Dokładnie w tym samym czasie Litwa zawiera z Krzyżakami układ stawiający jej suwerenność pod znakiem zapytania, oddaje północną część Żmudzi, Kiejstutowicz Witold przebywa w Malborku, a starsi Olgierdowicze już od lat są stronnikami Moskwy. Właściwie ani jeden skrawek olbrzymiego obszaru państwa nie jest zabezpieczony.

Polska stała na rozdrożu. Litwa, jeśli nie na skraju przepaści, to na pewno w samym środku kryzysu państwowego.