Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Paweł Beręsewicz
Noskawery

Ilustracje: Kasia Kołodziej


Strona redakcyjna

Paweł Beręsewicz

Noskawery

© by Paweł Beręsewicz

© by Wydawnictwo Literatura

Nagroda w III Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren na współczesną książkę dla dzieci i młodzieży

Okładka i ilustracje: Katarzyna Kołodziej

Korekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie III

ISBN 978-83-7672-444-7

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział I

– Będziesz?

– No pewnie, że będę, dzięki!

Ozdobne koperty z zaproszeniami trafiały do kolejnych osób.

No tak, październik, urodziny Małgośki – pomyślała Zuzia, niecierpliwie czekając na swoją kolej.

Plik różowych kopert topniał w oczach, coraz więcej szczęśliwców radośnie popiskiwało, aż wreszcie ostatni pachnący prostokącik opuścił ręce Małgośki i Piotrek, udając obojętność, rozprostował złożoną na cztery karteczkę.

Pewnie to była dopiero pierwsza partia – gorączkowo pocieszała się Zuzia. – Pewnie moje zaplątało się gdzieś między zeszytami. Pewnie uznała, że wystarczy, jak mi powie – przecież wiem, gdzie mieszka.

Prawda była o wiele prostsza. Na liście gości, którym zaproponowano wspólne świętowanie dziesiątych urodzin Małgorzaty Pawłowskiej, nie było nazwiska Zuzi Majdy.

– Będziesz w sobotę u Gośki? – niewinnie spytała Kaśka na którejś z kolejnych przerw. – No co ty! Nie zaprosiła cię? Ojej!

W głosie Kaśki nie było słychać szczególnego żalu. Może nawet dałoby się wychwycić nutkę pewnej satysfakcji. Właściwie trudno, żeby było inaczej – zaproszenie na urodziny Małgośki to nie był byle jaki świstek. To był dokument najwyższej wagi – legitymacja, paszport, dowód. Karta członkowska klubu Zapraszanych. Dla kogoś, kto jeszcze rok temu wraz z innymi Niezapraszanymi smętnym wzrokiem obserwował ceremonię rozdawania kopert, to było nie lada przeżycie i radości Kaśki nie ma się co dziwić. Oczywiście Niezapraszani także bywali zapraszani, tylko że najczęściej wyłącznie przez innych Niezapraszanych, co bynajmniej nie czyniło ich Zapraszanymi.

– Musiała zapomnieć – litościwie stwierdziła Kaśka, poprawiając lekko przekrzywiony noskawer.

O ile Zapraszanych po raz pierwszy przepełniało jezioro szczęścia, o tyle rozpacz tych, którzy po zaznaniu rozkoszy Zapraszania zostawali z klubu usunięci, można porównać do oceanu. Przez taki właśnie ocean – szary, zimny i bezkresny – brnęła Zuzia do domu tego smutnego październikowego popołudnia, wlokąc worek z kapciami po mokrym chodniku.

– Co się będziesz przejmować Małgośką – podtrzymywała ją na duchu Julka, która nigdy jeszcze nie dostała żadnego zaproszenia, więc była przyzwyczajona.

– Wcale się nie przejmuję – mruknęła Zuzia.


– Chciałoby ci się nudzić na tych jej głupich urodzinach?

– No pewnie, że nie.

– I kupować prezent, który ona i tak na pewno już ma?

– No właśnie.

– I przez cały wieczór słuchać Jacksona Beevera?

– Weź przestań. Chybabym umarła.

I tak sobie szły dwie Niezapraszane przez szare uliczki osiedla, a jesienny chłód szczypał je w nieosłonięte nosy. Pogwizdywały dziarsko i chichotały głośniej niż trzeba, a potem rozeszły się do swoich bloków. Kiedy Zuzia została sama, nie musiała już dłużej udawać. Westchnęła ciężko i długo powstrzymywane łzy zatańczyły jej w oczach. Była w tej chwili najnieszczęśliwszą osobą na świecie.

– Dobrze, że jesteś – powiedziała babcia Marta, otwierając przed Zuzią drzwi. – Ziemniaki już dochodzą. Podgrzewam ci zupkę. Co tam w szkole?

– Dobrze – bąknęła Zuzia tonem, który doświadczone ucho babci bezbłędnie wychwyciło.

– Coś się stało?

– Nie.

– Coś ci się nie udało?

– Nie.

– Jakaś cię przykrość spotkała?

– Nie.

– No to zjedz trochę rosołku. To zawsze pomaga na przykrości. Nawet te, które nas nie spotkały – uśmiechnęła się babcia i przejechała czule palcami po gęstych włosach Zuzi.

Babcia Marta jak zwykle miała rację. Trochę pomógł rosołek i przytulna kuchnia, i ciepłe, mądre oczy wpatrzone w twarz wnuczki. Zuzia wiedziała, że babcia na pewno dałaby jej różową kopertę. Szkoda, że babcia była tylko babcią – to jednak nie całkiem to samo co Gośka.

Jak na złość w szkole, nie zważając na ludzkie nieszczęścia, zadali tego dnia wyjątkowo dużo lekcji. Chcąc nie chcąc, zaraz po obiedzie Zuzia wzięła tornister zostawiony przy wieszaku na kurtki i powlekła się do pokoju. Z kolorowego plakatu przyklejonego do przesuwnych drzwi szafy uśmiechnął się do niej Jackson Beever. Właściwie trudno było powiedzieć, czy do niej. Patrzył gdzieś w prawo i lekko w dół, ale gdzie by nie stanęła, próbując spojrzeć mu prosto w oczy, miała wrażenie, że wzrok piosenkarza ucieka w nieznaną przestrzeń.

Czyżby już wiedział o urodzinach? – przemknęło jej przez myśl i zaraz puknęła się w głowę, bo to przecież było zupełnie bez sensu.

Z westchnieniem siadła przy biurku i wyjęła jakieś zeszyty, ale nawet ich nie otworzyła. Przez pewien czas bezmyślnie patrzyła w okno, a potem otrząsnęła się z otępienia i próbowała przywołać do porządku. Usiłowała się skupić, ale całkiem jej nie szło, więc ze złością odepchnęła zeszyty. Rzuciła Jacksonowi pożegnalne spojrzenie i wyszła do dużego pokoju. Tam ciężko klapnęła na kanapę i nacisnęła guziczek pilota.


– Może byś na dwór wyszła, zamiast gapić się w telewizor?! – zawołała z kuchni babcia.

Zuzia jednak nie chciała wychodzić. Miała nieprzyjemne wrażenie, jakby cały świat, łącznie z huśtawkami, piaskownicą, samochodem sąsiada i samym sąsiadem, został zaproszony na urodziny Gośki. Wolała teraz być z tymi, którzy nie zostali – z babcią, miękką kanapą i przede wszystkim telewizorem.

Na ekranie kot gonił mysz, ale zawsze, kiedy już się wydawało, że ją dopadnie, ta okazywała się sprytniejsza i robiła mu taką krzywdę, że żaden kot spoza telewizora na pewno by jej nie przeżył. Ten jednak cierpiał tylko trochę i za chwilę ze zdwojoną energią rzucał się w swój beznadziejny pościg.

Potem były reklamy różnych rzeczy, które każdy fajny dzieciak powinien mieć, robić, zjadać lub wypijać. Czaderskie soczki, megaodlotowe zabawki, superziomalskie czapeczki i słitaśne gadżety – wszystko to mrugało, migało, pulsowało kolorami i obiecywało szczęśliwe dzieciństwo.

Na jednej z reklam grupka ładnych, zdrowych, roześmianych, kolorowo ubranych dzieciaków wyginała się w rytm energicznej muzyki i rapowała w stronę stojącego na uboczu fajtłapowatego okularnika: „Patrzcie na frajera, je, je, je! Nie ma noskawera, je, je, je! Wszyscy równi goście, aha, aha, aha! Noskawery noście, aha, aha, aha!”. Fajtłapa, który nagle zrozumiał swój błąd, natychmiast skoczył do sklepu, a tam sam Jackson Beever podał mu najnowszy noskawer marki Nosox z kilkunastoma zapachami, elektronicznym czujnikiem temperatury i funkcją masowania. Kiedy okularnik wrócił do kolegów, nagle okazało się, że wcale nie jest taki fajtłapowaty i robiąc żółwika z resztą dzieciaków, zarapował: „Czuję się na spoksie, gdy mam nos w Nosoxie”. Wtedy Jackson Beever zwrócił się do młodzieży z informacją, że nosoxy są czaderskie i w ogóle, a do rodziców – że chronią młody organizm przed zanieczyszczeniami obecnymi w powietrzu i wzmacniają odporność, co jest naukowo udowodnione. Na zakończenie okularnik zrobił salto w tył, a pozostali wydali okrzyk zachwytu.


Zuzia też była zachwycona. Wyłączyła telewizor, jeszcze zanim mysz skończyła miażdżyć kota walcem drogowym, i wyszła z pokoju do kuchni, gdzie babcia szykowała słoiki na spóźnione kiszone ogórki.


Rozdział II

Na Manhattanie była noc. Od strony Broadwayu i Times Square biła łuna bajecznie kolorowych neonów. Łagodna bryza niosła delikatny morski zapach znad nieodległej rzeki Hudson, a w Central Parku śpiewały słowiki. W dwunastopokojowym apartamencie na ostatnim piętrze wieżowca przy Central Park West dawno zgasły już światła, ale Vittorio Benetti nie mógł zasnąć. Wiercąc się niespokojnie, przemierzał swoje rozległe łoże z zachodu na wschód i z powrotem, a jedwabny kołnierzyk jego liliowej piżamy był wilgotny od potu – kołnierzyk z wyhaftowanym ogoniastym „B” rzecz jasna.

 

„B” oczywiście było od „Benetti” i od wielu już lat zdobiło każdą kolekcję stworzoną w pracowni Cesarza Mody, jak w poetyckim porywie nazwał go kiedyś jakiś dziennikarz, a jego koledzy po piórze z lubością to podchwycili. Cały świat – a ściślej bogatsza jego część – nosił płaszcze Benettiego, tańczył w sukniach Benettiego, spacerował w jego butach i wycierał nosy w chustki z ogoniastą betką.

A mimo to maestro nie mógł spać – mimo to, a może właśnie dlatego. Ilekroć milkł zgiełk eleganckich przyjęć, ilekroć cichł nieprzerwany szum komplementów, ilekroć gwar nowojorskiej nocy zmieniał się w senny szmer, jakiś głos – łagodny i niepokojący – szeptał mistrzowi do ucha:

– Brawo, Vittorio! Udało ci się życie! Co było do uszycia, uszyłeś. Co było do wymyślenia, wymyśliłeś. Co było do ubrania, ubrałeś. W świetnym stylu dobiegasz do mety.

To tego głosu bał się Vittorio Benetti. Przez niego nie mógł spać. Jak to do mety? – myślał i czuł, że coraz bardziej się poci. Czy naprawdę nie ma już nic do uszycia? Czy rzeczywiście powiedział ostatnie słowo? Przecież każdego dnia w jego olbrzymiej pracowni rodziły się nowe wzory, kroje, kolory, dodatki. Sztab młodych projektantów, zagrzewany do pracy samym spojrzeniem mistrza, wytężał swoje nieprzeciętne talenty, żeby dla ogoniastej betki znaleźć nowe i godne tło.

– Nie oszukujmy się, Vittorio – sączył mu się do ucha złowieszczy głos. – Co tak naprawdę nowego możesz jeszcze wymyślić? Dłużej czy krócej, czarno czy w kolorach, luźno czy obciśle – nie ma już miejsca na nowe pomysły. Możesz najwyżej mieszać stare.

Cisnąłby najchętniej w ten głos szklanką albo książką leżącą przy łóżku, ale w wewnętrznych głosach najgorsze jest to, że bardzo trudno w nie trafić. Przewracał się więc tylko z boku na bok, zakrywał głowę poduszką, mruczał sam do siebie stare sycylijskie kołysanki, które kiedyś nuciła mu babcia, i zerkał z nadzieją w okno, czy nie zamierza już świtać. I właśnie wtedy, kiedy łuny Broadwayu zaczynały roztapiać się w szarym brzasku, a wiatr znad Hudsonu przyniósł pierwsze smętne buczenia okrętowych syren, przyszedł sen. Zmęczone nocą ciało Cesarza Mody znieruchomiało w kłębowisku jedwabnej pościeli, a gdzieś wewnątrz głowy, na ekranie zamkniętych powiek, pojawiły się obrazy.

Po czerwonym dywanie wybiegu dostojnie kroczyły długonogie modelki. Musiał to być chyba pokaz jego własnej kolekcji, bo nie mógł opanować zdenerwowania. Dziewczyny ubrane były w spodnie, sweterki i późnojesienne płaszcze. Na nogach miały buty, na dłoniach rękawiczki, na szyjach szaliki, na głowach czapki, na uszach nauszniki, na oczach okulary. Nawet ich usta pokryte były grubą warstwą czerwonej szminki. A mimo to Vittorio Benetti miał dziwne wrażenie, że modelki są jakby nie do końca ubrane. Śmiertelnie przerażony przyglądał im się uważnie, ale poza twarzami nie miały ani skrawka nieosłoniętego ciała. Jedna z nich chyba go zauważyła, bo uśmiechnęła się i radośnie pomachała do niego ręką. Tak radośnie, że przekrzywiły jej się ciemne szerokie okulary. Poprawiła je szybko, a przy okazji lekko podrapała się w...

Mamma mia! – krzyknął we śnie Vittorio. – Mają gołe nosy! Zapomniałem o nosach!

Zbudził się zlany potem i przez chwilę leżał wpatrzony w malowidła na suficie sypialni. Uspokajał się powoli, w miarę jak docierało do niego, że to był tylko sen. Głupi, bezsensowny i w sumie śmieszny sen.


– Gołe nosy – prychnął i pokręcił głową na wilgotnej poduszce.

Potem nagle twarz mu stężała, a w oczach pojawił się dziwny blask – łuna genialnego pomysłu.

– Czemu wcześniej o tym nie pomyślałem! – zawołał, odrzucając na bok zmiętą kołdrę. – Sześć miliardów nieubranych nosów! Toż to niewiarygodne marnotrawstwo!

Jak młodzieniaszek wyskoczył z łóżka, podbiegł do okna i otworzył je na oścież. Z lubością wciągnął w płuca świeże poranne powietrze znad Central Parku.

– Wstawaj, ludzkości! – wrzasnął. – Dzisiaj ubiorę wasze nosy!

Odwrócił się od okna i energicznym krokiem podszedł do telefonu.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?
Inne książki tego autora:
Co tam u Ciumków?
16 12,16
Wszystkie lajki Marczuka
16,90 11,83
Wielka wyprawa Ciumków
16 12,48
Rozwiń