Łowca tygrysówTekst

Z serii: Kres wieczności #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog. Transit Circle

Część pierwsza. Duch Boga i Marzeń

1. Wynalazek miłości

2. Book Soup

3. Samotne serca

4. Dar Trzech Króli

5. Normandie Avenue

6. Gwen

7. Ashton i Riley

8. Czerwony beret, ujęcie pierwsze

9. Fantasmagoria na dwoje

10. Griddle Café

11. Duende

12. We czwórkę

13. Puszka Pandory

14. Odlotowe tosty

15. Charlie nie żyje

16. Pola złotogłowów

17. Róża pod inną nazwą

18. Lilikoi

19. Mystique

Część druga. Łowca tygrysów

20. Klonopin

21. Aptekarz

22. Waterloo

23. White Crow

24. Pytanie

25. Córka wdowy

26. Great Eastern Road

27. Czerwony beret, ujęcie drugie

28. When We Were Kings

29. Południk zerowy

30. Notting Hill

31. Czas ponad materią

32. Chłopiec zwany Wart

33. Pantomima

Część trzecia. Medea

34. Księżycowa brama

35. Biała lawa

36. Czarna rzeka

37. Zmarła królowa, ujęcie pierwsze

38. Świecarnia

39. Medea

40. Lady Mary

41. Kupiec z Italii

42. Fynnesbyrie Fields Forever

43. Chłopiec i przewoźnik

44. Josephine i latająca machina

45. Sebastian

46. Konsekwencje szczęścia

47. Płaszcz

48. Skutki uboczne porażenia prądem

49. Dama albo tygrys

Od Autorki

Fragment drugiego tomu sagi „Kres wieczności”


Tytuł oryginału

THE TIGER CATCHER

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący

Beata Kołodziejska

Redakcja

Joanna Popiołek

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

The Tiger Catcher

© Paullina Simons 2019

Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Malita, 2019

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2019

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Akces, Warszawa

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9395-9

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dla Tani, mojego najmłodszego dziecka,

radości mojego życia

Bezpieczna bajka nie oddaje prawdy o żadnym ze światów.

J.R.R. Tolkien

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog
Transit Circle

Powinienem był cię pocałować. Julian leżał nagi na łóżku i wpatrywał się w sufit, ściskając czerwony beret. Powinienem był cię pocałować, kiedy ostatni raz cię widziałem.

Gdy połowa nocy minęła mu bezsennie, zerwał się i zaczął przygotowania. Miał mnóstwo do zrobienia, zanim w południe zjawi się w Greenwich. Nie ociągaj się, powiedział mu kucharz. Masz bardzo mało czasu. Jedną pikosekundę. I nie utknij. Tam, dokąd się udajesz, szczelina jest szeroka tylko dla jednego człowieka.

Jak brzmiała błyskotliwa odpowiedź Juliana?

– A ile to pikosekunda?

– Jedna bilionowa sekundy – odparł zirytowany kucharz.

Julian ubrał się na czarno. Ogolił. Zaczesał do tyłu niesforne brązowe włosy i związał je w kucyk, żeby nie wyglądały na to, czym w istocie były – gęstą grzywą na głowie mężczyzny, któremu dawno przestało zależeć. Julian miał kwadratową twarz, kwadratową szczękę, proste brwi, mocno zarysowany podbródek, kiedyś. Jego orzechowe oczy dziś zdawały się szare, wielkie, zapadnięte nad wychudzonymi policzkami, a ciemne worki pod nimi wyglądały jak pamiątka po bójce; pełne usta były blade. Stracił na wadze tyle, że musiał zrobić nową dziurkę w pasku; w kurtce mogłoby się zmieścić dwóch Julianów.

Wyjście z domu zabrało mu dobrą chwilę, stale czegoś zapominał. W ostatniej chwili przypomniał sobie, żeby wysłać esemes do matki i Ashtona. Nic zbytnio alarmującego – jak „przepraszam” – ale mimo wszystko chciał im coś zostawić. Żarty, by pomyśleli, że dawny Julian nie odszedł zbyt daleko. Do mamy: „Kiedyś czułem się jak facet uwięziony w ciele kobiety. Potem się urodziłem”. Do Ashtona: „Po czym poznać, że mężczyzna robi plany na przyszłość? Bo kupuje dwie skrzynki piwa”.

Zgodnie z instrukcjami zostawił w mieszkaniu telefon komórkowy, portfel, długopisy, notatniki. Zostawił swoje życie razem z wierszem, który napisał zaledwie wczoraj, zatytułowanym Pazury tygrysa.

Czego chcesz od życia

Nocą świat, którego nie możesz zmienić

Pożądanie pijaństwo wściekłość

Przemija

Kiedy leżysz wyciągnięty na wznak

Pod pazurami i jaszczurami

Na purpurowych polach

Miał przy sobie cztery rzeczy: banknot pięćdziesięciofuntowy, kartę Oyster na metro, kryształ na rzemyku zawieszonym na szyi i schowany w kieszeni czerwony beret.

W drogerii Boots przy Liverpool Street kupił latarkę. Kucharz powiedział, że będzie mu potrzebna. Potem pociągi wlokły się tak jak on. Czekał bez końca na przesiadkę na stacji Bank. Na Island Gardens spojrzał na swoje dłonie. Były zaciśnięte od stacji Shadwell. Ostatnimi czasy chwiał się na nogach, załamywał się, tonął. Jego pozbawione czasu życie wędrowca wypełniały jedynie rozmyte wrażenia, dni nie miały zarysu, ram ani treści, były zamętem, szaleństwem, snem.

 

Ale to się już skończyło. Teraz miał przed sobą cel. Szalony, głupi, ale, hola, był wdzięczny, że coś mu zaoferowano.

W Greenwich płaski wypielęgnowany park poniżej Królewskiego Obserwatorium przecinają ścieżki zwane Dróżkami Kochanków. W głębi parku, na szczycie stromego wzgórza z dzikim ogrodem, brytyjscy astronomowie przez wieki badali niebo. Dziś, w wietrzny marcowy dzień, ogród to były jedynie targane wiatrem nagie gałęzie, zasłaniające cel wspinaczki Juliana.

Czuł się jak idiota. Czy ma kupić bilet? Czy ma się szwendać do wyznaczonej godziny? Kucharz powiedział mu, żeby znalazł teleskop nazywany Transit Circle, ale w obserwatorium było ich tak wiele. Gdzie znajduje się to zaczarowane miejsce, w którym wszystkie niemożliwe rzeczy stają się możliwe? Julian przyłapał się na tym, że drwi, i zawstydził się. Matka wpajała mu co innego; mówiła, by nigdy nie drwił z rzeczy, przed którą ma paść na kolana.

– Którędy do teleskopu Transit Circle? – zapytał ładną kasjerkę za stolikiem.

Dziewczyna przygładziła włosy.

– Chodzi panu o teleskop George’a Airy’ego? Tamtędy. Mogę pana zaprowadzić, jeśli pan chce. Jeden bilet? – Uśmiechnęła się.

– Jeden – odparł. – I nie, dziękuję, sam go znajdę. Sprzedajecie zegarki kieszonkowe?

– Tak, w sklepie z pamiątkami. Potrzebuje pan też kompas? Może przewodnik? – Przechyliła głowę.

– Nie, dziękuję. – Nie odwzajemnił jej spojrzenia.

Dziewczyna kręciła się w pobliżu, gdy Julian kupował zegarek w zamkniętym fabrycznie pudełku. Chciała je otworzyć, by sprawdzić, czy zegarek działa, ale Julian zaprotestował. Wolał, żeby go nie dotykała, żeby nie napełniła jego nowiutkiego czasomierza swoją energią.

– Nie będzie pan mógł go zwrócić, jeśli okaże się, że coś jest nie tak – wyjaśniła.

– Nie ma sprawy – odparł. – Nie będę tędy wracał. – Cokolwiek się wydarzy, nie będzie wracał.

– Szkoda. – Uśmiechnęła się. – Dokąd się pan wybiera? – Kiedy nie odpowiedział, wzruszyła ramionami. Rozmawiając z nim przyjaźnie, chciała tylko zabić czas. – Proszę się rozejrzeć – powiedziała. – I nie spieszyć się.

Julianowi nie zostało prawie nic z pięćdziesięciu funtów. Wrzucił drobniaki i kartę Oyster do pamiątkowego wazonu. Czy postąpił źle? Nie. Nawet ludzie oczekujący cudów mieli prawo być ostrożni. A on był ostrożnym mężczyzną oczekującym cudu. Miał jeszcze trochę czasu, więc postanowił się powłóczyć. Była dopiero jedenasta. Próbował sobie przypomnieć wszystko, co mówił mu kucharz, ale było tego tak dużo. „W południe słońce przesunie się przez otwór na skrzyżowaniu nitek w celowniku – powiedział kucharz. – Promień światła uderzy w kryształ w twoich dłoniach. Otworzy się błękitna otchłań. Musisz się spieszyć. Czeka na ciebie reszta życia”.

Julian odparł, że to wszystko jest bardzo skomplikowane. Kucharz odsunął się od grilla i trzymając w dłoni tasak, obrzucił go krytycznym spojrzeniem od stóp do głów. „Uważasz, że ta część jest skomplikowana? Masz w ogóle pojęcie, co zamierzasz zrobić?”.

Nie. Nie miał pojęcia. Wiedział za to, co robił. Ostatnio niewiele. Ale dawniej robił różne rzeczy, na przykład spędzał czas ze swoją ukochaną na drogach jak z hollywoodzkich snów. Skąpane w blasku słońca palmy, zakochani, volvo zaparkowane w cichych zakątkach. Otwarte okna. Radość wpadająca do środka jak wiatr. Julian nie był wtedy sceptykiem. Zawsze powtarzał, że jest czas na wszystko.

– Gdzie jest południk zerowy? – zapytał opryskliwego starszego strażnika w jednej z sal pawilonu.

– Stoisz na nim, kolego – odparł strażnik. Na plakietce widniało imię Sweeney. Wskazał na ogromny czarny teleskop. – Znalazłeś się w sali ze słynnym teleskopem. To jest Transit Circle na linii południka. – Mierzący blisko trzy metry teleskop Airy’ego wyglądał jak działo wymierzone w niebo. Po obu jego stronach biegły lśniące czarne schody osadzone w kwadratowym wgłębieniu poniżej poziomu podłogi.

Przez otwarte drzwi wpadało blade światło. Mosiężna listwa wyznaczająca długość geograficzną zero tkwiła wśród kostki brukowej na dziedzińcu. Julian obserwował turystów, którzy robili zdjęcia, stojąc w rozkroku, z jedną stopą na wschodzie, z drugą na zachodzie, brali się na barana, pozowali, śmiali się. Spojrzał na nowy zegarek.

11.45

Trzęsły mu się ręce. Aby się uspokoić, chwycił niską żelazną barierkę oddzielającą go od teleskopu. Ruchomy dach był otwarty, widział nad głową zasnute chmurami niebo.

Był tak straszliwie sam.

Obce, ogromne, deszczowe miasto. Londyn jak państwo w państwie. Julian obejrzał się na strażnika. Krępy mężczyzna siedział na stołku, z łokciem opartym na drewnianym stoliku, nie zwracając – podobnie jak cały wszechświat – uwagi na Juliana. W oknie za jego plecami ostry wiatr szarpał brązowymi, pozbawionymi liści gałęziami. Przez ostatnie dni w Londynie strasznie wiało, jakby przez miasto przechodził huragan.

11.56

Julian sięgnął pod koszulę i wyjął kryształ, który miał zawieszony na rzemyku na szyi. Położył go na drżącej dłoni. W szarym świetle kryształ nie błyszczał. Cichy i chłodny leżał na otwartej dłoni. Kiedyś trzymała go w ręce. Wtedy świeciło słońce, otaczała ich migocząca mgiełka radości rodem ze snu, to był początek, nie koniec – a przynajmniej tak myślał.

Czy to był koniec?

A może początek?

– Kryształ wibruje milion razy na sekundę – powiedział mu kucharz; kucharz, magik, czarnoksiężnik, czarodziej. – I ty wibrujesz z nim. Ty wprawiasz go w drganie. Ty jesteś reakcją łańcuchową, chemicznym zapłonem, napięciem przebiegającym przez twoje życie. Ruszaj, Julianie. Nadeszła pora, byś zaczął działać.

Nie ma innego czasu.

Aż po kres czasu.

Czas się kończy.

11.59

Julian zacisnął palce na krysztale. Wzrok mu się zamglił. To wspomnienie bólu wywołuje strach przed śmiercią. Serce martwieje. Dusisz się. Gdy paraliż sięga płuc, serce nie jest w stanie pracować.

To samo spotyka wspomnienie miłości.

O, moja duszo i wszystko, co jest we mnie, krzyknął żebrak, unosząc dłoń do nieba.

Panie i panowie, przedstawienie czas zacząć!

W pikosekundzie, zanim zegar wybił południe, w mgnieniu, które nadal miał pomiędzy tym, co było, a tym, co dopiero miało nadejść, Julian zapytał samego siebie, czego się najbardziej boi.

Że niewysłowiona rzecz, którą mu zaoferowano, jest możliwa?

Czy że nie jest?

Nadejdzie inny czas dla ciebie i dla mnie.

Nigdy nie nadejdzie inny czas dla ciebie i dla mnie.

Kiedy w południe słońce przesunęło się przez celownik, już wiedział. Zrobi wszystko, wszystko poświęci, by znów ją zobaczyć.

Pomóż mi.

Proszę.

Powinienem był cię pocałować.

Część pierwsza
Duch Boga i Marzeń

W mroku, jak duch, migocze, gdy się zbliża do mnie.

I całe twoje serce otwiera się dla mnie1.

Alfred Tennyson

Lubię scenę. Jest o tyle prawdziwsza od życia2.

Oscar Wilde

1 Alfred Tennyson, Królewna, przeł. Zygmunt Kubiak, w: Twarde dno snu, Noir sur Blanc, Warszawa 2002 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

2 Oscar Wilde, Portret Doriana Graya, przeł. Maria Feldmanowa, PIW, Warszawa 1957.


1
Wynalazek miłości

– Wygląda na to, że nie żyję. To dobrze3. – Tak brzmiały pierwsze słowa, jakie do niego wypowiedziała.

Julian i Ashton przylecieli z Los Angeles do Nowego Jorku ze swoimi dziewczynami Gwen i Riley, by obejrzeć adaptację sztuki Toma Stopparda Wynalazek miłości w teatrze off Broadway. Sztuka – z Nicole Kidman w roli głównej! – o życiu i śmierci brytyjskiego poety A.E. Housmana, napisana dla mężczyzn, została wystawiona ponownie w wyłącznie kobiecej obsadzie, z wyjątkiem roli Mosesa Jacksona, objet d’amour Housmana, którego grał jakiś debiutant. „New York Times” opisał go z szacunkiem jako „złowieszczego jak beczka prochu”.

Gdy Gwen zaproponowała wyprawę, Julian nie palił się do tego pomysłu. Wiedział co nieco o Wynalazku miłości. Powoływał się na sztukę Stopparda w swojej niedokończonej pracy magisterskiej.

– Jules, wydaje ci się, że wiesz coś na każdy temat – powiedziała Gwen. Stale ciągała go na wydarzenia kulturalne. – Ale o tym nie wiesz nic. Zaufaj mi. Będzie fantastycznie.

– Gwen, jeśli już mamy jechać aż do Nowego Jorku, może obejrzymy Traviatę w Lincoln Center? – odparł Julian. Nie przepadał za operą, ale partię Armanda śpiewał Plácido Domingo. A to było warte wyprawy do Nowego Jorku.

– Nie słyszałeś, gdy mówiłam, że Nicole Kidman gra rolę A.E. Housmana? A Kyra Sedgwick jej towarzysza.

– Słyszałem, słyszałem – odparł. – Ashton się na to godzi?

– Zgodzi się, jeśli ty się zgodzisz. Myślisz, że wolałby oglądać Plácida? Ha. Musimy poszerzać jego horyzonty. I najwyraźniej nie tylko jego. No już, rozchmurz się, będzie świetnie. Obiecuję. – Gwen uśmiechnęła się od ucha do ucha, jakby jej obietnice miały moc wiążącą.

Postanowili przedłużyć wyprawę na cały weekend. Ashton wywiesił na drzwiach sklepu ulubioną tabliczkę: POJECHAŁEM NA RYBY (choć ryb nie łowił). Często wyjeżdżali we czwórkę, jak muszkieterowie, spędzali weekendy na południu w Cabo lub na północy w Napa. Wylądowali na JFK w piątek, udali się do Le Bernardin, gdzie Ashton znał właściciela (oczywiście) i mogli zjeść kolację za darmo. Potem spotkali się z kilkoma przyjaciółmi z UCLA, poszli się napić w Soho i potańczyć w Harlemie.

Skacowani i ociężali spędzili sobotnie popołudnie w MOMA i pooglądali wystawy sklepowe na pobliskiej Piątej Alei. Kiedy nadszedł sobotni wieczór, Julian był zbyt zmęczony, by znów gdzieś wychodzić. W sklepie z pamiątkami w muzeum kupił fascynującą książeczkę Księga wyroczni: Odpowiedzi na życiowe pytania i wolałby zamówić coś do pokoju, zdrzemnąć się i ją przekartkować – w poszukiwaniu obiecanych w tytule odpowiedzi. Otworzył ją na chybił trafił na dwóch prowokacyjnych odpowiedziach na pytania, których nie zadał.

Pierwsza: „Wyciągnąłeś siedem kielichów. Czy tego naprawdę chcesz?”.

Do czego odnosi się „tego” w tym zdaniu?

I druga: „Zaćmienie Słońca sugeruje nieoczekiwane zakończenie”.

Jakiego zakończenia oczekiwał?

Wyszykowani na sobotni wieczór w Nowym Jorku – mężczyźni w ciemnych dżinsach, dopasowanych koszulach i marynarkach; dziewczęta umalowane i z ułożonymi włosami, w szpilkach, z dużymi dekoltami, zjedli przed spektaklem sushi w Nobu w TriBeCa – wszyscy z wyjątkiem Riley, ponieważ jadała tylko co drugi dzień – i pojechali taksówką do teatru Cherry Lane w Greenwich Village.

A tam okazało się, że Nicole Kidman zastępuje dublerka!

Na tablicy wywieszono ogłoszenie: „Dziś wieczorem rolę A.E. Housmana zagra dublerka pani Kidman, Josephine Collins”.

Wśród posiadaczy biletów przebiegł głośny szmer niezadowolenia. Był sobotni wieczór! Czemu gwiazda spektaklu zniknęła bez słowa? „Spadła ze schodów? Złapała zakaźną chorobę?”, dopytywała się Gwen. Nikt nie wiedział. Kasjerka nabrała wody w usta. Media społecznościowe milczały. Ponieważ na wielkim afiszu nad wejściem widniało jedynie nazwisko Toma Stopparda, zwrot pieniędzy za bilety nie wchodził w grę.

Julian pomyślał, że jego dziewczyna roztopi się na chodniku jak lody Arktyki. Wściekała się na biedną kasjerkę, jakby to ona ponosiła winę za nieobecność Nicole.

– Ale czemu jej nie ma? – powtarzała. – Nie może mi pani powiedzieć? Czemu?

Julian próbował jakoś załagodzić sytuację. Kiedy zajmowali miejsca, poklepał Gwen współczująco po plecach i powiedział:

– Josephine Collins to niezły pseudonim sceniczny, nie uważasz?

Spojrzała na niego ze złością.

– Nigdy nie potrafisz powiedzieć niczego, żebym poczuła się lepiej, gdy jestem wściekła – rzuciła. – Jakby w ogóle ci nie zależało.

 

Julian spojrzał na siedzącego po prawej stronie Ashtona. Przyjaciel gawędził z Riley, śmiejąc się z jakiegoś żartu, ich jasne głowy się stykały.

Spróbował jeszcze raz.

– Świetnie to zorganizowałaś, Gwen. Te miejsca są niesamowite. – Bo były. Na samym środku trzeciego rzędu.

– Rzeczywiście są niesamowite – odparła. – Świetnie będzie stąd widać dublerkę.

Ashton szturchnął go łokciem.

– Stale ci to powtarzam, Jules. W niektórych sytuacjach lepiej trzymać gębę na kłódkę. A to zdecydowanie jest jedna z nich.

Julian gapił się przed siebie. Po ciągnącej się w nieskończoność minucie czerwona kurtyna się uniosła.

Dublerka stała w światłach rampy na środku sceny.

– Wygląda na to, że nie żyję. To dobrze – powiedziała do niego i zakręciła biodrami.

Julian, który siedział zgarbiony, a powieki opadały mu ze zmęczenia, wyprostował się.

Sztuka mogła być niezła. Mogła być okropna. Gwen w czasie braw i przerwy bez końca ciskała gromy na dublerkę, więc Julianowi trudno było wyrobić sobie spójną opinię na temat przedstawienia.

Ale wyrobił sobie opinię na temat dublerki.

Przypadkowa dziewczyna stała przed Julianem przez dwie bite godziny.

Okazała się niezwykła. Choć była młoda i grała starszego mężczyznę spoglądającego wstecz na nieudane życie, wniosła na scenę melancholię i elegancję, dowcip, ból i wściekłość. Wniosła wszystko. W kulisach nie pozostało nic. Julian miał przed sobą całe jej wnętrze.

Może nie była tak wysoka jak Nicole Kidman, ale była równie szczupła, miała długie kończyny, jasną skórę i delikatne rysy. W przeciwieństwie do Nicole miała brązowe oczy i lekko chropawy głos. Jej głos brzmiał jak głos nastolatki, lecz z dosadnym dorosłym wydechem na końcu każdego zdania. Zderzenie jej kobiecości z rolą szorstkiego profesora wywarło na Julianie potężne wrażenie. Mocne wersy Housmana wypowiadane jej ledwo słyszalnym chrapliwym głosem uwiodły go. Uwiodły go jej rozkołysane biodra. „Miłość jest jak kawałek lodu trzymany w dłoni przez dziecko”, wyszeptała z nieskazitelnym brytyjskim akcentem, stojąc na brzegu rzeki Styks, wyciągając do niego szczupłe ramiona. Walczył z impulsem, by zerwać się z miejsca. „Kto wie, iloma jeszcze dniami bogowie zechcą nas obdarzyć?”, pytała raz po raz.

A potem, porzucając Housmana na rzecz Czechowa, wypowiedziała kwestię z Trzech sióstr:

„O, gdzie to wszystko, gdzie się podziały te lata, gdy byłem młody, wesoły, mądry, gdy marzyłem i myślałem tak subtelnie, gdy teraźniejszość i przyszłość moja opromienione były nadzieją? Dlaczego my, ledwo zacząwszy żyć, od razu stajemy się nudni, bezużyteczni, nieszczęśliwi? Nie ma ani jednego człowieka, który byłby niepodobny do innych, ani jednej ofiarnej duszy – czy to w przeszłości, czy teraz – ani uczonego, ani malarza, ani jakiejkolwiek wybitnej jednostki, która budziłaby zazdrość albo namiętne pragnienie naśladowania”4. Czego ty chcesz, Julianie? CZEGO TY CHCESZ?

Rozdziawił usta ze zdumienia. Czyżby się przesłyszał? Księga wyroczni przemawiała do niego na głos. Oszołomiony pochylił się do przodu. Ashton szturchnął go, żeby się oparł o fotel. Czy ta dziewczyna przed chwilą zwróciła się do niego po imieniu?

*

– To było koszmarne, prawda? – powiedziała Gwen, gdy spektakl dobiegł końca. – Ależ ona była pretensjonalna. Myślała chyba, że jest rewelacyjna. Jakim cudem w ogóle dostała tak wymagającą rolę? Na pewno bzyknęła się z producentem, nie sądzicie?

– Skąd mam wiedzieć? – odparł Julian. – Dlaczego pytasz mnie? Nic o niej nie wiem. – Czy naprawdę jest Brytyjką? Przecież nie można do tego stopnia udawać akcentu.

– Czemu tak się wycofujesz? – Gwen westchnęła, ujmując jego bezwładną rękę. – Przepraszam, okej? Miałeś rację. Powinniśmy byli pójść na Traviatę. Ale tak szczerze, co o tym myślisz? Koszmar, prawda?

Julian nie do końca tak myślał.

Gwen chciała poczekać przy wyjściu dla artystów, by zdobyć autograf Kyry Sedgwick.

– Żeby ten wieczór nie okazał się totalną stratą czasu. – Stłoczyli się przy barierce. – Potem pójdziemy prosto do Art Baru – oświadczyła Gwen. – Stawiam pierwszą kolejkę. Napijemy się, żeby zapomnieć.

– W całym Nowym Jorku nie ma tyle alkoholu – wtrąciła Riley. – Mnie ona też się nie podobała, Gwennie. Coś mi w niej zgrzytało, ale nie wiem dokładnie, co.

– A ty jak uważasz, Jules? – zapytał Ashton. – Czy w Nowym Jorku jest dość alkoholu, żeby o niej zapomnieć?

– Nie sądzę.

Ashton żartował, ale bez uśmiechu. Przez jego beztroską twarz przebiegł mroczny cień. Julian odwrócił wzrok na różową tablicę przy wyjściu dla artystów.

– Drażniła mnie – mówiła dalej Gwen do Riley. – Dobrze jest wnieść coś nowego do roli. Ale nie można od niej całkowicie odejść.

– To kobieta grająca rolę mężczyzny. Czy można odejść jeszcze dalej? – zapytał Julian.

– Nie była dość męska. Słyszałeś jej głos?

– Słyszałem.

– A ja z trudem. No i jeszcze nie była wystarczająco wysoka. To tak bardzo rozpraszało uwagę.

– Jej wzrost ciebie też rozproszył, brachu? – zapytał Ashton, szturchając Juliana.

– Nie.

– Przepraszam, że wyraziłam swoją opinię – rzuciła Gwen.

Julian zauważył, że on też wyrażał swoją opinię.

– Zgoda, ale ja prowadzę intelektualną dyskusję na temat jej słabej gry – odparła Gwen. – A co ty robisz?

Julian odpuścił. Nie wiedział, co robi.

Był czerwcowy wieczór w Nowym Jorku, ciepły, pochmurny, wietrzny, w powietrzu unosiła się energia trzech milionów mieszkańców spacerujących po ulicach. Ludzie rozpychali się, tak jak czasami robią to w Nowym Jorku, gdy wydadzą dużo pieniędzy na bilet i uważają, że należy im się, by w obsadzie znalazła się gwiazda. Stoją z wyciągniętymi rękami, domagając się autografów, jakby to oni wyświadczali aktorom przysługę, a nie odwrotnie.

Juliana zirytowały kąśliwe uwagi Gwen pod adresem dublerki. Odsunął się, pozwalając, by inni mężczyźni i ich towarzyszki weszli pomiędzy nich. Echo słów dziewczyny nadal dźwięczało mu w uszach i waliło w piersi. „Wygląda na to, że nie żyję. To dobrze”. „Miłość jest jak kawałek lodu trzymany w dłoni przez dziecko”…

Kyra Sedgwick wyszła wsparta na ramieniu Kevina Bacona, swojego szczupłego, młodzieńczego męża aktora. Jakiś facet w tłumie głośno rzucił dowcip na temat gry „Six Degrees of Kevin Bacon”. Kevin Bacon uśmiechnął się, jakby miał ochotę mu przyłożyć. Kilka minut później wyszedł jedyny mężczyzna z obsady – atrakcyjna „beczka prochu”, który grał Mosesa Jacksona. Julian nie zapamiętał, jak się nazywa, i niewiele go to obchodziło. Kilka kroków za Misterem Universe szła dublerka. Julianowi zaparło dech.

Barierki jęknęły pod naporem tłumu; rozległy się okrzyki, Kyra, Kyra. Kevin, Kevin. Julianowi spodobało się, że choć Kevin Bacon nie należał do obsady sztuki, rozdawał autografy. Tak się zachowuje rasowy celebryta, pomyślał rozbawiony. To gwiazdorstwo w czystej postaci.

Nawet Mister Universe podpisał kilka programów. Ale nie dublerka Juliana. Stała z boku jak ostatnia panna do kupienia na aukcji na starym Dzikim Zachodzie. Nikt jej nie rozpoznał bez blond peruki, z wilgotnymi włosami zebranymi w ciasny kok.

Zaczęło mżyć.

Julian wyciągnął rękę z programem i pomachał nim, by zwrócić jej uwagę. Czy można się zachować jak dżentelmen, a nie dupek, kiedy macha się programem, by zdobyć autograf? Ale gdy dostrzegła, jak robi z siebie głupka, wyszła do przodu, uśmiechając się z wdzięcznością. Podał jej program lekko drżącą ręką, patrząc na czubek jej mokrej ciemnej głowy, gdy zamaszyście, prawie nieczytelnie pisała swoje imię i nazwisko: Josephine Collins.

Zanim Julian zdążył jej powiedzieć, że była świetna, zdumiewająca, zawołał ją naszpikowany sterydami macho. Brakowało tylko pstryknięcia palcami. Pobiegła.

I to by było na tyle.

*

Po powrocie do Los Angeles Julian prawie o niej zapomniał.

W sklepie Ashtona jak zwykle panował ruch, trzech braci Juliana miało urodziny, zbliżał się Dzień Ojca, chrzciny, matka organizowała przyjęcie z okazji zakończenia szkoły i potrzebowała jego pomocy w znalezieniu florystki i cateringu, a Gwen rzucała aluzje na temat romantycznego wypadu do Meksyku na Święto Niepodległości, mając chyba nadzieję, że w Cabo dostanie pierścionek zaręczynowy.

Od czasu do czasu Julian przypominał sobie pierwszą kwestię dziewczyny.

Nie, nawet sobie nie przypominał. Pojawiała się w marzeniach.

W wizjach pełnych ognia i lodu jej blada twarz rozjaśniała się na czarnym tle i ze środka sceny w jego piersi rozlegał się jej głos, który pytał, na co czeka, i powtarzał, że dusza nie zna granic.

3 Tom Stoppard, Wynalazek miłości, w: Tom Stoppard, Arkadia. Wynalazek miłości, przeł. Jerzy Limon, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 1998.

4 Antoni Czechow, Trzy siostry, przeł. Natalia Gałczyńska, Iskry, Warszawa 1983.