Między mną a czereśniąTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5
Mieć przyjaciółkę od serca

Wracamy z badania i biorę Ottima Turcareta, żeby go użyć jako podpórki do mojej drzemki ze snem.

Zaczęłam robić sobie drzemki ze snem w zeszłym roku, kiedy mój kuzyn Andrea zaręczył się z Raviną. Ona nauczyła mnie czegoś, co się nazywa medytacja. To sposób, żeby przyszły do ciebie ładne sny, nawet jak jesteś smutna, zła albo nie chce ci się spać. Trzeba być całkiem cicho i wyobrazić sobie wnętrze ciała, co może nie jest bardzo miłe na początku, ale potem się przyzwyczajasz i po jakimś czasie zamiast myśleć o krwi, która krąży w żyłach i trafia do mózgu, przestajesz myśleć o czymkolwiek.

W każdym razie ze mną tak właśnie jest. Domowe dźwięki muskają moją twarz jak fale pieszczot, jak odgłos dalekiego dzwonu. I powoli zasypiam. Wtedy nadchodzą sny.

W czasie tej drzemki przychodzi do mnie piękny sen. Śnię, że wspinam się po szkolnej czereśni aż na najwyższą gałąź. Stamtąd widzę całe miasteczko, nawet cały świat. Potem otwieram ramiona i zaczynam latać, docieram na dach szkoły i jeszcze wyżej. I wreszcie odlatuję dalej, na Księżyc i Gwiazdę Polarną, widzę też inne gwiazdy i gram w piłkę z babcią, która stoi na bramce.

*

Chiara jest tutaj, żeby się ze mną bawić, ale nie w piłkę. Poprosiła ją mama, chociaż wolałam zostać sama ze sobą. Zaczynam uczyć się czytać kropeczki brajla, a książka, którą dała mi do ćwiczenia Estella, jest bardzo ładna, ale trochę dziwna. Nazywa się Mały Książę.

Estella kupiła ją na Amazonie.

Chiara jest moją przyjaciółką z przedszkola i nie mogę udawać, że jej nie ma. W rzeczywistości od dawna nie przychodzi bawić się do mnie do domu i nie zaprasza mnie do siebie. Ostatni raz to było w jej urodziny w czerwcu, potem pojechałyśmy jeszcze razem na wakacje.

Odkładam alfabet z punkcików, kiedy tylko wchodzi. Ale i tak mnie widzi i pyta, co robię. Odpowiadam, że nic takiego. Nie wiem czemu, ale wolę, żeby nie widziała, jak czytam punkciki brajla. Czuję się głupio. Proponuję, żebyśmy poszły do mojego pokoju pobawić się w restaurację, bo wiem, że lubi gotować i zawsze ogląda „Masterchefa”. Nakrywamy stolik plastikowymi talerzykami i sztućcami. Nie mogę znaleźć zabawkowych szklanek, więc idziemy po dwie prawdziwe i napełniamy je wodą. Chiara udaje kelnerkę i kucharkę, ja jestem klientką. Udaję, że czytam menu i wybieram same najbardziej wyszukane dania. Chiara zapisuje je na dłoni, potem powtarza (wszystkie z błędem) kucharzowi, który został w kuchni, czyli w mojej otwartej szafie, i zaczyna na niby gotować. Lubię bawić się w restaurację, ale nie aż tak bardzo. Kiedy odgrywamy tę samą scenę trzeci raz, proponuję jej zabawę w męża i żonę, którzy wychodzą na kolację, tak dla odmiany.

Pozdrawiamy Ottima Turcareta, który zostaje w domu z babysitterką, czyli moją lalką Megi, i zasiadamy przy naszym stoliku. Przychodzi nam do głowy naraz (serdecznym przyjaciółkom tak się zdarza), żeby pobawić się składnikami naszych drinków, rozbiegamy się po domu w poszukiwaniu różnych obrzydliwości, które można dolać. Ziemia z doniczki, sól, pieprz, psiknięcie perfum taty, trochę kleju z tubki, który wygląda jak śluz ślimaka. Mieszamy to wszystko widelcem i wracamy do stolika.

– Wznieśmy toast – mówi Chiara.

Podnosi swoją szklankę pełną żółtawego płynu i udaje, że to pije. Wyciągam rękę, żeby podnieść mojego drinka, który stoi tu, tak mi się zdaje, blisko po lewej. Ale w oku robi mi się ciemno i zamiast wziąć szklankę, potrącam ją mocno i wylewam wszystko na Chiarę, która zaczyna wrzeszczeć, bo poplamiła sobie tym świństwem legginsy. Ciemność wypełnia się iskrzącymi pajączkami. Nie widzę niczego, tylko słyszę, jak turla się szklanka, a potem brzęk tłuczonego szkła przy moich stopach. Wbiega mama i pyta, co się stało.

Chiara chce za wszelką cenę zaraz wracać do domu, chociaż nie ma jeszcze czwartej. Słyszę w przedpokoju głos jej mamy, która została u nas na kawę. Powoli ciemna plama z lewego oka znika, ale Chiara już jest w drzwiach, a jej mama wyciąga kluczyki do samochodu.

– Widzimy się jutro w szkole – mówię, wsuwając głowę do przedpokoju.

Odpowiada tylko „cześć” i wychodzi.

Mama zamyka drzwi i podchodzi z mokrą ścierką.

– Chcesz bułkę z czekoladą?

Babcia by mi dała z dżemem.

Wracam do pokoju, czytam Małego Księcia. Na niby. Mama wraca do kuchni, mogę więc wyciągnąć mój osobisty zeszyt. Otwieram go na drugiej stronie, tej ściśle tajnej, i czarnym długopisem przekreślam punkt:

Mieć przyjaciółkę od serca.



6
On też je nosi

Mały Książę podoba mi się, ale najbardziej lubię Cosimo, chłopca, który był baronem i żył na drzewach, bo pogniewał się ze swoją rodziną. To ulubiona książka taty. Dostał ją od babci, kiedy chodził do liceum.

Opowiadała nawet, że znała tego pisarza, że się przyjaźnili, prawie go kochała. Mało co z tego rozumiem. Według mnie albo się z kimś przyjaźni, albo się kocha, bo jak są dwa różne słowa, to nie może to być prawie ta sama rzecz. Babcia mówiła, że z przyjaciółmi czyta się książki, jak ta o Cosimo. No właśnie, jestem pewna, że my też z Cosimo moglibyśmy przeczytać razem dużo książek, gdybyśmy się poznali.

Jest drugi listopada i nie mam szkoły.

Z mamą i tatą idę odwiedzić babcię na cmentarzu. I wielu krewnych, których nie znałam.

Lubię wizyty na cmentarzu, bo jest wyłożony czarnymi i białymi płytami jak szachownica, mogę po nich skakać dla zabawy. Zeszłego roku niechcący potrąciłam jedną panią i rodzice kazali mi przestać. No więc teraz strasznie się na cmentarzu nudzę. Nagrobek babci jest brzydki, stoi na nim aniołek z głupią miną. Ona nie wierzyła w anioły, chociaż mówiła zawsze do mnie „aniołeczku mój”.

Ale dziś na placyku przed cmentarzem chłopaki grają w piłkę. Niektórzy są z mojej klasy. Jest też jeden starszy, który w szkole zawsze przeszkadza i bije się z innymi. Poznaję go po niebieskiej kurtce z nadrukowanym imieniem Filippo. Tylko on ma taką. Ciekawe, gdzie ją kupił.

Na murku przy parkingu siedzi też Chiara. Pytam mamę i tatę, czy mogę z nią posiedzieć, podczas gdy oni obejdą groby krewnych.

– Dobrze, ale nie odchodź nigdzie. – Mama zawsze tak mówi. Gdzie niby miałabym odejść?

Podchodzę do Chiary, która gada z inną dziewczynką z czwartej klasy. Pozdrawiają mnie, ale zaraz wracają do rozmowy. Mnie i tak najbardziej interesuje piłka. W drugiej klasie rok trenowałam w drużynie z chłopakami i dziewczynami. Stałam na bramce. Potem przestałam, bo raz piłka stłukła mi okulary. Chciałabym jeszcze pograć po kryjomu.

Chłopaki wybierają drużyny. Nie mogę ich policzyć, bo z daleka mi się zlewają, ale słyszę Marca z mojej klasy, który mówi, że musi już iść, bo jego rodzice wychodzą już z cmentarza.

Zawsze dobrze wychwytuję wszystkie słowa i dźwięki, także z daleka. Kiedy jedzie karetka, słyszę ją pierwsza, w domu, w szkole i wszędzie. Doktor Olga mówi, że słuch mi się rozwinął, bo źle widzę. Jak o tym myślę, to nie uważam, żeby to było aż takie szczęście.

Jeśli Marco idzie do domu, to ja mogę zagrać. Podchodzę do nich i pytam, czy pozwolą mi go zastąpić. Filippo patrzy na mnie znad swoich okularów. On też je nosi, ale nie zorientowałam się wcześniej, bo są przezroczyste.

– Nie da rady. Jesteś kobietą. Nie umiesz grać.

– Nieprawda. Przez rok stałam na bramce. Zapytaj go. – Pokazuję na jednego z mojej klasy, Kevina. Inni na niego patrzą.

– To prawda, była ze mną w drużynie, ale... nie wiem.

Myślę, że się boi, że się pomylę i przepuszczę gola.

– Umiem też rzucać się na piłkę. Postaw mnie na bramce – proszę Filippa.

Patrzy na mnie z wahaniem. Inni stoją cicho, poza jednym, który marudzi, że jestem dziewczyną.

– Jeśli nie chcesz grać, to idź do domu – mówi mu Filippo, popychając go.

Tamten się złości, ale zostaje. Podczas kiedy oni się namyślają, co zrobić, idę do bramki, którą jest miejsce parkingowe oznaczone dwiema kurtkami leżącymi na ziemi. Tamci kończą wybierać drużyny i narzeczony (albo były narzeczony) Chiary wyciąga z kieszeni spodni gwizdek. Zaczynamy grać.

Nasza drużyna jest lepsza, wszyscy piłkarze są pod drugą bramką i próbują strzelić gola. Nagle jeden z tamtych przejmuje piłkę i biegnie w moją stronę, podczas gdy reszta krzyczy. Na wszelki wypadek wychodzę do przodu. Kopnął piłkę bardzo słabo, ale prawie ją przepuściłam, bo zobaczyłam ją z opóźnieniem. Wymyka mi się z rąk. Jeśli piłka trafi do bramki, to mnie zabiją. Ale udaje mi się ją zatrzymać i ją wykopuję.

Filippo oszukuje. Szturcha i kopie innych, nigdy nie oddaje piłki kolegom. Tam, gdzie przebiega, inni upadają albo krzyczą: „faul!”. Jeden z kolegów naciera na niego, jest zamieszanie. Nagle rozumiem, że Kevin strzelił gola, bo nasi krzyczą i biegają po całym boisku, ściągając bluzy jak prawdziwi piłkarze. Też tak robię. Bluza zaczepia mi się o okulary, ale kogo to obchodzi.

Gra zaraz znów się zaczyna i nie zdążyłam się jeszcze ustawić, kiedy nadbiega Filippo z piłką blisko nogi, zostałam sama, żeby bronić bramki. Jestem całkiem spocona i okulary zachodzą mgłą. Nie płaczę, to tylko z gorąca, ale nie widzę dobrze, co się dzieje. Przygotowuję się do obrony. Przez chwilę widzę, jak Filippo, nie przestając biec, układa nogę do strzału, potem dostaję silne uderzenie w lewe ramię i czuję, jak piłka odbija się ode mnie. Staram się nie myśleć o bólu i złapać piłkę rękoma. Ale widzę tylko coś białego, co pływa między mną a bramką. Dotykam tego. Ci z drugiej drużyny krzyczą: „samobój!” i świętują, biegając dookoła tak jak poprzednio nasi. Koledzy z mojej drużyny podchodzą wściekli, mówią wszyscy naraz, a ja... ja naprawdę nie widziałam tej piłki. Może lepiej, żebym już nie grała.

 

Podnoszę kurtkę, którą odłożyłam na ziemię obok innych, i idę w stronę samochodu rodziców, o ile pamiętam, gdzie stoi. Nikt mnie nie zatrzymuje. Nie pozdrawiam nawet Chiary. Za mną słyszę, jak Filippo mówi:

– Dobra, zaczynamy znowu. Kto chce stać na bramce?

Cosimo, dlaczego mi nie pomożesz?

Lubiłeś bawić się z innymi dziećmi w Ombrosie, chociaż w rzeczywistości to były złodziejaszki i z góry ze swojej gałęzi musiałeś tak naprawdę być strażnikiem. Widzisz, każdy ma przyjaciela, który mu pomaga. Ja mam tylko Ottima Turcareta, który nie mówi i bardzo źle gra w piłkę według mnie. Musisz mi pomóc, bo masz swoją bandę dzieci złodziei i Violę, i jeszcze jednego brata, a ja nie. Jeśli mi nie pomożesz, to sprawię siłą myśli, że z książki zniknie twój brat i urodzi się dla mnie. Chociaż nie wiem, jak to zrobić, żeby urodził się brat.

Tak sobie teraz myślę, czy nie jesteś tam z moją babcią, która przeniosła się na drzewo wraz z gigantem, kiedy ścięli jej czereśnię z ogródka? Jeśli tak, to masz teraz babcię, z którą możesz spędzać czas. I wiesz co? Powiedz jej, żeby dała mi znak, sygnał, klaśnięcie, cokolwiek. Coś. Bo jak nie, to nie uwierzę, że jest tam i że naprawdę próbujecie mi pomóc.

Cosimo, prawda że wyciągniesz do mnie rękę?



7
Grać w piłkę z chłopakami

– Co ci się stanęło?

Estella już całkiem dobrze mówi po włosku, ale czasem myli słowa. Patrzy na mnie z pokoiku woźnych w holu szkoły, a jej oczy znów przez chwilę napędzają mi stracha.

– Nic, bo co?

– Masz twarz takiej, której umarł kot.

– Ottimo Turcaret czuje się świetnie, dziękuję. Estella nie całkiem dobrze dogaduje się z Ottimem Turcaretem, bo jest przekonana, że on załatwia swoje potrzeby w ogródku pracowni biologicznej, kiedy przychodzi, żeby zaczekać na mnie przed szkołą. Nawet jeśli Estella nie lubi mojego kota, to zawsze się orientuje, kiedy ze mną jest coś nie tak. Też ma trzecie oko.

– Co się dzieje?

Wchodzę do jej pokoiku, siadam na krześle na kółkach i zaczynam się kręcić, odpychając się stopami.

– Nic, tylko robię same szkody.

Estella zdejmuje mnie z krzesła, siada na nim i grzebie w szufladzie, szukając chrupków, które konfiskuje innym dzieciom. Daje mi paczkę i zjadamy trochę razem.

– Zawsze robisz jakieś szkody, Mafalda, taka już jesteś.

Przestaję na chwilę jeść i patrzę na swoje nogi.

– Nie, to dlatego, że nie widzę.

Estella podsuwa mi chrupka pod nos.

– Ile ich mam w ręku?

– Jeden.

– No to znaczy, że widzisz.

Wysypuję resztę, którą mam w dłoni, do kosza pod biurkiem i zaczynam płakać.

– Co mnie obchodzi, ile widzę chrupków! Chcę grać w piłkę, chcę widzieć, jak leci.

– A ja chcę polecieć jutro na Księżyc – odpowiada Estella.

Kiedy tak robi, chętnie dałabym jej pięścią w nos. Ale potem się do mnie uśmiecha, a na ustach ma kolor fuksji. Też mam ochotę się śmiać, jak sobie pomyślę, że jutro nie przyszłaby do pracy i zadzwoniła do mnie z Księżyca. Kończy jeść.

– Mafalda, wiesz, że to nie takie ważne, żeby widzieć to czy tamto?

– Jak to nie? To ważne, żeby widzieć piłkę, kiedy chcę zagrać.

– A dla ciebie to takie ważne, żeby grać w piłkę?

– Tak, bardzo mi na tym zależy.

– Tak bardzo, że jak nie będziesz grać, to umrzesz?

Myślę nad tym chwilę.

– No może aż tak to nie.

– A więc to nie jest istotne.

Wyrzuca pustą paczkę po chrupkach.

– Co to znaczy istotne?

Estella wyciera ręce papierową chusteczką, wyciąga z torebki małą książkę. Kartkuje ją, daje mi znak, żebym podeszła, jak zawsze w ten sam sposób, ręką, która się szybko zamyka i otwiera. Staję za jej plecami, staram się przeczytać, ale nie mogę. Za małe są dla mnie te słowa w książce, czarne mróweczki, które nic nie znaczą.

– Co to?

Estella czyta na głos. „Żegnaj, powiedział lis. A oto mój sekret, jest bardzo prosty. Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”.

– To Mały Książę!

– Tak. Nie widziałaś, co jest napisane na tej stronie, ale zrozumiałaś, co to za książka.

– Ale co to ma wspólnego ze mną? Nie wiem, co jest istotne.

– A dla Małego Księcia co było istotne?

– Chyba jego róża.

– A mógł ją widzieć?

– Nie, bo zostawił ją na swojej planecie.

Siedzimy jakiś czas w ciszy. Czekam, aż mi wytłumaczy lepiej. Ale nie robi tego. Wstaje, opiera mi ręce na ramionach i mówi:

– Znajdź swoją różę, Mafalda. To, co istotne. Coś, co możesz robić nawet bez oczu.

Odwraca mnie i wypycha na korytarz. Zamyka za mną drzwi. Słyszę, że zaczyna śpiewać piosenkę Marca Mengoniego. Rozumiem, że muszę sobie iść, bardzo się spóźnię na lekcję religii, która jest nudna jak nie wiem co. Dziękuję, Estello.

Kiedy już jestem na końcu korytarza, słyszę, jak otwiera drzwi i krzyczy za mną:

– I nigdy, przenigdy nie wyrzuca się jedzenia. Następnym razem wyzbierasz wszystko z kosza i zaniesiesz do domu dla swojego wstrętnego kota!

*

„Coś, co mogę robić bez oczu”. Leżę na łóżku z otwartym zeszytem, Ottimo Turcaret grzeje mi stopy. To trudne, bo bez oczu nie można prawie niczego zrobić. Kurczę, dlaczego właśnie mnie dopadła mgiełka pana Stargardta?

Przekreślam w spisie: Grać w piłkę z chłopakami, rzucam zeszyt pod łóżko i gaszę światło.

*

Dziś rano czereśnia ma brązowe włosy z żółtymi kosmykami, jak mama. Jeden, dwa, trzy... trzydzieści, czterdzieści, sześćdziesiąt.

Sto dwadzieścia kroków.

Od moich oczu do czereśni jest sześćdziesiąt metrów.


Pięćdziesiąt metrów


8
Nie być sama

Jestem bardzo dobra w ciuciubabkę. U nas nazywają to grą w ślepą muchę, ale ja wolę mówić, że to gra w muchę z zawiązanymi oczami, bo nie lubię słowa „ślepa”. Jak masz zawiązane oczy, to widzisz ciemność tylko na czas zabawy. Chciałabym, żeby mi się raz przyśniło, że gram w ciuciubabkę, po czym bym się obudziła i odkryła, że wciąż mam zawiązane oczy. Mogłabym wtedy zdjąć chustkę i znów widzieć dobrze.

Inne dzieci nie chcą się ze mną bawić w ciuciubabkę, uważają, że oszukuję, bo udaje mi się je złapać nawet z zawiązanymi oczami. Myślą też, że stosuję sztuczkę: stoję nieruchomo i nasłuchuję, czy ktoś się ruszył. Wtedy łatwo złapać tego kogoś, trzeba tylko szybko skoczyć w stronę, z której dobiega szelest. Nikt się tego nie spodziewa. Po paru razach wszyscy są źli, mówią, że podglądam spod chustki, i zaczynają się bawić kartami Dragon Ball, a tam nie mogłabym oszukiwać, nawet gdybym się starała, bo niczego nie mogę rozczytać.

Bawię się więc sama w ogrodzie. Mama pozwala mi zejść na dół, kiedy bierze prysznic, ale muszę wrócić do domu, zanim się wytrze. Mama myje się bardzo szybko, nie używa nawet suszarki, żeby móc mnie zaraz znowu pilnować. Na dole spędzam więc najczęściej osiem albo dziewięć minut. Wyjęłam z jej szafy miękki szal, ciemny, tak żebym nie widziała przez niego nawet niechcący, i zawiązałam go sobie na oczach. Chcę przejść od szopy na narzędzia ogrodnicze aż do płotu na końcu podwórka, bez upadania i bez wyciągania rąk do przodu jak zombie. Nie wiem, dlaczego się w to bawię, ale chcę spróbować chodzić w ciemności. Na początku zaraz ogarniał mnie strach i zdejmowałam chustę po dwóch małych krokach. Teraz jednak idę spokojnie. Chodzenie po ciemku daje dziwne uczucie, jakby się pływało w czarnych liściach drzewa, którego gałęzie chcą cię zatrzymać, ale delikatnie, bez ciągnięcia za koszulkę. A ty idziesz, i mimo że czujesz niebezpieczeństwo, zachowujesz równowagę, jesteś sama, ale tak jakby ktoś cię pilnował, nie wiesz kto, na pewno nie mama z balkonu.

Babcia mówiła, że nie można zrozumieć rzeczy, jeśli się ich nie spróbuje. Dlatego próbuję.

Muskam palcami zeschłe krzaki hortensji, które rosną wzdłuż całego ogrodzenia. Pomagają mi w orientacji, żebym nie wychodziła na środek ogrodu. Kiedy idę z zamkniętymi oczami, zawsze mi się myli kierunek, nawet gdy jestem przekonana, że idę prosto. Po paru krokach coś włochatego zbliża się do moich nóg i zatrzymuje. To Ottimo Turcaret. Muszę przystanąć, żeby go nie podeptać i żeby go pogłaskać. Biorę kota na ręce i dochodzę do końca ogrodu, czuję, jak mruczy mi na piersiach. Jest ciepły i ciężki. Gdybym nie wiedziała, że jest szary, przysięgłabym, że to jeden z tych wielkich pomarańczowych kotów z potężną głową i grubą szyją. Koty z pomarańczową sierścią są grubsze od innych, ciekawe dlaczego. Przychodzi mi do głowy myśl: jak można rozpoznać kolory po ciemku? Muszę spytać tatę i mamę.

*

Czubkiem stopy dotykam drewnianego płotu i staję. Zastanawiam się, czy obrócić się i wrócić wzdłuż płotu, gdy nagle słyszę pisk hamulca roweru, pewnie ktoś zatrzymał się na parkingu przy mojej kamienicy.

– Cześć.

Od razu zdejmuję szal. Światło popołudnia razi mnie w oczy, ale zakładam okulary i widzę Filippa w niebieskiej kurtce, stojącego przy żółtym rowerze, który wygląda jak kobieca damka, ale nie ma koszyka. Wziął się pod boki zaciśniętymi dłońmi, rozstawił nogi, stanął na palcach, żeby nie spaść z tego roweru, który należy do kogoś dorosłego, może jego mamy albo siostry. Ma na sobie tę samą kurtkę, co drugiego listopada, chociaż minął już ponad miesiąc i zaczyna być zimno. Musi ją lubić za to, że ma jego imię wydrukowane na plecach. Dzięki temu każdy wie, jak się nazywa.

Wolałabym wrócić do domu i nie rozmawiać z nim. Boję się, że będzie mnie bił, jak wszystkich w szkole, chociaż na pewno bym się broniła. Przytulam mocno kota. Nie sądzę, żeby mi pomógł w razie bójki. Tak robią psy. Koty to oportuniści i nie umieją schodzić z czereśni.

– Wiesz, dlaczego koty nie umieją zejść z czereśni? – pytam, ot tak, bez namysłu. Babcia zawsze mi mówiła, że nie ma głupich pytań, ale mimo to trochę głupio się czuję.

– Że co? – Filippo opiera ręce o kierownicę i zaciska hamulce, chociaż już stoi w miejscu. Wydaje się zaskoczony pytaniem.

– Nic

– Mieszkasz tu?

– Nie wiesz nawet, kim jestem.

– Wiem, stałaś na bramce.

– Jestem Mafalda.

– Jestem Filippo.

Odstawiam Ottima Turcareta na ziemię.

– Wiem.

Filippo pochyla się i przez sztachety wyciąga rękę, żeby pogłaskać kota. Trochę się denerwuję, bo boję się, żeby nie zrobił mu krzywdy. Ale Filippo drapie kota za uchem, a ten wydaje się zadowolony.

– Jak się nazywa?

– Ottimo Turcaret.

– Ma nazwisko?

– To podwójne imię. Pochodzi z książki.

– Jakiej książki?

– Nie znasz jej, to dla dorosłych. Ulubiona książka mojego taty.

 

– Mój tata też lubi czytać. Zawsze mi czytał na dobranoc.

– Mój też mi czyta. – Nie wydaje mi się uprzejme spytać, dlaczego powiedział „czytał”. Może jego rodzice się rozwiedli i jego tata już z nim nie mieszka. Zwykle jak ktoś ma rozwiedzionych rodziców, to się złości, kiedy go zapytasz. Nic więc nie mówię.

– To jaka to książka?

– Która?

– Ulubiona twojego taty.

Nie mam ochoty mu powiedzieć, ale znów wziął się pod boki i czeka, trochę się go boję.

– Baron Drzewołaz.

– Czytałaś?

Nie rozumiem, czemu tak go to ciekawi.

– Tak, tata mi przeczytał.

– Czyli nie przeczytałaś jej.

– To przecież to samo.

Opiera się brodą i łokciami o płot.

– Przeczytał ci, bo jesteś ślepa?

Czuję, jak robię się czerwona na twarzy, okulary zachodzą mi mgiełką.

– Nie jestem ślepa.

Biorę kota na ręce, chcę wrócić do domu, ale upada mi szal mamy i nie umiem go od razu odnaleźć.

– Ale mało co widzisz, prawda?

Nie odpowiadam, szukam szala jeszcze przez kilka sekund, dotykając zimnej, suchej trawy wolną ręką. W końcu odpuszczam i postanawiam sobie pójść.

Odwracam się plecami do Filippa, był niedobry.

Nie pytałam go wcale o jego rodziców.

Słyszę dźwięk pedałów i łańcucha, potem klapnięcie i odgłos jego stóp, które stają obok mnie na suchej trawie.

– Idź sobie – mówię mu, nie odwracając się.

– Masz.

Kiedy ktoś mówi „masz”, zwykle coś ci daje, więc wyciągam rękę we mgle i dotykam miękkiej tkaniny. Szal.

– Mafalda!

Głos mamy, która woła zmartwiona przez okno. Chyba minęło więcej niż osiem minut, od kiedy weszła do łazienki. Mam ochotę szybko biec do bramy, ale potem myślę, że jak ktoś podnosi ci coś z ziemi, coś, czego nie mogłaś znaleźć i co nie było twoje, co wzięłaś bez pozwolenia, trzeba podziękować.

Zatrzymuję się na alejce, widzę niebieskawą nieostrą plamę, która się oddala. Niezręcznie mi podziękować podniesionym głosem, kiedy mama patrzy na mnie z góry i woła:

– Wracaj!

Wchodzę do kamienicy. Tuż przed tym jak brama się zamyka, słyszę, jak ulicą jedzie rower, dzwoniąc wesoło. I tak dzwoni dryń, dryń, do momentu, aż dźwięk robi się zbyt słaby nawet dla mnie i wtedy mogę sobie tylko wyobrazić, dokąd jedzie właściciel tego dzwonka. Wydaje się taki szczęśliwy i wolny. Chciałabym go zawołać, żeby wrócił, poprosić, żeby mnie przewiózł na bagażniku, bo dawno już nie biegałam ani nie jechałam szybko na rowerze. Ale on jest wolny, ma przezroczyste okulary i może iść, dokąd chce. Ja za to jestem w więzieniu, jakby mnie zamknęli w Scotland Yardzie, tylko że kraty są zrobione z mgły, a moi towarzysze z celi pouciekali.

*

W moim pokoju, jeszcze w szlafroku, kładę się na łóżku i biorę zeszyt. Otwieram go na drugiej stronie, tej z najważniejszymi rzeczami. Przekreślam napis: Nie być sama.

*

Dziś rano na ławce znalazłam kartkę złożoną na czworo. Kiedy ją zobaczyłam, myślałam, że to biały motyl, ale to niemożliwe, jak się chwilę nad tym pomyśli. Jest już za zimno dla motyli, wszystkie wyjechały na wakacje albo są w pniu drzewa, jak babcia ze swoim gigantem.

Nigdy nie dostaję karteczek. Za każdym razem, kiedy nauczycielka odwraca się do tablicy, koledzy zaczynają rzucać sobie karteczki w paczkach po chusteczkach. Żeby sobie coś powiedzieć, nie wiem co. Do mnie nikt nie rzuca.

Siedzę w pierwszej ławce, bo inaczej nie mogłabym już nic przeczytać na tablicy i bym nie wiedziała, co jest zadane. Ale słyszę, jak za mną fruwają kartki, czasem któraś taka paczka po chusteczkach uderza w moje plecy i upada, wydając odgłos: „pat”. Raz odwróciłam się, żeby ją podnieść, a wtedy nauczycielka mnie zobaczyła i skrzyczała, bo myślała, że to ja coś napisałam. Inni zaczęli chichotać i wtedy postanowiłam już nie zwracać uwagi na te kartki.

Ale ta była specjalnie dla mnie, leżała na mojej ławce, jak motyl siedzący na kwiecie. Idę do łazienki ją przeczytać, bo to osobista kartka i nie chcę, żeby koleżanki i koledzy mnie widzieli, bo się wstydzę.

Żeby przeczytać nawet duże litery, muszę bardzo, ale to bardzo zbliżyć twarz do kartki, jak starsi ludzie w supermarkecie, którzy nie mogą odczytać daty ważności na paczce sałaty. Ale ja nie jestem stara. Tato kupił mi lupę, mówi, że mogę ją używać jak Sherlock Holmes, ten detektyw, który jest w książkach i filmach. Ale ja za nic nie chcę używać lupy przy innych. Idę więc do łazienki z kartką w jednej kieszeni fartucha i lupą w drugiej, zamykam się od środka.

Rozkładam list. Ktoś napisał: „Jak odpowiadasz na pytania, robisz się cała czerwona. Jesteś moją małą księżniczką. A raczej baronową”.


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?