Między mną a czereśniąTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Siedemdziesiąt metrów

1. Ciemność

2. Rzeczy, na których bardzo mi zależy (i nie będę już mogła ich robić)

3. Gra w Amazonkę

Sześćdziesiąt metrów

4. Takie coś w środku oka

5. Mieć przyjaciółkę od serca

6. On też je nosi

7. Grać w piłkę z chłopakami

Pięćdziesiąt metrów

8. Nie być sama

9. Wymyślać sobie takie trasy po chodniku, że jak zeskoczysz, to wpadasz do gorącej lawy i umierasz

10. A kiedy kończy się walka?

11. Już ja wiem!

Czterdzieści metrów

12. Zobaczyć, jaką będę miała twarz, gdy dorosnę

13. Jeść czarne oliwki. Śpiewać w zespole

14. Migać światłem na dobranoc. Policzyć wszystkie gwiazdy

15. Kochać kogoś

Trzydzieści metrów

16. I tak mnie znajdzie

17. Rzucać do kosza kulkami z papieru

18. Nikt nie strzelał

19. A to ciekawe

20. Oddycham

21. Nawet nie pożegnałam się z Ottimo Turcaretem

22. Wspiąć się na czereśnię przy szkole

23. Być silna jak Amazonka

24. Rzeczy, na których bardzo mi zależy

25

Podziękowania


Tytuł oryginału

LA DISTANZA TRA ME E IL CILIEGIO

Wydawca

Urszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzący

Iwona Denkiewicz

Redakcja

Sylwia Ciuła

Korekta

Ewa Grabowska

Mirosława Kostrzyńska

Copyright © Paola Peretti 2018

Originally published in Italian as La Distanza tra Me e il Ciliego by Rizzoli Libri, Milan

First published in English as The Distance Between Me and the Cherry Tree by Hot Key Books as imprint of Bonnier Zaffre Limited, London

Illustrations copyright © Carolina Rabei 2018

Copyright © for the Polish translation by Paweł Bravo 2019

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

AGMAT Agnieszka Matusiak

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl

tel. + 48 22 733 50 31/32

www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9616-5

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dla Anny i Maria

Niesamowitych opowiadaczy, czytelników,

kucharzy, fryzjerów, kierowców,

stylistów, nauczycieli, psychologów, komików,

edukatorów, przyjaciół, dziadków.

Czyli dla mamy i taty.

Dużo zrobiliście, i zrobiliście to dobrze.

Proszę, przekażcie to dzieciom, którymi byliście.

Siedemdziesiąt metrów


1
Ciemność

Wszystkie dzieci boją się ciemności.

Ciemność to pokój bez drzwi i okien, są tam potwory, które cię łapią i zjadają po cichu. Ja się boję tylko swojej ciemności. Tej, którą mam w oczach.

Wcale sobie jej nie wymyśliłam. Gdybym sobie wymyśliła, to mama nie kupowałaby mi ciastek w kształcie brzoskwini, z kremem, nasączonych likierem i nie pozwalałaby mi ich jeść przed kolacją. Gdyby wszystko było w porządku, tata nie chowałby się w łazience, tak jak wtedy, gdy dzwoni właścicielka mieszkania, bo gdy ona dzwoni, to są zawsze złe wieści.

– Nie martw się – mówi mama, kiedy zmywa po kolacji. – Idź się pobawić do pokoju i nie myśl o niczym.

Stoję przez jakiś czas w drzwiach kuchni, staram się siłą myśli zmusić mamę, żeby odwróciła się w moją stronę. Ale to nigdy nie działa. No więc jestem teraz tutaj, w swoim pokoju, tulę Ottima Turcareta, szarobrązowego kota z zawiniętą końcówką ogona. Jemu nie przeszkadza, jak go podnoszę, turlam po dywanie albo gonię szczotką z łazienki. To kot, mówi tato, a koty to oportuniści. Może to oznacza, że Ottimo Turcaret lubi, jak się nim ktoś zajmuje. Mnie wystarczy, żeby był pod ręką, kiedy mam jakiś problem i czuję potrzebę przytulenia czegoś ciepłego i miękkiego. Tak jak teraz.

Wiem, że coś jest nie tak. Owszem, chodzę dopiero do czwartej klasy, ale orientuję się we wszystkim. Narzeczona mojego kuzyna mówi, że mam trzecie oko. Jest Hinduską i ma kropeczkę na czole. To miłe, że ona tak myśli, ale wystarczyłoby, żebym dobrze widziała na te dwoje oczu, które rzeczywiście mam. Co jakiś czas nachodzi mnie ochota na płacz. Kiedy tak jest, zaparowują mi okulary. Zdejmuję je, w ten sposób mogą wyschnąć, a z nosa znika mi czerwona kreska. Noszę okulary od pierwszej klasy. Teraz mam takie żółte z brylancikami, kupiliśmy je w grudniu zeszłego roku, bardzo mi się podobają. Zakładam je z powrotem przed lustrem.

Bez okularów widzę wszystko jak przez mgiełkę, tak jak wtedy, kiedy biorę bardzo gorący prysznic. Moja mgiełka nazywa się choroba Stargardta, tak mi powiedzieli rodzice, pewnie usłyszeli to w szpitalu. W telefonie taty, który ma połączenie z internetem, jest napisane, że pan Stargardt był niemieckim okulistą sto lat temu. To on odkrył, co się dzieje w moich oczach. Doszedł do tego, że ten, kto ma w sobie taką mgiełkę, zaczyna widzieć czarne plamy przed rzeczami i ludźmi, a te plamy robią się większe i większe, tak że trzeba coraz bliżej podchodzić do rzeczy, żeby je dobrze zobaczyć. Internet mówi: „Choroba dotyka jedną osobę na dziesięć tysięcy”. Według mamy specjalne osoby zostały wybrane przez Boga, ale jak sobie o tym pomyślę, wcale nie czuję, żebym miała aż takie szczęście.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


2
Rzeczy, na których bardzo mi zależy (i nie będę już mogła ich robić)

Widzę się w lustrze na odległość trzech kroków. Ale ta odległość się zmniejsza. Rok temu widziałam się na pięć kroków. Przed lustrem głaszczę Ottima Turcareta po głowie, przy okazji wygładzam swoje włosy. Mama lubi robić mi kucyki i bardzo się złości, jak się potargam. Lubi je tak bardzo, że zostawia mi je na noc. Tato zagląda do pokoju i mówi, żebym włożyła piżamę i poszła umyć zęby. Mówię mu, że już idę, ale zawsze zanim to zrobię, zatrzymuję się przy oknie na długi czas. Z okna mojego pokoju widać spory kawałek czarnego nieba. Lubię patrzeć na zewnątrz w jesienne wieczory takie jak ten, bo nie jest wcale zimno i jasno świeci księżyc i Gwiazda Polarna. Mama mówi, że to latarnia i zapałka Pana Jezusa. Mnie tak naprawdę zależy na tym, żeby sprawdzić co wieczór, czy jeszcze tam są.

 

Zanim zasnę, tato przychodzi mi poczytać. Teraz jesteśmy w połowie Robin Hooda, potem śnią mi się lasy i strzały. Później zwykle pojawia się mama, układa mi kucyki na poduszce, przy twarzy, i mówi dobranoc, jej oddech pachnie syropem miętowym.

Dzisiaj jednak weszli naraz oboje i usiedli na moim łóżku, po dwóch stronach. Mówią, że zorientowali się, że widzę trochę gorzej, i postanowili zaprowadzić mnie w przyszłym tygodniu na jakieś bardzo specjalne badania. Nie lubię opuszczać szkoły, bo uciekają mi wtedy ważne rzeczy (jak długo zajęło im zbudowanie piramid?) i plotki (to prawda, że Chiara i Gianluca z czwartej c znów chodzą ze sobą?). Ale przy rodzicach się nie odzywam.

Czekam, aż wyjdą i zgaszą duże światło, zapalam lampkę na komódce i przeciągam palcem po grzbietach książek, które mam na półeczce nad łóżkiem. Wyciągam zeszyt z przygniecionym brzegiem.

Opieram go na poduszce. Na okładce jest nalepka z napisem: LISTA MAFALDY.

To mój osobisty kalendarz i dziennik. Na pierwszej stronie jest data:

14 września

To było trzy lata i jedenaście dni temu. Pod spodem napisałam:

Rzeczy, na których bardzo mi zależy (i nie będę już mogła ich robić).

Lista nie jest bardzo długa. Tak naprawdę to tylko trzy strony. Na górze pierwszej napisałam:

– Policzyć wszystkie gwiazdy, jakie są w nocy

– Sterować łodzią podwodną

– Migać na dobranoc światłem w oknie

*

Czerwony alarm, zaparowały mi okulary.

Babcia mieszkała dokładnie naprzeciw nas, w czerwonym domu z koronkowymi firankami. Teraz wprowadziła się tam para, która nas nigdy nie pozdrawia, nawet zmienili firanki. Babcia była mamą taty, miała kręcone włosy tak jak on, tylko że białe, i zawsze puszczała mi sygnały latarką przed zaśnięciem. Jeden błysk znaczył „wołam cię”. Dwa błyski – „śpij dobrze”. Trzy błyski – „ty też”. Ale to było dawniej, kiedy jeszcze widziałam się w lustrze z odległości dziewięciu kroków.

Drugiej strony nie pokazuję nikomu, nawet Ottimowi Turcaretowi, bo jest naprawdę, naprawdę sekretna, wszystko tam piszę szyfrem.

Na trzeciej stronie napisałam:

– Grać w piłkę z chłopakami

– Wymyślać sobie takie trasy po chodniku, że jak zeskoczysz, to wpadasz do gorącej lawy i umierasz

– Rzucać do kosza kulkami z papieru

– Wspinać się na czereśnię przy szkole

*

Mnóstwo razy właziłam na tę czereśnię, od pierwszego dnia, kiedy tylko poszłam do szkoły. To moje drzewo. Żadne dziecko nie umie wspinać się równie wysoko. Jak byłam mała, głaskałam pień, obejmowałam go... to był mój przyjaciel.

To na tej czereśni znalazłam Ottima Turcareta. Był cały wystraszony, szarobury jak teraz, ale brzydszy. Był tak malutki, że zaniosłam go do domu w kieszeni fartucha. Dopiero jak wyciągnęłam go i postawiłam na stole w kuchni, rodzice zrozumieli, że to malutki kotek. Jeszcze nie nazywał się Ottimo Turcaret, nie miał żadnego imienia, ale po jakimś czasie, od kiedy zamieszkał z nami i zaczął chodzić za mną wszędzie, nawet do szkoły, tato podarował mi swoją ulubioną książkę Baron Drzewołaz i czytał mi ją przed zaśnięciem.

Tak poznałam Cosima, chłopca starszego ode mnie, ale tylko trochę, który żył w czasach, gdy ludzie nosili peruki. Chcieli go zmusić, żeby odrabiał strasznie nudne zadania i jadł ohydne rzeczy. I poznałam jamnika o dwóch imionach. Zauważyliśmy że Ottimo Turcaret miał właśnie taką twarz jak Ottimo Turcaret z książki. Chociaż nasz kot nie miał dwóch właścicieli jak ten jamnik, który nazywał się Ottimo Massimo, gdy był razem z Cosimo, i Turcaret, kiedy siedział ze swoją prawdziwą panią Violą.

Moją ulubioną postacią w książce jest Cosimo. Tak mi się podoba, że uciekł i mieszka na drzewach, i nie schodzi, bo chce być wolny. Ja bym nie była taka odważna. Któregoś dnia próbowałam zbudować na gałęziach czereśni domek z papieru toaletowego, ale zaczęło padać i ściany się rozpłynęły. Najbardziej ze wszystkiego lubiłam jednak zabierać ze sobą komiks i czytać go na przepołowionej gałęzi. Wtedy jeszcze całkiem dobrze widziałam.

Od pierwszej klasy co roku robię badania oczu, dają mi krople, które bardzo szczypią. Moi doktorzy mówią o tych badaniach „rutynowe”. Te specjalne w przyszłym tygodniu będą chyba inne, bo mój płomyk, ten, który mam w oczach, gaśnie bardzo szybko. Bardzo, bardzo, bardzo szybko. Mówiła o tym okulistka, która nie jest z Niemiec jak pan Stargardt i niczego nie odkryła, ale zawsze daje mi ołówek z kolorową gumką. Powiedziała, że światełko u niektórych gaśnie, jak są starzy, u innych wcześniej. Moje zgaśnie całkiem, kiedy jeszcze będę mała.

Zostanę w ciemności, powiedziała.

Ale nie chcę teraz o tym myśleć, chcę tylko śnić o lasach i o strzałach Robin Hooda.

Zamykam swój osobisty dziennik i gaszę światło.

Cosimo, pomożesz mi?

Wszystko potrafisz i jesteś dobry. Wiem, bo w książce czytałeś historie rozbójnikowi, chociaż on narobił mnóstwo złego, czytałeś mu je przez kraty więzienia, aż do dnia, kiedy go skazali na śmierć, a mnie? Kto mi je poczyta? Kto mi poczyta historie, kiedy zostanę w ciemności, a mama i tata będą w pracy?

Jeśli nawet ty, który tak jak ja, jesteś przyjacielem drzew mi nie pomożesz, to przestanę się do ciebie odzywać. A nawet przestanę o tobie myśleć. Musisz znaleźć sposób, żeby mi pomóc, jakiś tajny sposób, nie musisz mi mówić jaki, wystarczy, że go znajdziesz. Bo jak nie, to myślami złamię gałęzie pod tobą i spadniesz do lawy, gdzie są krokodyle. Albo na ziemię, co będzie jeszcze gorsze, bo przysiągłeś, że nigdy nie zejdziesz z drzew.

Estella mówi mi zawsze, że same sobie poradzimy, że niczego nam nie potrzeba. Ale wiesz, ja czegoś potrzebuję. Obiecujesz, Cosimo? Pomożesz?



3
Gra w Amazonkę

Pomysł prowadzenia spisu podrzuciła mi Estella. To było trzy lata i jedenaście dni temu, kiedy przyjechała z Rumunii pracować jako woźna w mojej szkole.

Siedziałam na czereśni na dziedzińcu, dzwonek zadzwonił, a ja nie umiałam zejść.

– Nie możesz zejść, co?

Popatrzyłam w dół, mrużąc oczy. Musiałam odsunąć jedną gałązkę, która miała mnóstwo żółtych liści. Koło pnia stała z założonymi rękoma pani od sprzątania, której nigdy nie widziałam w szkole. Była wysoka, miała ciemne włosy. A choć nie widziałam dokładnie, jakiego koloru są jej oczy, wydawały mi się bardzo duże i bardzo czarne, aż się trochę bałam.

– No to ja pomogę. Ty potem do klasy.

Musiała być cudzoziemką. Siedziałam nieruchomo, za bardzo się bałam, że upadnę.

– Postaw nogę tam. – Woźna z groźnymi oczami wskazywała kawałek konara wystający tuż pode mną. Mocno ściskałam gałąź, na której siedziałam. Spróbowałam wysunąć stopę, ale ześlizgnęła się z kory i się podrapałam. Zaraz wróciłam do pozycji takiej jak przedtem.

– Nie zejdę

– Zostaniesz całe życie?

– Tak.

– No to pa. – Zrobiła krok w stronę szkoły. Usłyszałam trzask pod jej stopami, pochyliła się i podniosła z ziemi czerwone okulary. Były schowane wśród liści.

– Twoje?

– Moje okulary. Spadły mi, jak się wspinałam.

A teraz nie umiem zejść.

– Nie płacz. Nie trzeba. – Pani z czarnymi oczami wróciła pod moje drzewo. – Wiesz, ja też w Rumunii dużo chodziłam po drzewach. Lubiłam się bawić na górze.

Pociągnęłam nosem i zapytałam, w co się bawiła.

– Graliśmy w... no, jak się mówi... w Amazonkę. Wiesz, co to Amazonka?

– Nie, co to?

– To wojowniczka na koniu, tak jak mężczyzna.Nie boi się schodzić z drzewa.

– Ale nie potrzebuje okularów.

– Nie. Jest bardzo silna. Nie boi się niczego. Odcina sobie kawałek cycka, żeby móc nosić dzidę.

– Kawałek cycka?

– Tak. Babcia babci mojej babci była z amazońskiej rodziny. Dawno.

– Nieprawda.

– Prawda.

Pani z czarnymi oczami, których się bałam, szybko podwinęła rękawy fartucha i zaczęła się wspinać po drzewie. Mocno ściskałam swoją gałąź. Kiedy była na mojej wysokości, usiadła obok mnie okrakiem na gałęzi, jakby na koniu.

– Widzisz? Amazonka.

– Jak teraz zejdziemy?

Wyjęła z kieszonki moje okulary, dała mi je. Od razu je założyłam. Były ubrudzone ziemią i trochę wykrzywione, ale widziałam już lepiej.

– Teraz idź za mną – powiedziała woźna o wielkich oczach. Z bliska widziałam, że ma usta mocno pomalowane różową szminką. Zaczęła schodzić tak szybko, jak weszła.

– Czekaj!

– Po co?

– Nie chcę schodzić.

– Czemu, na miłość boską? Złaź, bo mam robotę.

Nie chciałam, żeby traciła czas. Była taka dobra i przyniosła mi okulary, ale nie chciałam schodzić, bo dzień wcześniej doktor Olga powiedziała, że miałam coś brzydkiego w oczach i się przestraszyłam. Wolałam być na drzewie, nic by mi się tam nie stało.

Powiedziałam to pani woźnej. Że nie widzę za dobrze i będzie coraz gorzej. Że nie chcę już nie móc się wspinać po drzewie. Miała wielkie oczy podmalowane czarną kredką.

– Jeśli nie możesz już robić różnych rzeczy, musisz mieć spis. W ten sposób jesteś pewna, że o niczym nie zapomnisz.

– Spis?

– No jasne, spis. Ja też robiłam spis, dawno temu.

– Źle widziałaś?

– Nie.

– To co ci było?

Kobieta prychnęła i zaczęła znów schodzić w dół.

– Miałam jeden kłopot mniej niż teraz, bo mi zawracasz głowę.

Ruszyłam za nią pomalutku, przesuwając się po mojej gałęzi. Trochę miałam żal o to, co powiedziała, ale byłam ciekawa.

– A co było w twoim spisie?

– Zejdź, pokażę ci. Jak się nazywasz?

– Mafalda, a ty?

– Estella.

Estella zeskoczyła na ziemię i odwróciła się w moją stronę. Byłam już na najniższej gałęzi i zeskoczyłam. Złapała mnie w locie i postawiła na ziemi. Potem ruszyła w stronę drzwi szkoły, ale wcześniej zawołała mnie ruchem ręki.

– Estella nie mówi kłamstw. Tylko prawdę. Idziemy zobaczyć spis Estelli.

Teraz spotykam Estellę każdego dnia w szkole. Kiedy przychodzę za dziesięć ósma, czeka na mnie w drzwiach i daje mi tajemny znak, chociaż on nie jest znowu taki tajemny, bo słyszą go wszyscy: to gwizd tak głośny, że pękają od niego uszy. Tylko ona umie tak zagwizdać na palcach. Słyszę go z bardzo daleka i idę w jej stronę.

Ale wcześniej podchodzę pozdrowić czereśnię. Z drogi, którą idę co rano z tatą, widać ją z daleka (trochę z daleka). W rzeczywistości wygląda jak różnokolorowa chmurka, ale wiem, że to drzewo, jego włosy. Łagodny gigant, tak je sobie wyobrażam.

Babcia mówiła, że w pniu drzewa zawsze mieszka jakiś gigant, i to jest jego duch. Jak zetniesz pień, to duch przenosi się do innego drzewa. W ogrodzie babci też rosła czereśnia. Kiedy byłam bardzo mała, właziłam na nią i pomagałam babci zbierać dojrzałe czereśnie. Wtedy nie potrzebowałam okularów.

Z czereśni z tego drzewa piekliśmy od razu ciasto, ale też robiliśmy dżem na zimę. Potem musieliśmy czereśnię babci ściąć, bo zachorowała na jakieś wszy, chociaż według mnie wystarczyło oberwać liście. Kiedy łapiemy wszy w szkole, to tylko nam ścinają włosy, nie zabijają nas.

Kiedy ścięli ten pień, pomyślałam, że jego gigant przeniósł się do czereśni pod szkołą i zabrał ze sobą ducha babci. Byłoby zabawne policzyć, ile jest kroków od miejsca, w którym mogę zobaczyć moje drzewo, do miejsca, gdzie rośnie. W ten sposób wiedziałabym, jak blisko jest gigant babci. Wysilam się, mrużę oczy i wreszcie jest: czerwona, żółta, pomarańczowa plama, jak peruka klowna, niewyraźna, ale jest. Stoi obok szkoły, która jest niebieską chmurą. Zaczynam liczyć: jeden, dwa, trzy...

– Chodź, Mafalda, jeśli tak będziesz szła, to się spóźnimy do szkoły.

Tato ciągnie mnie trochę za rękę.

– Tato, jak długi jest mój krok?

 

– No nie wiem, mniej więcej pół metra. Jesteś dość wyrośnięta jak na swój wiek.

Liczę dalej. Naliczyłam trzydzieści kroków i słyszę gwizd Estelli. Trzydzieści pięć, trzydzieści sześć... czterdzieści, sto... Dochodzimy do bramy szkoły. Estella podchodzi do mnie, pozdrawia tatę i prowadzi mnie do środka. Podnoszę liść spod drzewa. Jest wilgotny, z przodu żółty, z tyłu brązowy. Ma doskonały kształt i pachnie ziemią. Przypomina mi się, jak pracowałam w ogródku z babcią. Chowam go do kieszeni.

Zrobiłam sto czterdzieści kroków, żeby dojść do czereśni, od miejsca, w którym ją zobaczyłam.

Siedemdziesiąt metrów.


Sześćdziesiąt metrów


4
Takie coś w środku oka

Druga strona mojego spisu jest według mnie najważniejsza. Ponieważ jest supertajna, schowałam ją pomiędzy dwiema pozostałymi. Jeśli ktoś mi ukradnie osobisty zeszyt i przeczyta pierwszą stronę, pomyśli od razu, że w środku nie ma nic specjalnego.

Pierwsza i trzecia strona też są ważne, ale bardziej druga, bo wypisałam tam rzeczy, o których nigdy bym nikomu nie powiedziała. Pomyślałam o tej sztuczce, bo Sherlock Holmes też różne takie stosuje do sekretnych spraw.

Niedługo mam iść do doktor Olgi. Czekam, aż mama skończy się malować, i udaję, że głaszczę Ottima Turcareta na balkonie. A tak naprawdę oglądam drugą stronę swojego spisu. Estella radziła mi, żebym tak nie robiła. Mówiła: albo sobie odpuścisz to, co tam napisałaś, albo masz to zamknąć w sobie i basta. Nie za bardzo zrozumiałam, co do mnie mówi. Postanowiłam, że jak mi się będzie chciało, to będę czytać drugą stronę, aż zrozumiem, o co chodzi Estelli.

Słyszę stuk obcasów mamy, zawsze wkłada te buty, jak idziemy do pani doktor. Zamykam szybko zeszyt i chowam go pod leżakiem.

– Gotowa? Idziemy.

Pomyślę kiedy indziej o słowach Estelii. Tyle do mnie mówi, że prędzej chyba zostanę w zupełnej ciemności, niż zrozumiem, co znaczą jej słowa.

*

Doktor Olga ma zielone oczy, tak mi się zdaje. Siada za biurkiem i daje mi w prezencie ołówek z gumką w kształcie dinozaura.

– Nie ma pani takiego z egipskim bogiem? – pytam.

Mama, która siedzi obok, szturcha mnie łokciem. Jest też tato, włożył marynarkę na roboczy kombinezon. Wyszedł na przerwę obiadową, ale dziś musi być tu z nami w szpitalu, bo przyszły wyniki badań. Doktor odpowiada, że sprowadzi ołówki z egipskimi bóstwami, na wypadek gdyby też inne dzieci o nie prosiły. Potem robi poważną minę.

– Proszę państwa, sytuacja nie jest dobra. Siatkówka Mafaldy w ostatnich miesiącach stała się jeszcze cieńsza, aż do skrajnej wartości, którą tkanka może wytrzymać. Plamka żółta...

– Takie coś w środku oka – wtrącam się, żeby mama i tata lepiej rozumieli. – Uczyliśmy się o niej w szkole.

– Właśnie tak. Plamka żółta Mafaldy jest w bardzo złym stanie, jak wynika z badań.

Nie jestem całkiem pewna tego, co mówi, ale przychodzi mi do głowy, że mogłam się lepiej postarać podczas badań. Nie siedziałam całkiem bez ruchu, jak wkładali mi druciki do oczu, a podczas badania z czerwoną kropką nawet przysnęłam. Już mam to powiedzieć pani doktor, ale ona mówi tak cichym głosem, że muszę nadstawiać ucha w stronę jej ust, żeby słyszeć.

– Szybkość, z jaką postępuje choroba, nie daje wiele nadziei. Optymistycznie licząc...

– Ile? – pyta tato głosem jeszcze cichszym, co nigdy mu się nie zdarza.

– Optymistycznie licząc, sześć miesięcy.

Mama i tato zapadają się na swoich krzesłach jak przedziurawione piłki, z których uchodzi powietrze. Ja za to podchodzę do biurka i pytam panią doktor:

– Sześć miesięcy do czego?

Patrzy na mnie przez okulary z cienkimi szkłami.

– Sześć miesięcy, zanim przestaniesz widzieć.

– To znaczy, że zostanę całkiem w ciemności?

Milczy przez jakiś czas. Potem mówi:

– Przykro mi.

Zaparowują mi okulary.

Niektóre wiadomości powinni przekazywać zawsze razem z kotem, którego można przytulić.