PromTekst

Z serii: Vestmanna #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Prom
Prom
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63  50,40 
Prom
Tekst
Prom
E-book
28  20,16 
Szczegóły
Prom
Audio
Prom
Audiobook
Czyta Marek Kalita
35  25,55 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




WROCŁAW 2017

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografia na okładce

© pzAxe/Shutterstock

Redakcja

IWONA GAWRYŚ

Korekta

BOGUSŁAWA OTFINOWSKA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Polish edition © Publicat S.A., Ove Løgmansbø MMXVII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Wydanie elektroniczne 2016

ISBN 978-83-271-5662-4


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

1. Sobota, 14 stycznia, godz. 13.29

2. Sobota, 14 stycznia, godz. 13.45

3. Sobota, 14 stycznia, godz. 14.03

4. Sobota, 14 stycznia, godz. 14.10

5. Sobota, 14 stycznia, godz. 14.53

6. Sobota, 14 stycznia, godz. 15.20

7. Sobota, 14 stycznia, godz. 15.24

8. Sobota, 14 stycznia, godz. 16.00

9. Sobota, 14 stycznia, godz. 16.13

10. Sobota, 14 stycznia, godz. 16.39

11. Sobota, 14 stycznia, godz. 17.23

12. Sobota, 14 stycznia, godz. 18.00

13. Sobota, 14 stycznia, godz. 18.13

14. Sobota, 14 stycznia, godz. 18.21

15. Sobota, 14 stycznia, godz. 19.50

16. Sobota, 14 stycznia, godz. 20.30

17. Sobota, 14 stycznia, godz. 20.57

18. Sobota, 14 stycznia, godz. 21.15

19. Sobota, 14 stycznia, godz. 21.28

20. Sobota, 14 stycznia, godz. 21.50

21. Sobota, 14 stycznia, godz. 22.13

22. Niedziela, 15 stycznia, godz. 10.40

23. Niedziela, 15 stycznia, godz. 11.32

24. Niedziela, 15 stycznia, godz. 11.52

25. Niedziela, 15 stycznia, godz. 12.19

26. Niedziela, 15 stycznia, godz. 18.10

27. Poniedziałek, 16 stycznia, godz. 9.47

28. Poniedziałek, 16 stycznia, godz. 11.20

29. Poniedziałek, 16 stycznia, godz. 13.43

30. Poniedziałek, 16 stycznia, godz. 17.10

31. Wtorek, 17 stycznia, godz. 6.20

32. Wtorek, 17 stycznia, godz. 7.41

33. Środa, 18 stycznia, godz. 7.14

34. Czwartek, 19 stycznia, godz. 13.50

35. Czwartek, 19 stycznia, godz. 14.20

36. Czwartek, 19 stycznia, godz. 15.50

37. Sobota, 21 stycznia, godz. 20.50

38. Niedziela, 22 stycznia, godz. 2.10

39. Niedziela, 22 stycznia, godz. 8.10

40. Niedziela, 22 stycznia, godz. 8.23

41. Niedziela, 22 stycznia, godz. 12.25

42. Wtorek, 24 stycznia, godz. 15.11

Pamięci ofiar ekstremizmu

Wszyscy rodzimy się szaleni. Niektórzy już tacy pozostają.

Samuel Beckett

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Sobota, 14 stycznia, godz. 13.29

Świat zdawał się wyblakły. Katrine Ellegaard jako jedna z niewielu osób zdecydowała się wyjść na pokład, kiedy prom zbliżał się do pogrążonego we mgle archipelagu. Wypatrywała zabudowań Tórshavn, ale ze względu na parszywą pogodę ledwo dostrzegała odległe klify na wyspie Streymoy.

Wichura była tak silna, że można było odnieść wrażenie, iż potrafiłaby wywiać duszę z ciała człowieka. A jeśli nawet nie, to z pewnością zwiewała kaptur z głowy Katrine. Policjantka ściągnęła mocniej sztormówkę, podchodząc do relingu.

Nie było na co patrzeć, ale nie zamierzała wracać pod pokład. Przypuszczała, że to ostatni raz, kiedy może zobaczyć, jak prom podchodzi do portu w Tórshavn. Nigdy więcej nie będzie miała okazji, by płynąć nim z Danii – podjęła decyzję o przeprowadzce na Wyspy Owcze.

Cały jej dobytek znajdował się w samochodzie zaparkowanym na piątym pokładzie. Cała jej przyszłość zaś czekała na nią w Vestmannie, niewielkim miasteczku leżącym na północnym zachodzie wyspy. To tam miała zamieszkać, założyć rodzinę, pracować i wspólnie z Hallbjørnem Olsenem cieszyć się każdą chwilą życia.

Życia, którego długość stała pod znakiem zapytania. W tamtym roku u Katrine zdiagnozowano raka piersi. Poddała się operacji i długotrwałemu leczeniu, ale prognozy nie były najlepsze. Lekarze dawali jej teraz pięć lat.

Ani ona, ani Hallbjørn nie przyjmowali tego do wiadomości, wychodząc z założenia, że wszelkie wyliczenia są oparte na niemiarodajnych średnich. Ellegaard słyszała kiedyś powiedzenie, że statystyka jest jak latarnia uliczna dla pijaka – przydaje się do podparcia, ale nie do iluminacji – i w zupełności się z nim zgadzała.

Postanowiła być dobrej myśli, choć to może najtrudniejsza decyzja, jaką w życiu podjęła.

– W taką pogodę nawet huldufólk się nie pokazują – rozległ się męski głos.

Katrine obejrzała się przez ramię i zmusiła do uśmiechu.

– Duchy kamieni – dodał mężczyzna, podchodząc bliżej. – Czy też ukryci ludzie, mieszkający…

– U stóp gór – dokończyła. – Tak, znam ten mit.

Stanął obok niej, złapał za reling i zapatrzył się gdzieś w dal.

– To nie żaden mit.

– Oczywiście, że nie.

– Dla nas te istoty są równie realne, jak dla was święci czy błogosławieni.

Ellegaard przez moment wpatrywała się w ponurą toń wód cieśniny Nólsoyarfjørður. Potem obróciła się do rozmówcy.

– Skąd pewność, że nie jestem stąd?

– Inaczej nie zamarzałaby pani na pokładzie tylko po to, by zobaczyć skrawek kamienistego zbocza we mgle.

– A jednak pan robi to samo.

Wskazał na aparat fotograficzny przewieszony przez ramię.

– Z musu – odparł, a potem podał jej rękę. – Tor-Ingar Østerø, pracuję dla „Færøsk Dagblad”. Szefostwo zażyczyło sobie relacji na blogu, w końcu mamy nowy prom i nowe linie. A zwykłego artykułu już napisać nie można, teraz musi być… interaktywnie.

Katrine uścisnęła mu dłoń. Mógł mieć najwyżej dwadzieścia lat, przez co utyskiwanie na rozwój nowych technologii zabrzmiało mało wiarygodnie. Mimo to Ellegaard ze zrozumieniem kiwnęła głową.

Kiedy tylko się przedstawiła, oczy mu zabłysły. Nie była zdziwiona. Na wyspie, gdzie każdy znał każdego, lokalne wiadomości nie omijały nikogo – zwłaszcza te związane z duńską policjantką i dwiema sprawami kryminalnymi, które wstrząsnęły społecznością.

– Kogo jak kogo, ale pani nie spodziewałem się tu zastać.

 

– Dlaczego nie?

– Wydawało mi się, że Danię stać na wysyłanie swoich ludzi samolotami.

Uniosła lekko kąciki ust.

– Jestem tu prywatnie.

– Na pewno?

W jego głosie dało się słyszeć nutkę nadziei. Typowy reporter, pomyślała Katrine. Liczy na to, że zjawiła się tutaj z powodu kolejnego przestępstwa, a jemu uda się jako pierwszemu poznać szczegóły.

Wyciągnęła z kieszeni kurtki pasek białej czekolady zawinięty w niemal puste opakowanie. Zjadła dwie kostki, a resztę schowała. Kiedyś był to jeden z jej nałogów, teraz jedyny – wszystko inne odstawiła.

– Na pewno – potwierdziła z uśmiechem. – Tym razem liczę na spokojny pobyt.

Popatrzył na nią badawczo.

– Coś nie tak?

– Nie – odparł. – Po prostu trudno mi uwierzyć, że zjawiła się tu pani bez powodu.

– Powód jest być może najważniejszy ze wszystkich.

– To znaczy?

Katrine oparła się o barierkę. Miała wrażenie, że zacinający śnieg z deszczem zamarza na jej twarzy i tworzy skorupę, która nigdy nie pęknie.

– Nie wiedziałam, że umówiliśmy się na wywiad.

– Tylko korzystam z okazji. – Tor-Ingar wzruszył ramionami. – Ostatnio nie ma o czym pisać.

– Brakuje panu zaginionych dziewczyn i kości znajdowanych na dnie zatok?

Østerø schował aparat pod kurtkę i zapiął ją pod samą szyję.

– Przynajmniej mieliśmy materiał – mruknął. – Teraz pozostaje relacjonować pierwsze poczynania nowej linii żeglugowej. Zupełnie jakby Horisont Færger miała cokolwiek zmienić.

Zgodnie z przewidywaniami Katrine chłopak zaczął się rozwodzić na temat duńskiego przedsiębiorstwa, które rzekomo siłą wtargnęło na rynek opanowany wcześniej przez farerską Smyril Line.

Starała się nie słuchać – wszystko to wpisywało się w ogólną niechęć miejscowych wobec Duńczyków i znała każdy argument, który mógł się pojawić w tym monologu. Skupiła się na wyłaniających się z mgły wzniesieniach i odpłynęła myślami.

Po chwili jednak z zamyślenia wyrwał ją cichy pomruk. Być może nie zwróciłaby na niego uwagi, gdyby słuchała reportera. I gdyby przez ostatnie trzydzieści parę godzin nie słyszała pracującego jednostajnie silnika. Dźwięk ten stał się tak nieodłącznym tłem, że przestała zwracać na niego uwagę – i dlatego teraz odnotowała nawet niewielką zmianę.

– Słyszał pan?

Tor-Ingar się rozejrzał.

– Co takiego?

– Spadły obroty silnika.

– Zbliżamy się do Tórshavn, prom zwalnia.

– Stanowczo za wcześnie.

– Nie wydaje mi się.

– Niech mi pan wierzy, płynęłam już tędy nieraz.

Odwróciła się w kierunku nadbudówki, na której powiewały duńskie bandery i obracały się dysze urządzeń nawigacyjnych. Niewysoką wieżyczkę obiegały dwa podesty, ale nikogo na nich nie było. Oprócz tego konstrukcja sprawiała wrażenie, jakby jej jedynym przeznaczeniem było stworzenie miejsca dla licznych masztów i schodów, które prowadziły na najwyższy pokład.

Nagle rozległ się jeszcze wyraźniejszy jęk silnika.

– Nie powie mi pan, że tego też nie słyszał.

– Słyszałem – odparł Østerø, marszcząc czoło.

– Brzmi, jakbyśmy wpływali do portu, a jesteśmy jeszcze…

Naraz prom gwałtownie zwolnił. Katrine nie przypuszczała, że tak masywna jednostka jest w stanie wyhamować tak szybko. Chwyciła się relingu i spojrzała pytająco na dziennikarza, ale ten tylko wzruszył ramionami.

Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co jest powodem nagłego zatrzymania, z głośników pokładowych rozbrzmiał przeciągły, głośny dźwięk. Metaliczne wycie przywodziło na myśl konające zwierzę.

– Co to za syrena? – spytał Tor-Ingar.

– Pojęcia nie mam. Pierwszy raz słyszę coś takiego.

Prom nadal w szybkim tempie wytracał prędkość. Katrine wychyliła się za burtę i spojrzała na spienione wody cieśniny, które zdawały się walczyć z kadłubem statku.

Nieprzyjemny sygnał stawał się coraz głośniejszy.

– Alarm pożarowy? – rzucił Østerø.

– Możliwe.

– Ale nawet jeśli wybuchłby pożar, jesteśmy przecież rzut beretem od portu.

Ellegaard też była tego zdania, choć właściwie nie miała pojęcia, jak wyglądają procedury awaryjne. Czasem wymykały się zwykłej logice, co pokazała choćby ewakuacja Costy Concordii – nie przeżyły trzydzieści dwie osoby. Tyle że wtedy statek zboczył z kursu i uderzył w kamieniste dno. W tym wypadku ewidentnie było inaczej.

Tor-Ingar rozglądał się nerwowo po pokładzie, jakby gdzieś tutaj mógł znaleźć odpowiedź.

– Jedno jest pewne – odezwała się po chwili Katrine. – Będzie miał pan ciekawy materiał.

– Oby nie nazbyt ciekawy.

– Przed chwilą był pan gotów pisać o kolejnych zaginięciach i kościach.

– Czyichś – podkreślił. – Niekoniecznie swoich.

– Nie ma się czym przejmować – stwierdziła. – Jestem przekonana, że…

Nie dokończyła, bo syrena zmieniła ton, a dźwięk stał się jeszcze głośniejszy. Teraz przywodził na myśl kakofonię sygnałów alarmowych podczas jednego z tych tragicznych zdarzeń, w których udział biorą wszystkie służby. Katrine miała nadzieję, że to skojarzenie nie okaże się prorocze.

Odgłos dudnił jej w głowie jak młot pneumatyczny, nie mogła zebrać myśli. Østerø zasłonił uszy i się skrzywił. Przez moment trwali w bezruchu, po czym Ellegaard potrząsnęła głową i wskazała na nadbudówkę.

Ruszyli w jej kierunku szybkim krokiem. Katrine dostrzegła, że od strony rufy zbliża się do niej także inny mężczyzna.

Kiedy podeszła do drzwi, nacisnęła klamkę, ale ta ani drgnęła. Katrine spojrzała bezradnie na dziennikarza, a potem spróbowała jeszcze raz. Szarpnęła za drzwi.

– Zablokowane – oznajmiła.

Tor-Ingar ściągnął brwi, a ona uświadomiła sobie, że przez cały ten hałas rozmówca nic nie usłyszał. Zrobiła mu miejsce, by sam się przekonał, że drzwi ani drgną. Potem podniosła wzrok na głośnik, z którego wydobywał się mechaniczny jazgot.

Bez słowa zgodnie uznali, że najlepiej będzie odsunąć się kawałek. Wrócili na bakburtę i przez moment przypatrywali się trzeciej osobie na pokładzie, która bezskutecznie starała się otworzyć drzwi.

– Ktoś je zamknął od środka? – spytał Tor-Ingar.

– Jeśliby tak było, to klamka by się ruszała.

– Więc o co tu chodzi?

Dobre pytanie, pomyślała Katrine. Obawiała się jednak, że nieprędko znajdzie na nie odpowiedź.

2

Sobota, 14 stycznia, godz. 13.45

Hallbjørn Olsen stał przed domem na Fjalsvegur i patrzył na zapuszczoną elewację. Postawił ten budynek razem z teściem, kiedy Karla jeszcze żyła. Przez lata ich wspólnego życia dbał o niego, jakby zależało od tego ich małżeństwo. Kiedy tragicznie się skończyło, zupełnie zaniedbał dom.

Przez lata mieszkał tu z córką i przez ten czas Ann-Mari zmuszała go, by naprawił tę czy inną rzecz. Po tym jednak, jak trafił do więzienia, a nastolatka zamieszkała na stałe z jego kuzynką, dom niszczał.

Aż do teraz. Od jakiegoś czasu Hallbjørn planował bowiem generalny remont. Miał zamiar nie tylko odświeżyć budynek od zewnątrz, ale zupełnie przerobić wnętrze. Oczywiście pod czujnym okiem Katrine.

Rozpoczynali nowe życie i spodziewał się, że jeszcze dzisiaj, przy dobrym winie, zaczną planować, co i jak należy zmienić. W końcu mieli okazję, bo dotychczas los rzucał im kłody pod nogi.

Teraz jednak było inaczej. Mogli liczyć na spokój.

Olsen przypuszczał, że przez jakiś czas będzie wisiało nad nimi widmo nowotworu, ale ostatecznie przywykną do niego na tyle, że nawet nie będą zwracać na nie uwagi. Nie mogło być inaczej, kiedy wszystko wreszcie zaczęło się układać.

Hallbjørn obszedł dom, zastanawiając się, jak zaawansowanych prac będzie wymagał remont. Kiedy wrócił pod główne wejście, rozbrzmiał dzwonek jego telefonu. Wyjął komórkę i ze zdziwieniem zobaczył, że to Ann-Mari.

Niebywałe. Od pewnego czasu miał wrażenie, że córka używa telefonu tylko do łapania pokemonów, przeglądania Internetu i robienia zdjęć w tej czy innej aplikacji. W erze wysyłania snapów nawet pisanie SMS-ów stało się przeżytkiem.

– Erna umiera? – rzucił do słuchawki.

– Jezu, Hal…

– To jedyny powód, na jaki wpadłem.

– Co takiego?

– W jakim innym celu mogłabyś dzwonić?

Przez moment milczała. Doskonale zdawała sobie sprawę, że od najmłodszych lat on i Erna skakali sobie do gardeł, a potem było tylko gorzej. Kiedy Ann-Mari zamieszkała z jego kuzynką, tradycyjny konflikt zbrojny przerodził się w starcie nuklearne.

– Coś jest nie tak z promem, którym płynie Katrine.

– Ale skąd…

– Proszę cię – ucięła. – Jesteśmy w stałym kontakcie.

Uśmiechnął się lekko i wszedł do domu. Właściwie powinien się spodziewać, że Katrine i Ann-Mari systematycznie ucinają sobie pogawędki za jego plecami. W pewien sposób były do siebie podobne. I obie wybaczyły mu to, czego się dopuścił.

– Co jest z nim nie tak? – spytał, zrzucając ośnieżoną kurtkę.

– Włącz radio albo telewizor.

– Obawiam się, że…

– Nadal nie płacisz rachunków?

Odchrząknął znacząco, kierując się do kuchni.

– Nie podłączyłem z powrotem telewizji.

– Ale prąd masz?

– Mhm – mruknął, otwierając lodówkę.

Mimo że nie miał stałego dochodu, a zgromadzone oszczędności topniały w zastraszającym tempie, zaopatrzył się w spory zapas piwa marki Föroya Bjór. I to bynajmniej nie dlatego, że było wybitne w smaku – stanowiło bezpieczny trunek. Ljóst Pilsnar miał niecałe trzy procent i upicie się nim na dobrą sprawę graniczyło z cudem.

Poza tym jednak dom rzeczywiście zdawał się ogołocony ze wszystkiego. Pod koniec tamtego roku odcięto prąd, ale nie to było najpoważniejszym problemem. Po powrocie do Vestmanny Hallbjørn stał się persona non grata. Mimo że został uniewinniony przez sąd, mieszkańcy nie zamierzali zapomnieć mu tego, co zrobił. Budynek zdemolowano wraz ze sprzętami, które znajdowały się w środku.

Ostatecznie odkupił swoje winy i odbudował zaufanie społeczności. Teraz na powrót cieszył się respektem, jaki przysługiwał mu niegdyś z racji tego, że nosił wojskowy mundur.

– Mniejsza z tym – powiedziała Ann-Mari. – Mam nadzieję, że Katrine zrobi tam porządek, jak tylko się wprowadzi.

– Z pewnością.

– O ile zabierze ze sobą wszystkie oszczędności, a potem znajdzie pracę. Bo jeśli chodzi o ciebie, już dawno…

– Wspomniałaś o promie.

– No tak – przyznała. – Ma jakieś opóźnienie. Na KVF właśnie mówili, że zatrzymał się między Streymoy a Nólsoy.

– Dlaczego?

– Rzekomo płynęła jakaś ławica.

– No i? Musieli ją przepuścić czy jak?

Jeśli wziąć pod uwagę, że w pierwszym rejsie nowych linii zapewne brali udział przedstawiciele duńskich mediów, byłaby to prawdziwa tragedia. Nie dość, że Duńczycy drwili sobie, że farerskimi drogami nie da się jeździć, bo wciąż trzeba przepuszczać owce, to teraz jeszcze to.

– Nie wiem. Na razie nie dysponują oficjalnymi informacjami.

– Nie ma kontaktu z promem?

– Nie – odparła Ann-Mari i westchnęła. – Dzwoniłam też do Katrine, ale chyba ma rozładowany telefon.

– Może. Choć byłaby to pierwsza taka sytuacja.

– Każdemu w końcu się zdarza.

Hallbjørn otworzył piwo i usiadł przy stole.

– Mówisz, że są w Nólsoyarfjørður?

– Aha.

– Jeśli mijają przylądek Kirkubønes, to nie będą mieli zasięgu. Tamto miejsce to prawdziwa czarna dziura.

Ann-Mari milczała przez moment i Olsen poczuł na ciele nieprzyjemne ciarki. Właściwie nie było powodu do niepokoju. Prom miał opóźnienie, co się zdarzało, szczególnie w zimie. Cała podróż w styczniu zajmowała znacznie więcej czasu niż w szczycie sezonu, należało się liczyć z niewielkimi kłopotami.

A mimo to coś nieprzyjemnego szarpnęło jego wyobraźnią.

– To niecodzienne – odezwała się w końcu córka.

– Czy ja wiem? To pierwszy rejs Horisont Færger, wszyscy spodziewali się drobnych komplikacji.

– Mam na myśli to, że prom zatrzymał się akurat w tym konkretnym miejscu.

– Przypadek.

– Dość podejrzany. Duża jest ta czarna dziura?

Hallbjørn namyślał się przez chwilę. Dawno nie płynął na kontynent, ale swego czasu często robił kursy na pokładzie Smyril Line. O ile go pamięć nie myliła, zasięg znikał tylko na moment.

– Nieduża – odparł. – Tym bardziej nie ma się czym przejmować.

– Nie?

– Gdyby ktoś chciał umyślnie zatrzymać tam statek, musiałby wykazać się najwyższą precyzją.

– Ale to możliwe?

– Wszystko jest możliwe.

Zabrzmiało to złowróżbnie. Hallbjørn spojrzał na miejsce, gdzie kiedyś stał telewizor. Jeśli kiedykolwiek żałował, że nie nabył nowego, to właśnie teraz. I właśnie teraz na dobrą sprawę uświadomił sobie, że jest odcięty od świata.

Po odsiadce w duńskim zakładzie karnym nie kupił ani radia, ani laptopa. Zaszył się w swoich czterech kątach, być może wychodząc z założenia, że na zewnątrz nie czeka na niego nic dobrego.

 

Jakby ten fakt potrzebował przypieczętowania, Olsen zapuścił gęstą brodę i nieco dłuższe włosy. Będąc w armii, zawsze nosił krótką fryzurę, w więzieniu golił głowę na łyso. Z jakiegoś powodu zmiana wydawała się adekwatna, a oprócz tego nie przeszkadzała Katrine. Przeciwnie, jego partnerka twierdziła, że Hallbjørn wygląda teraz jak jasnowłosy wiking.

– Powiedzieli coś jeszcze? – spytał.

– Nie. Ale pokazują obraz z Tórshavn.

– Widać coś?

– Niespecjalnie. Nad Nólsoyarfjørður wisi mgła. Reporter właśnie mówi, że wóz transmisyjny podjedzie do Argir, może stamtąd będzie lepiej widać.

Dotarcie ze stolicy do tej miejscowości zajmowało najwyżej kwadrans. Hallbjørnowi przeszło przez myśl, że w tym czasie mógłby podjechać na Heygaganesgøta, gdzie mieszkała Erna. Szybko jednak odrzucił tę możliwość. Było wiele innych miejsc, w których mógł zobaczyć relację i byłby mile widziany.

– Hal?

– Na pewno wszystko jest w porządku.

– A jednak milczysz. To nigdy nie jest dobry znak.

– Po prostu się zastanawiam.

Popatrzył na piwo, zawahał się, a potem opróżnił niewielką butelkę jednym haustem. Szybko wyszedł z domu, dopiero przy swoim starym volvie uświadamiając sobie, że Ann-Mari sama przez kilka chwil się nie odzywała. I jeśliby ktoś go pytał, to dopiero był zły omen.

– Podali więcej informacji – powiedziała, gdy usiadł za kółkiem.

– To znaczy?

– Podobno tuż przed tym, jak Morgenrøde się zatrzymał, rozległ się sygnał dźwiękowy.

– Syrena ze statku?

– Tak twierdzi jeden z mieszkańców pobliskiej wioski. Ale nie wiedzą, co to oznacza.

Zapewne nic dobrego, uznał Hallbjørn. Uruchomił silnik, a potem zawrócił i z wolna skierował się zboczem ku Ovari Vegur. Kusiło go, by przyspieszyć, ale doskonale wiedział, że wystarczy chwila nieuwagi lub pech, a samochód potoczy się w dół. Mimo że na bieżąco odśnieżano i posypywano jezdnie solą, warunki na drogach pozostawiały wiele do życzenia. Starsi Farerowie twierdzili nawet, że zanosi się na zimę stulecia – i że mieszkańcy archipelagu przekonają się o tym już w nadchodzących dniach.

– Wiadomo coś jeszcze?

– Coraz więcej. Z Tórshavn wypłynęła już jednostka MRCC – poinformowała Ann-Mari. – Ale wątpię, żeby straż przybrzeżna cokolwiek pomogła.

Olsen milczał, skupiając się na drodze.

– Nawet jeśli doszło do awarii, ten mały kuter nie podholuje przecież takiego giganta – ciągnęła Ann-Mari. – Mówili, że sam ładunek Morgenrøde waży dobre trzy tysiące ton.

Ann-Mari relacjonowała jeszcze przez chwilę wiadomości z mediów. Hallbjørn bacznie się przysłuchiwał, choć zdawał sobie sprawę, że na tym etapie to jedynie spekulacje. Czymś trzeba było wypełnić czas antenowy.

Konkrety pojawią się dopiero, gdy straż przybrzeżna nawiąże kontakt ze statkiem.

Po chwili minął rzekę Fossę i zaparkował przy domu swojego przyjaciela, Jóhana Bærentsena. Wysiadł z auta, nie rozłączając się z córką, a potem zapukał do drzwi. Nie czekał na odpowiedź, od razu pociągnął za klamkę.

Drzwi były zamknięte, co na Farojach stanowiło odstępstwo od normy. Na palcach jednej ręki można było policzyć domy, których właściciele w ogóle decydowali się na zamontowanie zamków.

– Który dziś? – spytał Hallbjørn.

– Czternasty.

A zatem wszystko jasne. Jóhan Bærentsen wybrał się na kontynent, aby uzupełnić zapasy towarów, które oferował mieszkańcom Vestmanny po okazyjnych cenach. Zaopatrywał miasteczko właściwie we wszystko – od najnowszych urządzeń z logo nadgryzionego jabłka po najmodniejszą bieliznę marki Change, duńskiej sieci, która powoli podbijała kolejne rynki.

Część rzeczy składował w domu, dlatego należał do tych nielicznych, którzy zamykali drzwi. Olsen zaklął pod nosem i wrócił do samochodu.

– Erna w domu? – zapytał Ann-Mari.

– Nie.

– A Signar?

– Jest. Ogląda transmisję w salonie.

Obecność partnera kuzynki wykluczała złożenie wizyty Ann-Mari. Przy kilku ostatnich spotkaniach z Signarem dochodziło do coraz większych scysji, a ostatecznie wszystko sprowadziło się do bijatyki. Hallbjørn nie był zadowolony z tego, jak się wówczas zachował, ale na swoje usprawiedliwienie miał to, że próbował zobaczyć się z córką.

Wracając myślami do tamtych chwil, miał wrażenie, że teraz stał się innym człowiekiem. Wtedy był gotów na wszystko, kierował się impulsem i podejmował pochopne, nieprzemyślane decyzje.

Teraz było inaczej. A przynajmniej tak mu się wydawało.

Wsiadł do samochodu, zapuścił silnik, a potem wcisnął gaz do dechy. Koła zabuksowały na oblodzonym podjeździe, ale po chwili volvo ruszyło naprzód. Hallbjørn skierował się ku wyjazdowi z miasteczka.

Nie miał zamiaru siedzieć bezczynnie, nie wiedząc, co się dzieje z Katrine.

– Mówią, że straż podpłynęła do promu.

– I?

– Statek nie odpowiada na wezwania.

– Widzą coś? Pokazują coś na antenie?

Olsen zbyt szybko wziął zakręt i przez moment samochód zdawał się nie słuchać kierowcy. Hallbjørna oblała fala gorąca, ale kiedy wyjechał na prostą, odetchnął. Minął stację benzynową po lewej i pomknął zboczem w dół. Szybko opuścił Vestmannę, jadąc jedyną drogą prowadzącą na południe.

Dojazd do Argir w normalnych warunkach zabrałby mu najwyżej pół godziny. Teraz jednak sądził, że zjawi się tam najszybciej za czterdzieści pięć minut.

– Pokazują Morgenrøde i tę krypę straży przybrzeżnej.

– Przybili do promu?

– Nie, zatrzymali się w pewnej odległości.

– Dlaczego?

– Nie wiem.

– Gdzie są ustawione kamery KVF?

– Chyba na przylądku Kirkubønes.

Sensownie, pomyślał Hallbjørn, po czym podjął decyzję, że pojedzie na przylądek. Będzie miał z tego miejsca najlepszy widok na prom i zapewne to właśnie tam zbiorą się służby.

– Nie podpływają bliżej? – zapytał z nadzieją w głosie.

– Nie.

– A co robią?

– Jeden z mundurowych wyszedł na dziób z megafonem. Dwaj pozostali są w sterówce, ale nie widać, co kombinują.

Olsen nie potrzebował więcej informacji. Wszystko wskazywało na to, że prom Horisont Færger został porwany.

Nie zważając na lód, Hallbjørn dodał gazu.

3

Sobota, 14 stycznia, godz. 14.03

Mocny podmuch wiatru niemal zwiał kaptur z głowy Katrine. Chwyciła go w porę, a potem ściągnęła sznurki po bokach. Mimo że sztormówka była nieprzemakalna, Ellegaard miała wrażenie, jakby była przemoczona do suchej nitki.

Patrzyła przez moment na mężczyznę, który siłował się z drzwiami, a potem pokręciła głową. Kiedy tylko ruszył z rufy w ich stronę, rozpoznała go. Dobrze się znali; wcześniej tego dnia jadła śniadanie w jego towarzystwie. Był najbliższym przyjacielem Hallbjørna – a na dobrą sprawę może także jedynym.

Bærentsen kilka razy uderzył w drzwi, po czym odwrócił się i podszedł do dwójki stojącej przy relingu. Nawet w taką pogodę sprawiał wrażenie, jakby zszedł prosto z wybiegu dla modeli. Zawsze nosił markowe ciuchy i najwyraźniej miał w zapasie wersję na każde warunki atmosferyczne.

Stylowa kurtka Fjällräven musiała kosztować ze trzy i pół tysiąca koron. Biorąc pod uwagę, jak dobrą jakością odznaczały się lokalne wyroby odzieżowe, dla Katrine było to wyjątkowe marnotrawstwo, ale Jóhan musiał się wyróżniać.

– Co tu się dzieje, do kurwy nędzy? – rzucił, wyjmując telefon. – I co jest z tym wyjącym…

Jak na zawołanie sygnał ucichł. Bærentsen rozejrzał się, jakby to jego pytanie sprawiło, że zapanował spokój.

– Jest jakaś awaria?

– Nie wydaje mi się – odparła Katrine. – Wygląda raczej na zagrożenie.

– Zagrożenie? Niby jakie?

Tor-Ingar i Bærentsen wymienili spojrzenia, jakby dopiero teraz dostrzegli się nawzajem. Skinęli sobie zdawkowo głowami.

– Nie wiem, ale najwyraźniej odciął nas system bezpieczeństwa – stwierdziła Katrine, wskazując na drzwi. – A ty co tu robisz?

– Wyszedłem złapać zasięg. Prowadziłem ważną rozmowę z… – Jóhan urwał, patrząc wymownie na chłopaka. – A ty coś za jeden?

Młody reporter przedstawił się, niespecjalnie zainteresowany rozmówcą. Nadal niepewnie wodził wzrokiem po okolicy, jakby gdzieś mogły czaić się zarówno potencjalna sensacja, jak i coś groźnego. Dopiero kiedy Jóhan podał swoje imię i nazwisko, Østerø się ożywił.

– Sporo o panu słyszałem.

Katrine w to nie wątpiła. Nawet najbardziej szemrana działalność na wyspach stanowiła tajemnicę poliszynela. Tutaj wszyscy wiedzieli o wszystkim, choć – jak już dwukrotnie się przekonała – nie zawsze byli skłonni dzielić się tymi informacjami z obcymi.

Bærentsen nie odpowiedział, wpatrując się w Katrine.

– Tak czy inaczej, trzeba się dostać pod pokład. Nie mam zamiaru tu zamarznąć.

Skuliła ramiona i kiwnęła głową.

– Masz jakiś pomysł?

– Nie – odparł cicho, rozglądając się. – A przynajmniej żadnego, który byłby bezpieczny.

Kiedy zbliżył się do relingu, wszyscy troje przechylili się przez poręcz i spojrzeli w dół. Zejście na niższy pokład wydawało się możliwe. Przy dobrej pogodzie Ellegaard być może nawet by na to nalegała, ale teraz wszystko było mokre, a wiatr targał nią nawet wtedy, gdy miała się za co złapać.

– Spójrzcie – rzucił Tor-Ingar.

Podniosła wzrok i zobaczyła niewielką jednostkę podpływającą do promu od strony portu w Tórshavn. Poznała ją bez trudu, nieraz miała już do czynienia z MRCC. Przypuszczała, że podpłyną do samego Morgenrøde, ale straż przybrzeżna zatrzymała się w pewnej odległości.

– Co jest? – mruknął Jóhan.

Ellegaard nie mogła niczego dostrzec. Przemknęło jej jednak przez myśl, że ktoś dobitnie zasugerował ratownikom, aby nie podpływali bliżej.

A może to tylko czarnowidztwo? Nie było o nie trudno w takiej sytuacji. Działo się coś niepokojącego, a aura przywodziła na myśl krainę Mordor lub Midgard podczas Ragnaröku, nordyckiego sądu ostatecznego.

Popatrzyła na swoich towarzyszy. Obaj sprawiali wrażenie, jakby przyszły im na myśl same niepokojące konkluzje.

– Nie ma sensu wyciągać pochopnych wniosków – odezwała się.

– Przecież nic nie mówię – burknął Jóhan.

– Ale wyglądasz, jakbyś zamierzał. I jakby to nie miało być nic dobrego.

– Bo nie powinni chyba się zatrzymywać, jeśli wszystko jest w porządku, prawda? – powiedział, przyglądając się motorówce. – Tymczasem podchodzą jak do trędowatego.

– Może coś jest między nami a tą jednostką – zauważył Østerø.

– Na przykład co?

Tor-Ingar wzruszył ramionami.

– A jeśli nie, to może chodzi o jakieś niebezpieczne zakażenie? – podsunął.

– Epidemię? – prychnął Jóhan.

– Nie możemy tego wykluczyć – odparł Østerø. – Może nałożono kwarantannę.

Bærentsen popatrzył na niego z niedowierzaniem.

– Hirtshals to nie Kinszasa. Nie przywozi się stamtąd eboli, do cholery.

Katrine wpatrywała się w motorówkę. W ciekawych czasach przyszło nam żyć, pomyślała. Wybuch infekcji na pokładzie wszyscy od razu uznali za nieprawdopodobny scenariusz, ale bez mrugnięcia okiem gotowi byli przyjąć, że prom u wybrzeży zapomnianych przez świat Wysp Owczych padł łupem terrorystów.

– Jest wiele możliwości – powiedziała, jakby chciała przekonać samą siebie.

– Z pewnością, ale…

Jóhan urwał, kiedy dostrzegli, że jeden z członków straży przybrzeżnej wychodzi na pokład jednostki. Ratownik przyłożył megafon do ust, rozległ się metaliczny skrzek.

– MF Morgenrøde! – zaczął mężczyzna. – Otrzymaliśmy waszą wiadomość!

– Jaką wiadomość? – zdziwił się reporter.

Bærentsen i Katrine spojrzeli na siebie, ale się nie odezwali.

– Potrzeba nam więcej informacji – kontynuował oficer straży przybrzeżnej. – O jakim zagrożeniu mowa? Dlaczego mamy się nie zbliżać? Tórshavnradio was nie odbiera, spróbujcie na VHF, monitorujemy wszystkie pasma.

Ellegaard przełknęła ślinę. Wizje, jakie zaczynały pojawiać się w jej umyśle jedna po drugiej, nie były optymistyczne.

– Jeśli to możliwe, spróbujcie wycofać się do latarni morskiej Borðan, powinniście na powrót znaleźć się w zasięgu sieci komórkowych.

Katrine nasłuchiwała odpowiedzi, ale nikt z pokładu nie reagował. Potwierdzało to wszystkie jej przypuszczenia. Z pewnością na wyposażeniu promu był niejeden megafon.

– MF Morgenrøde, odezwijcie się! – wołał dalej ratownik. – Jeśli doszło do awarii systemów komunikacji, próbujcie alfabetem Morse’a. – Zamilkł na moment i obejrzał się na swoich towarzyszy. – Odebraliśmy wasz pierwszy komunikat, ale nie dotarło do nas nic więcej.

Jeszcze przez chwilę apelował o nawiązanie jakiegokolwiek kontaktu, aż w końcu zrezygnował. Odłożył megafon i wrócił do sterówki, zapewne żeby skonsultować sytuację z przełożonymi.