Polski esej literacki. Antologia

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ameryka. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku czytelnicy polscy zdążyli już oswoić się z podróżami po Europie. Prawdziwe emocje budziły chyba tylko wyprawy do Ameryki, zwłaszcza gdy wybierali się tam błyskotliwi reporterzy, tacy jak Krzysztof Kąkolewski, albo niekonwencjonalni prozaicy, jak np. Miron Białoszewski. Krajowi eseiści rzadko zdobywali zaproszenia i paszporty – a może woleli wędrować po śródziemnomorskim ogrodzie?

Wskażmy jednak kilka precedensów.

Józef Wittlin, który po wojnie zamieszkał w Stanach Zjednoczonych, cenił zdobycze techniki, poznawał z ochotą amerykańskich pisarzy, szlifował język, nawiązywał interesujące kontakty towarzyskie. Mimo wszystko odnosimy wrażenie, iż symbolem Ameryki pozostał dla niego na zawsze ów młodzieniec stwierdzający bez zażenowania, że nie może akceptować Sokratesa, ponieważ mądry Grek nie był człowiekiem sukcesu, a w dodatku skończył marnie – śmiercią skazańca i zarazem samobójcy. Jednym słowem, legendarny filozof to zdaniem amerykańskiego studenta człowiek, któremu się nie powiodło![73]

Wypowiadając się z kurtuazją o gościnnej przecież Ameryce, doceniając jej osiągnięcia i szanując odmienność, pisarz nie zamierzał wszak pozbyć się europejskiej mentalności, z której tak bardzo był dumny. Przyjmowany dobrze, na amerykańskiej ziemi nie zawsze mógł czuć się jak u siebie w domu – np. jak we Lwowie.

Niemal to samo można chyba powiedzieć o znacznie lepiej przystosowanym do życia na amerykańskiej ziemi Czesławie Miłoszu, autorze tomu esejów Widzenia nad zatoką San Francisco[74]. Studium amerykańskiego charakteru ujawnia dystans w stosunku do europejskiej mentalności. Przyroda wydaje się obca, niepodobna do polskiej ani litewskiej, usiłowanie powrotu do natury wprowadza zamęt. Dążenie do kariery, osiągnięcia technologiczne, wzrost dobrobytu – wszystko to nie otwiera drogi do ziemskiego raju. Dominującym uczuciem staje się dla narratora co prawda nie rozpacz, lecz metafizyczna rozterka i melancholia.

Ameryka z książek Wojciecha Karpińskiego to raczej wspaniałe Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku i bezkresne biblioteki Harvardu niż kraj szerokich prerii i niekończących się autostrad. Spacerując po Nowym Jorku, pisarz myśli o Janie Lechoniu i jego przejmującej biografii, zakończonej tragicznym skokiem z okna drapacza chmur. Okiem konesera patrzy na malarstwo amerykańskie. Przekreśla szanse pop-artu na nieśmiertelność, a głośnego Andy’ego Warhola uznaje za bohatera kultury masowej, ale niekoniecznie wielkiego artystę.

Dla wielu Polaków żyjących w PRL-u podróż do Ameryki była marzeniem, które nigdy się nie spełniło. Podobnie jak wyprawa do Francji, Indii czy Meksyku. Jednak może trzeba być eseistą, by docenić urok podróży nigdy nieodbytych. O takiej właśnie wyprawie opowiada jeden z najpiękniejszych tekstów Pawła Hertza, Źródło Vaucluse’y. Jest to chyba również jeden z najświetniejszych esejów, jakie po polsku napisano.

Rosja. Przez prawie dwa stulecia dla wielu Polaków podróż do Rosji równała się zesłaniu. Zresztą wcale nie trzeba było jeździć do Moskwy czy Petersburga, skoro język rosyjski rozbrzmiewał w urzędach, szkołach, a nawet na ulicy. Łatwo zrozumieć ambiwalentne uczucia Polaków piszących na temat wschodniego imperium. Mimo wszystko niechęci do Rosji, a często i Rosjan, towarzyszył często zachwyt nad wielką literaturą rosyjską.

Już Wiktor Gomulicki wytyczał szlaki innym polskim eseistom, tak często podejmującym tematykę rosyjską – Jerzemu Stempowskiemu, Gustawowi Herlingowi-Grudzińskiemu, Czesławowi Miłoszowi, Stanisławowi Mackiewiczowi i znacznie młodszym, tworzącym do dziś, zafascynowanym kulturą wschodniego sąsiada. Miał wiele racji, gdy w eseju Dusza Rosji[75] dowodził, że skazani jesteśmy na współżycie z Rosją i dlatego powinniśmy ją poznać jak najlepiej. Wyrazem podziwu, ale i lęku, było stwierdzenie, że w porównaniu z bohaterami Fiodora Dostojewskiego i Dmitrija Mereżkowskiego Hamlet wydaje się zaledwie „bladym cieniem”. Dusza Rosji jest smutna, mroczna, intrygująca i groźna, nienasycona w swoich dążeniach i chociażby dlatego – niebezpieczna.

Sytuację w Rosji śledził do końca życia Gustaw Herling-Grudziński, podczas wojny więzień sowieckich łagrów, autor Innego świata. Eseje poświęcone pisarzom rosyjskim znajdują się głównie w zbiorach Drugie przyjście...[76] i Upiory rewolucji[77]. Herling znał doskonale Związek Sowiecki i jego mroczne zbrodnie – bez porównania lepiej od innych autorów polskich tworzących swoje książki w bibliotecznych murach. Dlatego pisząc o Bablu, Bułhakowie, Pasternaku, Sołżenicynie, miał ciągle przed oczami swój los. I nadal przeżywał niepewność, czy zdoła wydostać się z tego koszmarnego kraju, który przypomina jedno gigantyczne więzienie. Chyba wszystkie „rosyjskie” eseje Herlinga godne są pamięci, jednak Siedem śmierci Maksyma Gorkiego to prawdziwe arcydzieło eseju, który w tym wypadku udaje skromną notatkę prasową, felieton, a nawet historię detektywistyczną! Okrucieństwo i bezprawie kładzie się cieniem na historię olbrzymiego imperium, w którym istnieje na szczęście „konspiracja w obronie prawdy”. Jej przedstawiciele – Warłam Szałamow, Boris Pasternak czy Aleksandr Sołżenicyn – to bohaterowie odosobnieni, ich beznadziejny heroizm i bezprzykładna odwaga zapewniają co najwyżej zwycięstwo moralne.

Z odmiennej perspektywy patrzył na Rosję Jarosław Iwaszkiewicz, który do Petersburga (noszącego jeszcze nazwę Leningrad) wybrał się dopiero w siedemdziesiątym ósmym roku życia. Godna podziwu wyprawa, skoro przywiózł z niej swój najlepszy może tom eseistyczny – objętościowo bardzo skromny, zaledwie siedem krótkich utworów, liczących w sumie niewiele ponad sto stron. Iwaszkiewicz przypomina, że wielkość Petersburga budowali także cudzoziemcy – włoski architekt Bartolomeo Rastrelli i caryca Katarzyna II, rodowita Niemka. Miasto, w którym żyli i działali Radiszczew, Puszkin, Dostojewski, Błok, zachowuje swoje tajemnice i swój posępny urok. Szczególnie esej o Puszkinie, napisany bardzo emocjonalnie, z prawdziwym wzruszeniem, jakiego nie spodziewalibyśmy się po starym mistrzu, okazuje się wyjątkowo przejmujący. Trudno również zapomnieć rekonstrukcję pejzażu, jaki widział z okna umierający Błok, czy tekst o petersburskich przygodach Witkacego.

W ostatnich latach uświadamiamy sobie coraz częściej, że Rosja to wciąż żywy i niezgłębiony jeszcze temat. Bolesny, ale i fascynujący, przynajmniej w opinii niektórych eseistów. Na początku XXI wieku coraz trudniej napisać nową książkę o Wenecji czy Sienie, nie powtarzając tego, co już zostało powiedziane, nie zachwycając się pięknem dostępnym już dla każdego posiadacza starannie opracowanego i pięknie zilustrowanego przewodnika. W takich krajach, jak Włochy, Francja albo Grecja, eseista przypomina fotografika walczącego daremnie z przemysłem wytwarzającym coraz atrakcyjniejsze pocztówki, dostępne na wszystkich turystycznych szlakach.

Inaczej Rosja, której nieprzebyte drogi i mroczne tajemnice wciąż pociągają starszych i trochę młodszych autorów. Do dawnych tematów powraca np. Ryszard Przybylski w Odwiecznej Rosji[78]. Książka ta nie jest oczywiście ani reportażem, ani studium historycznoliterackim. Spojrzenie eseisty uświadamia nam w sposób dramatyczny podwójną prawdę o potężnym imperium za wschodnią granicą. Z jednej strony jest to „eurazjatycki kolos”, tak często komplikujący losy Polaków, a z drugiej – ojczyzna Achmatowej i Mandelsztama, zaliczanych już powszechnie do grona najwybitniejszych poetów XX wieku. Jak to się stało, że rozkwitowi sztuki i literatury rosyjskiej towarzyszył „krwawy społeczny zamęt”? I jak oceniać zjawisko tak niezwykłe? Czy nie stajemy przed tymi samymi dylematami, które nękały Stefana Żeromskiego, nienawidzącego zaborczej władzy i jej języka, a przecież podziwiającego dzieła w tym właśnie języku napisane?

Studium ducha słowiańskiego zamiast studium rosyjskiej duszy proponuje już w tytule swojej eseistycznej książki Grzegorz Kozyra[79]. Dla eseisty żyjącego w XXI wieku Rosja jest przygodą duchową, rodzajem „trudnej miłości”, pozbawionej nawet myśli o odwzajemnieniu, pełnej zagadkowej, wieloletniej fascynacji. Zachwycają go myśliciele i artyści przedrewolucyjnej Rosji; ich obecność jest potrzebna, by zapomnieć o jałowym komunistycznym imperium i o Rosji dzisiejszej, ciągle zabłąkanej, szukającej drogi między Wschodem a Zachodem, między dziką Azją a nękaną duchowym kryzysem Europą.

Spotkania. To oczywiste, że bohaterami esejów są nie tylko książki, pejzaże czy obrazy, ale przede wszystkim ludzie. Czy istnieje jakiś szczególny „eseistyczny” punkt widzenia, pozwalający na oryginalne przedstawienia ludzkich losów, a przynajmniej spotkań, które autor pragnąłby zachować w pamięci?

Kto chciałby podjąć podobny temat, dysponuje doskonałym punktem wyjścia w postaci Czarnych kwiatów Norwida, które pokazują ludzi w obliczu śmierci w sposób absolutnie wyjątkowy. Czy decyduje o tym powściągliwość, zaduma cechująca narratora, czy może poetyckie widzenie otoczenia, w jakim bohaterowie są postrzegani? Trudno przeoczyć tu sferę przedmiotów, rzeczy „nie na swoim miejscu”, sygnalizujących istnienie jakiejś zagadki nie do rozwikłania. Taką rolę odgrywają: pomarańcza Witwickiego, fortepian Chopina, fajka Słowackiego, futerko Mickiewicza. Odchodzenie ludzi zapisane zostało w Czarnych kwiatach jako tajemnica rzeczy – osłonięte milczeniem, uchronione przed fabularnym stereotypem. Tylko bardzo powierzchowna lektura mogłaby prowadzić do wniosku, że mamy do czynienia z okazjonalnymi nekrologami, wspomnieniami, fragmentami pamiętnika. Kunszt eseisty wyłania się już w samej konstrukcji, a potęguje w niedopowiedzeniach i wyciszeniu wzruszeń, emocji, rozpaczy.

Wartość szczegółu docenia także eseista zupełnie innego pokroju, Tadeusz Żeleński, gdy powraca pamięcią do czasów „Zielonego Balonika”, krakowskiego „Życia” i osobliwych koncertów fortepianowych Stanisława Przybyszewskiego. Utrwalić warto wszystko – białą brodę konferansjera w kabarecie, poplamiony surdut artysty, księżyc unoszący się nad Plantami, czyli „plantacjami”. A nie ulegając bez reszty sentymentom, przypomnieć warto również Kraków, który odrzucił Olgę Boznańską, ale zachwycał się Henrykiem Siemiradzkim, i widząc największy autorytet w osobie Sienkiewicza, nie zawsze umiał szanować znacznie bardziej „krakowskiego” Wyspiańskiego.

 

Prawdziwym mistrzem w kreśleniu ludzkich postaci, często zwyczajnych, a nawet anonimowych, był Jerzy Stempowski. Przypomnijmy w tym miejscu piękny esej – Dzieci Warszawy w początkach XX stulecia. Dla Stanisława Vincenza spotkania z ludźmi to okazja do sięgnięcia w głąb historii, kultury, mitologii, nieznanych nam obyczajów, obcej tradycji. Stempowski i Vincenz mówią najchętniej o wielonarodowej i wielojęzycznej mozaice różnych kultur i religii skupionych we wspólnej przestrzeni. Józef Wittlin określa przedwojenny Lwów bardziej dosadnie: pstrokata zbieranina. Przybysz z daleka spotyka w tym mieście Polaków, Ukraińców, Żydów, Ormian, Greków, Włochów, Saracenów, Niemców. Dla lwowiaka istnieją natomiast „Bałabany, Korniakty, Mohyły, Boimy, Kampiany”[80].

Zdaniem Stanisława Łosia eseista musi być otwarty i subiektywny, powinien pracować bez przyjętej z góry tezy, obserwować ludzi i wydarzenia nieco z boku. Tak postępowali nieraz historycy greccy i rzymscy, którym zawdzięczamy dziś nie tylko obraz antycznego świata, ale i prawdziwe dzieła sztuki. Z wielkim uznaniem autora Hellady na przełomie spotyka się więc Herodot, który nie stawiał ludziom wielkich wymagań, wolał obserwować niż oceniać. Umiał zresztą słuchać i patrzeć, gromadzić szczegóły, a potem tworzyć zajmującą narrację. Lubił w dodatku podróże i wędrówki w przeszłość – całkiem jak eseista piszący o nim po upływie stuleci.

Bohaterami esejów są często artyści – warto przypomnieć w tym miejscu choćby doskonałe szkice Boya, Portret Słowackiego Pawła Hertza, książki o Fredrze i Słowackim oraz cykl Jak bajeczne żurawie Jarosława Marka Rymkiewicza, Portret Czapskiego Wojciecha Karpińskiego. Jedni znani są autorowi tylko z książek, inni spotkani osobiście, często w dość niesamowitych okolicznościach. Jan Parandowski dobiegał wieku średniego, gdy przyszło mu gawędzić ze Stefanem Zweigiem, dowcipkować z Giuseppem Ungarettim i dokuczać Filippowi Marinettiemu, legendarnemu przywódcy włoskiego futuryzmu. Później zapraszali go najwybitniejsi, nie tylko na kongresy literackie, ale i do własnych mieszkań, co dla twórcy Alchemii słowa musiało mieć wyjątkowe znaczenie. Trudno zapomnieć kapitalny opis wizyty u André Gide’a, w powojennym Paryżu. Francuski pisarz siedzi w grubym szlafroku i wełnianej szlafmycy, a Parandowski, ćwierć wieku młodszy od sędziwego kolegi, dokłada drew do pieca! Iluż autorów chciałoby się znaleźć w tym momencie na jego miejscu![81]

Eseistyczne spotkania mogą przebiegać w bardzo rozmaity sposób. Kazimierz Chłędowski wolał odwiedzać domy i ogrody pisarzy, Jarosław Marek Rymkiewicz – zbierać i przeglądać mapy, rachunki, statystyki, dokumenty. To nie jest najwłaściwsze zajęcie ani dla felietonisty, ani nawet akademickiego profesora, który wie, że lepiej wszystkie przejawy dyskursu ująć w struktury i paradygmaty, co niewątpliwie oszczędza czas i pozwala uniknąć niepewności. Eseista sprawia wrażenie, jakby wolnym czasem dysponował w nadmiarze.

Biblioteka. A jeśli tak rzeczywiście jest, to chyba najłatwiej wolny czas wypełnić lekturami, o czym wiedział już niezawodny Michel Montaigne. Dla prawdziwego erudyty, a tym bardziej erudyty-eseisty, autorzy książek są najbliższymi przyjaciółmi albo nieprzejednanymi wrogami. W każdym razie – budzą emocje całkiem podobne do tych, jakie wywołują w nas żywi ludzie. Trudno byłoby wskazać eseistę, który lekceważyłby książki, dla którego lektura nie byłaby jednym z najważniejszych doświadczeń życiowych.

Fundamentem wszelkiej erudycji pozostaje lektura klasyków – i pod tym względem niejeden autor pozbawiony możliwości ukończenia studiów akademickich bije na głowę wielu posiadaczy tytułów naukowych. Na przykład Norwid studiował Homera, Dantego, Szekspira, sięgał do oryginałów, sam tłumaczył, objaśniał, szkicował analizy filologiczne. Wiosną 1860 roku podczas cyklu paryskich wykładów poświęconych Słowackiemu pokazał, jak czytać utwory współczesne. Pracowicie budował swój warsztat i archiwum, choć nieustannie brakowało mu książek, czasopism, dokumentów. Nieznane przez wiele lat Notatniki ukazują olbrzymią pracę intelektualną wykonaną przez poetę, ale także zakres jego erudycji oraz przypadkowy, zdawałoby się, dobór lektur – daleki od akademickich rygorów. Biblioteka eseisty jest jednak zawsze niepowtarzalna i pozbawiona granic, jakie chcieliby ustanowić specjaliści tracący mnóstwo czasu na definiowanie „przedmiotu badań” i traktujący wszelkie odstępstwo niczym godną potępienia herezję.

Norwid określa namiętną lekturę francuskim słowem goûter. Chodzi zatem o smakowanie, delektowanie i rozkoszowanie się tekstem, po który sięgamy z własnego wyboru, bez poczucia uciążliwego obowiązku. Taka postawa bliska jest największym eseistom – od Montaigne’a do Citatiego – i oczywiście polscy autorzy nie stanowią pod tym względem żadnego wyjątku. Bez erudycyjnych odwołań do pisarzy antycznych nie wyobrażali sobie eseju Jerzy Stempowski, Bolesław Miciński i Józef Wittlin, a cóż dopiero tacy, dla których starożytność była równie żywa jak współczesność – wśród nich np. Ignacy Wieniewski i Zygmunt Kubiak, przez całe życie wędrujący wytrwale po śródziemnomorskim ogrodzie kultury.

Jerzy Stempowski był zdania, że eseista powinien – wzorem autora Prób – czytać głównie dla przyjemności. Łatwo dotrzymać takiego postanowienia, gdy dysponuje się własną, dobrze zaopatrzoną biblioteką, pokojem do lektury, no i chociaż niewielkim majątkiem zapewniającym finansową niezależność. Inna sprawa, gdy trzeba piórem zarabiać na utrzymanie, bo wtedy czyta się niestety pod przymusem, z konieczności i pod presją umykającej chwili. Stempowski wiedział o tym najlepiej, rozpatrując położenie francuskiego twórcy gatunku:

Pisarz o ogromnym oczytaniu, faszerowany cytatami i mający wciąż przytomnych w pamięci wszystkich autorów klasycznych, Montaigne powtarza wielokrotnie, że czyta wyłącznie dla przyjemności, nie szukając w lekturze ani informacji, ani wykształcenia[82].

Tę myśl wypowiada Stempowski jeszcze kilkakrotnie w swoich tekstach. Najwidoczniej czytanie dla przyjemności wydaje mu się z upływem lat jakimś nieosiągalnym ideałem. Stanisław Vincenz jest już ostrożniejszy, zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że pewne lektury niekoniecznie nas pociągają, a jednak powinniśmy zawrzeć z nimi znajomość. Użyteczność, o której Stempowski wypowiadał się dosyć niechętnie, to jednak kryterium trudne do zlekceważenia:

Najlepiej czytać książki te, które się po prostu lubi, uzupełniając tymi, z których można się czegoś nauczyć. Należy unikać takiego przymusu, by czytać książki zbyt nam niemiłe, choć nawet uznane[83].

William Hazlitt zapewniał, że nie rozumie „namiętności, z jaką większość ludzi czyta nowe książki”[84], i radził unikać czytelniczych nowości. Jan Parandowski – np. w przeciwieństwie do Pawła Hertza – lubił sięgać po publikacje współczesne, choćby i najnowsze, a traktował je zawsze z jednakowym szacunkiem i nieustającą pasją czytelniczą[85].

Stanisław Mackiewicz uwielbiał – jak sam zapewniał – czytać rzeczy niepotrzebne. Stąd zapewne brała się jego niekonwencjonalna erudycja. Z równym zapałem studiował dane statystyczne i pozornie błahe ciekawostki. Ale reguły właściwie nie ma i eseista może nawet czytać tak selektywnie, jak doradza to Bacon w jednym ze swoich tekstów[86]. Jednakże w akcie lektury – poza niezawodnym smakiem, który chroni przed czytaniem tandety – ujawnia się również indywidualność czytelnika. Dostrzega to Ralph Emerson, poddający analizie sposób czytania Wergiliusza[87].

Najbardziej porywające eseje Adama Ważyka graniczą z prawdziwym erudycyjnym szaleństwem. Od szczegółowej analizy i przedstawienia dotychczasowych prób krytycznych przechodzimy do „interpretacji wyzwolonej”. Podejmujemy ryzyko „nadinterpretacji”? Któż by się tym przejmował, gdy gramy o wszystko! Oddalamy się od tekstu? Być może, ale za to zbliżamy się do wyjaśnienia tajemnicy kosmosu! Sztuka czytania okazuje się sztuką poznania, o czym doskonale wiedzieli przed wiekami kabaliści, o czym wiedzą dotąd niektórzy poeci.

Wypada sądzić, że esej nie powinien być książką ulepioną z innych książek, kompilacją cudzych opinii, wielogłosową antologią. Powiedzielibyśmy raczej, że esej to książka, która szuka dla siebie miejsca pośród innych, napisanych już książek, i choćby z tego powodu eseista pracuje zwykle wolniej niż zdolny felietonista.

Przyznajmy jednak, że eseista nie tylko czyta, omawia, komentuje, polemizuje ze swoimi poprzednikami i współczesnymi, z uwagą wsłuchując się w cudzy głos. Równie często eseista cytuje – na pewno częściej, niż zdarza się to poetom czy powieściopisarzom. Właśnie „zagarnianie cudzej mowy” uznać można za jeden z wyznaczników eseju:

Tak jak esej na poziomie gatunku wyłania się dzięki transformacjom reguł gatunkowych, esej na poziomie tekstowym wyłania się z c i ą g ł e j p r a k t y k i c y t o w a n i a[88].

Twórca gatunku, autor Prób, patronuje tym wszystkim eseistom, którzy niezwykle umiejętnie posługują się cytatem. Różni się jednak od wcześniejszych i późniejszych kompilatorów, których wysiłek ograniczał się do starannego wyboru przeczytanych fragmentów. Z perspektywy wielu autorów piszących o literaturze cytat to argument wspierający nasze opinie, mniej czy bardziej odkrywcze. Dla eseisty to część tekstu, który powstaje. Wydobyty z powszechnej niepamięci cytat może stać się olśniewającym źródłem inspiracji dla piszącego erudyty. Niekiedy bywa nawet fundamentem eseistycznej konstrukcji – wdziera się do utworu jako autonomiczna całość, zaczyna rządzić narracją, domaga się komentarza.

Po mistrzowsku operował cytatem Jerzy Stempowski – talent nieczęsto już spotykany, jako że wielu dzisiejszych autorów ma skłonność do wykorzystywania cudzych tekstów, aby zastąpić brak oryginalnych myśli. Autor Księgozbioru przemytników dopuszczał jedynie do głosu swoich rozmówców. Przemawiają tam na ogół w ojczystych językach, bo brzmienie cytatu, rytm zdania, melodyka słowa nie były w jego odczuciu kwestią drugorzędną.

Zdarzają się eseiści tak pochłonięci wrażeniami z lektury, że pisząc, nie potrafią się oprzeć pokusie nieustannego cytowania. Ludwik Bohdan Grzeniewski postępuje tak zarówno w szkicach varsavianistycznych, jak i w późniejszych utworach, gdy z wielką swobodą wędruje po arcydziełach i tekstach kompletnie zapomnianych przez czytającą publiczność. Początkowo musiał stosować przypisy, ujawniać źródła – pewnie żądał tego wydawca, przyzwyczajony do konwencji obowiązujących choćby w obrębie określonej serii. Czasem zamieniał przypisy jak gdyby w osobną całość, siłą rzeczy eseistyczną. W późniejszych książkach Grzeniewskiego jest coraz mniej odsyłaczy. Czasem wyjaśnienie znajdziemy na końcu, a czasem nie. Niepewność co do autorstwa przytoczonych słów nadaje erudycyjnym tekstom wymiar, w jakim przywykliśmy rozpatrywać utwory sensacyjne. Cierpliwy czytelnik otrzymuje zagadkę do rozwiązania.

Obcowanie z oryginałem w XIX wieku było koniecznością – i trudno się dziwić, że ówcześni pisarze, nie zawsze obdarzeni talentem poligloty, przytaczali zwroty czy sentencje, a nawet całe fragmenty po francusku, niemiecku, angielsku, a niekiedy i po włosku. Udręka dla drukarzy i korektorów, lecz na pewno satysfakcja dla kogoś, kto chce obcować ze słowem poety albo myśliciela bez niepewnych pośredników.

A jeśli już – chociażby z powodu niedostępności oryginału albo nieznajomości języka – musimy sięgnąć po tłumaczenie, to przecież jego kształt edytorski nie jest dla erudyty sprawą błahą. Profesjonaliście traktującemu książkę użytkowo – uczonemu, publicyście, nawet krytykowi literackiemu czy zawodowemu recenzentowi – troska o estetykę książki może się wydać czymś najzupełniej marginalnym. Ktoś taki czyta przeważnie w pośpiechu, starając się jak najszybciej wyrobić sobie opinię o utworze będącym przedmiotem lektury. Eseista zabiera się do lektury inaczej – bez pośpiechu, rozkoszując się pięknem stylu, urodą zdania, subtelnością myśli. Czy aby tego rodzaju doświadczenie było pełne, wystarcza szmatława broszura?

 

W dość ubogiej polskiej rzeczywistości po powstaniu styczniowym 1863 roku do rzadkości należały piękne, a tym bardziej luksusowe wydawnictwa. Na ich publikację nie pozwalały ani ówczesne możliwości poligraficzne, ani też skromny kapitał formującej się dopiero krajowej inteligencji. Jak się zdaje, Bolesław Prus czy Eliza Orzeszkowa pogodzeni byli z tym, że zmuszeni są obcować z książką brzydką, wręcz tandetną, ale wartościową i bezcenną dla czytelnika, który z braku egzemplarza gotów był nawet obszerne dzieła własnoręcznie przepisywać!

Bunt wszczął dopiero Zenon Przesmycki (Miriam), autor pięknego eseju o sztuce ekslibrisu[89]. Estetyczna książka to dla niego niezbędny element otoczenia człowieka, podobnie jak wnętrza, architektura, przedmioty codziennego użytku. Eseiści bardzo często opowiadają o swoich bibliotecznych przygodach – jeśli były ważne, to pamiętają nie tylko treść przeczytanej książki, ale i jej wygląd, pochodzenie, a nawet zapach.

Zobaczmy, z jakim pietyzmem traktują stare książki Wiktor Gomulicki, Jerzy Stempowski, Paweł Hertz, Ludwik Bohdan Grzeniewski. Jan Parandowski czyta przy świecy Pana Tadeusza, bo uważa, że poemat Mickiewicza nie powinien być czytany przy świetle elektrycznym[90]. Adam Ważyk tropi egzemplarz jakiejś niekoniecznie rzadkiej, lecz niedostępnej akurat pozycji, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się na zewnątrz[91]. Jedni z upływem lat stają się coraz bardziej sceptyczni wobec wydawniczych nowości, inni wręcz przeciwnie – do końca okazują niezmordowaną ciekawość, co też robią najmłodsi koledzy po piórze. Być może nie każdy eseista jest bibliofilem, jednak chyba każdy eseista coś zbiera: książki, obrazy, nuty, myśli, pejzaże.

W każdym razie trzeba czytać, nie tylko szukając inspiracji, lecz także ucząc się nieustannie tolerancji. W mądrym eseju Cywilizacja książki Parandowski dowodzi, że u podstaw każdej wielkiej biblioteki tkwi tolerancja. Może nas oczywiście napełniać melancholią świadomość, jak znikomą liczbę książek będziemy w stanie przeczytać w ciągu całego życia. Wieczny optymista spojrzy na ten problem z innej strony, dostrzegając w Bibliotece nie tylko księgozbiór, ale i wspólnotę mistyczną, ogarniającą wszystkich czytających. Również tych, którzy już odeszli, pozostawiając swoje duchowe dziedzictwo:

Jesteśmy tworami książek – i tych, które znamy, i znacznie więcej tych, których nie poznamy nigdy. Przeczytali je za nas nasi przodkowie, tak samo to, co my przeczytamy, wejdzie w myśli i uczucia następnych pokoleń[92].

Czasem chciałoby się jednak wyjść z biblioteki, by zamiast książek usłyszeć ludzi, zburzyć wznoszone przez wieki dekoracje zamykające nas w granicach erudycji. Wyjść i uciec w świat – jak Faust, jak Don Kichote. O takiej potrzebie mówi najmniej chyba znana eseistyczna książka Jarosława Marka Rymkiewicza: Przez zwierciadło[93], pozycja odrębna w dorobku autora, który tym razem próbuje zmierzyć się z tekstem Pisma Świętego. Zamierza czytać biblijne księgi, a właściwie Nowy Testament, bez erudycyjnych obciążeń, jakby był ich pierwszym czytelnikiem. Chciałby ujrzeć wszystko świeżym okiem, zapominając o tysiącach przeczytanych książek. Ten zamiar chyba nie może się powieść, czego najlepszym dowodem jest esej, w którym niemal natychmiast pojawiają się Martin Heidegger i Edmund Husserl, Lew Szestow i Simone Weil. Trudno zapomnieć o Bibliotece, trudno pozbyć się „przeklętej europejskości umysłu”.

Tradycja. Wyraźny kryzys czy nawet schyłek powieści historycznej w drugiej połowie XX wieku stwarza dogodne warunki dla rozwoju eseju dotyczącego minionych dziejów. Tradycyjny model powieści historycznej, u nas reprezentowany przez Józefa Ignacego Kraszewskiego i Henryka Sienkiewicza, uległ naturalnemu wyczerpaniu. Nowy, którego znakiem rozpoznawczym może być pisarstwo Teodora Parnickiego, spotkał się z uznaniem krytyki, ale rosnącą wstrzemięźliwością ze strony czytelników. W odróżnieniu od powieści historycznej esej nie zmierza do rekonstrukcji przeszłości, niekiedy ogranicza obraz dziejów do genealogii, łącząc historię „małą” (rodową, „familijną”) z historią „wielką”. Autor takiego dzieła przyjmuje zwykle osobisty punkt widzenia, a manifestując subiektywność, nie stroni od odwołań do współczesności.

Esej literacki, którego tematem jest historia i konsekwencje wynikające z niej dla współczesności, to oczywiście pewna szczególna odmiana gatunku, w Polsce uprawiana m.in. przez Wacława Berenta[94], Pawła Jasienicę, Jerzego Zawieyskiego, Andrzeja Kijowskiego czy Mariana Brandysa. Znaczna część eseistyki Stanisława Mackiewicza także dotyczy przeszłości, traktowanej jednak nie tyle jako obiekt badań, ile jako przedmiot trwającej ciągle dyskusji. Podobny sposób pisania o historii: krytyczny, wyrazisty, niekiedy prowokujący, ma swoich prekursorów w takich indywidualnościach, jak Stefan Buszczyński, oponent krakowskiej szkoły historycznej, czy Antoni Chołoniewski.

Autor Ducha dziejów Polski traktuje przeszłość jako w pewnym sensie żywy organizm, a nie ruiny, po których porusza się sumienny historyk, interesujący się jedynie suchymi faktami. Tak jak wiele lat później Jasienica wszczynający narodową dyskusję o polskiej anarchii, także Chołoniewski ukazuje tę niezwykle drażliwą kwestię z wielu stron. Dowodzi, że mimo anarchii Polska była krajem szczęśliwym i spokojnym. Zbrojnej sile despotycznych państw Polska przeciwstawiała przez wiele wieków siłę moralną. To wprawdzie za mało, by triumfować w grze w politycznej, a tym bardziej na polu bitwy, ale... polscy bohaterowie zdaniem Chołoniewskiego różnią się od europejskich wodzów wygrywających wielkie wojny. To z jednej strony postacie miłujące pokój, takie jak Piast czy Kazimierz Wielki, a z drugiej – bohaterowie nieskazitelni, nie zawsze jednak zwycięzcy: Stanisław Żółkiewski, Romuald Traugutt, Tadeusz Kościuszko.

Historia rozpatrywana jako zjawisko estetyczne ujawnia zdumiewającą różnorodność, której bogactwa nie oddaje żaden schemat. Może zatem powinniśmy raczej myśleć o historii jako nieprzeniknionej tajemnicy, rezygnując z bardzo ryzykownych prób zawłaszczenia sensu, prowadzących nieuchronnie do manipulacji w tej czy innej formie?

Wobec teoretyków, którzy pragnęliby szczegółowo uregulować mechanizm historii i naturę ludzką, zwłaszcza Paweł Jasienica odczuwa najdalej posuniętą nieufność. Zanurzony w epoce Piastów i Jagiellonów, pozostaje ciągle człowiekiem połowy XX wieku, który ma za sobą doświadczenie bolszewickiej rewolucji, drugiej wojny światowej, obozów koncentracyjnych i widma katastrofy nuklearnej. Opisując dramatyczny przebieg powstania w Wandei, w okresie rewolucyjnego terroru, zauważa ironicznie, że dążenie do spokojnego życia, niezakłóconej niczym prywatności, a nawet samej apolityczności, bywa niekiedy programem wywrotowym. Można to odnieść do Francji końca XVIII wieku albo do Polski 1968 roku, do hitlerowskich Niemiec i stalinowskiej Rosji. Autor Rzeczpospolitej Obojga Narodów wchodzi chętnie w rolę publicysty i kronikarza, ale także uczestnika wydarzeń. Snuje domysły, buduje dialogi, których nikt w swoim czasie nie zapisał, ocenia, wartościuje, czyni zarzuty, wydaje wyroki.

Obiektywizm Mariana Brandysa czy Jerzego Zawieyskiego też ma swoje granice. Jeśli nawet podczas pobieżnej lektury Koniec świata szwoleżerów wyda się nam zręcznym montażem dokumentów sprzed lat, to pamiętajmy, że zestawione zostały one nieprzypadkowo – tak, by mówiły to, czego nie powiedzą dialogi ani odautorska narracja. Dopiero celowe kombinacje, dobór odpowiednich fragmentów i uporządkowanie całości daje w rezultacie zarówno malowniczą panoramę przeszłości widzianej z perspektywy jednego pokolenia, jak i podejrzenie, że było to – mimo chwalebnych niekiedy czynów – być może pokolenie „stracone” (nie pierwsze i nie ostatnie w powikłanych polskich dziejach).