Kronos 3/2019. Florenski

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Paweł Florenski

WNIOSKI

I

Już w starożytności za najbardziej szlachetne uznawano dwie zdolności poznawcze: słuch i wzrok. Niektóre ludy kładły nacisk na tę pierwszą, inne na drugą; Hellada wywyższała przede wszystkim wzrok, Wschód uwznioślał – jako najbardziej wartościowy – słuch. Pomijając wahania na temat pierwszeństwa, nigdy nie powstały wątpliwości co do ich wyjątkowej roli w aktach poznawczych. Z tego też względu nigdy nie powstały wątpliwości co do wartości, jaką posiadały sztuki plastyczne i sztuka słowa – to działania opierające się na najwartościowszych zdolnościach percepcyjnych.

Na podstawie wcześniejszego omówienia owych dwóch wyższych czynności myślę, że można przedstawić pewne wnioski na temat działalności poznawczej w ogólności. Tworzy ona symbole – symbole naszego odniesienia do realności. Założeniem działania, wszystko jedno, czy będzie to sztuka plastyczna, czy sztuka słowa, jest realność. Powinniśmy odczuwać rzeczywiste istnienie tego, z czym się stykamy, aby możliwe stało się kulturowe działanie, bezsprzecznie uznawane za potrzebne i wartościowe; bez założenia realizmu nasza działalność byłaby albo zewnętrznie-użyteczną – w osiąganiu pewnych bliższych korzyści, albo zewnętrznie-rozweselającą – zabawą, sztucznym wypełnieniem czasu. Nie uświadamiając sobie realności, którą przedstawia – tzn. wprowadza w naszą świadomość – taka czy inna działalność kultury, nie możemy uznać tej działalności za wewnętrznie prawą, prawdziwie ludzką. Przez iluzjonizm, rozumiany jako działalność nie mająca związku z realnością, odrzuca się ludzką godność: pojedynczy człowiek zamyka się tutaj w subiektywizmie i tym samym zrywa swoją więź z człowieczeństwem, a zatem z ludzkością. Gdy nie ma poczucia realności świata, wtenczas rozpada się jedność poznania powszechnego, a zatem również jedność samoświadomej osoby. Punkt-chwila, będące niczym, roszczą sobie prawo do bycia wszystkim, a miejsce prawa wolności zastępuje kaprys losu. Perspektywa[1] w malarstwie oraz schematyzm w twórczości literackiej są następstwami tego oderwania się od realności; zresztą są to w zasadzie nie następstwa, a następstwo, jeden skutek – racjonalizm – to on jest prawem tożsamości myślenia abstrakcyjnego. Tutaj punkt-chwila ugruntowuje się jako wyjątkowy, odrzucający realność całej pełni bytu, siebie ustanawiając absolutnym. Jednakże odrzucając od siebie wszelką realność, owo „absolutne” naturalnie pozostaje tylko formalnym roszczeniem, w ten sam sposób odnoszącym się do dowolnego punktu-chwili, do dowolnego Ja. „Punkt widzenia” w perspektywie jest próbą podjętą przez indywidualną świadomość, aby oderwać się od realności, również własnej – od ciała, od drugiego oka, nawet od pierwszego, prawego oka, ponieważ i ono nie jest matematycznym punktem, matematycznym momentem. Cały sens perspektywicznego punktu widzenia, tego locus standi[2], zawiera się w wyjątkowości, w jedyności: punktów widzenia w perspektywie jest absurdalnie dużo, więc jeśli pewien punkt przestrzeni i czasu obwołuje siebie punktem widzenia, to tym samym niemożliwe staje się podobne znaczenie dla innych punktów przestrzeni. Należy zapamiętać raz na zawsze: perspektywa nie jest niczym pozytywnym, punkt widzenia nie posiada żadnych szczególnych, pozytywnych cech. Jest on określany jedynie negatywnie, jako „nie taki”, jak wszystkie inne punkty, dlatego należy uznać, że to, co ugruntowuje samą perspektywę, to konieczność odrzucenia każdej realności poza realnością samego tego punktu. Dopuszczając bowiem realność poza nim, dopuszczano by możliwość istnienia drugiego punktu widzenia, i co za tym idzie, perspektywiczna jedność, podstawa perspektywiczności, zostałaby naruszona. Irrealizm i perspektywizm nie stały się sobie bliskie w sposób przypadkowy, lecz oba prezentują to samo podejście do kultury: pierwszy ze względu na wewnętrzny sens, drugi – ze względu na sposób wyrażenia; ich wspólne imię brzmi – iluzjonizm. Tak jest w sztukach plastycznych, gdy irrealny pomysł odsłania się w widzeniu; i tak samo, dokładnie tak samo dzieje się w twórczości literackiej, nakierowanej na słuch. Literackie tworzenie schematów jest ujawnieniem irrealnego założenia języka – imieburstwa[3]. Tworzenie schematów, tak jak perspektywa, z założenia odrzuca realności i chce, zamiast nich, stworzyć poprzez słowo pewną iluzję realności, pewne als ob[4], które przyjmowane by było jako realność, nie tylko nie będąc nią, ale i odrzucając ją ze swej natury. Schemat jednak nie mógłby uznawać siebie za realność, jeśliby nie rościł sobie przy tym prawa do jedyności i nie odrzucał wszystkich innych schematów: uznawszy drugi schemat, świadomość musiałaby uznać również pewne drugie centrum (w czasie lub przestrzeni) tworzenia schematów, a co za tym idzie, również pewną realność znajdującą się poza sobą, poza obecnym tu i teraz. Pozbawione wszelkiej konkretności, owo centrum, owo abstrakcyjne Ja, jest jednak jedynie formalne, dlatego określane jest czysto negatywnie. Jednym słowem, na temat owego centrum mowy przyjdzie powtórzyć to wszystko, co zostało powiedziane o punkcie widzenia.

Realizm przeciwstawia się iluzjonizmowi. Realność nie jest dostępna dla zjednoczonej w tu i teraz konkretnej świadomości. Prawo tożsamości, nieważne, czy stosowane w widzeniu (perspektywa), czy w słyszeniu (abstrakcja), niszczy związki życiowe i wtrąca w samozamknięcie. Realność dana jest jedynie życiu, życiowemu odniesieniu do bycia; życie zaś jest nieustannym obalaniem abstrakcyjnej sobie-tożsamości, nieustannym umieraniem jedyności, która ma skostnieć w soborowości. Żyjąc, jednoczymy się sami z sobą – zarówno w przestrzeni, jak i w czasie, jako całościowy organizm, składamy się w jedność z oddzielnych, wzajemnie się wykluczających – według prawa tożsamości – elementów, części, komórek, stanów duchowych itd. Tak samo łączymy się w rodzinę, w ród, w naród itd., dążąc do człowieczeństwa i włączając w jedność ludzkości cały świat. Każdy akt jednoczenia jest tym samym również łączeniem punktów widzenia i centrów tworzenia schematów. To, co nazywa się odwróconą perspektywą, w pełni odpowiada dialektyce. Jedno – w zakresie widzenia, drugie – w zakresie słuchu; ze swej istoty i jedno, i drugie jest syntezą, ożywiającym ruchem, życiem. Abstrakcyjnemu znieruchomieniu iluzjonizmu przeciwstawione zostaje życiowe odniesienie do realności. W ten sposób utworzone symbole realności nieustannie iskrzą się wielością życiowych odniesień, które ze swej istoty są soborowe. Takie symbole, pochodzące ode mnie – nie są moje, a ludzkości, istnieją obiektywnie. I jeśli wewnętrzny poruszyciel w iluzjonizmie może powiedzieć o dziele kultury: „moje” (choćby w rzeczy samej było całkowicie skompilowane, to znaczy nagrabione), to w realistycznym światopoglądzie skłonny jest do tworzenia możliwości, by o tym, co utworzone, móc powiedzieć: „nie moje”, „obiektywnie istniejące”. Wynalazczość – oto kierunek iluzjonizmu; odnalezienie – realizmu, odnalezienie jako wiecznie istniejące.

Wynalazek, na ile rzeczywiście nim jest, zakłada zamknięcie w subiektywności; inaczej odkrycie, które potrzebuje mocy nakierowanej na bycie. Realistyczny stosunek do świata ze względu na istotę rzeczy jest stosunkiem aktywnym: jest to życie w świecie. Iluzjonistyczny światopogląd jest pasywny i nie może być inny, skoro nie odczuwa się przy nim realności; tymczasem realistyczny światopogląd dobrze wie, że realność powinna być aktywnie przyswajana dzięki pracy.

Właśnie dlatego, że nie otaczają nas pozorne myśli – które zmieniałyby się według naszej zachcianki – bezsilne i niepowiązane, ale realność, posiadająca własne życie i własne odniesienie do pozostałych realności, właśnie dlatego jest ona powiązana i potrzebuje z naszej strony wysiłku, aby można było nawiązać z nią nowe więzi, aby można było wyżłobić w niej nowe kanały. To symbole. Są one organami naszego obcowania z realnością. Przez nie i dzięki nim łączymy się z tym, co do tej pory było odcięte od naszej świadomości. Poprzez przedstawienie widzimy realność, poprzez imię – słyszymy ją; symbole są otworami wywierconymi w naszej subiektywności. Cóż więc dziwnego, jeśli ukazując nam realności, nie podporządkowują się prawom subiektywności? I czy nie byłoby zaskakującym coś odwrotnego? Symbole nie mieszczą się na płaszczyźnie rozsądku, ich struktura jest całkowicie antynomiczna. Owa antynomia nie jest jednak sprzeciwem wobec nich, ale odwrotnie – jest gwarancją ich prawdziwości. Iluzjonistyczny, pozażyciowy, pasywny światopogląd szukał we wszystkim abstrakcyjnej jedności, i owa jedność wyrażała samą istotę odrodzeniowego nihilizmu. Czy nie wynika stąd, że realistyczne działanie w świecie, nastawione na życie, aktywne, powinno zaczynać od zasadniczego uznania soborowej wielości już w narzędziach naszego postrzegania bycia?

II

Renesansowy światopogląd, umieszczając człowieka w ontologicznej pustce, tym samym nakierowuje się na pasywność. W owej pasywności zarówno obraz świata, jak i sam człowiek rozpadają się i rozsypują na wzajemnie wykluczające się punkty-chwile. Takie jest jego działanie, wypływające z jego istoty. Błędem byłoby sądzić, że ów rozkład całości jest jedynie teoretyczną groźbą – granicą nigdy w historii nie osiągniętą. Niebezpieczeństwo, które kiedyś wydawało się nieskończenie daleko, podeszło już bardzo blisko do kultury; nie będziemy zatem rozpatrywać kierunku kultury na podstawie abstrakcyjnych przedstawień, ale na podstawie samego życia. Jako członkowie rodu ludzkiego, jako osoby, nie jesteśmy już w stanie żyć pośród produktów samozatrucia odrodzeniowej kultury. I rzeczywiście stajemy już przeciw niej. Nie pojedynczy człowiek, ale wielu ludzi, większość.

Kiedy fizyk lub biolog, lub chemik, nawet psycholog, filozof i teolog, czytają z katedry jedno, w referatach naukowych piszą drugie, a w domu, w swojej rodzinie, z przyjaciółmi czują, że wchodzą w sprzeczność z istotnymi podstawami swych własnych myśli, to czy nie znaczy to, że każdy z nich podzielił swą osobę na kilka wykluczających się wzajemnie? Patrząc znacznie głębiej, z łatwością dostrzeżemy ową wewnętrzną niespójność zarówno w obrębie wykładów, jak i w obrębie prac naukowych oraz w podejściu do życia. Osoba rozsypuje się, ugruntowując abstrakcyjną jedność całej swojej działalności. Nie jest to soborowość, nie jest to synteza ani twórcze zjednoczenie – jest to rozkład, mechaniczne wymieszanie – jednym słowem, nie życie, a śmierć. Owa śmierć nie jest wynikiem złej woli takiego czy innego działacza kultury, ale koniecznym następstwem samego jej ruchu.

 

Już bardzo dawno temu, bodajże od XVI wieku, przestaliśmy postrzegać całość kultury jako nasze własne życie; już dawno osoba – poza nielicznymi wyjątkami – nie jest w stanie podnieść się na wyżyny kultury, nie ponosząc przy tym wielkiej straty. Tak, już od dawna próba wzbogacenia okupiona jest ofiarą jednorodnej osoby. Życie rozeszło się na wiele kierunków i nie można po nich iść jednocześnie: trzeba wybierać. Dalej zaś, każdy kierunek życia rozsypał się na specjalizacje poszczególnych dziedzin kultury, za czym poszło rozdrobnienie również ich na oddzielne dyscypliny i wąskie specjalizacje. Te ostatnie, naturalnie, powinny były poddać się dalszemu dzieleniu. Oddzielne pytania nauki, oddzielne pojęcia w zakresie teorii w pełni odpowiadają tak samo skrajnej specjalizacji w sztuce, w technice, w społeczeństwie. I jeśli nierzadko słyszy się oburzenie na mechanizację fabrycznej pracy, gdzie każdy robotnik otrzymuje tylko niewielką część jakiegoś mechanizmu, konstrukcji i być może funkcji, której nie rozumie i którą w pewnym sensie nie potrafi się posługiwać, to w porównaniu z ową specjalizacją rąk o ile bardziej szkodliwa i duchowo destrukcyjna zdaje się specjalizacja rozumu i w ogóle działalności duchowej?

Treść nauki obcej specjalizacji już dawno była niedostępna nie tylko dla zwykłego kulturalnego człowieka, ale i dla specjalisty-sąsiada. Jednakowoż nawet specjaliście tej samej dziedziny inna jej dyscyplina jest niedostępna. Jeśli specjalista-matematyk, biorąc w ręce nowo otrzymany egzemplarz specjalistycznego czasopisma, nie ma czego w nim czytać, dlatego że od pierwszego słowa niczego nie rozumie w żadnym artykule, to czy nie jest to reductio ad absurdum samego kierunku naszej cywilizacji? Kultura jest środowiskiem, w którym żywi się i wzrasta osoba; ale jeśli osoba jest głodna i dusi się w tym środowisku, to czy nie świadczy to o pewnego rodzaju gruntownym „nie tak” kulturowego życia? Kultura jest językiem jednoczącym człowieczeństwo; ale czy nie znajdujemy się w babilońskim pomieszaniu języków, gdzie nikt nikogo nie rozumie, gdzie każda mowa służy tylko temu, aby ostatecznie poświadczyć i wzmocnić wzajemne różnice? Mało tego, odmienność ta przenika również w jedność pojedynczej osoby: osoba nie rozumie samej siebie, z samą sobą utraciła możliwość bycia, rozdzierając się między wzajem się wykluczającymi i samopotwierdzającymi w swej oddzielności „punktami widzenia”. Abstrakcyjne schematy są właśnie perspektywicznymi jednościami, perspekty [перспекты] – jeśli dopuścić taki ideologizm – wyparły z życia osobę, która na wpół legalnie gnieździ się teraz na jakimś szarym końcu, pracując na cywilizację, która ją gubi i gnębi.

Człowiek nie może być jednak zgnębiony do końca. Przyjdzie dzień, gdy zrzuci jarzmo odrodzeniowej cywilizacji, wraz z wszystkimi jej wygodami. Bliski jest czas głębokiego przewrotu w samych podstawach kultury. Nieraz już w przeciągu ostatniego stulecia słyszane były podziemne odgłosy trzęsienia ziemi: Goethe, Ruskin, Tołstoj, Nietzsche, teraz Spengler i wielu innych, ostrzegali już przed katastroficznymi iłami. Niepokojący sens ich odkryć i przepowiedni nie może zostać unieszkodliwiony przez wydanie „pełnego zbioru dzieł” czy sprzedaż pocztówek z portretami. Budynek kultury duchowo opustoszał. Można kontynuować budowanie, będzie on jeszcze powstawał. Historia przechodzi największe zmiany nie przez uderzenia ciężkich ciosów, ale dzięki ironicznemu uśmiechowi. I nie dzięki fajerwerkom i tutti orkiestry rozpoznaje się koniec historycznego eonu, ale dzięki odwróceniu bardziej przenikliwych oczu w stronę przeciwną od obecnej kultury. Spory, walka i prześladowania wskazują na pewną historyczną potrzebę wątpienia. Ale nadchodzi czas pokoju; wtedy, prawdopodobnie, oceniana jest jakość pracy zwietrzałej cywilizacji. Powiedziano krótkie słowo „nie trzeba” i dzięki niemu wszystko się rozwiązuje. To, co dalej, jest już naturalnym niszczeniem pozostałych części domu. Scholastyka upadła nie wtedy, gdy powstawano przeciw niej i walczono z nią, lecz wręcz przeciwnie: owa walka była depozytem żywotności. W pewnym momencie jednak, bez walki, bez wyrzutów, bez gniewu, Kartezjusz po prostu machnął na nią ręką i odszedł w swoją stronę. Właśnie to niedbałe machnięcie było decydujące: scholastyka dobiegała końca, zaczynał się nowy filozoficzny światopogląd. Chcę przez to powiedzieć, że my wciąż jeszcze kłócimy się z odrodzeniem, jeszcze krytykujemy jego założenia i powstałą na nich kulturę. Prawdopodobnie są to ostatnie już kłótnie. Ci, którzy przyjdą po nas, niczemu nie przecząc, niewiele oponując przeciw wyrazistości naukowych dystynkcji i opracowaniu artystycznych przykładów itd., itd., powiedzą ostateczne „nie trzeba”, i cały złożony system pozbawionej duszy cywilizacji upadnie, jak upadła niegdyś złożona budowla astrologii, jak upadła scholastyka, jak upadły i upadają jako nieużyteczne wielkie imperia. Nie znaczy to bynajmniej, by to, co upada, było w swej naturze niedoskonałe i nie rozwiązywało takiego czy innego postawionego mu zadania. Trudno sobie wyobrazić, aby wielkie historyczne zjawisko, które formowało się przez lata, nie miało jakiegoś własnego, określonego celu, w czasie gdy kultura zasadniczo jest działaniem podług celów. Samo zadanie jednak, którego rozwiązaniu służy dane zjawisko, może okazać się niepotrzebne lub w każdym razie wymagające zbyt dużego nakładu sił życiowych. Wtenczas ludzkość wyrzeka się postawionego zadania oraz środków do jego wykonania. Niczym gospodarz, który opuszcza zagrzybiały dom, którego remont pochłaniał wszystkie dochody i który swoim mieszkańcom dawał w zamian wiele pokoi, lecz nieprzyjemnych i praktycznie nie nadających się do zamieszkania. Rodzina postanawia wyprowadzić się do domku niewielkiego, ale przystosowanego do życia. Duży dom zaczyna niszczeć w przyspieszonym tempie, dopóki nie powali go ostatecznie jakaś klęska żywiołowa. Cywilizacja naszych nowych czasów jest właśnie takim domem, pochłaniającym wszystkie siły, który zamiast ułatwiać życie, zmusza do poświęcania się dla niego. Człowiek przepracowuje się dla kultury, nie otrzymując w zamian nic oprócz gorzkiego poczucia własnej samotności, zubożenia i rozpadu. Ostatecznie jednak poweźmie postanowienie i zabrawszy swój dobytek, przeniesie się w inne miejsce, aby zacząć żyć według rzeczywistych potrzeb swojej rodziny, bez roszczenia sobie pretensji do chwały. Gdy nauka schlebiała sobie nadziejami na bycie metafizyką świata, pewien konkretny system myśli być może był potrzebny; w konsekwencji utracił jednak swój sens, gdy tylko uświadomiono sobie, że rzecz ogranicza się jedynie do tworzenia schematów. W międzyczasie ów system myśli, który nigdy nie odpowiadał wewnętrznym potrzebom człowieka, coraz mocniej ujawniał swoją niewygodę, ze względu na swój rozmiar; naukowy światopogląd stawał się coraz bardziej niewspółmierny w stosunku do ludzkiego ducha nie tylko jakościowo, ze względu na swoją treść, ale i ilościowo, ze względu na niemożliwość uchwycenia go przez pojedynczą osobę. Nauka chciała zastąpić sobą to, w czym osoba szukała dla siebie satysfakcji; w wyniku starań powstała ogromna maszyna, z którą nie wiadomo, jak się obchodzić. Nie może tu być mowy o zadowoleniu: to tak, jak gdyby postawiono dom na powierzchni dziesięciu wiorst, którego wysokość pomieszczeń i wyposażenia mierzy się również w wiorstach. Czy byłby dla nas pożytek ze szklanek o objętości stu wiader, uchwytów z okrętowego masztu, stołków wysokich jak dzwonnice i drzwi, które moglibyśmy otwierać jedynie przy pomocy ogromnych inżynieryjnych wynalazków w ciągu, powiedzmy, kilku lat? Tak też naukowy światopogląd zarówno jakościowo, jak i ilościowo utracił swoją podstawową miarę, dzięki której określane są wszystkie pozostałe miary: samego człowieka. Oczywiście, w pasywnym światopoglądzie można odwrócić się, od czego się chce, i wyobrażać sobie, co tylko się zechce, przypisując dowolnej charakterystyce dowolną liczbę zer. Ale przecież możliwość ta opiera się na życiowym braku odpowiedzialności myśliciela: jest on zawczasu przekonany, że to, co stworzy, nie będzie weryfikowane przez życie, i dlatego ewentualna fantastyczność nie zostanie zdemaskowana przez rzeczywiste potrzeby żywego człowieka. Taki myśliciel nie ma wpływu na świat; wybrawszy ulubiony kawałek życia, idzie swoją drogą gdzieś w drugą stronę od życia, i naturalnie odpowiada mu echo w tej pustce subiektywności, do której podążał. Jest sam ze sobą. Ale będąc tylko takim, myślowo odwróciwszy się od człowieczeństwa, znajduje się również poza sobą, poza samym sobą, ponieważ jako człowiek, nie może odejść od ludzkiej natury, a co za tym idzie, również od związku z ludzkością. Ale owa pozaludzka subiektywność w pewnym dziwnym nieporozumieniu sama obwołuje się obiektywnością (sama!), powoduje u myśliciela rozdwojenie świadomości, dlatego jako myśliciel, myśli i mówi on odwrotnie w stosunku do tego, co myśli i mówi jako człowiek. Z katedry odrzuca tę miarę, którą – jako jedyną – mierzy życie w swej istocie i która daje mu siły życiowe także do działania właśnie na tej katedrze.

Współczesny człowiek prowadzi podwójną buchalterię. Miała ona jeszcze jakiś sens, dopóki dopuszczano późnośredniowieczną naukę o podwójnej prawdzie[5], kiedy ludzie wierzyli w naukę jak w prawdę. Ale właśnie ta ostatnia została całkowicie zrujnowana przez kantyzm, pozytywizm, fenomenalizm, empiriomonizm, pragmatyzm oraz inne samooceny naukowej myśli, która nie jest i nie rości sobie prawa do bycia prawdą, ale chce być udogodnieniem i pomocą. Jeśliby prawda, choćby i najsurowsza, poniżała mnie i moje miary – to ja, człowiek, zmuszony jestem do uniżenia i uniżam się. Ale mówią mi, żebym nie polegał na prawdzie. Tak użytecznie i wygodnie?... Już wy mnie, człowiekowi, pozwólcie sądzić samemu, co mnie jest potrzebne i co mnie jest wygodne. I proszę, nie obdarowujcie mnie wygodami na siłę. Być może wasz bajkowy dom dla wielkoludów byłby dla nich wygodny, ale to ich sprawa. W prawdziwym życiu mnie i moim bliskim – a bliscy mi są ze względu na swe człowieczeństwo wszyscy ludzie – to mieszkanie zupełnie nie odpowiada; kto ma zatem decydować, czy jest mi wygodnie, czy niewygodnie, jeśli nie ja sam? Nauka, strącona przez swych zwolenników z tronu prawdziwości, która mimo wszystko kontynuuje nadworną etykietę prawdziwości, jest albo śmieszna, albo szkodliwa. Jako człowiek, zdecydowanie nie widzę podstaw, aby dręczyć siebie chińskimi ceremoniami, które zdają się umowne i istotnie ze względów poznawczych nie wnoszą niczego; nauczyć się ich nie mam ani czasu, ani sił, tym bardziej że życie przecież nie stoi w miejscu, ale potrzebuje ciągłej uwagi i wysiłku. A przeżyć życie to przecież nie jest przejść przez pole. I tak, we wniosku, ja, człowiek lat czterdziestu, w XX wieku powiem, że nie biorę na siebie ciężaru wejścia w wasze pasywne kontrowersje czynienia jakichkolwiek wyborów i ulepszeń. Być może wasze dzieła w pewnym sensie są wspaniałe, tak jak w swoim czasie wspaniała była etykieta na dworze Króla-Słońce. Ale co mnie do waszych i wersalskich wspaniałości? Rzecz moja jest maleńka, moje krótkie życie i moja człowiecza miara; i bez złości i gniewu, siłą rzeczy, siłą potrzeb życia, uświadomiwszy sobie życiową odpowiedzialność, po prostu odchodzę od życia – od życia-zabawy, i żyję po swojemu. Coś niecoś, oczywiście, pozostaje w moim gospodarstwie, być może nawet będzie to przeze mnie przyswojone: ale większa część tej cywilizacji, niczym upadający system, na przestrzeni niewielu pokoleń będzie albo całkiem zapomniana, albo pamiętana jako przeżytek, być może o charakterze rytualnym, ale do niczego nie zobowiązujący – jak bruderszaft, przeżytek wspólnoty krwi. Podstawowe koryto życia będzie płynąć obok tego, co jeszcze nie tak dawno uznawane było za wielki skarb cywilizacji. Był kiedyś bardziej złożony i wspaniale opracowany system magicznego światopoglądu, który jakością swego wykończenia nie ustąpiłby miejsca ani scholastyce, ani scjentyzmowi; i był rzeczywiście wspaniały system chińskich ceremonii, jak i nie mniej wspaniały talmudyzm. Ludzie uczyli się i męczyli przez całe życie, zdawali egzaminy, otrzymywali stopnie naukowe, zdobywali sławę... a potem resztki magii starożytnego Babilonu gnieżdżą się w jakiejś głuchej izbie na wpół normalnej znachorki itd. Nawet najwięksi znawcy starożytności tylko mgliście-mgliście odnajdują pewne pojedyncze części owych wielkich tworów, nie uświadamiając sobie jednak ich wewnętrznego sensu i celu, choć niewykluczona jest możliwość, że gdzieś i kiedyś owe twory powrócą.

 

Lecz dziś zapomniał o nich świat...[6]

Taka jest przyszłość odrodzeniowej nauki, ale jeszcze bardziej ostra, bardziej bezlitosna, na ile i ona była bezlitosna dla człowieka.

przełożyła Paulina Sury

Tekst jest ostatnim, podsumowującym rozdziałem pierwszej części książki У водорозделов мысли.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?