Aloha, Scooby-Doo!

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Aloha, Scooby-Doo!
Aloha, Scooby-Doo!
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 29,98  23,98 
Aloha, Scooby-Doo!
Aloha, Scooby-Doo!
Audiobook
Czyta Łukasz Lewandowski
19,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

Aloha, Scooby-Doo!

Żaden fragment książki nie może być powielany ani reprodukowany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-66620-92-6

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90

50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Opracowanie wersji elektronicznej

Anton Gaitanzhy – WhiteLabel 2020

Wrocław 2020

Spis treści

rozdział 1

rozdział 2

rozdział 3

rozdział 4

rozdział 5

rozdział 6

rozdział 7

rozdział 8

rozdział 9

rozdział 10


Rozdział 1

W piękne, słoneczne popołudnie w hawajskim miasteczku Hanahuna ogromne fale rozbijały się o piaszczysty brzeg. Na plaży trenowali surferzy – przygotowywali się do nadchodzących zawodów, mających wyłonić Wielkiego Kahunę – mistrza surfingu. Co roku najlepsi zawodnicy pływali po falach, marząc o zdobyciu zaszczytnego tytułu.

Ubiegłoroczny zwycięzca zawodów, Manu, wyszedł z wody, niosąc deskę. Jego dziewczyna, Snooki, przywitała go gorącym całusem.

– Jesteś najlepszy, ukochany!

Podszedł do nich Mały Jim – duży, umięśniony miejscowy surfer – i zaczął narzekać.

– Po jakiego groma tylu obcych przystępuje do tegorocznego konkursu?! Skończy się na tym, że duchy wyspy wpadną w gniew.

Grupa surferów z Kalifornii usłyszała ten komentarz i jeden z nich odpowiedział Małemu Jimowi:

– Wasza gadka o duchach to ściema. Nie damy się tak łatwo nabrać!

Po czym wzięli deski i z radosnym okrzykiem wskoczyli do wody.

Manu, Snooki i Mały Jim zostali na plaży i przyglądali się popisom Kalifornijczyków. Manu szybko się znudził, więc wziął swoją deskę i odszedł do sklepu dla surferów, zostawiając na plaży Małego Jima i Snooki.

Nagle z pobliskiego wulkanu Pulanana dobiegł donośny huk. Zaczęło się z niego dymić, ziemia się zatrzęsła i z lasu tropikalnego, tuż przy plaży, dobiegł jakiś okropny wrzask.

Snooki i Mały Jim odwrócili się w kierunku lasu, gdzie mnóstwo przeraźliwych, wysokich głosów wyśpiewywało dziwne słowa.

– Wiki-Tiki! Wiki-Tiki!

Po chwili Snooki odskoczyła ze strachu przed stworzeniem, które wybiegło z krzaków. Miało zaledwie metr, ale jego twarz była przerażająca, przypominała maskę z ostrymi kłami. Potworek ubrany był w spódnicę z trawy, groził mieczem i wykrzykiwał:

– Wiki-Tiki!

Za pierwszym potworkiem pojawił się następny, a za nim kolejne, po chwili cała plaża była nimi wypełniona!

Uzbrojone w miecze, pałki i siekierki wykrzykiwały:

– Wiki-Tiki!

Mały Jim odwrócił się w stronę Snooki i zobaczył, jak sześć potworków biegnie w jej kierunku.

– Snooki! Uważaj! – krzyknął ostrzegawczo.

Snooki usłyszała ostrzeżenie i zaczęła uciekać przed potworkami, lecz potknęła się, upadła i dostała się w ich łapy.

– Aaa! – krzyczała Snooki, walcząc z napastnikami. – Zostawcie mnie! Pomocy! Ratunku!

Mały Jim biegł jej z pomocą, ale potworki były szybsze. Porwały dziewczynę i uciekły z nią do lasu.

Słychać było tylko oddalający się krzyk Snooki.

– Ratuuunku!

Gdy Manu usłyszał jej głos, wybiegł ze sklepu.

– Co się stało? Gdzie jest Snooki?

Mały Jim drżał ze strachu i wskazywał na las.

– Po-po-porwały ją! Małe demony Tiki… to klątwa… klątwa Wiki-Tiki!


Rozdział 2

– To ciekawe. Wygląda na to, że wszyscy mieszkańcy Hanahuny w jednym momencie opuszczają miasteczko – rzekł Fred Jones.

Tajemnicza Spółka rozpoczynała właśnie wakacje na Hawajach. Detektywi przyjechali do Hanahuny na zawody surfingowe. Zatrzymali się przed miastem, żeby zrobić zdjęcia, i nagle zauważyli, że od strony Hanahuny jedzie mnóstwo ludzi.

– Niemożliwe, żeby im się nie podobało – rzekła Velma Dinkley, zaglądając do przewodnika. – W przewodniku dają Hanahunie cztery gwiazdki za urok.

Surfer, który wyjeżdżał z Hanahuny na rowerze, usłyszał ich zdziwione głosy i zatrzymał się na chwilę, żeby wyjaśnić całą sytuację.

– A ja daję Hanahunie aż pięć gwiazdek w kategorii najbardziej odrażającego miejsca. Upiorne demony Tiki atakują. Zmywam się stąd! – rzucił, odjeżdżając.

Scooby-Doo i Kudłaty wtulili się w siebie ze strachu. To miały być wakacje! Nie mieli zamiaru spotykać upiorów na Hawajach. W ogóle nie mieli zamiaru spotykać upiorów.

– To musi być jakiś żart. Nie wierzę w żadne demony w Hanahunie – rzekła Velma.

– Cokolwiek to jest, proponuję to zbadać – odpowiedział jej Fred.

– Chwila! Moment! Jakieś upiorzyska najeżdżają Hanahunę, a ty proponujesz to zbadać?! Ja proponuję, żebyście przysłali nam stamtąd pocztówkę – powiedział Kudłaty.

Scooby całkowicie go popierał.

– Okej. Jak chcecie. Szkoda tylko, że nie będzie komu zjadać tutejszych słynnych orzeszków makadamskich. – Fred wiedział, że orzeszki bardzo przypadną Scooby’emu do smaku.

– Mmmm… pycha! Jedziemy! – Scooby-Doo szybko zmienił zdanie.

Ekipa wsiadła do wynajętego dżipa i ruszyła w kierunku Hanahuny. Gdy dojechali, zatrzymali się przy starym samochodzie dostawczym zamienionym w kiosk, z którego długowłosy mężczyzna w kolorowej koszulce i dżinsowych szortach sprzedawał pamiątkowe drobiazgi. Nad stoiskiem widniał napis: JARED MOON – PAMIĄTKI.

– Może ten człowiek nam coś wyjaśni – powiedziała Daphne Blake.

– Dziś promocja! – wykrzykiwał sprzedawca. – Nie dajcie zrobić z siebie ofiary! Strzeżcie się groźnego Wiki-Tiki, kupując moje amulety! Wiki! Amulety Wiki uchronią was od zła!

– Witamy! Czy pan Jared Moon? – zapytał go Fred.

– Tak jest. Zapraszam! – odparł Jared.

Fred podniósł amulet Wiki, który wyglądał na miniaturkę maski hawajskiej.

– Co to jest?

– Amulet. Chroni przed Wiki-Tiki – wyjaśnił Jared.

– A co to takiego: Wiki-Tiki? – zapytała Velma.

Jared wskazał na wulkan w dali.

– Wiki-Tiki to prastary demon, który zamieszkuje wulkan Pulanana.

– Prastary… de-demon? – wyjąkał Kudłaty.

– Mówią, że ma dziesięć tysięcy lat, może rok mniej albo więcej… i że od czasu do czasu należy go zaspokoić.

– Zaspokoić? Ale jak? – spytał Fred.

Wtedy odezwał się czyjś głos:

– Ludzką ofiarą – odpowiedział Manu.

– L-l-l-udzką o-f-f-fiarą? – Kudłaty ze strachu wskoczył w ramiona Scooby’ego.

– Niestety tak. Według legendy mieszkańcy tej wyspy, chcąc udobruchać Wiki-Tiki, niegdyś złożyli mu żywą ofiarę: rzucili do wulkanu człowieka – tłumaczył Manu.

– Chwileczkę! – przerwał mu Fred. – Czytałem o tobie w czasopiśmie „Surf Rider”! Jesteś Manu Taiama, Wielki Kahuna z Hanahuny! Ale bomba!

– Niestety, od niedawna surfing mało mnie obchodzi – rzucił Manu ze smutkiem.

– To zrozumiałe, skoro porwali twoją dziewczynę i pewnie wrzucą ją do wulkanu – powiedział Mały Jim, podchodząc do grupy.

Manu spojrzał na kolegę ze złością.

– Wybacz, Manu, ale to fakt. Wiki-Tiki wysłał swoje diabelskie Tiki, żeby nas ostrzec. A one porwały Snooki.

– Jesteście tego pewni? – zapytała Daphne.

– Plaża była pełna świadków. Szukaliśmy jej po całej wyspie… i nic.

– To dlatego wszyscy uciekają z Hanahuny – podsumowała Velma.

W tej samej chwili podeszła do grupy rudowłosa kobieta w hawajskiej koszulce i ciepło uścisnęła dłoń Freda.

– Aloha! Jestem Molly Quinn, burmistrz Hanahuny. Zapewniam was, że Hanahuna jest całkowicie bezpieczna. Zostańcie do wieczornych uroczystości i sami się o tym przekonajcie. Agencja nieruchomości organizuje wielką imprezę. W tym wyżerka za friko! Zapraszam!

– Wypowiedziałaś magiczne słowa! – skwitował Kudłaty, a Scooby szybko przytaknął kiwnięciem głowy.


Rozdział 3

 

Kiedy Tajemnicza Spółka pojawiła się na wieczornej imprezie, okazało się, że – pomimo wyjazdu wielu ludzi – na wyspie pozostało jeszcze sporo turystów i tubylców.

Na plaży widać było dekoracje: paliły się pochodnie, wisiały maski hawajskie i sieci rybackie. Ludzie tańczyli do rytmu wystukiwanego na miejscowych bębenkach. Stoły były przepełnione jedzeniem, które natychmiast przyciągnęło Scooby’ego i Kudłatego. Obaj zaczęli wcinać pokrojone w kosteczki ananasy.

– Hm. Darmowe jedzenie – mówiła do siebie Velma, widząc kolegów rozkoszujących się owocami. – Ciekawe, czy jest tu jakiś haczyk…

– Zero haczyka – odparł uśmiechnięty mężczyzna w hawajskiej koszuli, z ogromnym złotym zegarkiem na ręce. – Jestem Ruben Laluna, właściciel Agencji Laluna – największego biura nieruchomości w Hanahunie. Dzisiejsza imprezka to mój pomysł, by powitać gości na naszej wyspie. Przy okazji zaplanowałem prezentację niespotykanej oferty mojej firmy.

Fred podszedł do Manu i Małego Jima, którzy też przyszli na imprezę. Po chwili dołączyły do nich Velma i Daphne.

– Czy ktoś kiedyś widział tego Wiki-Tiki? – zapytała Velma.

– Nie trzeba widzieć Wiki-Tiki, żeby w niego wierzyć – odpowiedział Manu.

– I wiedzieć, że jest wkurzony, że tylu obcych surfuje na naszych wodach! – dodał Mały Jim.

W tej chwili przeszedł obok nich Ruben Laluna: rozdawał gościom broszury dotyczące sprzedaży nieruchomości na wyspie. Mały Jim rzucił mu piorunujące spojrzenie.

– I że są tacy, którzy wykorzystują piękno naszej wyspy jedynie dla własnego zysku! – powiedział ze złością.

– Nie po raz pierwszy Wiki-Tiki przemawia do ludzi – zaczął opowieść Manu. – W 1815 roku przybił do naszych brzegów portugalski statek El Guerrero. Kiedy kolonizatorzy wylądowali na plaży, Wiki-Tiki się wściekł i wybuchł wulkan Pulanana.

– Rozumiem, że można się wkurzyć z powodu inwazji, ale naprawdę nie wiem, dlaczego demon ma problem z zawodami surfingowymi – nie kryła zdziwienia Velma.

– Powiedziałabym, że mamy do czynienia z przewrażliwionym demonem – podsumowała Daphne.

Tymczasem Ruben Laluna głośno zapowiedział rozpoczęcie tańca hula. Podczas tańca wniesiono na plażę stół, na którym stał model osiedla mieszkaniowego.

– Moi drodzy, zapewne każdy z was marzył niegdyś o mieszkaniu we własnym raju. Jestem pewien, że zachwycicie się moim nowym osiedlem…

Nagle ziemia zaczęła się trząść. Wszyscy spojrzeli na wulkan Pulanana, który dymił i strzelał ogniem.

Ludzie wpadli w panikę.

– Kochani, nie panikujcie! – uspokajał ich Laluna.

SZSZSZSZ!

Mała włócznia przeleciała obok nosa Rubena. Tuż za nim zaszeleściły drzewa i krzaki. W lesie coś się ruszało!

Jeden z gości wskazał na las.

– Znowu te wstrętne Tiki! – zawołał.

Małe demony Tiki uzbrojone w miecze, siekierki i pałki z krzykiem wybiegły z lasu.

– Wiki-Tiki! Wiki-Tiki!

Zapanował ogólny chaos. Goście rozbiegli się na wszystkie strony.

Mały potwór wskoczył na jedną z chat i podpalił jej słomiany dach.

– O rety! – przeraziła się Velma.

Inny Tiki siekierką przeciął jakiś kabel, z którego poleciały iskry.

– O mamciu! – zawołała Daphne, którą otoczyła grupa Tiki. Potworki chwyciły ją i próbowały wynieść w ten sam sposób, co wcześniej Snooki.

– Hej! – zawołał Fred, widząc koleżankę w tarapatach.

Daphne postanowiła się bronić. Zdjęła z szyi lei, swój hawajski naszyjnik, i użyła go jako lassa. Udało jej się owinąć naszyjnikiem kostkę jednego z potworków Tiki. Potworek przewrócił się, a reszta jego pobratymców upadła na niego. Gdy się podnieśli, zaczęli przeraźliwie wrzeszczeć i uciekać w las.

– Nie myślcie, że tak łatwo wam będzie wrzucić mnie do wulkanu! – zawołała Daphne za potworkami.

– Nic ci nie jest? – spytał Fred, podbiegając do niej razem z Velmą.

– Chyba wszystko w porządku. Ale spójrzcie! Zgubili coś!

W świetle księżyca detektywi zauważyli leżący na plaży naszyjnik z małych różowych muszelek.

Manu i Mały Jim podbiegli do nich.

– To naszyjnik Snooki! – zawołał Manu.

Fred stracił cierpliwość.

– Tiki terroryzują całą wyspę. Musimy coś z tym zrobić.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?