MuzykofiliaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Oliver Sacks

Muzykofilia. Opowieści o muzyce i mózgu


Tytuł oryginału

Musicophilia Tales of Music and the Brain ISBN 978-83-8202-173-8 Copyright © 2007, 2008 by Oliver Sacks All rights reserved Copyright © 2009 by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań Grateful acknowledgment is made to Hal Leonard Corporation for permission to reprint an excerpt from ”Music”, words and music by Carole King, copyright © 1971 (renewed 1999) by Colgems-EMI Music Inc. All rights reserved. International copyright secured. Reprinted by permission of Hal Leonard Corporation. Opracowanie graficzne okładki PANOKO Przemysław Hajek Opracowanie graficzne i techniczne Jarosław Szumski Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla Orrina Devinsky’ego, Ralpha Siegla i Connie Tomaino

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Przedmowa

Jakiż to dziwny widok: cały wielki gatunek — miliardy ludzi — zajmuje się tym, co nazywa „muzyką”, budując wyzbyte sensu konstrukcje dźwiękowe i słuchając ich. Była to jedna z tych rzeczy, które zainteresowały niezwykle inteligentnych przybyszów z Kosmosu, Nadzorców, w powieści Arthura Clarke’a Koniec dzieciństwa. Ciekawość sprowadziła ich na Ziemię, gdzie grzecznie wysłuchali do końca koncertu, a następnie pogratulowali kompozytorowi „wielkiej pomysłowości”, chociaż cała impreza wydała się im absolutnie tajemnicza. Nie mogli dociec, co się dzieje z ludźmi, kiedy grają muzykę czy jej słuchają, z nimi bowiem nie działo się NIC. Jako gatunek nie znali muzyki.

Możemy sobie wyobrazić dysputy Nadzorców podczas kosmicznego powrotu. Musieli przyjąć, że to dziwne coś, „muzyka”, ma jakiś istotny wpływ na ludzi, jest ważna w ich życiu, ale nie wiążą się z nią żadne pojęcia ani twierdzenia, brak w niej obrazów, symboli, materii językowej. Nie ma żadnej mocy przedstawiania, nie ma żadnego koniecznego powiązania ze światem.

Niekiedy zdarzają się ludzie, którym podobnie jak Nadzorcom brak odpowiednich układów neuronowych, aby mogli oceniać dźwięki czy melodie, ale dla większości z nas muzyka ma wielką moc niezależnie od tego, czy jej celowo poszukujemy, czy uważamy się za „muzykalnych”. To upodobanie w muzyce — czyli muzykofilia — przejawia się już u bardzo małych dzieci, ma istotne znaczenie w każdej kulturze i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa jest specyficznie ukształtowane przez kultury, w których żyjemy, przez okoliczności życia, przez specyficzne jednostkowe uzdolnienia lub ich brak, ale samo ono wydaje się tak głęboko zakorzenione w ludzkiej naturze, iż chce się je uznać za wrodzone, tak jak za wrodzoną nam E.O. Wilson uważa biofilię — nasze upodobanie do żywych istot. (A może w ogóle muzykofilia jest tylko pewną postacią biofilii, skoro odczuwa się muzykę jak żywą istotę?).

Ponieważ śpiew ptasi ma oczywistą funkcję adaptacyjną (w zalotach jako narzędzie agresji czy wytyczanie terytorium), nie dziwi więc jego względnie stała struktura i względnie jednoznaczne osadzenie w systemie nerwowym ptaków (aczkolwiek zdarzają się przypadki ptasich improwizacji czy duetów). O wiele trudniej zrozumieć źródła ludzkiej muzyki. Darwin z niekłamanym zdziwieniem pisał w O pochodzeniu człowieka: „Skoro zaś ani zamiłowanie, ani zdolność do wytwarzania tonów muzycznych nie są właściwościami oddającymi najmniejszą nawet przysługę człowiekowi w jego codziennym trybie życia, musi się je zaliczyć do zdolności najbardziej tajemniczych, w które człowiek jest wyposażony”1. W znacznie bliższych nam czasach Steven Pinker pisze: „Jakie mogą być korzyści ze zużywania czasu i energii na wytwarzanie dźwięcznego hałasu? [...] Jeśli chodzi o biologiczną przyczynę i skutek, muzyka jest bezużyteczna. [...] Muzyka mogłaby przestać istnieć, a nasz tryb życia praktycznie pozostałby niezmieniony”2. On sam wprawdzie jest bardzo muzykalny i na pewno życie bez muzyki bardzo by dla niego zubożało, nie sądzi jednak, by muzyka czy jakakolwiek inna sztuka były bezpośrednim efektem ewolucyjnej adaptacji. W artykule z 2007 roku pisał:

Wiele ze sztuk może nie mieć w ogóle żadnej funkcji adaptacyjnej. Mogą być produktami ubocznymi dwóch innych czynników: systemów motywacyjnych, które wzbudzają w nas przyjemność, gdy doświadczamy sygnałów wiążących się z efektami adaptacyjnymi (bezpieczeństwem, seksem, uznaniem, bogatym informacyjnie otoczeniem), oraz technicznej biegłości, którą nabywa się przy tworzeniu tych sygnałów w bardziej czystej i skoncentrowanej postaci.

Podobnie jak inni, także Pinker uważa, że nasze muzyczne uzdolnienia — a przynajmniej niektóre z nich — stały się możliwe dzięki wykorzystaniu czy dokooptowaniu układów mózgowych, które wcześniej wyłoniły się dla innych celów. Może się to wiązać z faktem, że nie ma w ludzkim mózgu jednego „centrum muzycznego”, lecz w związku z muzyką uruchamianych jest kilkanaście sieci rozproszonych po całym mózgu. Stephen Jay Gould, który pierwszy podjął skomplikowany problem zmian nieadaptacyjnych, skłonny jest w tym przypadku mówić o egzaptacjach — a nie adaptacjach — a jako jeden z najlepszych przykładów egzaptacji przytacza muzykę. (William James miał najpewniej właśnie coś takiego na myśli, kiedy pisał, że nasza wrażliwość na muzykę, podobnie jak inne aspekty „wyższego życia estetycznego, moralnego i intelektualnego”, dostały się do naszego mózgu „tylnymi schodami”).

Niezależnie od tego, w jak wielkim stopniu zdolności muzyczne i wrażliwość na muzykę są zaprogramowane w naszym mózgu, czy też na ile są produktami ubocznymi innych władz i skłonności, muzyka w każdej kulturze odgrywa rolę fundamentalną i centralną.

My, ludzie, jesteśmy gatunkiem w nie mniejszym stopniu muzycznym niż mówiącym. Owa muzyczność przybiera różne formy. Większość z nas (z bardzo nielicznymi wyjątkami) potrafi odbierać muzykę, rozpoznawać tony, ich dźwięk, stosunki wysokości, kontury melodyczne, harmonię i (w bardziej może elementarnym stopniu) rytm. Zestrajamy wszystkie te elementy i „konstruujemy” w naszym mózgu muzykę, wykorzystując do tego różne obszary mózgu. A do tej strukturalnej oceny muzyki — w dużej mierze nieświadomej — często dołącza się bardzo intensywna i emocjonalna reakcja. „Niewyrażalna intymność wszelkiej muzyki — pisał Schopen­hauer — w pełni zrozumiała, a jednak tak niewytłumaczalna, polega na tym, że oddaje ona wszystkie poruszenia naszej najgłębszej istoty, lecz w sposób całkiem nierzeczywisty i pozbawiony udręki [...] Muzyka wyraża zawsze jedynie kwintesencję życia i jego procesów, a nie życie i procesy same”3.

Jednak słuchanie muzyki to nie tylko zdarzenie dźwiękowe i emocjonalne, ale także motoryczne. „Nasze zdolności są wysubtylizowane ze zdolności pełniejszych — pisze Nietzsche — ale i dziś jeszcze słucha się muzyki mięśniami”4. Dostosowujemy się do muzyki, nawet jeśli zupełnie bezwiednie, nasze miny i gesty odzwierciedlają jej „narrację”, a także myśli i uczucia, jakie wywołuje.

Wiele z tego, co się dzieje podczas słuchania muzyki, zajść może także wtedy, gdy tylko „gra nam ona w głowie”. Przypominanie sobie muzyki nawet u ludzi niespecjalnie muzykalnych dość wiernie oddaje nie tylko dźwięk i nastrój całości, ale także wysokość dźwięków i stosunki czasowe. Do tego dołącza się jeszcze niezwykła trwałość muzycznych wspomnień, tak że wiele z tego, co usłyszeliśmy we wczesnym dzieciństwie, pozostaje „wyryte” w mózgu do końca życia. Nasz układ słuchowy i nerwowy znakomicie nadaje się do muzyki. W jakiej mierze wiąże się to z cechami samej muzyki — z jej zawiłymi wzorcami dźwiękowymi zorganizowanymi w czasie, z jej logiką, impetem, upartymi sekwencjami, natrętnymi rytmami, tajemniczym sposobem, w jaki ucieleśnia uczucia i „wolę” — a w jakiej ze specyficznymi rezonansami, synchronizacjami, oscylacjami, wzajemnymi pobudzeniami i sprzężeniami zwrotnymi w nieprawdopodobnie skomplikowanych, wielopoziomowych obwodach nerwowych, które leżą u podstaw percepcji muzyki i jej odtwarzania — tego wszystkiego jeszcze nie wiemy.

Jednak ta cudowna machineria — być może właśnie z powodu swej zawiłości i rozległości — łatwo ulega najróżniejszym deformacjom, przerostom i awariom. Zdolność odbierania (czy wyobrażania sobie) muzyki może zostać zakłócona przez pewne uszkodzenia mózgu i jest wiele typów takiej amuzji. Z drugiej strony zdarza się, iż wyobraźnia muzyczna staje się nadmierna, wymyka się spod kontroli, co powoduje natrętne powtarzanie się jakiejś melodii, a nawet muzyczne halucynacje. U niektórych osób muzyka wywołuje napady padaczkowe. Zdarzają się pewne neurologiczne defekty, „uszczerbki biegłości”, które dotykają zawodowych muzyków. Bywa, iż zostają zakłócone normalne związki czynników intelektualnych i emocjonalnych, a wtedy ktoś zupełnie poprawnie odbiera muzykę, ale pozostaje całkowicie obojętny, albo też przeciwnie — jest niesłychanie poruszony, lecz nie potrafi zrozumieć, co takiego słyszy. Wiele osób — zdumiewająco nawet wiele — podczas słuchania muzyki doznaje najróżniejszych wrażeń zmysłowych: barwnych, zapachowych, smakowych i innych, ale taka synestezja wydaje się bardziej darem niż upośledzeniem.

 

William James mówił o naszej „podatności na muzykę” i chociaż oddziałuje ona na nas wszystkich — uspokaja, pobudza, kontentuje, podnieca, koordynuje nasze działania podczas pracy i zabawy — szczególnie wielki może się okazywać jej potencjał przy leczeniu pacjentów z różnymi schorzeniami neurologicznymi. Osoby takie mogą bardzo silnie i bardzo swoiście reagować na muzykę (czasami na niewiele więcej). Niekiedy chodzi o rozległe zaburzenia w korze mózgowej spowodowane przez wylewy, chorobę Alzheimera albo inne przypadki demencji, a niekiedy o jej charakterystyczne uszkodzenia, które powodują utratę zdolności językowych lub ruchowych, amnezję, czasami upośledzenie płatów czołowych. Niektórzy pacjenci są zapóźnieni w rozwoju, niektórzy — autystyczni, inni natomiast mają zaburzenia podkorowe, cierpią więc na chorobę Parkinsona czy inne zakłócenia sprawności ruchowej. Niewykluczone, że w tych schorzeniach i wielu innych pomocna może się okazać terapia muzyczna.

Pierwszy impuls do myślenia i pisania o muzyce pojawił się u mnie w 1966 roku, kiedy obserwowałem silne oddziaływanie muzyki na pacjentów z bardzo rozwiniętą chorobą Parkinsona, co przedstawiłem później w Przebudzeniach. Od tego czasu na wiele sposobów, których najpewniej nie jestem nawet w stanie wyliczyć, muzyka nieustannie zaprzątała moją uwagę, pokazując, jak oddziałuje na niemal każdy aspekt funkcjonowania móz­gu — i na niemal każdy aspekt życia.

„Muzyka” to hasło, którego jako jednego z pierwszych szukałem w indeksie każdej nowej publikacji neurologicznej lub fizjologicznej. Niemal zawsze jednak szukałem na próżno aż do roku 1977, gdy ukazała się książka Macdonalda Critchleya i R.A. Hensona Music and The Brain, pełna przykładów historycznych i klinicznych. Być może informacji o schorzeniach „muzycznych” jest tak niewiele, ponieważ lekarze rzadko pytają pacjentów o zakłócenia w odbiorze muzyki (podczas gdy na przykład problemy językowe natychmiast same by się zademonstrowały). Inną przyczyną tego stanu rzeczy może być to, że neurolodzy lubią wyjaśniać, wskazując prawdopodobne mechanizmy — a przed rokiem 1980 nie istniała neurologia muzyki. Sytuacja ta bardzo się zmieniła w ostatnich dwóch dekadach, gdyż teraz dzięki nowym technikom możemy obserwować życie mózgu także wtedy, gdy ludzie słuchają muzyki, wyobrażają ją sobie, czy nawet gdy ją komponują. Dzisiaj mamy już wielką i nieustannie rosnącą liczbę prac o neurologicznej podstawie muzycznej percepcji i wyobraźni, a także zawiłych i często całkowicie zaskakujących zaburzeniach z nimi związanych. Te nowe obszary neurologii są niebywale pasjonujące, zawsze jednak istnieje niebezpieczeństwo, że można przeoczyć prostsze sposoby obserwacji, opis kliniczny zaś jest zbyt powierzchowny, gdyż pomija całe bogactwo kontekstu ludzkiego.

To oczywiste, że potrzebne są oba podejścia i że „staromodne” obserwacje i opisy trzeba łączyć z najnowszymi technikami, co starałem się robić w tej książce. Ale przede wszystkim starałem się słuchać moich pacjentów, wyobrażać sobie ich doświadczenia oraz wczuwać się w nie — i to właśnie stanowi zasadniczy trzon niniejszej książki.

1 K. Darwin, Dzieła wybrane, t. V: Dobór płciowy, tłum. K. Zaćwilichowska, Warszawa 1960, s. 381. Drugą i trzecią część O pochodzeniu człowieka w polskiej edycji opublikowano jako Dobór płciowy. (Przypisy oznaczone asteryskiem pochodzą od tłumacza).

2 S. Pinker, Jak działa umysł, tłum. M. Koraszewska, Warszawa 2002, s. 571.

3 A. Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, tłum. J. Garewicz, Warszawa 1994, t. I, s. 404, 407-408.

4 F. Nietzsche, Wola mocy, tłum. S. Frycz, K. Drzewiecki, Warszawa 1984, s. 414.

Część I – Nawiedzeni przez muzykę
1. Grom z jasnego nieba: nagła muzykofilia

Tony Cicoria, sprawny i krzepki czterdziestodwulatek, w college’u grał w reprezentacji futbolowej, a potem został cenionym chirurgiem ortopedą w niewielkim miasteczku w stanie Nowy Jork. Pewnego jesiennego popołudnia miał rodzinną uroczystość w restauracji nad jeziorem. Była ładna pogoda, wiał lekki wietrzyk, chociaż widząc kilka chmur na horyzoncie, Cicoria uznał, że zanosi się na deszcz.

Wyszedł do automatu na zewnątrz restauracji, aby zadzwonić do matki (było to w roku 1994, zanim nastała epoka telefonów komórkowych). Dokładnie pamięta każdy szczegół tego, co potem nastąpiło.

„Rozmawiałem z matką. Zaczęło lekko kropić, w oddali zagrzmiało. Matka się rozłączyła. Byłem jakąś stopę od telefonu, kiedy zostałem porażony piorunem. Pamiętam błysk, iskrę, która trysnęła mi w twarz, a ja odleciałem”. Na chwilę się zawahał. „Potem leciałem przed siebie. Widziałem swoje leżące na ziemi ciało i pomyślałem: »O cholera, umarłem«. Wokół ciała zgromadzili się ludzie. Kobieta, która czekała w kolejce do telefonu, nachyliła się nade mną i udzielała mi pierwszej pomocy. [...] Pofrunąłem w górę schodów; świadomość podążyła za mną. Zobaczyłem dzieci i pomyślałem, że wszystko będzie z nimi w porządku. Potem spowiło mnie jasnoniebieskie światło [...] miałem wspaniałe uczucie błogości i spokoju. Przed oczyma stanęły mi wszystkie moje wzloty i upadki, żadnych przy tym złych emocji, samo czyste myślenie, i ekstaza. Poczułem przyspieszenie, wzlot [...] był pęd i kierunek. »To najwspanialsze wrażenie, jakiego kiedykolwiek doznałem«, pomyślałem. I wtedy: BUCH! Wróciłem”.

Doktor Cicoria wiedział, że jest znowu w swoim ciele, gdyż teraz czuł ból. Paliła go twarz i lewa stopa — miejsce wejścia i wyjścia ładunku elektrycznego — powiedział sobie, że boleć musi tylko ciało. Nie chciał w nie wracać, chciał powiedzieć kobiecie, aby przestała go ratować, ale było już za późno. Znowu był osadzony w ciele. Kiedy po minucie czy dwóch odzyskał mowę, powiedział: „Już w porządku; jestem lekarzem”. „Kilka minut temu pan nie był”, odparła kobieta — jak się okazało, pielęgniarka z oddziału intensywnej terapii.

Na miejscu zaraz zjawiła się policja, chcieli wezwać karetkę, ale Cicoria się sprzeciwił, więc odwieźli go do domu („zdawało mi się, że to trwa godzinami”), dokąd sam wezwał kardiologa. Ten na widok Cicorii pomyślał, że na chwilę musiało mu stanąć serce, ale ani osłuchanie, ani EKG nie ujawniły żadnych nieprawidłowości. „Przy takich zdarzeniach na dwoje babka wróżyła: albo giniesz, albo żyjesz sobie dalej”. Nie sądził, by porażenie piorunem miało jakieś poważne konsekwencje dla Cicorii.

Ten skontaktował się też z neurologiem; czuł się jakiś ospały (coś u niego niezwykłego), miał także kłopoty z pamięcią, zapominał nazwiska znajomych. Zrobiono EEG, rezonans magnetyczny, ale i one niczego nie wykazały.

Po kilku tygodniach powróciła mu dawna energia; Cicoria poszedł z powrotem do pracy. Utrzymywały się kłopoty z pamięcią — od czasu do czasu nie mógł sobie przypomnieć nazw rzadkich chorób czy technik medycznych — ale sprawności chirurgiczne pozostały nienaruszone. Po dalszych dwóch tygodniach z pamięcią było już wszystko w porządku, uznał więc, że sprawa skończona.

To, co potem nastąpiło, jeszcze dwanaście lat później napełnia Cicorię zdumieniem. Wydawało się, że zasadniczo życie toczy się jak dawniej. „Nagle nawiedziło mnie nieodparte pragnienie słuchania muzyki fortepianowej”.Było to o tyle paradoksalne, że chociaż miał w dzieciństwie kilka lekcji gry na pianinie, to zupełnie go nie wciągnęły. Nie miał w domu pianina, jeśli słuchał czegoś, to najchętniej rocka.

Teraz zaczął na potęgę kupować płyty z utworami fortepianowymi; szczególnie zagustował w nagraniach Władimira Aszkenazego z jego ulubionymi utworami Chopina: Polonezem A-dur (zw. „wojskowym”), Etiudą a-moll („Zimowy wiatr”), Etiudą C-dur („Czarny klucz”), Polonezem As-dur, Scherzem b-moll. „Wszystkie mnie zachwycały — wspomina. — Chciałem sam je grać. Zamówiłem nuty. Dokładnie wtedy jedna z naszych opiekunek do dzieci spytała, czy mogłaby przez jakiś czas przechować u nas pianino. Przyjechało, schludne, dobrze utrzymane. Cudownie, pomyślałem. Kiepsko mi szło z nutami, kiepsko z klawiszami, ale zacząłem próbować”. Trzydzieści lat minęło od dziecięcych lekcji, palce wydawały się sztywne i niezręczne.

Tymczasem w ślad za tęsknotą za muzyką fortepianową przyszła muzyka, którą Cicoria zaczął słyszeć w głowie. „Po raz pierwszy zdarzyło się to we śnie — wspomina. — W smokingu, na scenie grałem swój utwór. Zbudziłem się zdumiony, ale muzyka nadal rozbrzmiewała mi w głowie. Wyskoczyłem z łóżka i usiłowałem zapisać to, co udało mi się zapamiętać, ale właściwie nie wiedziałem, jak to zrobić”. Trudno się dziwić: nigdy wcześniej nie próbował ani komponować, ani zapisywać muzyki. Teraz jednak ilekroć zasiadał do pianina, aby popracować nad Chopinem, jego własna muzyka brała górę. „Była w niej jakaś przemożna siła”.

Nie bardzo wiedział, co począć z tą natrętną muzyką, która go nawiedzała i przytłaczała. Czyżby miał muzyczne halucynacje? Nie, sprzeciwia się doktor Cicoria, nie halucynacje, a bardziej „inspiracje”. Muzyka była gdzieś głęboko w nim — czy gdziekolwiek — a on musiał tylko ją do siebie dopuścić. „Zupełnie jak częstotliwość w odbiorniku radiowym. Wystarczy, że się otworzę, i jest. Powiedziałbym za Mozartem: »Płynie z nieba«. Jest niewyczerpana. Nigdy nie wysycha. Jeśli już, to muszę ją wyłączyć”.

Musiał się teraz zmagać nie z graniem Chopina, lecz wyrażeniem muzyki, którą miał w głowie, wypróbowywał ją na pianinie lub zapisywał na papierze. „To było okropne — opowiadał. — Budziłem się o czwartej rano i grałem aż do chwili, gdy musiałem wyjść do pracy. Kiedy wracałem, znowu na cały wieczór zasiadałem do pianina. Żona nie była tym zachwycona. Zachowywałem się jak opętany”.

I tak trzy miesiące po porażeniu piorunem Cicoria — niegdyś człowiek bez żadnych problemów, bardzo rodzinny, niemal zupełnie nieczuły na muzykę, teraz był przez nią nawiedzony, jeśli nie wręcz nią opętany, skoro nie potrafił myśleć o czymkolwiek innym. Naszła go myśl, że został „ocalony” z jakiejś racji. „Zacząłem podejrzewać — mówił — że dane mi było przeżyć tylko ze względu na muzykę”. Spytałem, czy przed wypadkiem wiele dla niego znaczyła religia. Powiedział, że wychował się w katolickiej rodzinie, ale nie był szczególnie praktykujący i miał pewne „nieortodoksyjne” przypuszczenia, na przykład o reinkarnacji.

Teraz zaczynał podejrzewać, że sam przeszedł coś w rodzaju reinkarnacji: otrzymał specjalny dar, misję, aby dostroił się do muzyki, którą tylko na pół metaforycznie nazywał „niebiańską”. Napływała „rwącym strumieniem” dźwięków nieznającym żadnej przerwy, a on musiał jej nadać kształt i formę. (Jego słowa przypomniały mi Caedmona, poetę anglosaskiego z VII wieku, prostego pasterza, który pewnej nocy miał otrzymać we śnie „dar pieśni” i resztę życia spędził, sławiąc w hymnach i poematach Boga i jego dzieło).

Cicoria nadal starał się grać na pianinie i komponować; kupił podręcznik notacji muzycznej i szybko się zorientował, że potrzebny mu jest nauczyciel muzyki. Uczęszczał na koncerty swoich ulubionych wykonawców, ale nie utrzymywał żadnych kontaktów z melomanami ze swego miasta ani z organizacjami muzycznymi — była to misja samotnicza: chodziło tylko o niego i muzykę.

Interesowałem się, czy porażenie piorunem miało jeszcze jakieś inne skutki, czy zmieniły się także inne jego gusta estetyczne, na przykład literackie. Odrzekł, że od chwili gdy znalazł się na skraju śmierci, stał się „bardzo uduchowiony”. Przeczytał wszystko, co udało mu się znaleźć na temat niemal śmiertelnych doświadczeń i porażeń piorunem. Zebrał całą kolekcję książek o Tesli, a także innych prac traktujących o straszliwym i pięknym zjawisku wysokiej elektryczności. Miewał wrażenie — co nigdy nie zdarzało mu się wcześniej — że dostrzega „aurę” światła czy energii wokół ludzkich ciał.

Minęło kilka lat, a nowa pasja Cicorii nie odstępowała go nawet na chwilę. Dalej pracował jako chirurg, ale jego głowę i serce pochłaniała teraz muzyka. Rozwiódł się w roku 2004 i w tym samym roku miał poważny wypadek motocyklowy, z którego nic nie pamiętał. Dowiedział się jednak, że jakiś inny pojazd uderzył w jego harleya; znaleziono go w rowie nieprzytomnego i ciężko poranionego: ze złamanymi kośćmi, pękniętą śledzioną, uszkodzonym płucem, stłuczeniami serca, a także poważnymi obrażeniami głowy, które odniósł pomimo kasku. Tymczasem już po dwóch miesiącach znowu był w pracy cały i zdrowy. Ani wypadek, ani kontuzja głowy, ani rozwód nie miały wpływu na jego pasję do grania i komponowania muzyki.

 

Nigdy nie spotkałem nikogo z historią tak dramatyczną jak Tony’ego Cicorii, miewałem jednak pacjentów, których podobnie nagle nawiedzały pasje muzyczne czy artystyczne, jak było na przykład z chemiczką Salimah M. Przekroczyła czterdziestkę, gdy na minutę lub krócej zaczęła doznawać „dziwnych uczuć” — znienacka pojawiało się wrażenie, że jest na znanej już wcześniej plaży, aczkolwiek zarazem w pełni się orientowała, gdzie się naprawdę znajduje, i dalej bez żadnych przeszkód prowadziła rozmowę czy kierowała autem. Czasami tym zdarzeniom towarzyszył „kwaśny posmak” w ustach. Zaskoczyły ją te doświadczenia, ale nie sądziła, by miały jakiekolwiek podłoże neurologiczne. Dopiero kiedy w lecie 2003 roku miała uogólniony napad toniczno-kloniczny, poszła do neurologa, który wykrył u niej duży guz w prawym płacie skroniowym. To właśnie napady skroniowe były odpowiedzialne za jej osobliwe przeżycia. Zdaniem lekarza guz był złośliwy (chociaż najpewniej chodziło o skąpodrzewiaka o niewielkiej złośliwości) i trzeba było go usunąć. Salimah obawiała się, że jest to właściwie wyrok śmierci; bardzo bała się operacji i jej konsekwencji, zwłaszcza że wraz z mężem usłyszeli, iż możliwe są pewne „zmiany osobowości”. Ostatecznie jednak wszystko potoczyło się dobrze, większość guza usunięto i po krótkiej rekonwalescencji Salimah mogła wrócić do pracy.

Przed operacją Salimah była bardzo drobiazgowa, bardzo przejmowała się kurzem i brudem, niekiedy, jak to określał jej mąż, porządki domowe były wręcz jej obsesją. Po operacji natomiast stała się, powtarzając jego nieco dziwne słowa (angielski nie był jego pierwszym językiem), „szczęśliwą kotką”, była teraz „uciecholubna”.

Jej zmianę natychmiast dostrzeżono w pracy. Od piętnastu lat była zatrudniona w tym samym laboratorium, gdzie bardzo ją ceniono za kompetencję i pracowitość. Nic nie straciła ze swoich zawodowych zalet, natomiast o wiele cieplej zaczęła się odnosić do innych, wykazując wielkie zainteresowanie życiem i uczuciami swoich koleżanek i kolegów. Wcześniej, ich zdaniem, „była dość zamknięta w sobie”; teraz cieszyła się zaufaniem wszystkich i to wokół niej skupiało się życie towarzyskie.

W domu mniej już przejmowała się obowiązkami. Zapominała o zawodowych problemach i chętnie wychodziła do kina czy na imprezy. W jej życiu pojawiła się też nowa miłość, nowa pasja. Dawniej nie była, jak to ujęła, „zbyt muzykalna”; jako dziewczynka grała trochę na pianinie, ale potem nigdy już do tego nie wracała. Teraz wszystko się zmieniło. Tęskniła za muzyką i koncertami, z zapałem słuchała muzyki poważnej w radiu i z płyt. Chociaż przedtem muzyka nie robiła na niej „szczególnego wrażenia”, teraz potrafiła znienacka ją porywać lub przyprawiać o płacz. Jadąc do pracy, „nałogowo” słuchała radia w samochodzie. Mijający ją po drodze kolega mówił, że muzyka była „strasznie głośna”, słyszał ją już z odległości ćwierć mili. Kiedy Salimah jechała w swoim convertible, „bawiła się cała szosa”.

Podobnie jak Tony Cicoria, Salimah dramatycznie zmieniła się z osoby umiarkowanie interesującej się muzyką w osobę przykładającą do niej wielką wagę i nieustannie jej potrzebującą. U obojga zwiększyła się też emocjonalność: uczucia łatwo nabrzmiewały i szukały ujścia. „Po operacji — mówi Salimah — poczułam się jak nowo narodzona. Miałam teraz zupełnie inne podejście do życia: ceniłam każdą jego chwilę”.

Czy może kogoś nawiedzić „czysta” muzykofilia, niepowodująca żadnych zmian osobowości czy zachowania? W roku 2006 takie zdarzenie opisali Rohrer, Smith i Warren, których sześćdziesięciokilkuletnia pacjentka miała nieuleczalne napady skroniowe, szczególnie częste w prawym płacie. Po siedmiu latach dzięki lekowi antykonwulsyjnemu, lamotriginie (LTG), opanowano napady. Przed rozpoczęciem kuracji, pisał Rohrer wraz z kolegami, ich pacjentka:

była zupełnie obojętna na muzykę, nigdy nie słuchała jej dla przyjemności ani nie chodziła na koncerty, zupełnie inaczej niż jej mąż i córka, którzy grali na pianinie i skrzypcach [...]. Nie podobała jej się tradycyjna tajska muzyka, którą słyszała prywatnie i publicznie w Bangkoku, ani też muzyka klasyczna i popularna, z którymi stykała się po przyjeździe do Anglii. Jeśli tylko mogła, w ogóle unikała muzyki, a niektórych jej rodzajów po prostu nie znosiła (zamykała drzwi, kiedy mąż zasiadał do pianina, a muzykę chóralną uważała za „nieznośną”).

I oto wszytko zmieniło LTG.

Po kilku tygodniach podawania leku wyraźnie zmienił się stosunek pacjentki do muzyki. Zaczęła szukać audycji muzycznych w radiu i telewizji, po kilka godzin dziennie wysłuchiwała ich w domu, chciała chodzić na koncerty. Mąż opowiada, że Traviata zupełnie odmieniła żonę, która nie potrafiła pojąć, że ludzie na widowni mog­li rozmawiać w trakcie przedstawienia. Ogromnie lubiła teraz słuchać muzyki klasycznej, która bardzo ją poruszała, natomiast nie pojawiły się żadne inne zmiany w jej zachowaniu, nie zaczęła na przykład gwizdać czy nucić, także jej osobowość nie uległa zmianie. Nie pojawiły się żadne zakłócenia myślenia, halucynacje czy niepokojące nastroje.

Rohrer i jego współpracownicy nie wiedzą wprawdzie, co dokładnie odpowiedzialne jest za muzykofilię ich pacjentki, niemniej wysunęli hipotezę, że przez lata nieuleczalnych napadów wytworzyły się funkcjonalne powiązania między systemami percepcyjnymi w płatach skroniowych a ośrodkami w układzie limbicznym odpowiedzialnymi za reakcje emocjonalne, co ujawniło się dopiero wtedy, gdy napady zostały opanowane przez lekarstwo. W latach siedemdziesiątych XX wieku David Bear sugerował, że takie hiperpowiązania sensoryczno-limbiczne mogą powodować nagłe pojawianie się doznań artystycznych, seksualnych, mistycznych czy religijnych, co zdarza się ludziom chorym na padaczkę skroniową. Czy właśnie coś takiego przytrafiło się Tony’emu Cicorii?

Zeszłej wiosny Cicoria wziął udział w dziesięciodniowych warsztatach studentów muzyki, utalentowanych amatorów i młodych profesjonalistów. W zajęciach uczestniczyła też Erica vanderLinde Feidner, koncertująca pianistka, która doradza też swoim klientom przy kupnie instrumentu. Tony kupił od niej fortepian, Bösendorfera, wyjątkowy model wykonany w Wiedniu; miała wrażenie, iż z niezwykłym wyczuciem szukał instrumentu o odpowiednim dla niego tonie. Cicoria uznał, że to właściwy czas i miejsce, aby zadebiutować jako muzyk.

Na koncert złożyły się dwa utwory: jego pierwsza miłość, Scherzo b-moll Chopina, oraz jego własny utwór, który nazwał Rapsodią opus 1. Jego gra i historia poruszyły wszystkich uczestników (niektórzy zastanawiali się, czy i oni nie powinni zostać porażeni piorunem). Erica opowiada, że grał z „wielka pasją i wigorem”; nie był wprawdzie geniuszem, ale miał niewątpliwy talent, co musiało zdumiewać u osoby bez żadnego przygotowania muzycznego, która grać nauczyła się sama w wieku czterdziestu dwóch lat.

A co ja o tym wszystkim sądzę, spytał mnie na koniec doktor Cicoria. Czy spotkałem się już kiedyś z podobnym przypadkiem? Odpowiedziałem mu pytaniem, co on myśli o całej historii, co jego zdaniem mu się przydarzyło. Odrzekł, że jako lekarz na próżno szukał jakiegoś wyjaśnienia i teraz pozostały mu już tylko kategorie „duchowe”. Stwierdziłem, że w niczym nie umniejszając duchowości, uważam jednak, iż najbardziej wzniosłe stany umysłu, najbardziej zdumiewające transformacje muszą mieć podstawę cielesną, a przynajmniej fizjologiczny korelat w postaci aktywności neuronów.

W chwili porażenia piorunem doktor Cicoria otarł się o śmierć i odniósł wrażenie oddzielenia od ciała. Pojawiło się wiele nadprzyrodzonych czy mistycznych wyjaśnień takich doświadczeń, ale od ponad wieku cieszą się one także wielkim zainteresowaniem neurologów. Przyjmują one najczęściej pewną stałą formę: ktoś ma poczucie, iż znajduje się poza własnym ciałem i najczęściej spogląda na nie z wysokości ośmiu, dziewięciu stóp (neurolodzy nazywają to „autoskopią”). Dostrzega otoczenie swego ciała, inne osoby i przedmioty, wszystko jednak w przestrzennej perspektywie. Osoby, które przeżyły takie doświadczenia, często mówią o wrażeniu „unoszenia się” czy „latania”. Mogą temu towarzyszyć strach, radość lub poczucie zdystansowania, zwykle jednak podkreśla się „realność” doznań, inaczej niż przy śnie czy halucynacji. Tego typu opowieści powtarzają się przy doświadczeniach na pograniczu śmierci, ale także przy padaczce skroniowej. Wiele wskazuje na to, że wizualno-przestrzenne i motoryczne aspekty tych doświadczeń wynikają z zakłócenia funkcji kory mózgowej, a zwłaszcza obszaru, gdzie stykają się płaty skroniowy i ciemieniowy1.