Prawiek i inne czasyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Prawiek i inne czasy
Prawiek i inne czasy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,80 45,44
Prawiek i inne czasy
Prawiek i inne czasy
Prawiek i inne czasy
E-book
26,90 25,29
Szczegóły
Prawiek i inne czasy
Prawiek i inne czasy
Prawiek i inne czasy
Audiobook
Czyta Maja Ostsszewska
29,90 28,11
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Czas Prawieku

Czas Genowefy

Czas anioła Misi

Czas Kłoski

Czas Złego Człowieka

Czas Genowefy

Czas dziedzica Popielskiego

Czas Matki Boskiej Jeszkotlowskiej

Czas Michała

Czas Misi

Czas młynka Misi

Czas księdza proboszcza

Czas Elego

Czas Florentynki

Czas Misi

Czas Kłoski

Czas Michała

Czas Izydora

Czas dziedzica Popielskiego

Czas Topielca Pluszcza

Czas starego Boskiego

Czas Pawła Boskiego

Czas Gry

Czas Misi

Czas Michała

Czas Florentynki

Czas domu

Czas Papugowej

Czas anioła Misi

Czas Kłoski

Czas Ruty

Czas Boga

Czas dziedzica Popielskiego

Czas Kurta

Czas Genowefy

Czas Szenbertów

Czas Michała

Czas Izydora

Czas Iwana Mukty

Czas Ruty

Czas Misi

Czas Złego Człowieka

Czas Gry

Czas Misi

Czas Michała

Czas Topielca Pluszcza

Czas Michała

Czas Genowefy

Czas dziedzica Popielskiego

Czas Gry

Czas Pawła

Czas grzybni

Czas Izydora

Czas Kłoski

Czas Ruty

Czas Misi

Czas Adelki

Czas Pawła

Czas Ruty

Czas Misi

Czas sadu

Czas Pawła

Czas Zmarłych

Czas Ruty

Czas Gry

Czas Lili i Mai

Czas lip

Czas Izydora

Czas Papugowej

Czas Izydora

Czas Kłoski

Czas Gry

Czas Izydora

Czas Lalki

Czas wnuków Popielskiego

Czas dziedzica Popielskiego

Czas Gry

Czas Papugowej

Czas rzeczy poczwórnych

Czas Misi

Czas Pawła

Czas Izydora

Czas Gry

Czas Adelki

© Copyright by Olga Tokarczuk

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

Projekt okładki i stron tytułowych: manufaktura | manufaktu-ar.com

Na okładce wykorzystano rycinę z Wieży Babel (1679) Athanasisua Kirchera

ISBN 978-83-08-04980-8

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 430 00 96

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Czas Prawieku

Prawiek jest miejscem, które leży w środku wszechświata.

Gdyby przejść szybkim krokiem Prawiek z północy na południe, zabrałoby to godzinę. I tak samo ze wschodu na zachód. A jeśliby kto chciał obejść Prawiek naokoło, wolnym krokiem, przyglądając się wszystkiemu dokładnie i z namysłem – zajmie mu to cały dzień. Od rana do wieczora.

Na północy granicą Prawieku jest droga z Taszowa do Kielc, ruchliwa i niebezpieczna, rodzi bowiem niepokój podróży. Granicą tą opiekuje się archanioł Rafał.

 

Na południu granicę wyznacza miasteczko Jeszkotle, z kościołem, przytułkiem dla starców i niskimi kamieniczkami wokół błotnistego rynku. Miasteczko jest groźne, ponieważ rodzi pragnienie posiadania i bycia posiadanym. Od strony miasteczka Prawieku strzeże archanioł Gabriel.

Z południa na północ, od Jeszkotli do drogi kieleckiej, prowadzi Gościniec i Prawiek leży po obu jego stronach.

Zachodnią granicą Prawieku są nadrzeczne, wilgotne łąki, trochę lasu i pałac. Przy pałacu jest stadnina koni, z których jeden kosztuje tyle co cały Prawiek. Konie należą do dziedzica, a łąki do proboszcza. Niebezpieczeństwem zachodniej granicy jest popadnięcie w pychę. Tej granicy strzeże archanioł Michał.

Na wschodzie granicą Prawieku jest rzeka Białka, która oddziela jego grunty od gruntów Taszowa. Potem Białka skręca do młyna, a granica biegnie dalej sama, błoniami, między krzakami olszyny. Niebezpieczeństwem tej strony jest głupota, która bierze się z chęci mędrkowania. Tu granicy strzeże archanioł Uriel.

W centrum Prawieku Bóg usypał górę, na którą każdego lata zlatują się chmary chrabąszczy. Dlatego ludzie nazwali to wzniesienie Chrabąszczową Górką. Rzeczą Boga bowiem jest tworzyć, rzeczą ludzi zaś nazywać.

Od północnego zachodu płynie ku południu rzeka Czarna, która łączy się z Białką pod młynem. Czarna jest głęboka i ciemna. Płynie lasem i las odbija w niej swoją zarośniętą twarz. Po Czarnej żeglują suche liście, a w jej odmętach walczą o życie nieuważne owady. Czarna szarpie się z korzeniami drzew, podmywa las. Czasem na jej ciemnej powierzchni tworzą się wiry, bo rzeka potrafi być gniewna i nieokiełznana. Co roku późną wiosną wylewa na księże łąki i tam opala się w słońcu. Pozwala się mnożyć żabom w tysiące. Ksiądz walczy z nią całe lato i co roku pod koniec lipca daje się ona łaskawie sprowadzić do swojego nurtu.

Białka jest płytka i żwawa. Rozlewa się szerokim korytem na piasku i nie ma nic do ukrycia. Jest przezroczysta i czystym, piaszczystym dnem odbija słońce. Przypomina wielką błyszczącą jaszczurkę. Śmiga między topolami i robi swawolne zwroty. Trudno przewidzieć jej harce. Któregoś roku może zrobić wyspę z kępy olch, a potem na dziesięciolecia odsunie się daleko od drzew. Białka płynie przez zagajniki, łąki i błonie. Błyszczy piaskowo i złoto.

Pod młynem rzeki jednoczą się. Najpierw płyną tuż obok, niezdecydowane, onieśmielone wytęsknioną bliskością, a potem wpadają w siebie i w sobie się gubią. Rzeka, która wypływa z tego tygla przy młynie, nie jest już ani Białką, ani Czarną. Jest za to potężna i bez trudu napędza młyńskie koło, które miele ziarno na chleb.

Prawiek leży nad obiema rzekami i nad tą trzecią, która tworzy się z ich wzajemnego pożądania. Rzeka powstała z połączenia pod młynem Czarnej i Białki nazywa się Rzeka i płynie dalej spokojna i spełniona.

Czas Genowefy

Latem czternastego roku po Michała przyjechało konno dwóch carskich żołnierzy w jasnych mundurach. Michał widział, jak zbliżali się od strony Jeszkotli. Upalne powietrze niosło ich śmiech. Michał stanął na progu domu w swojej kapocie obielonej mąką i czekał, choć wiedział, czego będą chcieli.

– Wy kto? – zapytali.

– Mienia zowut Michaił Józefowicz Niebieski – odpowiedział Michał, tak jak powinno się odpowiedzieć.

– Nu, jest’ u nas siurpriz.

Wziął od nich papier i zaniósł go żonie. Cały dzień płakała i szykowała Michała na wojnę. Była od płaczu tak słaba, tak ciężka, że nie mogła przestąpić progu domu, aby odprowadzić męża wzrokiem do mostu.

Kiedy opadły kwiaty z kartofli, a na ich miejscu zawiązały się małe zielone owoce, Genowefa stwierdziła, że jest w ciąży. Liczyła na palcach miesiące i doliczyła się pierwszych sianokosów w końcu maja. To musiało się stać właśnie wtedy. Teraz rozpaczała, że nie zdążyła powiedzieć Michałowi. Może rosnący z dnia na dzień brzuch był jakimś znakiem, że Michał wróci, że musi wrócić. Genowefa sama prowadziła młyn, tak jak to robił Michał. Pilnowała robotników i wypisywała kwity chłopom zwożącym ziarno. Nadsłuchiwała szmeru wody, poruszającej młyńskie kamienie, i huku maszyn. Mąka osiadała na jej włosach i rzęsach, tak że stając wieczorem przy lustrze, widziała w nim starą kobietę. Stara kobieta rozbierała się potem przed lustrem i badała brzuch. Kładła się do łóżka i mimo poduszek i wełnianych skarpet nie mogła się rozgrzać. A ponieważ w sen, tak jak w wodę, wchodzi się zawsze stopami, długo nie mogła usnąć. Miała więc dużo czasu na modlitwę. Zaczynała od „Ojcze nasz”, potem „Zdrowaś Mario”, a na koniec zostawiała swoją ulubioną, senną modlitwę do anioła stróża. Prosiła go o opiekę nad Michałem, bo może na wojnie potrzeba więcej niż jednego anioła stróża. Potem to modlenie się przechodziło w obrazy wojny – były proste i ubogie, bo Genowefa nie znała innego świata niż Prawiek ani innych wojen, prócz sobotnich bójek na rynku, kiedy pijani mężczyźni wychodzili od Szloma. Szarpali się wtedy za poły kapot, przewracali na ziemię i turlali po błocie usmarowani, brudni, żałośni. Genowefa wyobrażała więc sobie wojnę jako walkę wręcz wśród błota, kałuż i śmieci, walkę, w której wszystko załatwia się od razu, za jednym zamachem. Dlatego dziwiła się, że wojna trwa tak długo.

Czasem, gdy szła po zakupy do miasteczka, przysłuchiwała się rozmowom ludzi.

– Car silniejszy od Niemca – mówili.

Albo:

– Wojna skończy się na Boże Narodzenie.

Ale nie skończyła się ani na to Boże Narodzenie, ani na żadne z czterech następnych.

Przed samymi świętami Genowefa wybrała się na zakupy do Jeszkotli. Kiedy przechodziła przez most, zobaczyła idącą wzdłuż rzeki dziewczynę. Była biednie ubrana i bosa. Jej gołe stopy zagłębiały się śmiało w śnieg i zostawiały głębokie, drobne ślady. Genowefa wzdrygnęła się i przystanęła. Popatrzyła na dziewczynę z góry i znalazła dla niej w torebce kopiejkę. Dziewczyna podniosła wzrok i ich oczy spotkały się. Moneta upadła w śnieg. Dziewczyna uśmiechnęła się, ale nie było w tym uśmiechu podziękowania ani sympatii. Pokazały się duże białe zęby, błysnęły zielone oczy.

– To dla ciebie – powiedziała Genowefa.

Dziewczyna kucnęła i delikatnie palcem wyciągnęła ze śniegu monetę, a potem odwróciła się i bez słowa poszła dalej.

Jeszkotle wyglądały tak, jakby odjęto im kolory. Wszystko było czarne, białe i szare. Na rynku stały grupki mężczyzn. Rozprawiali o wojnie. Miasta zniszczone, a dobra ich mieszkańców walają się po ulicach. Ludzie uciekają przed kulami. Brat szuka brata. Nie wiadomo, kto gorszy – Rusek czy Niemiec. Niemcy trują gazem, od którego pękają oczy. Głód będzie na przednówku. Wojna to pierwsza plaga, po której nadejdą następne.

Genowefa ominęła kupy końskich odchodów, które roztapiały śnieg przed sklepem Szenberta. Na dykcie przybitej do drzwi napisane było:

DROGERIA

S z e n b e r t i S p.

utrzymuje się na składzie tylko

pierwszorzędnej jakości

Mydło do prania

Farbkę do bielizny

Krochmal pszenny i ryżowy

Oliwę świece zapałki

Proszek owadobójczy.

Zrobiło jej się nagle słabo od słów „proszek owadobójczy”. Pomyślała o tym gazie, którego używają Niemcy, a od którego pękają oczy. Czy karaluchy czują to samo, kiedy posypie się je proszkiem Szenberta? Musiała wziąć kilka głębokich oddechów, żeby nie zwymiotować.

– Słucham panią – powiedziała śpiewnym głosem młoda kobieta w wysokiej ciąży. Spojrzała na brzuch Genowefy i uśmiechnęła się.

Genowefa poprosiła o naftę, zapałki, mydło i nową szczotkę ryżową. Pociągnęła palcem po ostrej szczecinie.

– Będę robiła porządki na święta. Będę myła podłogi, prała firany, wyczyszczę piec.

– My też mamy zaraz święta. Poświęcenie Świątyni. Pani z Prawieku, prawda? Z młyna? Znam panią.

– Teraz już obie się znamy. Na kiedy pani ma swój termin?

– Na luty.

– I ja na luty.

Szenbertowa zaczęła układać na ladzie kostki szarego mydła.

– Nie zastanawiała się pani, czemu my, głupie, rodzimy, jak tu wojna wokół?

– Pewnie Bóg...

– Bóg, Bóg... To jest dobry buchalter i pilnuje rubryk „winien” i „ma”. Musi być bilans. Co się natraci, to się narodzi... A pani pewnie na syna taka ładna.

Genowefa podniosła koszyk.

– Potrzebna mi córka, bo mąż na wojnie, a chłopak bez ojca źle się chowa.

Szenbertowa wyszła zza lady i odprowadziła Genowefę do drzwi.

– Nam w ogóle potrzebne są córki. Gdyby wszystkie naraz zaczęły rodzić córki, byłby spokój na świecie.

Roześmiały się obie.

Czas anioła Misi

Anioł widział narodziny Misi zupełnie inaczej niż położna Kucmerka. Anioł w ogóle wszystko widzi inaczej. Anioły postrzegają świat nie poprzez fizyczne formy, w które on wciąż pączkuje i które sam niszczy, ale poprzez ich znaczenie i duszę.

Anioł przypisany Misi przez Boga widział zbolałe i zaklęśnięte w sobie ciało, falujące w bycie niby gałganek – to było ciało Genowefy, która rodziła Misię. A Misię anioł widział jako świeżą, jasną i pustą przestrzeń, w której za chwilę pojawi się oszołomiona, na wpół przytomna dusza. Kiedy dziecko otworzyło oczy, anioł stróż podziękował Najwyższemu. Potem wzrok anioła i wzrok człowieka spotkały się po raz pierwszy i anioł zadrżał, tak jak może zadrżeć anioł, który nie ma ciała.

Anioł przyjął Misię na ten świat za plecami położnej: oczyszczał jej przestrzeń do życia, ukazywał ją innym aniołom i Najwyższemu, a jego bezcielesne wargi szeptały: „Patrzcie, patrzcie, oto moja duszyczka”. Przepełniała go niezwykła, anielska czułość, miłosne współczucie – jest to jedyne uczucie, jakie żywią anioły. Stwórca nie dał im bowiem instynktów, emocji ani potrzeb. Gdyby je dostały, nie byłyby istotami duchowymi. Jedyny instynkt, który mają anioły, to instynkt współczucia. Jedyne uczucie aniołów: nieskończone, ciężkie niczym firmament współczucie.

Anioł widział teraz Kucmerkę, która obmywała dziecko ciepłą wodą i suszyła je miękką flanelą. Potem spojrzał w poczerwieniałe z wysiłku oczy Genowefy.

Przyglądał się zdarzeniom jak płynącej wodzie. Nie interesowały go one same w sobie, nie zaciekawiały, wiedział bowiem, skąd i dokąd płyną, znał ich początek i koniec. Widział nurt zdarzeń podobnych i niepodobnych do siebie, bliskich sobie w czasie i oddalonych, wynikających jedne z drugich i całkowicie od siebie niezależnych. Ale to też nie miało dla niego znaczenia.

Zdarzenia dla aniołów są czymś w rodzaju snu czy filmu bez początku i końca. Anioły nie potrafią się w nie zaangażować, nie są im one do niczego potrzebne. Człowiek uczy się od świata, uczy się od zdarzeń, uczy się wiedzy o świecie i samym sobie, odbija się w zdarzeniach, określa swoje granice, możliwości, nadaje sobie nazwy. Anioł nie musi czerpać nic z zewnątrz, lecz poznaje przez siebie samego, całą wiedzę o świecie i sobie w sobie zawiera – takim stworzył go Bóg.

Anioł nie ma takiego rozumu jak ludzki, nie wnioskuje, nie sądzi. Nie myśli logicznie. Niektórym ludziom anioł wydałby się głupi. Ale anioł od początku nosi w sobie owoc z drzewa wiadomości, czystą wiedzę, którą może wzbogacić jedynie proste przeczucie. Jest to umysł wyzbyty rozumowania, a wraz z nim – omyłek i idącego za nimi lęku, rozum bez uprzedzeń, które biorą się z błędnego postrzegania. Lecz jak wszystkie inne rzeczy stworzone przez Boga, anioły są zmienne. To tłumaczy, dlaczego tak często nie było anioła Misi wtedy, kiedy go potrzebowała.

Anioł Misi, gdy go nie było, odwracał wzrok od ziemskiego świata i patrzył na inne anioły i inne światy, wyższe i niższe, przypisane każdej rzeczy na świecie, każdemu zwierzęciu i roślinie. Widział ogromną drabinę bytów, niezwykłą budowlę i zawarte w niej Osiem Światów, i widział Stworzyciela uwikłanego w tworzenie. Lecz myliłby się ten, kto by myślał, że anioł Misi oglądał oblicza Pana. Anioł widział więcej niż człowiek, ale nie wszystko.

Wracając myślami do innych światów, anioł z trudem skupiał uwagę na świecie Misi, który podobny był do świata innych ludzi i zwierząt, był ciemny i pełen cierpienia niby mętny, zarośnięty rzęsą staw.

Czas Kłoski

Tą bosą dziewczyną, której Genowefa dała kopiejkę, była Kłoska.

Kłoska zjawiła się w Prawieku w lipcu albo w sierpniu. Ludzie dali jej to imię, ponieważ zbierała z pól pozostałe po żniwach kłosy i piekła je sobie nad ogniem. Potem, jesienią, kradła ziemniaki, a kiedy pola opustoszały w listopadzie, przesiadywała w gospodzie. Czasem ktoś jej postawił wódkę, czasem dostała kromkę chleba ze słoniną. Ludzie jednak nieskorzy są do dawania czegoś za nic, za darmo, zwłaszcza w gospodzie, więc Kłoska zaczęła się kurwić. Lekko wstawiona i rozgrzana wódką, wychodziła z mężczyznami na dwór i oddawała się im za pęto kiełbasy. A ponieważ była jedyną młodą i tak łatwą kobietą w okolicy, mężczyźni kręcili się wokół niej jak psy.

 

Kłoska była duża i dorodna. Miała jasne włosy i jasną cerę, której nie zmogło słońce. Zawsze bezczelnie patrzyła prosto w twarz, nawet księdzu. Oczy miała zielone, a jedno z nich lekko uciekało w bok. Mężczyźni, którzy brali Kłoskę po krzakach, zawsze potem czuli się nieswojo. Zapinali portki i wracali do zaduchu szynku z zaczerwienionymi twarzami. Kłoska nigdy nie chciała położyć się po bożemu. Mówiła:

– Dlaczego ja mam leżeć pod tobą? Jestem ci równa.

Wolała oprzeć się o drzewo albo drewnianą ścianę szynku, zarzucała sobie spódnicę na plecy. Jej tyłek świecił w ciemnościach jak księżyc.

Oto jak Kłoska uczyła się świata.

Są dwa rodzaje nauki. Od zewnątrz i od wewnątrz. Ten pierwszy uznawany jest za najlepszy lub nawet jedyny. Toteż ludzie uczą się poprzez dalekie podróże, oglądanie, czytanie, uniwersytety, wykłady – uczą się dzięki temu, co wydarza się poza nimi. Człowiek jest istotą głupią, która musi się uczyć. Dokleja więc do siebie wiedzę, zbiera ją jak pszczoła i ma jej coraz więcej, użytkuje ją i przetwarza. Ale to w środku, co jest „głupie” i potrzebuje nauki, nie zmienia się.

Kłoska uczyła się poprzez przyswajanie z zewnątrz do środka.

Wiedza, którą się tylko obrasta, niczego w człowieku nie zmienia albo zmienia go jedynie pozornie, z zewnątrz, jedno ubranie zmienia się na inne. Ten zaś, kto się uczy poprzez branie w siebie, przechodzi nieustanne przemiany, ponieważ wciela w swoją istotę to, czego się uczy.

Kłoska więc, poprzez branie w siebie cuchnących, brudnych chłopów z Prawieku i okolic, stawała się nimi, bywała spita tak samo jak oni, tak samo jak oni przestraszona wojną, tak samo jak oni podniecona. Mało tego, biorąc ich w siebie za gospodą w krzakach, Kłoska brała w siebie ich żony, ich dzieci, ich drewniane, duszne i cuchnące domki wokół Chrabąszczowej Górki. Poniekąd brała w siebie całą wieś i każdy we wsi ból, i każdą nadzieję.

Takie były uniwersytety Kłoski. Jej dyplomem stał się rosnący brzuch.

O losie Kłoski dowiedziała się dziedziczka Popielska i kazała ją przyprowadzić do pałacu. Spojrzała na ten wielki brzuch.

– Lada dzień będziesz rodzić. Jak zamierzasz się utrzymywać? Nauczę cię szyć i gotować. Będziesz nawet mogła pracować w pralni. Kto wie, jeżeli wszystko dobrze się ułoży, będziesz mogła zostawić sobie dziecko.

Kiedy jednak dziedziczka zobaczyła obcy i bezczelny wzrok dziewczyny, który śmiało wędrował po obrazach, meblach i obiciach, zawahała się. Gdy zaś ten wzrok przesunął się po niewinnych twarzach jej synów i córki, zmieniła ton.

– Jest naszym obowiązkiem pomagać bliźnim w potrzebie. Ale bliźni muszą chcieć pomocy. Ja się właśnie taką pomocą zajmuję. Utrzymuję przytułek w Jeszkotlach. Tam możesz oddać dziecko, tam jest czysto i bardzo miło.

Słowo „przytułek” przykuło uwagę Kłoski. Spojrzała na dziedziczkę. Pani Popielska nabrała pewności siebie.

– Rozdaję odzież i żywność na przednówku. Ludzie nie chcą cię tutaj. Niesiesz zamęt i rozprzężenie obyczajów. Źle się prowadzisz. Powinnaś stąd odejść.

– A czy mi nie wolno być, gdzie chcę?

– To wszystko jest moje, to moje ziemie i lasy.

Kłoska odsłoniła w szerokim uśmiechu swoje białe zęby.

– Wszystko twoje? Ty biedna, mała, chuda suko...

Twarz dziedziczki Popielskiej stężała.

– Wyjdź – powiedziała dziedziczka spokojnie.

Kłoska odwróciła się i teraz słychać było, jak jej bose stopy plaskają o posadzkę.

– Ty kurwo – powiedziała do niej Franiowa, sprzątaczka w pałacu, której mąż latem oszalał na punkcie Kłoski, i uderzyła ją w twarz.

Kiedy Kłoska, kolebiąc się, szła po grubym żwirze podjazdu, gwizdali za nią cieśle na dachu. Wtedy zadarła spódnicę i pokazała im goły tyłek.

Przystanęła za parkiem i chwilę zastanawiała się, dokąd pójść.

Po prawej miała Jeszkotle, po lewej – las. Pociągał ją las. Kiedy tylko weszła między drzewa, poczuła, że wszystko pachnie inaczej: mocniej, wyraźniej. Szła w stronę opuszczonego domu na Wydymaczu, gdzie czasem nocowała. Dom był pozostałością jakiejś spalonej osady, teraz zarósł go las. Jej spuchnięte od ciężaru i upału nogi nie czuły twardych szyszek. Przy rzece poczuła pierwszy, rozlany, obcy ciału ból. Powoli zaczęła ogarniać ją panika. „Umrę, teraz umrę, bo nie ma nikogo, kto mógłby mi pomóc” – myślała przerażona. Stanęła na środku Czarnej i nie chciała zrobić kroku dalej. Zimna woda obmywała jej nogi i podbrzusze. Z wody zobaczyła zająca, który zaraz schował się pod paprocie. Zazdrościła mu. Zobaczyła rybę, kluczącą między korzeniami drzewa. Zazdrościła jej. Zobaczyła jaszczurkę, która wpełzła pod kamień. I też jej zazdrościła. Znowu poczuła ból, tym razem silniejszy, bardziej przerażający. „Umrę – pomyślała – teraz po prostu umrę. Zacznę rodzić i nikt mi nie pomoże”. Chciała położyć się w paprociach nad rzeką, bo potrzebowała chłodu i ciemności, ale, wbrew całemu ciału, szła dalej. Ból powrócił po raz trzeci i Kłoska wiedziała już, że niewiele zostało jej czasu.

Zwalony dom na Wydymaczu składał się z czterech ścian i kawałka dachu. Wewnątrz leżał gruz porośnięty pokrzywami. Cuchnęło wilgocią. Po ścianach wędrowały ślepe ślimaki. Kłoska rwała wielkie liście łopianu i ścieliła sobie nimi legowisko. Ból wracał coraz bardziej niecierpliwymi falami. Kiedy przez moment stał się nie do wytrzymania, Kłoska zrozumiała, że musi zrobić coś, żeby wypchnąć go z siebie, wyrzucić na pokrzywy i liście łopianu. Zacisnęła szczęki i zaczęła przeć. „Ból wyjdzie tędy, którędy wszedł” – pomyślała Kłoska i usiadła na ziemi. Podniosła spódnicę. Nie zobaczyła nic szczególnego: ściana brzucha i uda. Ciało było wciąż zwarte i zamknięte w sobie. Kłoska próbowała tamtędy zajrzeć w siebie, ale przeszkadzał jej brzuch. Drżącymi z bólu dłońmi wymacała więc to miejsce, którędy powinno wyjść z niej dziecko. Czuła opuszkami palców obrzmiały srom, szorstkie włosy łonowe, ale jej krocze nie czuło dotyku palców. Kłoska dotykała siebie jak czegoś obcego, jak rzeczy.

Ból potężniał i mącił zmysły. Myśli rwały się niby zetlała tkanina. Słowa i pojęcia się rozpadały, wsiąkały w ziemię. Napęczniałe rodzeniem ciało przejęło całą władzę. A ponieważ ludzkie ciało żyje obrazami, zalały one na wpół przytomny umysł Kłoski.

Zdawało się Kłosce, że rodzi w kościele, na zimnej posadzce, tuż przed obrazem. Słyszała kojące buczenie organów. Potem zdawało jej się, że to ona jest organami i gra, że ma w sobie mnóstwo dźwięków i że gdy zechce, może je wszystkie naraz z siebie wydobyć. Poczuła się potężna i wszechmocna. A zaraz potem tę wszechmoc zniweczyła mucha, zwyczajne buczenie dużej fioletowej muchy tuż nad jej uchem. Ból uderzył Kłoskę z nową siłą. „Umrę, umrę” – jęczała. „Nie umrę, nie umrę” – jęczała za chwilę. Pot zlepiał jej powieki i szczypał w oczy. Zaczęła szlochać. Podparła się rękami i rozpaczliwie zaczęła przeć. A po tym wysiłku poczuła ulgę. Coś chlupnęło i wyskoczyło z niej. Kłoska była teraz otwarta. Opadła na liście łopianu i szukała wśród nich dziecka, ale nic tam nie było, tylko ciepła woda. Więc Kłoska zebrała siły i zaczęła przeć od nowa. Zaciskała oczy i parła. Brała oddech i parła. Płakała i patrzyła w górę. Między zmurszałymi deskami widziała bezchmurne niebo. I tam zobaczyła swoje dziecko. Dziecko podniosło się niepewnie i stanęło na nogach. Popatrzyło na nią tak, jak nikt jeszcze nigdy na nią nie patrzył: z ogromną, niewyrażalną miłością. To był chłopczyk. Podniósł z ziemi gałązkę, a ona zamieniła się w małego zaskrońca. Kłoska była szczęśliwa. Położyła się na liściach i wpadła w jakąś ciemną studnię. Wróciły myśli i spokojnie, z gracją, przepływały przez jej umysł. „A więc dom ma studnię. Więc w studni jest woda. Zamieszkam w studni, bo jest w niej chłodno i wilgotno. W studniach bawią się dzieci, a ślimaki odzyskują wzrok i dojrzewa zboże. Będę miała czym karmić dziecko. Gdzie jest dziecko?”

Otworzyła oczy i przerażona poczuła, że czas zatrzymał się. Że nie ma żadnego dziecka.

Znowu przyszedł ból i Kłoska zaczęła krzyczeć. Krzyczała tak głośno, że zatrzęsły się ściany zwalonego domu i spłoszyły się ptaki, a ludzie grabiący siano na łąkach podnieśli głowy i przeżegnali się. Kłoska zakrztusiła się i połknęła ten krzyk. Teraz krzyczała do środka, w siebie. Jej krzyk był tak potężny, że brzuch się poruszył. Kłoska poczuła między nogami coś nowego i obcego. Uniosła się na rękach i spojrzała w twarz swojemu dziecku. Oczy dziecka były boleśnie zaciśnięte. Kłoska zaparła się jeszcze raz i dziecko się urodziło. Drżąc z wysiłku, próbowała wziąć je na ręce, ale jej dłonie nie potrafiły trafić w obraz, który widziały oczy. Mimo to odetchnęła z ulgą i pozwoliła sobie ześliznąć się gdzieś w ciemność.

Kiedy się obudziła, zobaczyła obok siebie dziecko: skurczone i martwe. Próbowała przystawić je sobie do piersi. Jej pierś była większa niż ono, boleśnie żywa. Krążyły nad nią muchy.

Przez całe popołudnie Kłoska usiłowała zachęcić martwe dziecko do ssania. Pod wieczór ból powrócił i Kłoska urodziła łożysko. Potem znowu usnęła. We śnie karmiła dziecko nie mlekiem, ale wodą z Czarnej. Dziecko było zmorą, która siada na piersi i wysysa z człowieka życie. Chciało krwi. Sen Kłoski stawał się coraz bardziej niespokojny i ciężki, ale nie mogła się z niego obudzić. Pojawiła się w nim kobieta wielka jak drzewo. Kłoska widziała ją dokładnie, każdy szczegół jej twarzy, fryzury, ubrania. Miała kręcone czarne włosy, jak Żydówka ze sklepu, i cudownie wyrazistą twarz. Kłosce wydała się piękna. Pożądała jej całym swoim ciałem, ale nie było to pożądanie, które znała, z dołu brzucha, spomiędzy nóg; płynęło gdzieś ze środka ciała, z miejsca nad brzuchem, bliskiego sercu. Potężna kobieta pochyliła się nad Kłoską i pogłaskała jej policzek. Kłoska z bliska spojrzała w jej oczy i zobaczyła w nich coś, czego do tej pory nie znała ani nawet nie myślała, że istnieje. „Jesteś moja” – powiedziała ogromna kobieta i gładziła Kłoskę po szyi i nabrzmiałych piersiach. Tam gdzie palce dotykały Kłoski, jej ciało stawało się błogie i nieśmiertelne. Kłoska cała oddawała się temu dotykowi, miejsce po miejscu. Potem wielka kobieta wzięła Kłoskę na ręce i przytuliła do piersi. Kłoska spękanymi wargami znalazła sutek. Pachniał zwierzęcą sierścią, rumiankiem i rutą. Kłoska piła i piła.

W jej sen uderzył grom i raptem zobaczyła, że nadal leży w zwalonej chacie na liściach łopianu. Wokół było szaro. Nie wiedziała, czy to świt, czy zmierzch. Po raz drugi gdzieś bardzo blisko uderzył piorun i w ciągu sekundy z nieba runęła ulewa, która zagłuszyła następne grzmoty. Woda lała się przez nieszczelne deski dachu i zmywała z Kłoski krew i pot, chłodziła rozpalone ciało, poiła i karmiła. Kłoska piła wodę wprost z nieba.

Kiedy wyszło słońce, wyczołgała się przed chałupę i zaczęła kopać dół, a potem wyciągała z ziemi splątane korzenie. Ziemia była miękka i podatna, jakby chciała jej pomóc w pogrzebie. Do nierównego dołu włożyła ciało noworodka.

Długo wygładzała ziemię na tym grobie, a kiedy podniosła wzrok i popatrzyła wokół, wszystko było inne. To nie był już świat składający się z przedmiotów, z rzeczy, ze zjawisk, które istnieją obok siebie. Teraz to, co widziała Kłoska, stało się jedną bryłą, jednym wielkim zwierzęciem albo jednym wielkim człowiekiem, który przybrał wiele postaci, aby pączkować, umierać i odradzać się. Wszystko wokół Kłoski było jednym ciałem i ona sama była częścią tego wielkiego ciała – ogromne, wszechmocne, niewyobrażalnie potężne. W każdym ruchu, w każdym dźwięku przejawiała się jego potęga, która samą wolą stwarza coś z niczego i przemienia coś w nicość.

Kłosce zakręciło się w głowie i oparła się plecami o zwalony murek. Samo patrzenie upijało ją niczym wódka, mąciło w głowie i budziło gdzieś w brzuchu śmiech. Niby wszystko było takie jak zawsze: za niedużą zieloną łączką, przez którą biegła piaszczysta droga, rósł sosnowy las, porośnięty po brzegach leszczyną. Lekki wietrzyk poruszał trawą i liśćmi, grał gdzieś konik polny i bzyczały muchy. Nic więcej. A jednak Kłoska widziała teraz, w jaki sposób konik polny łączy się z niebem i co trzyma leszczyny przy leśnej drodze. Widziała też więcej. Widziała siłę, która przenika wszystko, rozumiała jej działanie. Widziała zarysy innych światów i innych czasów, rozpostarte nad i pod naszymi. Widziała też rzeczy, których nie można nazwać słowami.

Czas Złego Człowieka

Jeszcze przed wojną w lasach Prawieku pojawił się Zły Człowiek, choć taki ktoś mógłby żyć w tym lesie od zawsze.

Najpierw wiosną znaleziono na Wodenicy na wpół rozłożone ciało Bronka Malaka, o którym wszyscy myśleli, że pojechał do Ameryki. Z Taszowa przybyła policja, oglądała miejsce i zabrała ciało na wóz. Policjanci przychodzili jeszcze kilka razy do Prawieku, ale nic z tego nie wynikło. Nie znaleziono mordercy. Potem ktoś bąknął, że widział w lesie obcego. Był nagi, owłosiony jak małpa. Przemykał między drzewami. Wtedy innym przypomniało się, że też znajdowali w lesie dziwne ślady – wykopaną w ziemi jamę, odcisk stopy na piaszczystej ścieżce, porzucone trupy zwierząt. Ktoś słyszał z lasu wycie, straszny, na wpół ludzki, na wpół zwierzęcy skowyt.

Ludzie zaczęli więc opowiadać, skąd wziął się Zły Człowiek. Otóż zanim Zły Człowiek stał się Złym Człowiekiem, był zwyczajnym chłopem, który popełnił straszną zbrodnię, choć dokładnie nie wiadomo jaką.

Obojętne, na czym ta zbrodnia polegała, gryzło go sumienie i nie pozwalało mu ani na chwilę zasnąć, znękany więc jego głosem, uciekał sam przed sobą, aż znalazł ukojenie w lesie. Łaził po tym lesie i w końcu zabłądził. Wydawało mu się, że słońce tańczy na niebie – przez to pogubił kierunki. Pomyślał, że droga na północ z pewnością gdzieś go zaprowadzi. Ale potem zwątpił w drogę na północ i ruszył na wschód, wierząc, że na wschodzie wreszcie skończy się las. A kiedy szedł na wschód, znowu opadły go wątpliwości. Stanął pomieszany i niepewny kierunku. Zmienił więc zamiar i zdecydował się iść na południe, ale w drogę na południe także zwątpił i zaraz ruszył na zachód. Wtedy okazało się, że wrócił do miejsca, z którego wyruszył – w sam środek wielkiego lasu. Czwartego dnia zwątpił więc w strony świata. Piątego dnia przestał ufać swojemu rozumowi. Szóstego dnia zapomniał, skąd pochodzi i po co przyszedł do lasu, a siódmego dnia – jak się nazywa.