E.E.Tekst

Przeczytaj fragment
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Dedykacja

Erna Eltzner

Pani Eltzner

Walter Frommer

Teresa i Walter

Walter Frommer i pani Eltzner

Erna Eltzner

Doktor Löwe

Erna Eltzner

Pani Schatzmann

Artur Schatzmann

Doktor Löwe

Erna Eltzner

Artur Schatzmann

Artur Schatzmann

Teresa Frommer

Walter Frommer

Greta

Profesor Vogel

Notatki Artura Schatzmanna

Bliźniaczki

Teresa Frommer

Walter Frommer

Pani Eltzner

Walter Frommer

Pani Eltzner

Erna Eltzner

Artur Schatzmann i profesor Vogel

Artur Schatzmann

Notatki Artura Schatzmanna

Erna Eltzner

Walter Frommer

Pani Eltzner

Bliźniaczki

Pani Eltzner

Erna Eltzner

Notatki Artura Schatzmanna

Teresa Frommer

Erna Eltzner

Pani Eltzner

Notatki Artura Schatzmanna

Pani Eltzner

Erna Eltzner

Pani Eltzner

Walter Frommer

Bliźniaczki

Artur Schatzmann

Walter Frommer

Notatki Artura Schatzmanna

Artur Schatzmann

Doktor Löwe

Artur Schatzmann

© Copyright by Olga Tokarczuk

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

Projekt okładki i stron tytułowych: manufaktura | manufaktu-ar.com

Na okładce wykorzystano ryciny z Encyklopedii pod redakcją Denisa Diderota

ISBN 978-83-08-04989-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 430 00 96

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Nieuzasadnione jest odróżnianie

Świata duchowego od materialnego...

Naprawdę istnieją tylko osoby.

Berkeley

Tani

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Erna Eltzner

Erna Eltzner wyłoniła się z mgły nieokreślenia, jaka zwykle towarzyszy egzystencji średnich córek w wielodzietnej rodzinie, w kilka dni po swoich piętnastych urodzinach, kiedy zemdlała przy obiedzie.

Zawołano natychmiast doktora Löwe, który stwierdził niedotlenienie mózgu, ogólną słabość organizmu i przewrażliwienie. Położono ją w chłodnej sypialni matki, ponieważ doktor zalecił spokój. Pani Eltzner została przy niej dłużej. Trzymała zimną, małą rękę w swojej ciepłej, pulchnej dłoni i próbowała znaleźć w nieruchomej twarzy córki jakąś wskazówkę dla siebie.

W pełnej życia rodzinie Eltznerów omdlenie Erny było wydarzeniem równie sensacyjnym jak niedawna odra małego Klausa albo przyjęcie oświadczyn przez najstarszą z rodzeństwa, Bertę. Od obiadu drzwi do pokoju, w którym położono Ernę, nie zamykały się. Pięć sióstr Erny, od najmłodszej, Liny, niesionej na rękach przez ojca, aż do Berty, pięknej osiemnastolatki, i dwóch braci – wszyscy zaglądali co chwila, przynosili termofor, ziółka, koc, lalkę, żeby choć rzucić okiem na nienaturalną szarość jej twarzy, zapadnięte oczy i woskowe dłonie ze zbielałymi paznokciami.

Dom Eltznerów, przestronne wielopokojowe mieszkanie, do wieczoru nasiąkł zapachem wody kolońskiej i amoniaku. Był teraz pełen ostrożnych kroków, ściszonych rozmów i karcących szeptów.

Pani Eltzner przy pomocy Berty rozebrała słabiutką, ale całkowicie już przytomną Ernę i ułożyła ją spać w swoim łóżku; Erna tę noc miała spędzić pierwszy raz w życiu sama, bez obecności sióstr.

W ciemnościach rozświetlonych tylko mgliście przez latarnie z ulicy pokój matki wyglądał, jakby go przysypano pudrem. Szerokie łóżko zapadało się w środku i leżąca w tym zagłębieniu Erna widziała sufit pełen pęknięć i cieni. Leżała bez ruchu, przysłuchując się zegarowi z przedpokoju, który równomiernie kawałkował ciszę na drobne kuleczki. Ernie przypomniały się półki u piekarza, zawsze pełne okrągłych bułeczek, ułożonych rytmicznie jedna koło drugiej.

Potem Erna odwróciła nieco głowę i z uwagą rozejrzała się po matczynym pokoju. Patrzyła na wielką szafę z ubraniami, obcą, potężną, nieodgadnioną bryłę, wielokrotniejącą niewyraźnie w odbiciach trójściennego lustra toaletki. Wydało jej się, że zobaczyła jakiś ruch, cień, który się przesunął przez taflę szkła. Zaniepokojona, próbowała usiąść na łóżku, ale od razu zrobiło jej się niedobrze. Zdała sobie sprawę, że słyszy kilka rozmawiających żywo osób, ale głosy były tak dalekie, tak niewyraźne, że nie potrafiła rozpoznać słów. Z początku sądziła, że rozmowa dochodzi z jadalni, ale był przecież późny wieczór. Próbowała wsłuchać się w gwar, lecz im bardziej chciała skupić uwagę, tym bardziej źródło głosów przesuwało się gdzieś w bok i rozmazywało w szum i bełkot. Po kilku próbach uchwycenia pojedynczych wyrazów, które tylko przypominały słowa jej znane, ale jednocześnie nimi nie były, Erna z ulgą pomyślała, że jeszcze się nie obudziła z omdlenia albo może usnęła znowu, zdała sobie bowiem sprawę, iż chór głosów nie pochodził z jadalni ani z żadnego innego miejsca mieszkania, ale był w niej samej. Głosy płynęły z jakichś rozległych przestrzeni, które otworzyły się w niej właśnie wtedy, kiedy jedząc zupę rybną, zobaczyła po drugiej stronie stołu przyglądającego się jej intensywnie mężczyznę.

Jeszcze teraz, leżąc w matczynym łóżku, Erna potrafiłaby go opisać, może nie każdy szczegół postaci, ale rzeczy najważniejsze: bardzo jasne oczy i inność, której nie da się dokładnie określić. Jakby wycięto z jakiejś książki ilustrację i wstawiono do drugiej. Nie ta kolorystyka, nie ta sama faktura, coś obcego, choć ledwie uchwytnego. Nikt nie zwracał uwagi na stojącego w widocznym miejscu człowieka, a Greta przeszła przez niego z półmiskiem pełnym szparagów. Wtedy Erna zrozumiała, że widzi ducha.

 

To oczywiste, że widok człowieka, przez którego przebija wzór tapety na ścianie, wydał się jej taki przerażający. Erna podnosi oczy znad talerza, który ma brzeg zdobiony w gałązki kwitnącej jabłoni, i widzi młodszego brata, Maksa, a zaraz za nim jest t o. Patrzy na nią wzrokiem, w którym jest wiele myśli naraz, wiele słów i obrazów. To właśnie zobaczyła Erna.

Erna nie powinna była się przestraszyć ducha. Często wieczorami bywała świadkiem przestawiania w salonie okrągłego stolika do kart i tajemniczego zamykania przed dziećmi drzwi, kiedy przychodził niesamowity pan Frommer i opowiadał o poruszających się przedmiotach, otwierających się z trzaskiem drzwiach, wędrujących po domach głosach. Erna widywała też pochyloną ku ciotce swoją matkę i słyszała jej przejęty szept: „Był u mnie znowu tatuś...”. Duchy więc niewątpliwie istniały, tak samo jak istnieje Ameryka, wielka miłość czy zbrodnia, ale były gdzieś daleko, poza obszarem codziennego doświadczenia. Ich istnienie mieściło się w jakiejś innej przestrzeni i nie należało spodziewać się ich na obiedzie.

Teraz ta niepisana umowa została złamana i Erna od razu zrozumiała, że lekko rozmyta, nie przystająca do niczego obca postać, która brała przez chwilę udział w rodzinnym obiedzie, to był duch. Leżąc w bezpiecznym, wygrzanym termoforem łóżku, Erna doszła do wniosku, że zachorowała na jakąś chorobę, która umożliwia widzenie duchów. Nie, że widzenie duchów jest chorobą. Widywał je przecież pan Frommer i jej matka (choć pan Frommer wydawał jej się pod tym względem bardziej godny zaufania). Pisano o tym w powieściach, które razem z bliźniaczkami wykradały z biblioteczki mamy i czytywały ukradkiem, gdy dorośli byli zajęci sobą. Tatuś starał się pilnować, kiedy był w domu, żeby dziewczęta nie zajmowały się „bzdurami”, i Erna wiedziała, że nade wszystko bał się wybuchów nerwowości żony, tych spazmów, migren i rozdrażnienia, kiedy wszyscy musieli zachowywać się cicho, a doktor Löwe nie opuszczał jej pokoju. Czy to też była choroba? Czy to z jej powodu matka Erny mówiła potem siostrze: „Znowu był u mnie tatuś...”?

To mogła być ta sama choroba. Erna snuła te domysły i wydało się jej, że łóżko stanęło nad brzegiem przepaści, która powstała właśnie dzisiaj i która zmieniła cały świat. „Jutro” było słowem, które niosło ulgę. Zasypiając, zobaczyła twarz ojca, który pocałował ją w czoło i cichutko wyszedł. Potem, już tam, po drugiej stronie, w jej śnie, zaczęło wyrastać wielkie drzewo, pełne zdarzeń, słów, obietnic. Rosło i rosło, aż sięgnęło nieba i rozbłysło jakąś oczywistą prawdą, której jednak Erna nie potrafiła nazwać. Ale odkryła, że przecież to ona jest tym drzewem wyrosłym z ciepła termoforu i rośnie teraz, przez sufit i mieszkania na górze, aż do dachu i jeszcze, jeszcze wyżej.

Rano Erna opowiedziała wszystko matce, jedząc w łóżku z apetytem jajko na miękko. Kątem oka śledziła wyraz twarzy pani Eltzner. Spodziewała się jakiejś gwałtownej reakcji, ale matka milczała. Dopiero zaplatając Ernie mysie warkoczyki z jej rzadkich włosów, zapytała głosem z pozoru obojętnym, w którym jednak córka wyczuła nieopanowaną ciekawość:

– Czy go znasz?

– Kogo? – zapytała Erna niewinnie.

– Tego pana przy obiedzie...

– Nie wiem – odpowiedziała Erna, ale na tym rozmowa się nie skończyła.

Pani Eltzner, balansując między rozpierającym ją podnieceniem i ciekawością a koniecznością zachowania wobec dziecka spokoju, znalazła jeszcze kilka koniecznych do wykonania czynności, żeby móc ją wreszcie spytać:

– Jak wyglądała ta... ta postać? Pamiętasz ją, opowiesz mamie?

Erna stała teraz przed lustrem, a matka zapinała haftki jej beżowej, nietwarzowej sukienki. Działo się coś dziwnego z jej pamięcią, bo nie potrafiła sobie przypomnieć twarzy mężczyzny, przez którą przenikał wzór tapety. Pamiętała sam wzór: różowo-pomarańczowe lilie o trzech płatkach ułożone w rozety na jasnobrązowym tle. Pamiętała kwiatki na brzegu talerza i oliwkowy kolor zupy rybnej z grzankami. Pamiętała też najpierw zdziwiony, a potem przestraszony wzrok Maksa i rozmazany, nierealny kształt za jego plecami. I znowu było tak jak z tymi głosami w nocy – im bardziej chciała sobie przypomnieć tę postać, tym obraz stawał się mniej uchwytny. Twarz owej postaci za plecami Maksa umykała jej, rozlewała się, jakby właśnie na nią oczy Erny ślepły. Milczała więc, nie widząc niczego poza własnym odbiciem w lustrze.

– Czy miał okulary? Albo może monokl? No, pomyśl... – próbowała jej pomóc matka.

Tak, mógł mieć okulary. Erna pamiętała złotą kreskę pod bardzo jasnymi oczami. Druciane, złote okulary.

– Tak, okulary – powiedziała.

– I co jeszcze?

Teraz Erna zaczęła przypominać sobie tę twarz dokładniej, a może tworzyła ją od nowa: długi prosty nos, cienkie usta, wysokie czoło z zakolami. Dłonie matki zatrzymały się dłużej na którejś z haftek, jakby chciały rozpiąć sukienkę i zacząć ją zapinać od nowa.

– Czy widziałaś go już przedtem?

Erna pokręciła przecząco głową. W zapiętej pod szyję beżowej sukience wyglądała bezradnie i smutno. Pani Eltzner przytuliła ją do swoich obfitych, starzejących się nieodwracalnie piersi. Erna poczuła chłodną gładkość materiału i zapach fiołkowych perfum.

Pani Eltzner

Następnego dnia w domu Fryderyka Eltznera, właściciela fabryczki tekstylnej, produkującej ostatnio na potrzeby wojska, nie działo się nic szczególnego. Starsze dzieci poszły rano do szkół, a dwoje młodszych było z Gretą na spacerze. W południe miał przyjść doktor Löwe, aby zbadać chorą. Pani Eltzner, czekając na niego, wydała kucharce dyspozycje i sama usiłowała się zabrać do wyciągania z szaf zimowych palt, czapek, rękawiczek i szalików. Otworzyła przepastne szafy w przedpokoju, skąd buchnął na całe mieszkanie zimny, marmurowy zapach naftaliny. Pani Eltzner myślała o Ernie leżącej w jej łóżku i myśląc o Ernie, myślała także, a może nawet przede wszystkim, o sobie. W Ernie, jedynej spośród swych córek, widziała siebie, jaką była w jej wieku i jeszcze młodszą – nieśmiałą, brzydką, samotną i obcą światu, jakby do niego nie należała. Wolałaby czuć się podobna bardziej do postawnej, poważnej Berty albo kokieteryjnej Marie, albo do rozpieszczonej i rozkapryszonej Liny, albo do pewnych siebie bliźniaczek. Do wczoraj. Wczoraj w inny sposób spojrzała na Ernę i teraz, stojąc naprzeciw otwartej szafy, uświadomiła sobie, że Erna miała jej gesty i jej upodobania kulinarne – do zupy pomidorowej, ryżu i smażonych ryb. Na krótko wrócił w jej pamięci nieostry obraz specjalnych noży do ryb, jakie zawsze podawano w rodzinnym domu, z tym polskim uporczywym przywiązaniem do niewygodnych konwenansów. Ale że nie była obdarzona obrazową pamięcią, widok noży do ryb zaraz się zatarł.

Pani Eltzner odwróciła się teraz do wielkiego wiszącego lustra i zobaczyła w nim siebie taką, jaką sama stworzyła: pulchną, zadbaną, jasnoskórą blondynkę, pełną kobiecości, której nie zniszczyło osiem porodów i jedno poronienie. Przeciągnęła dłonią po twarzy i szyi aż do stójki sukni. Kiedy rodziła kolejne dzieci, za każdym razem zastanawiała się, czy starczy jej miłości, rozumiała bowiem miłość jako zapas energii, którą obdarza się innych. Ten zapas był ograniczony i trzeba go było dzielić na coraz mniejsze części, i jeszcze trochę zostawić dla siebie. Przyglądała się sobie w lustrze, rzucając co jakiś czas ku drzwiom kuchni niespokojne spojrzenie, bo bała się, że mogłaby ją na tej cichej adoracji przyłapać pokojówka. Ogarnęła wzrokiem swoje duże, podniesione gorsetem piersi, łagodne wcięcie w talii i obfite biodra. Nie wyglądała na swoich czterdzieści lat. Teraz zaczęła szukać fizycznego podobieństwa Erny do siebie. Erna mogłaby być jej cieniem, taka była drobna, mała i delikatna. A jednak podobieństwo było – jasne oczy, zarys ust, zęby, dłonie i stopy, wystarczająco dużo, żeby obudzić wzruszenie i płynącą z niego czułość, że oto widzi w Ernie swoje własne, niepowtarzalne i konkretne istnienie. Poczuła zaraz nieodpartą chęć pójścia do córki i przytulenia jej do siebie.

Erna siedziała w łóżku oparta o poduszki i oglądała encyklopedię. Podniosła na matkę oczy, których kolor kojarzył się z rozpuszczoną w wodzie farbką do bielizny. Pani Eltzner poprawiła jej poduszki i usiadła na brzegu łóżka. Erna obojętnie, nie czytając, przewracała kartki.

– Córeczko, czy ty mnie kochasz?

– Tak, mamo – odpowiedziała Erna.

Pani Eltzner przytuliła ją do piersi i wdychając zapach włosów córki, pomyślała, że jej włosy muszą pachnieć tak samo.

Kiedy przyszedł doktor Löwe, pani Eltzner zamknęła się z nim w salonie i dobitnym, pewnym siebie tonem opowiedziała mu, co, a raczej kogo zobaczyła Erna wczoraj przy obiedzie. Powiedziała też, że najprawdopodobniej w Ernie ujawniły się zdolności medialne, które posiadała cała rodzina pani Eltzner.

– Wobec tego nie mam tu nic do roboty. Trzeba raczej posłać po jakiegoś egzorcystę – powiedział Löwe i wstał.

Pani Eltzner nie dała za wygraną. Gwałtownie podniosła się, ściągając serwetę, i chwyciła go za rękę.

– Niech pan nie odchodzi, niech się pan nią zajmie, ona jest taka delikatna.

– Właśnie dlatego przestrzegam panią przed wmawianiem jej i sobie podobnych bzdur. System nerwowy Erny nie jest jeszcze w pełni ukształtowany i w tym wieku może ona być bardzo podatna na omdlenia czy konwulsje. Dorabianie do tego jakichś z palca wyssanych diabolicznych bajek może zaburzyć jej i tak chwiejną równowagę.

Pani Eltzner nie puszczała jego ręki.

– Gdyby pan to słyszał, doktorze... Ona nigdy nie widziała swojego dziadka, a tak plastycznie go opisała. To był on, wybrał ją jako najbardziej podatną w rodzinie, jako najbardziej do mnie podobną... Byłam jego ukochaną córką...

Doktor Löwe zastanawiał się przez chwilę.

– Umówmy się, droga pani, że to, co pani mi powiedziała, zostawi pani dla siebie. Nie należy o tym rozmawiać z małą. Niech dużo odpoczywa, dużo je, a kiedy poczuje się silniejsza, niech wraca do codziennych zajęć. Nie sądzę, żeby się to miało jeszcze powtórzyć. Cokolwiek to było, udawajmy, że nic się nie stało.

– Udawajmy, że nic się nie stało – powtórzyła pani EItzner.

Po obiedzie Fryderyk Eltzner zdrzemnął się na kanapie w salonie, położywszy sobie na twarz gazetę. Było już ciemno na dworze, kiedy żona przyniosła mu miętę.

– Zioła, mój drogi.

Usiadła na kanapce i patrząc, jak pije, czekała na jakiś szczególny moment, odpowiedni do opowiedzenia o tym, co tak głęboko przeżywała. Zawsze tak robiła. Przygotowywała swojego słuchacza, ta cisza była uwerturą do słów, które zaraz padną.

Kiedy Eltzner poznał swoją przyszłą żonę, właśnie zerwała ona ze swoim domem i krajem – próbowała w Berlinie zostać aktorką. Mieszkała z jakąś bardzo podejrzaną przyjaciółką malarką i chodziła na lekcje gry aktorskiej. Czy ktoś by teraz w to uwierzył? Zakochał się w niej do szaleństwa, zanim znalazła ją jej rodzina, „Pribylscy”, jak ich nazywał, nie mogąc poprawnie wymówić tego nazwiska. Uważał siebie za jej opatrzność, bo nie wiadomo, co by się stało z tą młodziutką, nieco szaloną dziewczyną w Berlinie. Ku wielkiej uldze jej rodziny, wzięli ślub i przeprowadzili się do Wrocławia, gdzie Eltzner przejął podupadłą manufakturę ojca. Rok później urodziła się Berta. Potem rodziły się dzieci jedno za drugim. Czasem Eltzner mylił ich kolejność pojawiania się na świecie. Pamiętał tylko dokładnie narodziny bliźniaczek, których jego żona o mało nie przypłaciła życiem. W ciągu tych lat z chudej, nerwowej dziewczyny przeobraziła się w piękną, dorodną kobietę.

Nie poganiał jej teraz, chciał, żeby sama wybrała moment. To, co miała zamiar powiedzieć, nie było dla niego na pewno niczym ważnym. Dzieci zbytnio go nie obchodziły. Kochał je ogólnie, wszystkie razem, jako „dzieci”, jako potomków. Wystarczyło mu codzienne widywanie ich przy obiedzie, ai wtedy był myślami przy swoich maszynach tkackich.

Pani Eltzner musiała znaleźć sposób na podjęcie trudnego tematu, jakim była kwestia duchów. Takie sprawy zupełnie nie interesowały męża. Wydawało jej się jednak, że mąż słuchał uważnie. Spuścił nogi z kanapy i kołysał nimi, przyglądając się swoim stopom. Potem, kiedy zamilkła, wstał i podszedł do okna, za którym latarnie odbijały się w mokrym bruku.

 

– Czyż to nie był mój ojciec? – zapytała dramatycznie pani Eltzner. – Te okulary, to wysokie czoło z zakolami...

Eltzner odstawił pustą od dawna filiżankę.

– Twój ojciec nigdy nie miał zakoli – powiedział spokojnie.

– Ależ tak, miał zakola, dokładnie to pamiętam!

Mierzyli się przez chwilę wzrokiem i w końcu pan Eltzner powiedział:

– Wolałbym więcej nie słyszeć o takich sprawach. Nie podoba mi się to. Jest to najprostszy sposób, żeby zrobić z niej wariatkę.

Pani Eltzner odwróciła się gwałtownie do drzwi. Po raz kolejny w swoim życiu poczuła się rozczarowana i oszukana. Była uwięziona w jednym domu z człowiekiem, który kompletnie jej nie rozumiał, jakby byli z innego świata, jakby mówili innymi językami. Rzuciła spojrzenie na obitą dębową boazerią ścianę. Miała wrażenie, że się dusi. Powinna stąd natychmiast wyjść, z tego pokoju, z tego domu. Poczuła nienawiść, która zapierała jej dech w piersiach. Ruszyła do drzwi, łapiąc się za gardło. Zgłębi ciała słyszała narastające dudnienie jakiejś ogromnej fali. Ogłuszona tym łoskotem, zaczęła się słaniać. Chciała mocniej, głębiej oddychać, ale gardło ścisnęło się i wydobywał się przez nie tylko świszczący dźwięk, który zaalarmował odwróconego do okna Eltznera. Podbiegł do drzwi, omijając żonę, i krzyknął wgłąb korytarza:

– Sole!

W ostatniej chwili udało mu się złapać panią Eltzner padającą na podłogę. Miała półprzymknięte powieki, spod których widać było białka oczu. Dłonie wyprężyły się jak szpony, a paznokcie zbielały. Zaczął ją lekko uderzać po zszarzałej twarzy. Zaraz zjawiła się Greta z flakonikiem soli trzeźwiących. Podsunięte pod nos pani Eltzner, spowodowały nagłe zachłyśnięcie się. Poruszyły się powieki i tęczówki wróciły na swoje miejsce.

Kwadrans potem pani Eltzner leżała na kozetce w pokoju męża, a on podawał jej filiżankę z rosołem i trzymał za rękę, pulchną, delikatną, z ulubionym pierścionkiem na serdecznym palcu.

– Byłem wobec ciebie zbyt szorstki... Wybacz mi – powiedział. – Troszczysz się o dzieci, dbasz o dom, masz tyle spraw na głowie. Jestem taki nieuważny, tak łatwo cię zranić... Wybacz mi, Muszko...

– Nie, kochany, to moja wina. Jesteś zapracowany, a ja zawracam ci głowę – odpowiedziała mu żona słabym głosem.

Wieczorem, po kolacji napisała krótki list do Waltera Frommera, przyjaciela domu, okultysty i znawcy tematów ezoterycznych. Zaprosiła go na herbatę, zaznaczając, że ma ważną sprawę do omówienia. Wahała się przez chwilę, zanim włożyła papier do koperty, a potem dopisała jeszcze swoim strzelistym, pewnym pismem: „To bardzo pilne”.