NiksenTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

NIKSEN

EMBRACING THE DUTCH ART

OF DOING NOTHING

Copyright © Olga Mecking, 2020

All rights reserved

First published by Kosmos Uitgevers,

The Netherlands in 2020

Projekt okładki

Magdalena Palej

Ilustracja na okładce

Magdalena Palej

Ilustracje w tekście

© Eva Gans, www.evagans.nl

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8234-561-2

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

WSTĘP

NO NIE, TYLKO NIE NOWY TREND WELLNESS!

LEŻĘ OTO NA KANAPIE I ROZMYŚLAM O SWOIM TYPOWYM DNIU. Każdego ranka budzi mnie – zawsze na czas – radosny świergot ptaków. Nim wstanę z łóżka, zwracam się do Wszechświata jakimiś inspirującymi słowami, na przykład: „Błogosławiony niech będzie ten cudowny poranek” albo „Świat jest moją ostrygą”. Szykuję sobie zdrowe śniadanie i zaczynam dzień z uśmiechem i świadomością swojej mocy.

Idealna matka, wspaniała żona i oaza spokoju – to właśnie ja. Mój dom, rzecz naturalna, lśni czystością. Nie zdarzyło mi się krzyczeć na rozzłoszczone dzieci, nigdy się nie zdenerwowałam, zawsze jestem cierpliwa. Dzieci wykonują swoje obowiązki bez szemrania, są spokojne i bardzo samodzielne.

Przemierzam swój dzień, a dom sam się organizuje, wszystko dzieje się tak, jak powinno. Wieczorem kładę się do łóżka z poczuciem, że udało mi się wpłynąć na świat w mikro- i makroskali.

Moje życie nie zawsze tak wyglądało. Byłam wiecznie zmęczona, myślałam, że nie jestem w stanie zrobić wszystkiego, co zaplanowałam, i traktowałam to jako porażkę. Sądziłam, że po prostu nie da się wygrać. Teraz jednak jestem pewniejsza i silniejsza niż kiedykolwiek. Przyjmuję wszystko, co przynosi mi los, swobodnie i bez wysiłku. Ludzie podziwiają mnie i przychodzą po radę i inspiracje.

„Jak ty to robisz, Olgo?”, pytają. Czasem mam ochotę powiedzieć, że taka się urodziłam; po prostu budzę się doskonała każdego dnia, tak to już jest… Ale prawda jest inna: mam pełną kontrolę nad swoim przeznaczeniem i stałam się najlepszą wersją siebie dzięki niesamowitemu sekretowi, który kiedyś odkryłam. Jakiemu, zapytacie? Mam na myśli niksen, czyli holenderską sztukę nicnierobienia.

NIE JESTEM TYPOWYM GURU DOBROSTANU

Uwierzyliście mi? Nie? I bardzo dobrze.

Jedyne, co rzeczywiście jest prawdą, to śpiew ptaków nad ranem, a i to tylko dlatego, że mój mąż, po latach patrzenia, jak dźwięk budzika drastycznie wyrywa mnie ze snu, zlitował się nade mną i kupił budzik ze świergotem ptaków. I choć na pewno jest to duży postęp w stosunku do poprzedniej syreny alarmowej, to moje poranki nadal są ciężkie. Mam trójkę dzieci, które muszę wyciągnąć z łóżek i wyekspediować do szkoły przed ósmą rano, nakarmione oraz ubrane – gdy podjeżdża szkolny autobus, nerwy mam w strzępach. A przecież to dopiero początek: gdy córki i syn są w szkole, nie mam nawet chwili dla siebie.

Dzieci, dom, obowiązki zawodowe, mąż pracujący do późna, reszta rodziny, przyjaciele… Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz zupełnie nic nie robiłam. Bezskutecznie. A przecież kiedyś byłam w tym taka dobra! Jako dziecko potrafiłam siedzieć na łóżku czy w ulubionym fotelu ojca i gapić się na wzór na dywanie albo wyglądać przez okno, nie myśląc absolutnie o niczym. Czasami rodzice pytali mnie, co robię, i kazali odrabiać lekcje lub pomagać w domu, ale i tak miałam mnóstwo czasu na marzenia. To było takie dobre.

A teraz? Jako matka trójki dzieci, żona, pisarka i właścicielka firmy żyję w wiecznym pośpiechu, stale pod presją czasu. Niekiedy mam wrażenie, że jedną ręką piszę, drugą zajmuję się dziećmi, lewą nogą gotuję obiad, a prawą sprzątam mieszkanie.

Wiem, to był mój wybór. Pragnęłam takiego życia. Ale ta świadomość nie pomaga. Podobnie jak wielu moich znajomych, jestem… strasznie… zajęta.

Ostatni raz, kiedy siedziałam na kanapie i zwyczajnie nic nie robiłam, zdarzył się, gdy po prostu na nią upadłam. Zbliżał się koniec roku szkolnego, byłam wyczerpana, chronicznie niewyspana i niezdolna do normalnego funkcjonowania. Mogłam już tylko leżeć i gapić się w przestrzeń – i w takim stanie zastał mnie mąż po powrocie z pracy.

Wtedy jeszcze nie rozumiałam, że ta zapaść to właściwie jedyna społecznie akceptowana forma nicnierobienia. „Atrakcyjność choroby polega na jej zdolności odkupienia jednego z największych grzechów naszego społeczeństwa: nierobienia niczego”, piszą Carl Cederström i André Spicer, profesorowie zarządzania, w książce Wellness Syndrome.

CO SIĘ STAŁO?

Coś się ze mną działo i nie było mi to w smak. Czułam wieczne zmęczenie i przytłoczenie, nie miałam pojęcia, co z tym zrobić. Przez lata pisania o wychowywaniu dzieci zauważyłam, że stres odgrywa ogromną rolę w życiu wielu ludzi i że większość czuje się równie przytłoczona jak ja. Jednak dopiero krótki artykuł w przypadkowo wziętym do ręki piśmie uświadomił mi, że był to objaw znacznie szerszego problemu, z którym mierzą się nie tylko rodzice.

Dwa lata temu dziennikarka Gebke Verhoeven opublikowała tekst pod tytułem Niksen is the New Mindfulness (Niksen jako nowy mindfulness) w holenderskim piśmie „gezondNU”. Spodobał mi się ten koncept i pamiętam, jak pomyślałam: „Wspaniale, wreszcie ktoś mówi, że nicnierobienie jest w porządku. Taki dobrostan to ja rozumiem”.

I zaraz potem przyszła druga myśl: „Jakim cudem mogłabym nic nie robić?”. Za każdym razem gdy pozwalam sobie na chwilę przerwy, mój dom zaczyna do mnie przemawiać. „Weź mnie, weź mnie, weź mnie”, szepcze moje pranie, i to w wyjątkowo aseksualny sposób. „Czy przypomniałaś dzieciom o pracy domowej?”, pyta podświadomość. Jeden rzut oka, a już widzę książki na podłodze i brudne naczynia w kuchni. W domu nie ma nic do jedzenia, a ja mam zero pomysłów, co zrobić na kolację. Jak mog­łabym po prostu siedzieć na kanapie, skoro czuję, że powinnam wstać, aby zająć się domem i wszystkimi domownikami (poza sobą, rzecz jasna)? Nowe zadania materializują się nieustannie, wyskakują z niebytu. Kiedy tylko mam zamiar usiąść, któreś z dzieci zaczyna chorować, wypada mi jakieś spotkanie i muszę je odbyć lub przypominam sobie o czymś, co miałam zrobić. Jak, na litość, mogłabym w tym wszystkim znaleźć czas na niksen?

Zastanawiałam się, czym właściwie jest niksen. I czy mogłabym jakoś tę sztukę praktykować. Zaczęłam intensywnie szukać informacji i odkryłam, że zwykłe nicnierobienie może przynieść ogrom korzyści, zwłaszcza osobom takim jak ja, przytłoczonym obowiązkami. Na niksen naprawdę warto zwrócić uwagę.

Moja ciekawość i uporczywe poszukiwania zaowocowały kilkoma artykułami. Gdy w maju 2019 roku „New York Times” opublikował jeden z nich, Case of Doing Nothing (Przypadek nicnierobienia), w ciągu kilku dni zyskał ogromną popularność: został zretweetowany, udostępniony i wysłany mailem blisko sto pięćdziesiąt tysięcy razy. W czerwcu słowo „niksen” było już dosłownie wszędzie. Stało się jasne: trafiłam w czuły punkt.

Cały świat chciał się dowiedzieć więcej o tym, co nosi nazwę „niksen”, dostawałam maile, proszono mnie o wywiady, otrzymywałam propozycje współpracy od agencji literackich i wydawców. Wyglądało to trochę jak wiele hałasu o nic (dosłownie), było jednak w tym wszystkim coś, co zdawało się działać na wyobraźnię.

Gdy zaczęłam gromadzić i analizować reakcje na niksen, zdałam sobie sprawę, że ludzie mają dosyć tych wszystkich trendów, z których wynika, że wciąż robią za mało i powinni bardziej się postarać na drodze samodoskonalenia. Był to jeden z powodów, dla których nowa idea okazała się tak atrakcyjna – niksen stanowi najłatwiejszy sposób osiągania dobrostanu, jaki tylko można sobie wymarzyć.

Uderzyło mnie też coś jeszcze: otóż zupełnie nie wiadomo, jak to zrobić. Nierobienie zupełnie niczego może się zdawać proste, jest jednak na odwrót. Gdybym dostawała pensa za każdym razem, kiedy ktoś mnie pyta, jak w większym stopniu wprowadzić niksen w życie, byłabym milionerką. Zrozumiałam, że większość z nas potrzebuje pomocy, by się nauczyć, jak przestać być bezustannie zajętym. Dlatego napisałam tę książkę: w nadziei, że jeśli rzucę nieco światła na nicnierobienie, to może ludzie na całym świecie zrozumieją, że siedzenie na kanapie i uprawianie niks jest w porządku.

WSZYSCY JESTEŚMY BARDZO ZAJĘCI

Taka jest prawda: jesteśmy zajęci i zestresowani. Czujemy się przytłoczeni codziennym życiem, tracimy oddech, gubimy rytm, dręczy nas niepokój. Rozpaczliwie pragnąc jakiegoś rozwiązania, szukamy odpowiedzi dosłownie wszędzie, licząc na to, że kolejna książka albo nowy artykuł pomogą nam poczuć spokój, a także lepiej radzić sobie z oczekiwaniami, zadaniami i zobowiązaniami.

Jak wynika z sondażu przeprowadzonego w 2019 roku przez Instytut Gallupa (wzięło w nim udział sto pięćdziesiąt tysięcy osób na całym świecie), najbardziej zestresowaną nacją są Amerykanie. W badaniu, którego celem było poznanie emocji ludzi w różnych miejscach globu, zebrano dane o doświadczeniach pozytywnych (Ile razy się wczoraj uśmiechnąłeś? Czy byłeś traktowany z szacunkiem przez cały dzień?) i negatywnych (Czy odczuwałeś wczoraj smutek, ból, niepokój albo złość?).

 

Jak się okazało, Amerykanie byli nie tylko bardziej zestresowani niż mieszkańcy innych krajów, lecz także w ciągu ostatniej dekady najczęściej odczuwali złość i się martwili. Sondaż Gallupa wykazał korelację pomiędzy wiekiem poniżej pięćdziesięciu lat, niskimi dochodami i przynależnością do przeciwników prezydenta Trumpa a problemami ze zdrowiem psychicznym. Globalnie negatywne emocje znalazły się na poziomie porównywalnym z rokiem 2017, uznawanym jak dotąd za najbardziej depresyjny.

W artykule opublikowanym online w „Psychology Today” psycholożka Jean M. Twenge wyjaśnia, że choć wiele osób nie ma zdiagnozowanej depresji, to notowany jest wyraźny wzrost jej psychosomatycznych objawów. „Studenci byli o pięćdziesiąt procent bardziej skłonni przyznawać, że czują się przytłoczeni, a osoby dorosłe skarżyły się na problemy ze snem, brak apetytu i twierdziły, że wszystko wymaga wiele wysiłku – co daje nam klasyczne objawy depresji. Jednak na pytanie zadane wprost, czy czują się przygnębieni, ludzie w pierwszej dekadzie XXI wieku i w latach 80. XX wieku odpowiadali mniej więcej tak samo”.

Twenge znana jest z artykułu w „Atlantic”, w którym argumentuje, że smartfony są odpowiedzialne za epidemię depresji u nastolatków. Jak twierdzi, wzrost depresji wiąże się z osłabieniem relacji międzyludzkich i więzi społecznych, przy jednoczesnym wzroście koncentracji na tak namacalnych celach jak pieniądze i na rosnących oczekiwaniach. Jak pewnie potraficie sobie wyobrazić, w związku z tym wszystkim ludzie raczej nie uprawiają zbyt wiele niks.

Nie lepszą sytuację mamy w Wielkiej Brytanii. YouGov, międzynarodowa firma działająca w branży badania rynku, sondaży i analizy danych, zajęła się poziomem stresu i odkryła, że w 2017 roku siedemdziesiąt cztery procent Brytyjczyków było tak zestresowanych, że nie potrafiło sobie poradzić z przytłoczeniem. Prawie połowa respondentów wyznała, że stres prowadzi do niezdrowych nawyków żywieniowych, jedna trzecia przyznała się do większego spożycia alkoholu, a szesnaście procent odpowiedziało, że zaczęło więcej palić z powodu stresu. Niemal połowa ankietowanych była przygnębiona, dwie trzecie odczuwało niepokój, jedna trzecia wspominała o myślach samobójczych. Powody finansowe, presję społeczną na osiągnięcie sukcesu i obawy o dach nad głową podawano jako główne przyczyny stresu obok pogarszającego się stanu zdrowia osób bliskich. Inna ankieta, przeprowadzona przez „Mirror” (wzięło w niej udział dwa tysiące osób), pokazała, że połowa Brytyjczyków skarży się na brak czasu, a większość jest „zbyt zestresowana, żeby się dobrze bawić”.

Nic więc dziwnego, że artykuł w „New York Timesie” o nicnierobieniu spotkał się z tak entuzjastycznym przyjęciem. Mieszkańcy większości krajów zachodnich są spragnieni wolnego dnia czy chwili odpoczynku. Wiele narodów mogłoby się przyjrzeć krajom takim jak Holandia, oferującym sporo wolnych dni, świetny system ubezpieczeń społecznych i doskonałą równowagę między pracą a życiem osobistym. Niksen, czyli sztuka nicnierobienia, cieszy się tutaj mocną i ugruntowaną pozycją.

A MOŻE JEDNAK SIĘ MYLĘ?

Krytycy, wśród których przeważają Holendrzy, zarzucają mi, że tworzę nieistniejące trendy. Naprawdę chciałabym mieć taką sprawczość i kreatywność, by samodzielnie rozpocząć wszechświatowy trend, prawda jest jednak taka, że ich nie mam. Widzieliście mnie kiedyś? Chodzę w dżinsach i podkoszulku, nie ma we mnie nic z trendsetterki!

Wierzę jednak, że jako emigrantka jestem w stanie ujrzeć unikatową, obiektywną perspektywę tego kraju i zwyczajów, którym przyglądam się od dziesięciu lat, czyli od czasu, kiedy się tu przeprowadziłam. Holendrzy mają bez wątpienia znacznie głębszą wiedzą o swojej kulturze, czasem jednak potrzeba osoby z zewnątrz, by rzuciła światło na temat dla mieszkańców danego kraju całkiem pospolity. Czymś takim jest właśnie niksen – sprawą tak oczywistą, że Holendrzy nawet go nie zauważają.

Głosy krytyczne skłoniły mnie jednak do zastanowienia się: czy niksen jest rdzennie holenderski? Nie urodziłam się w Holandii i niderlandzki nie jest moim językiem ojczystym. Czy to możliwe, żebym zupełnie nie pojmowała, czym jest niksen? Moja amerykańska przyjaciółka, która wyszła za Holendra i mieszka teraz w Holandii, wyznała, że nie zna nikogo, kto uprawiałby niksen. Brzmi to sceptycznie, a jednak wszyscy Holendrzy, z którymi rozmawiałam o niksenowaniu, z punktu wiedzieli, o czym jest mowa. Oznacza to, że rozumieli przynajmniej samą ideę, nawet jeśli część z nich twierdziła, że niczego takiego nie praktykuje.

Jako pisarka i dziennikarka uważnie obserwowałam ten kraj i jego mieszkańców i mogę powiedzieć, że „niksen” jest słowem niderlandzkim, a słowa zwykle nie pojawiają się, jeśli nie stoi za nimi jakiś koncept czy filozofia. Jego znaczenie w Holandii nie podlega żadnej dyskusji, jest niezaprzeczalne, a z drugiej strony widzę, że walczy się tam z niksenowaniem jak wszędzie na świecie, i uważam, że to krzepiące.

Świadomie czy nie, Holendrzy z całą pewnością stworzyli idealne warunki do niksenowania i łatwiej akceptują tę ideę, niż ma to miejsce w innych kulturach i narodach. Według mnie Holandia jest miejscem wprost wymarzonym na niksen, ale to zjawisko nie jest charakterystyczne tylko dla tego kraju – jak łatwo się zorientować, koncepcja nicnierobienia jest obecna w wielu kulturach.

W CENTRUM UWAGI: KORZYŚCI Z BYCIA OUTSIDEREM

Urodziłam się w Polsce, w wielokulturowej i wielojęzycznej rodzinie, i mieszkam w Holandii od dziesięciu lat. Dorastałam w Niemczech, skąd pochodzi mój mąż, i jestem związana z Francją, gdzie mój ojciec spędził całe dzieciństwo, a także z Holandią, w której dorastała moja mama. Babcia ze strony mamy była Ukrainką, mam również korzenie żydowskie.

Ludzie zwykle nie wiedzą, jak mnie traktować. „Kim ty właściwie jesteś?”, zdają się pytać. „Jaką etykietkę mam ci przykleić? Co z tobą zrobić?”

Wszędzie jestem outsiderką, co jest trochę trudne. Przecież każdy z nas pragnie gdzieś przynależeć. Są jednak pewne profity z bycia outsiderem i chyba nikt nie wie tego lepiej niż artystka i pisarka Jenny Odell. „Bycie outsiderką pomaga spojrzeć z innego punktu widzenia na rzekomo znajome rzeczy”, napisała mi w mailu. Absolutnie się z tym zgadzam.

„I chociaż niemożność wpasowania się w jedną kategorię może powodować dyskomfort, to z drugiej strony daje możliwość obserwacji tych kategorii z zewnątrz, jak również znajdowania między nimi połączeń, których inaczej mogłabym nie zobaczyć”, dodaje.

Badania przeprowadzone przez Hajo Adama wykazują, że wyjazd za granicę paradoksalnie rozwija w człowieku bardziej wyraźne poczucie tożsamości. Adam nazywa to „klarownością obrazu Ja” i definiuje jako stopień, w jakim rozumienie siebie jest „jasne i pewnie zdefiniowane, wewnętrznie spójne i stabilne”.

W książce Range: Why Generalists Triumph in a Specialized World (Zasięg zainteresowań. Dlaczego wiedza ogólna triumfuje w świecie specjalistów) pisarz David Epstein argumentuje, że to właśnie duża rozpiętość doświadczeń przynosi sukces emigrantom. Zamiast się zakorzeniać, jak to robią miejscowi, outsiderzy kolekcjonują szeroki wachlarz osobistych przeżyć. Wielu z nich znajduje swoją ścieżkę kariery w późniejszym wieku i dociera tam okrężną drogą – dosłownie i w przenośni. Eksperymentują w życiu zawodowym i osobistym.

Można powiedzieć, że outsiderzy osiągają sukces nie pomimo unikatowego punktu widzenia i doświadczenia, lecz dzięki niemu.

PROBLEM Z WELLNESS

Zanim przejdziemy dalej, chcę coś ustalić: nie jestem guru wellness i to nie jest typowa książka na temat dobrostanu. Jestem taka, jak wielu moich czytelników (może trochę niższa ze swoim metr pięćdziesiąt osiem, co według powszechnych standardów uważane jest za wzrost niski, a w Holandii za bardzo niski). I chociaż wierzę w niksen, to byłam sceptyczna w kwestii dostawiania kolejnej pozycji na i tak już przepełnioną półkę z książkami o wellness.

Moje badania z ostatnich lat przekonały mnie jednak, że właściwie muszę to zrobić. Większość z nas potrzebuje niksenowania, a zaskakująco niewiele osób wie, jak sobie odpuś­cić niektóre sprawy i po prostu oddać się lenistwu. Nie uznaję się za specjalistkę w tej kwestii, ale w czasie pisania artykułów – a teraz książki – gruntownie zgłębiłam ten temat.

Trendy wellness traktuję sceptycznie i dlatego z pewnym wahaniem podchodzę do przekonywania czytelników, by wprowadzili niksen w życie. Do tej pory trzymałam się z dala od książek o dobrostanie i podobnych (może z pewnymi wyjątkami), za to pochłonął mnie jeden gatunek poradników – o wychowywaniu dzieci. Gdy dziesięć lat temu po raz pierwszy zostałam mamą, czułam taką presję, by być dobrym rodzicem, że przeczytałam niemal wszystko, co ukazało się na ten temat.

Co ciekawe, żadna z tych pozycji nie była dla mnie wsparciem, wręcz przeciwnie, czułam się coraz gorzej. Dostrzegam pewne podobieństwo między pozycjami o rodzicielstwie i książkami o wellness – wszystkie zdają się przemawiać tonem protekcjonalnym, przepełnionym łagodną troską. Kolejni specjaliści pokazują, jak bardzo wszyscy czegoś nie umiemy, jak źle żyjemy i jak wszystko się zmieni, jeśli tylko posłuchamy ich rad. Zajęło mi trochę czasu, zanim dostrzegłam, że poradniki, zamiast mnie uszczęśliwiać, zwiększają we mnie poczucie niepewności, i wtedy je odrzuciłam, a moje rodzicielskie umiejętności znacznie na tym zyskały.

Jestem świadoma pewnej ironii: oto krytykuję trendy wellness w poradniku o dobrostanie, ale to naprawdę ważna część tej książki. Niksen różni się od tych trendów i jestem pewna, że po przeczytaniu kolejnych rozdziałów przyznasz mi rację. Przede wszystkim niksen nie wymaga od nikogo, aby się zmieniał czy udoskonalał. Czy to nie krzepiące?

Zapewne, czytelniku, zgodzisz się, że trendy wellness bywają szkodliwe. Jeśli spodziewasz się, że uzdrowicielskie kryształy wyleczą nowotwór, a parowe nasiadówki wyrównają poziom hormonów (nie śmiej się, takie sposoby naprawdę są stosowane i zostały spopularyzowane przez Gwyneth Paltrow), czeka cię rozczarowanie, a może nawet ból.

Obecnie wellness jest już wszędzie. „Dobre samopoczucie opanowało wszystkie aspekty życia. (…) Dyktuje, jak mamy żyć i pracować, jak się uczyć, jak uprawiać seks”, piszą Carl Cederström i André Spicer w książce Pętla dobrego samopoczucia1. Nie są fanami wellness, porównują ten trend do ideologii, która krzywdzi najbardziej wrażliwych: „Jeśli zdrowie staje się ideologią, to niemożność dostosowania się okazuje się piętnem”. Przyznajemy jednak, że „zdrowe ciała to produktywne ciała” i podobnie jest, jeśli chodzi o szczęście. Zdrowie i szczęście stają się obowiązkiem społecznym, inaczej będziemy obciążeniem dla otoczenia.

„Oczekuje się, że przejmiemy odpowiedzialność za swoje szczęście”, mówi Paul Dolan, profesor ekonomii i autor Happy Ever After: Escpaing The Myth of The Perfect Life (Długo i szczęśliwie: Ucieczka przed mitem o życiu idealnym). Rzecz w tym, że nasza „misja szczęście” jest pozbawiona grama radości. To ma być praca, praca i jeszcze raz praca. Dolan dostrzega w tej postawie narrację społeczną: „damy wam przepis, co macie myśleć i czuć, czego pragnąć” – co nie czyni nas bardziej szczęśliwymi. Nawet więcej, uważam, że w wielu wypadkach wellness staje się częścią ruchu, który nierzadko popycha ludzi do tego, by wzięli sprawy w swoje ręce i szukali alternatywy dla konwencjonalnych metod leczenia. To może być w jakimś stopniu pozytywne, ważne jest przecież, byśmy rozumieli, że nasze wybory wpływają na zdrowie i dobre samopoczucie, aczkolwiek nie jest to tylko sprawa prywatna. Zdrowa dieta jest ważna, lecz nie wyleczy raka, najważniejsze są solidna i dostępna służba zdrowia oraz ubezpieczenie społeczne. Trendy związane z dobrostanem według mnie niosą ryzyko przesunięcia odpowiedzialności z instytucji rządowych i społeczeństwa jako ogółu na jednostki, i to w czasie, gdy najbardziej potrzebują one pomocy i wsparcia.

Niektórzy krytycy zdają się z tym zgadzać. W recenzji książki Barbary Ehrenreich Natural Causes: An Epidemic of Wellness, the Certainty of Dying, and Killing Ourselves to Live Longer (Przyczyny naturalne: Epidemia dobrego samopoczucia, nieuchronność śmierci i zabijanie się o to, by żyć dłużej), opublikowanej w „New Republic” – Gabriel Winant opisuje wellness jako „przymusowy i wyczerpujący obowiązek: łańcuch niekończących się testów medycznych, praktyk zdrowotnych oraz ćwiczeń, które w końcu staną się celem zamiast środkiem”.

 

Wellness niezmordowanie powtarza ludziom – zwłaszcza kobietom – żeby się stale doskonalili. Mamy pracować nad umysłem, ciałem i otoczeniem. Idź na siłownię! Poćwicz jogę! Posprzątaj dom! Więcej pracuj – jeśli tego nie robisz, jesteś przegrywem, który się poddał! „Presja, jaką wywieramy na ludzi, żeby stali się KIMŚ, sprawia, że większość z nas czuje się NIKIM”, mówi Mary Widdicks, psycholożka, wydawczyni, pisarka i mama trójki dzieci, współautorka wielu prestiżowych publikacji, między innymi w „Washington Post”.

Do tego dochodzi fakt, że niemal każdy trend związany z dobrym samopoczuciem przekonuje nas, że mamy do czynienia z ostatecznym rozwiązaniem dla wszystkich i dla każdego z osobna. „Jeśli wpasujesz się w czyjś model, może to stanąć na przeszkodzie w dotarciu do głębszych wartości”, sprzeciwia się Gretchen Rubin, pisarka i podcasterka, która porusza temat szczęścia i produktywności w swoich książkach Projekt szczęście2 i Cztery tendencje3, a także w podcastach. Krótko mówiąc: sam tworzysz siebie.

W CENTRUM UWAGI: TRENDY WELLNESS NA ŚWIECIE

W ciągu ostatnich lat, a właściwie już nawet dekad, na całym świecie pojawiały się i znikały trendy wellness i na pewno czekają nas jeszcze nowe. Oto garść najważniejszych czy też najbardziej popularnych.

Mindfulness

Częściej pod nazwami „medytacja mindfulness” czy „trening uważności” – jest z nami ładny kawałek czasu. Pochodzi ze starożytnych nauk buddyjskich; przydatność tej medytacji w łagodzeniu objawów stresu i niepokoju pozwoliła na dobre zakorzenić się jej w zachodnim myśleniu i stylu życia. W treningu uważności mamy zwrócić uwagę na obecny stan umysłu i odbudować wewnętrzną równowagę poprzez skupianie się na oddechu i przyglądanie się napływającym myślom, bez oceniania czy wstydu. Dzięki temu stajemy się spokojniejsi, bardziej świadomi siebie i innych.

Podobną filozofią jest zen. Jak wyjaśnia japoński pisarz Naoko Yamamoto: „praktykując zen, koncentrujesz się na teraźniejszości i próbujesz zapomnieć o przeszłości oraz przyszłości”.

Hygge, koselig, Gemütlichkeit

Kilka lat temu dużym zainteresowaniem cieszyło się hygge, nieprzetłumaczalne duńskie określenie na spędzanie czasu z przyjaciółmi, serdeczną atmosferę i cieszenie się prostymi rzeczami, które przynosi życie.

Hygge to siedzenie w domu, gdy wokół panuje mróz, otulanie się kocem i noszenie ciepłych swetrów, najlepiej pośród mebli w duńskim stylu. Norweskie pojęcie koselig bardzo przypomina hygge; strona lifeinnorway.net opisuje je tak: „Koselig to poczucie przytulności, intymności, ciepła, szczęścia i zadowolenia. Aby poczuć się koselig, potrzebujesz rzeczy koselig. W ciemnych miesiącach w kawiarnianych ogródkach pojawiają się koce, a przed wejściem do sklepów świece”.

Podobną filozofią życia jest niemieckie Gemütlichkeit. Jak wyjaśnia „Local”: „słowo to łączy wrażenie przytulności, zadowolenia i ciepła”. Można je również rozszerzyć o poczucie akceptacji społecznej i dobrobytu.

KonMari

Gdy popularna stała się metoda KonMari w sprzątaniu i organizacji przestrzeni wokół siebie, wszyscy zaczęli przyglądać się swoim rzeczom, oceniać je pod tym kątem, czy dają radość, czy nie, a potem zatrzymywać lub wyrzucać.

KonMari, powołane do życia przez Marie Kondo, autorkę Magii sprzątania4, stało się sensacją, przemawiało do powszechnej potrzeby porządkowania i pragnienia minimalistycznego stylu życia.

Szwedzkie döstädning, nazywane death cleaning, porządkami przed śmiercią, to kuzyn metody KonMari; również odwołuje się do minimalizmu i sugeruje posprzątanie swoich rzeczy jeszcze przed śmiercią, żeby ludzie, którzy nas przeżyją, nie musieli się tym zajmować.

Kilka innych modnych trendów

Niedawno w mediach zrobiło się głośno o koreańskiej koncepcji nunchi, czyli o dostrajaniu się do emocji innych ludzi, a także o japońskiej koncepcji ikigai, ścieżki do znalezienia życiowej pasji, która została nazwana „sekretem szczęścia, zdrowia i długiego, spełnionego życia”.

PO CO NAM W TAKIM RAZIE NIKSEN?

„Czy wobec takiej różnorodności trendów, filozofii i szybkich rozwiązań potrzebujemy, by pojawiały się kolejne?” To pytanie często pada w wywiadach i wcale nie jestem nim zaskoczona. W końcu nierobienie niczego nie wygląda na ideę rewolucyjną. Jak się jednak okaże, niksen to znacznie więcej niż nicnierobienie. O wiele więcej. W naszych czasach, gdy wszyscy prowadzą bardzo zajęte życie, odmowa latania w kółko jak kurczak z odciętą głową zakrawa na ekstrawagancję. Niksen pomoże zmniejszyć to nasze zaganianie.

Natłok zajęć to tylko część problemu, do tego dochodzi ciągła presja odczuwana w każdej sferze życia. Mamy dać z siebie wszystko w pracy (żadnego marnowania czasu i coraz większa produktywność), wrócić do nieskazitelnie czystego i świetnie zorganizowanego domu (niech ktoś mi powie, jak to się robi!), wychować grzeczne i kreatywne dzieci (zapoznaj się z wykazem wszystkich sposobów, jak niszczysz życie swoim dzieciom) i zapewnić im wszelkie możliwe stymulujące zajęcia sportowe lub artystyczne. Nie zapominajmy też o byciu wsparciem dla małżonków czy partnerów, no i o zdrowiu (w tej kwestii oczekiwania też są wysokie), o nowych nawykach żywieniowych – czy spróbowałeś już spiruliny i jarmużu? Kiedy ostatnio byłeś na siłowni? Jesteś gotowy na następny maraton? A jeśli te pytania budzą twoją złość, to co powiesz na warsztaty mindfulness, które uczynią z ciebie bardziej spokojnego i miłego człowieka?

Wymagamy od siebie, jak mówią Niemcy, bycia eierlegende Woll­milchsau, świnią, która poza mięsem daje również mleko, wełnę i znosi jajka. Chcemy zawsze być wszystkim i dla każdego. Bycie współczesnym człowiekiem jest szalenie wyczerpujące.

To z powodu tego nastawienia, tego poczucia, że nie jesteśmy dość dobrzy, z dążenia do doskonałości, czytamy o hygge, KonMari czy innym trendzie, który właśnie zaistniał. Co jeszcze musimy zrobić? Jak się postarać? Co kupić?

Niksen odwołuje się do pragnienia prostszego, minimalistycznego życia. Porządkowanie spraw zyskało ostatnio na popularności – i dlatego nie sądzę, żeby zainteresowanie niksenowaniem wzięło się znikąd. Pragnienie nicnierobienia jest stare jak świat, po prostu było uśpione, nie miało nazwy i trudno było o nim rozmawiać. Wszystko się zmieniło, gdy ludzie odkryli niksen, słowo, które łatwo wymówić – wtedy wszystko wybuchło.

Kto decyduje, że coś jest albo stanie się trendem? Ktoś, kto pragnie zainicjować nowy nurt, czy ludzie, którzy go podchwytują, zaczynają o nim pisać i czytać, wprowadzać go w życie? Merriam-Webster Dictionary definiuje trend jako (między innymi): „dominującą tendencję/skłonność, ogólny ruch, aktualny styl lub preferencje oraz linię rozwoju”.

Czy ludzie pójdą w kierunku niksenowania? Czy to jest tendencja, skłonność? Jeśli tak, to mam nadzieję, że ta książka wyjaśni, czym jest niksen i jak wdrożyć go w życie.

CO ZNAJDZIECIE NA KOLEJNYCH STRONACH

Zamierzam podzielić się w tej książce tym wszystkim, co odkryłam od czasu, gdy zaczęłam zajmować się niksenowaniem, holenderską sztuką nierobienia absolutnie niczego. I chociaż rzadko mój dzień przebiega gładko, to niksen naprawdę ma potencjał, by zmienić coś w naszym życiu. Gdy przestaniemy być tacy zajęci, poczujemy się bardziej szczęśliwi, kreatywni i produktywni, łatwiej będzie nam przychodziło podejmowanie decyzji. Praktykowanie niksen może nie być proste, może wymagać czegoś więcej niż tylko wysiłku, ale wierzę, że jest możliwe.

W każdym rozdziale zajmę się innym aspektem filozofii niksen, w każdym znajdziecie część W centrum uwagi – fakty, opowieści i opinie ekspertów, a więc ludzi, którzy mieszkają w Holandii, i badaczy zajmujących się tym zjawiskiem. Odwołam się do szerokiego wachlarza dyscyplin: socjologii, biologii, psychologii, historii i komunikacji międzykulturowej, będę czerpać z własnego doświadczenia. Niksen to stosunkowo nowa idea, nie ma zbyt wiele dostępnych informacji o nicnierobieniu, do wielu wniosków musiałam dojść sama.

Każdy rozdział zakończy się trzema pytaniami, nad którymi będziesz mógł poniksenować w wolnym czasie.