W poszukiwaniu prawdyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W poszukiwaniu prawdy
W poszukiwaniu prawdy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,90  49,52 
W poszukiwaniu prawdy
W poszukiwaniu prawdy
E-book
27,90  19,53 
Szczegóły
W poszukiwaniu prawdy
Audio
W poszukiwaniu prawdy
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
34  24,82 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

CZĘŚĆ DRUGA

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

CZĘŚĆ TRZECIA

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

CZĘŚĆ CZWARTA

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY

Tytuł oryginału: Under Currents

Copyright © 2019 by Nora Roberts

Copyright for the Polish Edition © 2019 Edipresse Kolekcje Sp. z o.o.

Copyright for the translation © 2019 Magdalena Rabsztyn-Anioł

Edipresse Kolekcje Sp. z o.o.

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska

Senior Project Manager: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Tatiana Drózdż

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51),

Beata Trochonowicz (tel. 22 584 25 73), Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Jolanta Kucharska

Korekta: Anna Godlewska, Ewa Charitonow

Projekt okładki: Duncan Spilling – LBBG

Obrazy: Shutterstock

Autor zdjęcia: © Bruce Wilder

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl e-mail: bok@edipresse.pl tel.: 22 584 22 22 (pon.–pt. w godz. 8:00–17:00) facebook.com/edipresseksiazki facebook.com/pg/edipresseksiazki/shop instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8177-224-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla dziewczyn z Greenbrier:

Joanny, towarzyszki treningów,

Kat, mojej miłej, przemiłej samotnej mamy,

Laury, mistrzyni wszystkiego,

Mary, zakupowej koleżanki,

Sarah, magnesu dla duchów.

CZĘŚĆ PIERWSZA

OKRUCIEŃSTWO

KŁAMSTW

Okrucieństwo i strach podają sobie dłonie.

Honoré de Balzac

Przemoc wobec dziecka rzuca cień na całe jego życie.

Herbert Ward

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Z zewnątrz dom w Lakeview Terrace wyglądał idealnie. Dostojne trzy kondygnacje z jasnobrązowej cegły miały szerokie przeszklone okna z widokiem na Jezioro Lustrzane oraz szczyty Pasma Błękitnego. Dwie pseudowieżyczki pokryte miedzią przydawały budynkowi europejskiego uroku i dyskretnie sugerowały bogactwo.

Bujna zieleń trawnika łagodnie obniżała się ku trzem schodom i szerokiej białej werandzie obrzeżonej azaliami, które wiosną rozkwitały rubinową czerwienią.

Z tyłu domu, na sporym zadaszonym patiu, z którego rozpościerały się zapierające dech w piersi widoki na jezioro, znajdowały się część wypoczynkowa i letnia kuchnia. Zadbany ogród różany roztaczał słodką woń. W sezonie na wodach prywatnej przystani unosił się pokaźnych rozmiarów jacht.

Pnące róże łagodziły surowość wysokich desek ogrodzenia strzegącego prywatności mieszkańców.

Przyległy garaż mieścił dwa mercedesy – terenówkę i sedana, a także dwa rowery górskie oraz sprzęt narciarski – i zostawało w nim jeszcze sporo wolnego miejsca.

Pomieszczenia domu były niebotycznie wysokie. Zarówno w salonie do podejmowania gości, jak i w pokoju dziennym kominki obramowano taką samą złotobrązową cegłą, jaka znajdowała się na zewnątrz. Wystrój gustowny – choć niektórzy mogliby uznać, że wystudiowany – odzwierciedlał wizję zajmującej go pary.

Spokojne kolory, harmonizujące tkaniny, współczesna klasyka niepopadająca jednak w surowość.

Doktor Graham Bigelow kupił tę parcelę w projektowanym osiedlu domów jednorodzinnych Lakeview Terrace, kiedy jego syn miał pięć lat, a córka trzy. Wybrał taki rozkład pomieszczeń, który jego zdaniem odpowiadał rodzinie, poczynił niezbędne zmiany, ustalił wykończenia, podłogi, płytki ceramiczne i brukowe oraz zatrudnił projektanta wnętrz.

Jego żona Eliza z nieskrywaną radością pozostawiła większość tych decyzji mężowi. W jej przekonaniu miał doskonały gust.

Gdy jednak miała jakiś pomysł lub propozycję, słuchał jej opinii. Chociaż najczęściej uzasadniał jej, dlaczego ów pomysł czy propozycja nie są odpowiednie, ale jednak od czasu do czasu wprowadzał je w życie.

Podobnie jak Graham, Eliza pragnęła świeżości i statusu, jakie niosło małe ekskluzywne osiedle nad jeziorem w górzystej części Karoliny Północnej. Wprawdzie urodziła się i wychowała w rodzinie o wysokiej pozycji społecznej, ale taki status uważała za przestarzały i nudny. Co więcej, dokładnie taki wydawał się jej stojący po przeciwnej stronie jeziora dom, w którym dorastała.

Z przyjemnością odsprzedała swoje udziały w wiekowej budowli siostrze, a pozyskane pieniądze wykorzystała do umeblowania – wyłącznie nowymi przedmiotami! – domu w Lakeview Terrace. Otrzymany czek bez chwili wahania przekazała Grahamowi – on zajmował się wszystkimi sprawami.

Nigdy tego nie żałowała.

Mieszkali tam szczęśliwie blisko dziewięć lat, wychowując dwójkę bystrych, ślicznych dzieci oraz organizując uroczyste kolacje, koktajle i przyjęcia w ogrodzie. Eliza, jako żona głównego chirurga szpitala Mercy w pobliskim Asheville, miała wyglądać pięknie i stylowo, wychowywać dzieci, dbać o dom, podejmować gości i przewodniczyć komitetom.

 

Ponieważ trzy razy w tygodniu przychodziła gosposia, raz w tygodniu ogrodnik, a siostra z przyjemnością zajmowała się dziećmi, gdy ona i Graham chcieli wieczorem wyjść lub na krótko wyjechać, Eliza miała mnóstwo czasu, by dbać o swój wygląd i garderobę.

Nie opuściła ani jednej uroczystości szkolnej. Przez dwa lata pełniła funkcję przewodniczącej Stowarzyszenia Rodziców i Nauczycieli. Pojawiała się na szkolnych przedstawieniach. Graham, jeżeli akurat nie musiał być w pracy, chętnie jej towarzyszył. Zajmowała się kwestowaniem na rzecz zarówno szkoły, jak i szpitala. Siedziała w pierwszym rzędzie każdego występu baletowego od czasu, kiedy Britt skończyła cztery lata.

Była również obecna na większości meczy baseballowych, w jakich grał jej syn Zane. A jeżeli nie mogła się pojawić, usprawiedliwiała się, co rozumiał każdy, kto przetrwał koszmarną nudę, jaką stanowiły młodzieżowe mecze baseballu.

Chociaż nigdy by się do tego nie przyznała, Eliza faworyzowała córkę. Nic dziwnego, gdyż Britt była śliczną, kochaną, posłuszną dziewczynką. Nigdy nie musiała jej zachęcać do odrobienia pracy domowej ani posprzątania swojego pokoju. No i zawsze była uprzejma. Zane natomiast przypominał Elizie jej siostrę Emily. Jej skłonność do spierania się czy dąsania, do robienia rzeczy po swojemu.

Trzeba jednak przyznać, że dbał o oceny. Jeżeli chłopiec chciał grać w baseball, to jego nazwisko musiało widnieć na tablicy uczniów wyróżniających się. Marzył, żeby grać zawodowo, ale Eliza wiedziała, że to młodzieńcza fantazja. Będzie, rzecz jasna, studiował medycynę, tak jak jego ojciec.

Ale na razie baseball służył jako marchewka, więc nie było potrzeby stosować kija.

Jeżeli Graham musiał go wyciągnąć i od czasu do czasu ukarać, robił to wyłącznie dla dobra syna. Służyło to budowaniu charakteru, uczeniu granic i wpajaniu szacunku.

Jak mawiał, mały chłopiec jest ojcem mężczyzny, więc ten mały chłopiec musi nauczyć się przestrzegać zasad.

Na dwa dni przed Bożym Narodzeniem Eliza jechała do domu po odśnieżonych przez pług ulicach Lakeview. Była na uroczym świątecznym lunchu z przyjaciółkami – może wypiła kilka łyków szampana więcej, niż należało, ale dodatkowe kalorie spaliła podczas zakupów. W drugi dzień świąt rodzina jak co roku miała wybrać się na narty. Graham i dzieci będą szusowali, a ona skorzysta ze spa. Teraz miała parę wspaniałych nowych butów – idealnych do bielizny, która rozgrzeje Grahama po pobycie na stoku.

Zerknęła na inne domy i ich świąteczne dekoracje. Stwierdziła, że są naprawdę śliczne – w Lakeview Terrace na mocy zarządzenia wydanego przez stowarzyszenie właścicieli domów nie wolno było stosować tandetnych nadmuchiwanych mikołajów.

Nie było jednak powodu do skromności – ich dom przyćmiewał resztę. Graham dał jej wolną rękę w wyborze świątecznych dekoracji, co w pełni wykorzystała.

Białe światełka zalśnią, kiedy zapadnie zmrok. Obrysują idealną sylwetkę domu, owiną jodły stojące w donicach na frontowej werandzie. Zabłysną wewnątrz bliźniaczych dekoracyjnych wieńców z czerwonymi i srebrnymi wstęgami, zawieszonych na podwójnych drzwiach.

No i oczywiście choinka w salonie – wysoka na ponad trzy i pół metra – białe lampki, srebrne i czerwone gwiazdki. W pokoju dziennym ten sam schemat kolorystyczny, ale rolę ozdóbek przejmą aniołki. Oczywiście gzymsy kominka, jadalnia, wszystko wysmakowane i idealne.

I co roku nowe. Nie ma potrzeby niczego pakować i przechowywać, skoro wypożyczalnia przyjedzie i zabierze.

Nigdy nie rozumiała radości, z jaką jej rodzice i Emily wygrzebywali wiekowe bombki albo tandetne drewniane mikołaje. Mogą sobie to robić, kiedy przyjadą do starego domu, do Emily. Eliza, oczywiście, będzie gościć ich na świątecznym obiedzie. Potem, Bogu dzięki, wrócą do Savannah, na swoją emeryturę.

Wciskając guzik pilota otwierającego drzwi garażu, pomyślała, że to Emily jest ulubienicą rodziców. Nie ma co do tego wątpliwości.

Widok samochodu Grahama był dla niej wstrząsem. Zerknęła na zegarek i odetchnęła z ulgą. Nie spóźniła się, to on wrócił wcześniej.

Uszczęśliwiona, zwłaszcza że to ktoś inny rozwoził dziś dzieci, zatrzymała auto koło samochodu męża i zebrała torby z zakupami.

Przeszła przez przedpokój, powiesiła płaszcz, złożyła szalik i zdjęła buty, po czym wsunęła stopy w czarne balerinki od Prady, które nosiła po domu.

Kiedy weszła do kuchni, Graham, nadal w garniturze i krawacie, stał przy wyspie.

– Wcześnie wróciłeś! – Po odłożeniu toreb na blat części barowej podeszła szybko do niego i lekko pocałowała.

Pachniał, równie delikatnie, co pocałunek, Eau Sauvage – jej ulubioną wodą kolońską.

– Gdzie byłaś?

– Och, pojechałam na świąteczny lunch z Mirandą i Jody, pamiętasz? – Machnęła ręką w stronę rodzinnego kalendarza wiszącego w kąciku dziecięcym. – Na koniec poszłyśmy na małe zakupy.

Podeszła do lodówki i wyjęła butelkę wody Perrier. – Nie mogę uwierzyć, ile osób nadal szuka prezentów. W tym Jody. – Wsypała do szklanki lód z kostkarki i wlała do niej wody gazowanej. – Naprawdę, Graham, ona chyba nigdy się nie zorganizuje…

– Uważasz, że interesują mnie sprawy Jody?

Jego głos, spokojny, opanowany, nieomal miły, uruchomił dzwonki alarmowe.

– Oczywiście, że nie, mój drogi. Trajkoczę tylko. – Uśmiech nie zniknął z jej twarzy, ale oczy wyrażały ostrożność. – Może usiądziesz i odpoczniesz? Uzupełnię ci drinka i razem…

Cisnął szklanką i kryształ rozbił się u jej stóp. Ostry odłamek rozciął jej skórę na kostce, a ranka zapiekła, kiedy prysnęła na nią szkocka.

To baccarat, pomyślała ze złością.

– To mi uzupełnij! – Te słowa, już dalekie od spokoju i opanowania, ani trochę miłe, były równie ostre, co kawałki szkła. – Cały dzień grzebię w ludzkich wnętrznościach, ratuję życie i wracam do pustego domu?

– Przykro mi. Nie…

– Przykro ci? – Chwycił ją za przedramię, wykręcając je, gdy pchnął ją na blat. – Przykro ci, że nie zadałaś sobie trudu, by wrócić na czas do domu? Przykro ci, że zmarnowałaś dzień i moje pieniądze, jedząc lunch, robiąc zakupy i plotkując z tymi głupimi dziwkami, podczas gdy ja spędzam sześć godzin w sali operacyjnej?!

Oddychała nierówno, serce jej waliło.

– Nie wiedziałam, że wrócisz wcześniej. Gdybyś do mnie zadzwonił, przyjechałabym natychmiast.

– To teraz mam ci się jeszcze meldować?!

Ledwie słyszała resztę słów, którymi ją bombardował: niewdzięczność, szacunek, powinność. Ale znała to spojrzenie, oczy anioła zemsty. Te ciemnoblond włosy, idealnie ostrzyżone, tę gładką i przystojną, teraz zaczerwienioną twarz. Tę wściekłość w jasnoniebieskich oczach, tak zimnych, bardzo zimnych.

Dreszcz złości zamienił się w gniew.

– Było w kalendarzu! – Jej głos zrobił się piskliwy. – Powiedziałam ci o tym dziś rano.

– Uważasz, że mam czas sprawdzać twój idiotyczny kalendarz? Będziesz w domu, kiedy stanę w drzwiach. Rozumiesz, co do ciebie mówię? – Pchnął ją znowu na blat, aż poczuła przeszywający ból w kręgosłupie. – Wszystko, co masz, zawdzięczasz mnie. Ten dom, ubrania, jedzenie. Płacę komuś, żeby gotował, żeby sprzątał, żebyś była do mojej dyspozycji, kiedy chcę! Więc będziesz w domu, kiedy stanę w drzwiach. Rozłożysz nogi, kiedy mi stanie.

Na dowód naparł na nią wzwiedzionym członkiem.

Spoliczkowała go. Nawet wiedząc, co się wydarzy – a może z powodu tego, co się wydarzy, spoliczkowała go.

Jego wściekłość z kontrolowanej zamieniła się w nieopanowaną. Uniesione wargi odsłoniły zęby.

Pięścią trafił ją w brzuch. Nigdy nie bił jej w twarz.

*

W wieku czternastu lat Zane Bigelow ciałem i duszą był oddany baseballowi. Podobały mu się dziewczyny – lubił patrzeć na te nagie, kiedy jego kumpel Micah pokazał mu, jak obejść blokadę rodzicielską na komputerze. Ale baseball nadal był numerem jeden.

Numero uno.

Wysoki jak na swój wiek i patykowaty, nie mógł się doczekać, aż skończy szkołę i zostanie odkryty przez łowcę talentów Baltimore Orioles – ucieszyłby się z każdej drużyny Ligi Amerykańskiej, ale to był jego wymarzony wybór.

Absolutne numero uno.

Będzie grał na pozycji łącznika – niezwykły Cal Ripken do tego czasu zakończy karierę. Poza tym Żelazny Ripken wrócił do gry jako trzeciobazowy.

Takie były ambicje Zane’a. Grać zawodowo w baseball i zobaczyć nagą dziewczynę na żywo.

Nikt na świecie nie był szczęśliwszy niż Zane Bigelow, kiedy pani Carter – mama Micaha – rozwoziła dzieci do domów terenówką marki Lexus. Nawet jeżeli włączyła Cher śpiewającą o tym, że po miłości istnieje życie.

Nie był fanem motoryzacji – jeszcze – i o samochodach wiedział tyle, ile każdy chłopak w jego wieku. I wolał rap, nie żeby mógł go słuchać w domu.

Ale nawet kiedy śpiewała Cher, kiedy jego siostra i dwie inne dziewczyny piszczały, rozmawiając o świętach, a Micah był pochłonięty graniem w Donkey Konga na game boyu (Micah rozpaczliwie pragnął dostać na święta nową wersję tej konsoli z kolorowym wyświetlaczem), Zane nigdy nie był tak zadowolony.

Dziesięć dni bez szkoły! Nawet perspektywa obowiązkowej jazdy na nartach – nie był to jego ulubiony sport, zwłaszcza kiedy ojciec ciągle mu pokazywał, jak sprawnie śmiga jego młodsza siostra – nie była w stanie popsuć mu humoru.

Zero matematyki, przez dziesięć dni. Nienawidził matematyki tak bardzo, jak sałatki ze szpinakiem, czyli naprawdę mocno.

Pani Carter zjechała na bok, żeby wypuścić Cecile Marlboro. Nastąpiło zwyczajowe zamieszanie, wyciąganie plecaków, piski dziewczyn.

Wszyscy musieli się uścisnąć z okazji ferii bożonarodzeniowych.

Czasami żegnali się w ten sposób z powodu na przykład wtorku czy czegoś takiego. Nigdy nie mógł tego zrozumieć.

Wszyscy życzyli sobie wesołych świąt Bożego Narodzenia – tylko wesołych świąt, kiedy wysadzili Pete Greena’a, ponieważ był żydem.

Zane pomyślał, że już prawie jest na miejscu, kiedy patrzył na mijane domy. Uznał, że zrobi sobie coś do jedzenia, a potem – żadnych prac domowych, zero cholernej matematyki – zamknie się u siebie w pokoju i przez godzinę pogra w Triple Play na playstation.

Wiedział, że Lois – która do czasu ich powrotu z nart miała już wolne – zamierza rano zrobić lazanię, zanim zajmie się swoimi świętami. A lazania Lois była fantastyczna.

Mama będzie musiała włączyć piekarnik, żeby ją podgrzać, ale z tym powinna sobie poradzić.

Co więcej, jutro babcia i dziadzio przyjadą z Savannah. Żałował, że nie zatrzymają się u niego w domu, zamiast u cioci Emily, ale zamierzał jutro po południu pojechać rowerem do starego domu i tam posiedzieć. Może namówi Emily do upieczenia ciasteczek, a może nawet nie będzie musiał jej bardzo namawiać.

I wszyscy przyjadą na świąteczny obiad. Mama nie będzie nawet musiała włączać piekarnika. Wszystkim zajmie się firma cateringowa.

Po obiedzie Britt zagra na pianinie – jemu szło to beznadziejnie, za co też regularnie dostawał kuksańce od ojca – i wszyscy będą śpiewać.

Oklepane, absolutnie oklepane, ale właściwie to lubił. No i całkiem nieźle śpiewał, więc przynajmniej tu miał spokój.

Kiedy samochód zatrzymał się przed jego domem, przybił żółwika z Micahem.

– Wesołych, gościu.

– I wzajemka, gościu – odpowiedział Micah.

Kiedy Britt i Chloe przytulały się, jakby miały się nie widzieć przez rok, Zane wysunął się z samochodu.

– Wesołych świąt, Chloe. Wesołych świąt, pani Carter, i dziękuję za podwiezienie.

 

– Wesołych świąt, Zane. Nie ma za co. – Rzuciła mu uśmiech i spojrzała w oczy. Była naprawdę ładna jak na mamę.

– Dziękuję, pani Carter, i wesołych świąt Bożego Narodzenia. – Britt niemal wyśpiewała te słowa. – Zadzwonię do ciebie, Chloe!

Zane zarzucił plecak na jedno ramię, kiedy Chloe wysiadała z auta.

– Po co masz do niej dzwonić? O czym jeszcze nie zdążyłyście porozmawiać? Trajkotałyście całą drogę ze szkoły.

– Mamy sobie dużo do powiedzenia.

Britt, o ponad głowę niższa od brata, była do niego bardzo podobna – ciemne włosy – u Britt sięgające niemal do pasa i podpięte klamerkami zdobionymi przez renifery – i takie same bystre zielone oczy. Jej buzia była jeszcze okrągława i dziecinna, podczas gdy jego rysy już się wyostrzyły. Bo, jak powiedziała Em, dorastał.

Nie żeby miał już co golić czy coś takiego, chociaż starannie sprawdzał każdego dnia.

Ponieważ była to jego siostra, uważał dokuczanie jej za swój obowiązek.

– Ale wy przecież niczego nie powiedziałyście. Tylko: „Oooch, Justin Timberlake”. – I zaczął głośno cmokać, a ona się zarumieniła.

Wiedział, że siostra kocha się w tym piosenkarzu.

– Zamknij się.

– Ty się zamknij.

– Sam się zamknij.

Przerzucali się tak, dopóki nie doszli do werandy, gdzie zaczęli stroić dziwne miny, ponieważ oboje wiedzieli, że jeżeli wejdą do domu, kłócąc się, i matka ich usłyszy, to zacznie im prawić niekończące się kazanie.

Zane wygrzebał klucz, gdyż ojciec zarządził, że dom ma zawsze być zamknięty, bez względu na to, czy ktoś w nim jest. Usłyszał, co się dzieje, jak tylko otworzył drzwi.

Grymas złości zniknął z twarzy Britt. Jej oczy zrobiły się ogromne i napełniły strachem oraz łzami. Szybko zatkała dłońmi uszy.

– Idź na górę – nakazał jej Zane. – Idź prosto do swojego pokoju i nie wychodź stamtąd.

– On znowu robi jej krzywdę. On jej robi krzywdę…

Britt, zamiast pobiec do swojego pokoju, wpadła do pokoju dziennego, nadal zatykając rękami uszy.

– Przestań! – wrzasnęła. – Przestań, przestań, przestań, przestań!

Zane zobaczył krew rozsmarowaną na podłodze, w miejscu, gdzie jego matka próbowała odpełznąć. Miała podarty sweterek, brakowało jej jednego buta.

– Marsz do siebie! – krzyknął Graham, podnosząc Elizę za włosy. – To nie wasza sprawa!

Britt nadal krzyczała, nawet kiedy Zane usiłował ją odciągnąć.

Zobaczył, że spojrzenie jego ojca, pełne nienawiści, przesuwa się i nieruchomieje na dziewczynce. W chłopaku obudził się strach, który niszczył jego duszę.

Nie myślał, nawet nie wiedział, co zamierza zrobić. Odepchnął siostrę i stanął pomiędzy nią a ojcem – chudy dzieciak. I w przypływie złości rzucił się na ojca.

– Odejdź od niej, ty skurwysynu!

Natarł prosto na Grahama. Raczej zaskoczenie niż siła sprawiło, że Graham cofnął się o krok.

– Wynoś się stąd!

Zane nawet się nie zorientował. Miał czternaście lat i jego jedyne doświadczenie w bójkach polegało na przepychaniu się i obelgach. Znał już ojcowskie pięści – cios w brzuch, czasami w nerki.

Tam, gdzie nie było widać.

Tym razem pięści uderzyły go w twarz – coś w jego głowie wybuchło, wszystko zrobiło się rozmazane. Poczuł jeszcze dwa ciosy, zanim upadł, a ostry ból przezwyciężył strach i gniew. Jego świat zrobił się szary, a przez tę szarość światła migotały i błyskały.

Czując smak krwi w ustach, słysząc nieprzerwane wrzaski siostry, zemdlał.

Następne, co pamiętał, to jak ojciec niósł go po schodach przewieszonego przez ramię. Dzwoniło mu w uszach, ale słyszał płacz Britt i głos matki mówiącej jej, żeby przestała.

Ojciec nie położył go na łóżku, tylko zrzucił z ramienia, więc Zane odbił się od materaca. Poczuł na nowo ból w całym ciele.

– Jeszcze raz okażesz mi brak szacunku, a nie skończy się na złamanym nosie i podbitym oku. Jesteś niczym, rozumiesz? Niczym, dopóki nie powiem, że jest inaczej. Wszystko, co masz, w tym oddech napędzający ciało, zawdzięczasz mnie.

Nachylił się nisko, kiedy to mówił – spokojnym, opanowanym głosem. Zane widział go podwójnie i nie był w stanie nawet skinąć głową. Zaczął drżeć. Był w szoku i trząsł się tak, aż zęby mu dzwoniły.

– Nie opuścisz tego pokoju, dopóki ci na to nie pozwolę. Nie będziesz z nikim rozmawiał. Nikomu nie powiesz o prywatnych sprawach tej rodziny albo kara, do wymierzenia której mnie dziś zmusiłeś, wyda ci się zabawą. Nikt ci nie uwierzy. Jesteś nikim. Ja jestem wszystkim. Mogę cię zabić, kiedy będziesz spał, i nikt tego nie zauważy. Pamiętaj o tym, kiedy następnym razem będziesz próbował udawać dorosłego. – Wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Zane znowu stracił przytomność. Tak było łatwiej, niż zmierzyć się z bólem i z wypowiedzianymi przez ojca słowami, które bolały tak samo, jak ciosy.

Kiedy oprzytomniał, światło się zmieniło. Jeszcze nie było ciemno, ale nadchodził wieczór.

Nie mógł oddychać przez nos. Wydawało się, że jest zatkany jak podczas silnego przeziębienia. Takiego, od którego rozsadzało czaszkę, a w oczach pulsował ból.

Potwornie bolał go brzuch.

Kiedy próbował usiąść, pokój zawirował i chłopak przestraszył się, że zwymiotuje.

Gdy usłyszał szczęk zamka, zaczął się znowu trząść. Był gotów błagać, prosić, kajać się, byle tylko te pięści nie zaczęły go znowu okładać.

Do środka weszła matka i pstryknęła włącznik lampy. Światło sprawiło, że zalała go nowa fala bólu, więc zamknął oczy.

– Twój ojciec mówi, że masz się umyć, a potem położyć worek z lodem na twarzy.

Jej głos, chłodny, rzeczowy, ranił niemal równie mocno jak głos ojca.

– Mamo…

– Twój ojciec mówi, że masz trzymać głowę wyżej. Możesz wyjść z łóżka tylko wtedy, kiedy musisz skorzystać z łazienki. Jak widzisz, ojciec zabrał ci komputer, playstation i telewizor, przedmioty, które tak wspaniałomyślnie ci dał. Nie będziesz się widział ani rozmawiał z nikim poza ojcem lub mną. Nie będziesz uczestniczył w świętowaniu zarówno Wigilii, jak i Bożego Narodzenia.

– Ale…

– Masz grypę.

Szukał na jej twarzy jakichś śladów współczucia, wdzięczności. Uczuć.

– Usiłowałem go powstrzymać, żeby nie zrobił ci krzywdy. Myślałem, że skrzywdzi Britt. Myślałem…

– Nie prosiłam cię o pomoc ani jej nie potrzebowałam. – Jej głos, urywany, chłodny, sprawił, że poczuł ból w piersi. – To, co jest pomiędzy mną a twoim ojcem, jest pomiędzy mną a twoim ojcem. Masz dwa dni na zastanowienie się nad swoim miejscem w tej rodzinie i odzyskanie jakichkolwiek przywilejów.

Odwróciła się do drzwi.

– Zrób, co powiedziałam.

Kiedy wyszła i zostawiła go samego, zmusił się, żeby usiąść – musiał zamknąć oczy, żeby nie widzieć, jak wszystko kręci mu się przed oczami, i tylko oddychał. W końcu stanął niepewnie na nogach i drżącym krokiem przeszedł do łazienki, gdzie zwymiotował i znowu niemal stracił przytomność.

Kiedy zdołał się dźwignąć na nogi, wpatrzył się w lustro nad umywalką odbijające jego twarz.

Pomyślał, dziwnie zobojętniały, że zupełnie siebie nie przypomina. Spuchnięte usta, pęknięta dolna warga. Nos jak czerwony balon. Oczy podbite, jedno spuchnięte i wpółprzymknięte. Cała twarz pokryta zaschniętą krwią.

Podniósł rękę i dotknął palcami nosa. Przeszył go silny ból. Ponieważ bał się wziąć prysznic – nadal miał zawroty głowy – użył myjki, żeby usunąć krew. Musiał zacisnąć zęby i trzymać się jedną ręką umywalki, żeby nie upaść, ale bardziej niż bólu bał się konsekwencji niezrobienia tego, co mu kazano.

Płakał i się tego nie wstydził. I tak nikt go nie widział. Nikogo by to nie obeszło.

Powoli wrócił do łóżka i syknął, kiedy pochylił się, żeby zdjąć buty i dżinsy. Co chwila musiał przerywać, poczekać, aż oddech się wyrówna i ustaną zawroty głowy.

Wpełzł do łóżka w bokserkach i bluzie. Sięgnął po worek z lodem zostawiony przez matkę i położył go tak delikatnie, jak tylko potrafił, na nosie.

Ból był jednak zbyt silny, więc przesunął worek na oko. To mu wreszcie przyniosło trochę ulgi.

Leżał tak, teraz już w całkowitych ciemnościach, i planował. Ucieknie. Kiedy tylko zdoła, zapakuje do plecaka ubrania. Nie ma zbyt wiele pieniędzy, ponieważ ojciec wpłacał wszystko, co Zane otrzymał, do banku. Ale ukrył nieco w parze skarpetek. Oszczędzał na gry komputerowe.

Mógłby podróżować autostopem – ta myśl wywołała dreszcz emocji. Może pojedzie do Nowego Jorku. Ucieknie z tego domu, w którym wszystko wyglądało nieskazitelnie, a który skrywał brzydkie, brudne tajemnice, tak jak on chował swoje pieniądze na gry. Znajdzie pracę. Uda mu się. Zapadając znowu w sen, pomyślał, że nie będzie już musiał chodzić do szkoły. To już coś.

Obudził się ponownie, słysząc szczęk zamka, i udał, że śpi. Ale to nie były kroki jego ojca ani matki. Otworzył oczy, gdy Britt zaświeciła mu w twarz małą różową latarką.

– Nie. – Skrzywił się.

– Ćśś – ostrzegła. – Nie mogę włączyć światła, na wypadek gdyby się obudzili i je zobaczyli. – Usiadła na jego łóżku i pogładziła go po ręku. – Przyniosłam ci kanapkę z masłem orzechowym i dżemem. Nie mogłam wziąć lazanii, boby się zorientowali, że jej ubyło. Musisz coś zjeść.

– Jeszcze nie dam rady, Britt, brzuch mnie boli.

– Tylko troszkę. Spróbuj.

– Musisz iść. Jak cię tu złapią…

– Śpią. Upewniłam się. Nie zostawię cię. Posiedzę tu, dopóki nie zdołasz trochę zjeść. Tak mi przykro, Zane.

– Nie płacz.

– A ty płaczesz.

Pozwolił łzom płynąć. Nie miał siły ich powstrzymywać.

Pociągając nosem i ocierając łzy, Britt pogładziła go po ramieniu.

– Przyniosłam też mleko. Nie zauważą, jeśli zniknie trochę. Wszystko posprzątałam, a jak skończysz, umyję szklankę.

Mówili szeptem – byli do tego przyzwyczajeni – ale teraz głos się jej rwał.

– Uderzył cię tak mocno, Zane. Bił i bił, a kiedy upadłeś, kopnął cię w brzuch. Myślałam, że nie żyjesz.

Położyła mu głowę na piersi, a jej ramiona się trzęsły. Pogładził ją po włosach.

– Zrobił ci krzywdę?

– Nie. Ścisnął mnie za ramiona i szarpnął. Wrzasnął, żebym się zamknęła. Zrobiłam to. Bałam się tego, co mi zrobi, jeżeli go nie posłucham.

– To dobrze. Zrobiłaś to, co należało.

– Ty tak zrobiłeś. – Jej szept był ciężki od łez. – Próbowałeś zrobić to, co należało. Ona nawet nie podeszła, żeby go powstrzymać, kiedy cię bił. Nic nie powiedziała. A kiedy przestał, kazał jej zmyć krew z podłogi. W kuchni było rozbite szkło, kazał je sprzątnąć, doprowadzić się do ładu i podać obiad przed osiemnastą.

Usiadła i wyciągnęła kanapkę, którą przekroiła na pół. Kochał ją tak bardzo, że aż poczuł ukłucie w sercu.

Wziął jedzenie, ugryzł kawałek i uznał, że chyba utrzyma je w żołądku.

– Mamy powiedzieć Emily oraz babci i dziadziowi, że jesteś chory. Masz grypę i zarażasz. Musisz odpoczywać, a tata się tobą zajmuje. Nie pozwoli im tu przyjść i cię zobaczyć. Ludziom w ośrodku powiemy, że spadłeś z roweru. Mówił to wszystko podczas kolacji. Musiałam zjeść, bo znowu by się wściekł. Zwymiotowałam, kiedy wróciłam na górę.

Ugryzł kolejny kęs i wyciągnął w ciemności rękę, by dotknąć jej dłoni.

– Wiem, jakie to uczucie.

– Kiedy wrócimy, mam powiedzieć, że miałeś wypadek na nartach. Upadłeś. Tata się tobą zajął.

– Nooo – powiedział to jedno słowo z wielką goryczą. – Zajął się mną.

– Znowu cię skrzywdzi, jeśli tego nie zrobimy. Albo i gorzej. Nie chcę, żeby cię krzywdził, Zane. Próbowałeś go powstrzymać przed biciem mamy. Mnie też chroniłeś. Sądziłeś, że mnie uderzy. Ja też tak myślałam.

Poczuł, że się poruszyła i w słabym świetle latarki, którą położyła na łóżku, zobaczył, że odwróciła się, żeby spojrzeć w okno.

– Pewnie któregoś dnia to zrobi.

– Nie, nie, nie zrobi tego. – Mimo bólu poczuł narastającą wściekłość. – Nie dasz mu żadnego powodu do tego, a ja mu na to nie pozwolę.

– On nie potrzebuje żadnego powodu. Nie trzeba być dorosłym, żeby to zrozumieć. – Chociaż jej głos brzmiał dorośle, znowu zaczęła płakać. – Myślę, że oni nas nie kochają. Nie mógłby nas kochać i krzywdzić, kazać nam kłamać. A ona nie może nas kochać i na to pozwalać. Myślę, że oni nas nie kochają.