NinaTekst

Z serii: Nina Braun #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ale dlaczego? – pytam grzecznie, choć powinnam wywrzeszczeć: jakim prawem, to mój dom! Nie robię tego, nie chcąc prowokować niemiłej dyskusji ani tym bardziej kłótni. W tyle głowy nieustająco pulsuje świadomość, że skoro z pierwszymi teściami mi nie wyszło, to powinnam popracować nad relacjami z drugimi i już na starcie spuścić z tonu. Być tolerancyjna i spokojna.

– Nie gniewaj się, że zrobiłam po swojemu, ale nic tu nie mogłam znaleźć. Miałaś to jakoś dziwnie poustawiane, chcesz lanych klusek do rosołu?

– Proszę?

– O czym to ja… Ano tak. Miałaś jakoś tak niepraktycznie porozkładane, a teraz wszystko do siebie pasuje. Mąki do sypkich (już wiem, skąd herbata znalazła się obok krupczatki), garnki pod ręką, a takie śliczne masz, że postawiłam je za szybą, żeby było je widać. A z tymi ściereczkami koło kosza to, proszę cię, zupełnie bez sensu. Olaf, no podajże Ninie łyżkę, co tak siedzisz? Zresztą skoro teraz będziemy tu częściej bywać, to wy sobie pójdziecie do kina czy na spacer, a ja będę kucharzyć.

– Jak to częściej?

– Ach, no, wiesz, że mieszkania już prawie zamieniliśmy i jak dobrze pójdzie, najpóźniej za dwa tygodnie wprowadzimy się po sąsiedzku.

Czerwona żarówka wiruje mi w głowie, oślepiając jaskrawym, wdzierającym się pod powieki światłem. Jeśli oni mają zamiar tu bywać bez ograniczeń, w dowolnym czasie, i jeszcze odbierać mi najprzyjemniejszy domowy obowiązek – gotowanie, to może czas poszukać wygodniejszego lokum na drugim końcu miasta. Skoro zniosłam jedną przeprowadzkę, nie mam wątpliwości, że poradzę sobie z kolejną… Choć w duchu wiem, że w życiu tego nie zrobię. Ale rozpaczliwie nie chcę kolejnych obcych ludzi w moim domu. W moim domu, w mojej przestrzeni!

– To miły pomysł, ale w moim domu to ja przyrządzam posiłki.

– A co tam, kochanieńka, wiesz. Ja dziecko odchowałam, to chętnie ci pomogę. Jak byliśmy młodzi, to żadnej pomocy nie było. Rodzice na wsi siedzieli, daleko, tak jakby ich nie było. W mieście żadnych krewnych nie mieliśmy, ot, tyle co znajomi z pracy. Ale oni też mieli swoje domy i obowiązki, więc wstyd było prosić o pomoc.

– Yhm. – Siorbię gorący rosół, boleśnie parząc sobie górną wargę i brodę, po której spływa płyn. Zupa, mimo że w garnku wyglądała zachęcająco, jest niedosolona i pozbawiona smaku.

– I dlatego postanowiliśmy z mężem, że my nie zostawimy tak naszych dzieci i będziemy im pomocą w każdej chwili.

– To miło. – Uśmiecham się blado, mając nadzieję, że nie dotyczy to dzieci przybranych i partnerki ich potomka, które byliby skłonni zagłaskać na śmierć. Właściwie chyba mi odbiło. Najpierw krytykowałam teściów, że nie angażują się w życie wnuków i nie interesują rodziną, a teraz, gdy otrzymuję pełną atencję i pomoc, jestem przestraszona, że ktoś ingeruje w moją przestrzeń.

– Już nawet pilnowałam dzieci i powiem ci, że za dużo siedzą w swoich pokojach.

Jezu! Kiedy ona pilnowała dzieci? Moich dzieci?

– A kiedy? Przepraszam, że nie podziękowałam, ale nic nie wiedziałam.

– A za co dziękować! Teraz to są jakby nasze wnuki. Olafek sobie polatał po lesie z tym, jak mu tam, no…

– Beniaminem.

– Z ust mi wyjęłaś! Właśnie. Więc jak on biegał i trenował, to ja ci ślicznie wszystko wyprasowałam i w szafie porządek zrobiłam.

– Że co?

– Poskładałam ci wszystko elegancko w kosteczki. Posegregowałam i porządek teraz masz jak się patrzy. Chyba się nie gniewasz?

Nie gniewasz? Jestem wściekła, bliska furii. Jakim prawem ta kobieta przetrzepała mi szafy? Dlaczego Olaf pozwolił matce na tak idiotyczne ruchy? Pomoc pomocą, ale to zakrawa na rewolucję, jeszcze nie krwawą, ale już prawie!

– Gniewać? Nie, doceniam dobre chęci. Ale na przyszłość proszę nie ruszać moich rzeczy, wolę je sama składać…

– Ale czego ty się wstydzisz? Myślisz, że gatek nie widziałam? Może nie takich fikuśnych, ale gatki to gatki.

Nie wierzę. Pochylona nad rosołem roztrząsam problem majtek. Niechybnie zaraz zaczniemy rozważać, jaki sposób składania w kostkę jest najbardziej ergonomiczny, elegancki albo ekologiczny, bo przecież ekologia w dzisiejszych czasach to rzecz podstawowa i pewnie ktoś już się wypowiedział na temat gaci w tym kontekście, a jeśli nie, to może jest to nisza, która zagospodarowana inteligentnie i przedsiębiorczo może stać się zalążkiem wielkiego międzynarodowego biznesu.

– Wolałabym jednak określić moją przestrzeń, która ma pozostać nienaruszona. Zwłaszcza w szafach.

– Słyszałeś, Romuś? Nina, przecież my jesteśmy prawie jak rodzina, to co ty o jakichś przestrzeniach mówisz? W rodzinie nie ma tajemnic.

Patrzę na Olafa jak zasysający makaron zakochany kundel Tramp na Lady i trzepotem rzęs daję mu znaki, że oczekuję wsparcia, odsiecz jest wręcz niezbędna i jeśli zaraz się nie odezwie, będzie mógł milczeć do końca życia, z kim tylko zechce, ale z pewnością nie ze mną!

– Mamo, prosiłem cię. To dom Niny, nawet ja jestem tu gościem.

– Jak to gościem? Skoro jesteście razem, to chyba połowa domu jest twoja?

– No, nie, właśnie, że nie.

– Ale nie chciałeś czy ci nie dała?

Nagle staję się wielką nieobecną.

– Nie rozmawialiśmy o tym.

– To dobrze, że się zgadaliśmy. – Romuś po raz pierwszy się ożywia i gwałtownie pocharkując, kontynuuje: – Czas porozmawiać. Bo przecież nie możesz tak po prostu tu mieszkać, coś ci się należy.

– Tato, nic mi się nie należy. I nie chcę niczego od mojej dziewczyny. To jej dom, ja tu tylko przebywam.

– Właśnie. A co będzie, odpukać w niemalowane, jak coś jej się stanie? To co? Pod most pójdziesz? Tak być nie może.

– Poradzę sobie.

– To się nie godzi. Skoro mieszkacie razem, to wszystko powinno być na pół.

– Przestańcie. Nie będziemy tak rozmawiać.

Ależ jestem z niego dumna! Mój asertywny, mądry mężczyzna, na którego mogę liczyć i który jest po mojej stronie. Z zachwytem przysłuchuję się, jak tłumaczy niechcącym niczego zrozumieć rodzicom naszą filozofię życiową. Kończę rosół i mimo zachęcającego zapachu kotlecików nie mam na nic ochoty. Marzę, by wyszli, bo póki dzieci nie ma w domu, mogłabym pobyć z Olafem sam na sam. Wtulić się w niego na kanapie i zwyczajnie pomilczeć. Niestety rodzicom się nie spieszy, upierają się, że pojadą autobusem, który kursuje co godzinę i właśnie odjechał, mowy nie ma o taksówce, bo to tylko strata pieniędzy.

Rozmowa się nie klei, za to wypadają kolejne trupy z szafy. Ogród mam co prawda odchwaszczony, ale na środku trawnika wyrosły dwie tuje, bo tego podobno brakowało w architekturze krajobrazu mojego ogrodu, zlewającego się ze ścianą lasu. W prezencie otrzymaliśmy nie tylko pościel z kory, ale również bardzo praktyczny serwis do herbaty ze złotą obwódką, pod którą rozsiadły się bukieciki czarnych kwiatków, a w szafce na buty pojawiły się góralskie bambosze dla całej rodziny, w tym rodziców Olafa, i jedna para dla gości, ze szczególną dedykacją dla pani Aleksandry.

Nie wiem, jak odgruzuję dom, bo co rusz odkrywam kolejne zmiany na lepsze, które wcale nimi nie są. Zamiast odpocząć, zaraz po ich wyjściu wyjmuję wszystko z kuchennych szafek i przywracam pierwotny ład, przeglądając słoiki z półproduktami i dziwne zawiesiny w kolejnych słoikach po majonezie w lodówce.

Rzucam w Olafa białą wykrochmaloną pościelą i zmuszam do powleczenia na nowo łóżka. Nie do końca jestem pewna, czy rozumie, o co mi chodzi, ale potulnie robi, o co proszę. Zamiast cieszyć się domowymi pieleszami, czuję się jak babcia na wycugu, której rodzina chce się jak najszybciej pozbyć. Dobrze, że mam Olafa.

4

agda wróciła z dwutygodniowego turnusu nad morzem w strasznym stanie. Za ciężkie pieniądze kolejny raz wybrała się do ekskluzywnego spa, gdzie pod pretekstem diety eko-bio karmili ją sałatą i surową marchewką. Zapłaciła tyle, że przez tydzień mogłaby delektować się owocami morza w Tajlandii. Jednak moda na wegetarianizm pchnęła ją w ramiona znanej z telewizyjnych programów i okładek pism dietetyczki, która każdego dnia maltretowała ją trzema godzinami ćwiczeń, żarciem pozbawionym soli i zakazem alkoholu. Dla mnie koszmar, dla niej szczyt ekstrawagancji i bycia na topie.

Wydaje się dziwnie pobudzona. Udaje zrelaksowanie i dobry humor, ale znam ją tyle lat, że wiem, że to jedna wielka ściema. Magda jest nieszczęśliwa. Stała się przy okazji straszną formalistką, którą wkurzają zachowania i najmniejsze nawet uchybienia innych ludzi: ekspedientka w sklepie, która znakomicie zna rosyjski, ale ledwo radzi sobie z polskim i z pojęciem „ser gruyère” się nie spotkała, parkingowy, który kazał jej zaparkować pod lipą i teraz ma samochód w żółtym pyle, nie mówiąc o sąsiadce, która nie sprzątnęła z trawnika wielkiej kupy po miniaturowym yorku.

– Magda, co jest?

– A co ma być?

– Jakaś dziwna jesteś.

– Normalna.

– Bo ja wiem? Mam wrażenie, że jesteś stale wkurzona.

– Wydaje ci się. Medytowałam i ćwiczyłam przez dwa tygodnie i doszłam do wniosku, że nasze życie jest do dupy.

– W jakim zakresie?

– Każdym. Ludzie żyją inaczej. Na luzie, bez napinki.

– No to tak jak ty.

– Ja? Żartujesz?

– Nie pracujesz, na wszystko możesz sobie pozwolić, czego chcieć więcej?

– Daj spokój. Nie widzisz, jak to wygląda? Każdy gdzieś gna, ludzie są nerwowi, martwią się, w co się ubrać, udają kogoś, kim nie są. I te drabiny awansów! To nie dla mnie.

– W takim razie co jest dla ciebie? Chcesz wina?

– Nie piję. Mogę pić tylko wodę z miodem i cytryną.

– Fatalnie.

– Ale co?

 

– Z tą wodą.

– Nie, czuję się świetnie. Od szesnastu dni funkcjonuję bez kawy i czarnej herbaty. Super, nie?

Nie jestem pewna, bo wygląda, jakby wciągała kawę nosem albo waliła ją dożylnie. Jest pobudzona i niespokojna, moje podwójne espresso nigdy nie szarpnęło mnie tak energetycznie nawet na godzinę.

– Może. Ja tam lubię poranną kawę i gorzką czekoladę. Na pewno nie chcesz wina?

Wyciągam z szafki dwa kieliszki i z rozbawieniem obserwuję walkę, jaką toczy Magda z zasadami diety, szczęścia i dobrego samopoczucia. Ciężko opada na oparcie krzesła i zdesperowana mruczy pod nosem:

– A daj. Ale nie za dużo.

– Nie martw się, mam resztkę, nie zaszalejemy.

– To dobrze.

– Czy ja wiem? Życie jest takie krótkie, że nawet miałabym ochotę poszaleć.

– A ja nie. Zmieniłam podejście. Koniec z używkami. – Mówi, jakby była ćpunką na odwyku, a nie pańcią w średnim wieku, która od czasu do czasu wypija drinka. – Przerzucam się na ekologiczny styl życia.

– A dokładniej?

– Zdrowa żywność, zero mięsa, joga, gimnastyka i jogging. Bieganie jest super.

– Zwariowałaś? – Podnoszę kieliszek i wygłaszam toast: – Za nas! Przecież zawsze się śmiałaś z tych wszystkich maratończyków.

– Wyobraź sobie, że tylko krowa nie zmienia poglądów. Spróbowałam i zaskoczyło. Mam zamiar wystartować w półmaratonie.

– Nie.

– Mówię ci. Kupiłam buty, ciuchy…

– Czyli najważniejsze masz za sobą.

– Złośliwa jesteś. Właśnie na tym polega zmiana, że nie to jest najważniejsze.

– Nie chcesz chyba powiedzieć, że kupiłaś je w lumpeksie?

– Oczywiście, że nie, choć tak byłoby najbardziej trendy.

– Nie wyobrażam sobie, że biegasz w butach i ciuchach, w których ktoś się kiedyś pocił.

– Szczerze? Też sobie nie wyobrażam, ale i tak zrobiłam postępy, bo nie kupiłam najdroższych, jakie były w sklepie.

– To już rewolucja. Pewnie te najdroższe ci się nie podobały.

– Prawda jest taka, że nie było rozmiaru, ale pomyślałam, że to nic, przynajmniej mentalnie jestem trendy.

Obawiam się, że moja przyjaciółka dość niekonwencjonalnie pojmuje proste, ekologiczne życie, inaczej niż dziewięćdziesiąt dziewięć procent społeczeństwa. Wodzę palcem wskazującym po brzegu kieliszka i obserwuję, jak wino spływa po wewnętrznej ściance i łączy się z resztą na dnie. Przyglądam się wychudzonej Magdzie i zazdroszczę jej figury, która niestety jest w pakiecie z poszarzałą cerą, mimo lata. Nie mogę sobie pozwolić na weekendowy wyjazd, a co dopiero dwutygodniowy pobyt poza domem. Szpitalny stres zajadałam bułkami z żółtym serem, przybierając na wadze w takim tempie, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam przebadać tarczycy.

Słyszę, że otwierają się drzwi, i po chwili w korytarzu rozlega się:

– Cześć, już jestem.

– Cześć.

Odpowiadamy jednocześnie. Ziuta na złamanie karku gna po schodach z nadzieją, że zostanie podrapana pod brodą, a do jej miseczki wpadnie kilka kocich ciasteczek.

– Cześć, dziewczyny.

Olaf wchodzi do kuchni. Mrużę oczy i przyglądam się z zachwytem, jak przystojnie wygląda w błękitnej koszuli z podwiniętymi rękawami i garniturowych spodniach. Dobrze ostrzyżone, nażelowane włosy same się układają w nieskazitelny przedziałek i miękko opadają na lewą stronę. Rozpiera mnie duma. Magda wstaje i cmoka Olafa w policzek, ja natomiast sięgam po kolejny kieliszek.

– Wina?

– Nie, absolutnie! Jestem na diecie. – Klepie się po brzuchu i patrząc na Magi, dodaje: – Maraton.

– Coś ty! Ja też, ale połówka.

– Żartujesz? Zaczęłaś biegać?

– To za dużo powiedziane, ale rzeczywiście, coś robię w tym kierunku.

– Świetnie. Może spotkamy się na trasie?

– Wiesz, moglibyśmy nawet umówić się na małą pętlę. Masz może jakąś ulubioną trasę, bo ja dopiero poszukuję…

– Superpomysł, pokażę ci świetne miejsce, tu niedaleko, w lasku.

Patrzę na nich z rozdrażnieniem, bo na pewno nie z zazdrością, nawet się cieszę, że nie mam w sobie sportowego ducha i imperatywu, żeby gnać przed siebie. Oczywiście od razu pojawia się temat butów, odpowiednio dobranej wkładki i tych skarpetek, o których nie mam najmniejszego pojęcia. Magda rozkwita, Olaf się angażuje, a ja jak sierota z kieliszkiem w ręku przysłuchuję się rozmowie, z której niewiele rozumiem i której temat niespecjalnie mnie interesuje. Nagle mój chłopak przypomina sobie o moim istnieniu i radośnie proponuje, bym do nich dołączyła.

– Nie ma opcji.

– Daj spokój, spróbuj.

– Nie mam ochoty na treningi.

– Kochanie, przecież to tylko bieganie, dasz sobie radę. Zobacz, nawet Magda spróbowała. Daj się namówić.

– Ale ja nie mam ochoty, rozumiesz?

– Poczujesz się lepiej, zrzucisz tu i ówdzie.

– No, teraz to już przegiąłeś! Nie mam zamiaru niczego zrzucać.

Oczywiście nie wspominam o tych kilku kilogramach, których chętnie bym się pozbyła, ale nie tym sposobem. Już chyba wolałabym przejść bolesny zabieg liposukcji, niż katować się przebiegniętymi kilometrami.

– Nie bierz tego do siebie, po prostu sama mówiłaś.

– To nie znaczy, że musisz głośno, publicznie o tym gadać i jeszcze się pod tym podpisywać. Zresztą mówiłam to tylko po to, żebyś mógł zaprzeczyć. Podobno kochasz mnie taką, jaka jestem, zgadza się?

– Kocham, oczywiście. Mówię to dla twojego dobra.

– Odwal się.

– Nie obrażaj się, ale on ma rację.

– Dajcie mi spokój.

Wściekła wychodzę z kuchni, zostawiając ich nad zimną wodą mineralną w kieliszkach z grubego szkła. Oczywiście wiem, że mają rację i powinnam coś ze sobą zrobić, ale za żadne skarby świata się do tego nie przyznam. Postanawiam, że cichaczem, gdy nikogo nie będzie w domu, wrócę do ćwiczeń, może nawet poszukam wirtualnych zajęć jogi. Przejdę na jakąś dyskretną dietę. Jest mi przykro i czuję się zdradzona przez nich oboje. Z drugiej strony zazdroszczę im tej nowej nici porozumienia, której sama nie potrafię uchwycić. Oczywiście moje wyjście jest bezsensowne i świadczy tylko o tym, że mam problem ze sobą, więc markuję pilną potrzebę skorzystania z toalety i wracam, by podjąć tym razem dyskusję o tym, gdzie można by spędzić zaplanowany przez nich wspólny urlop. Szkoda tylko, że nikt nie spytał mnie, czy chcę w tej grupie – lub w podgrupach – przeżyć wakacje z dziećmi i znajomymi Olafa i Magdy.

Olaf stoi w kuchni z kubkiem czarnej herbaty, Klara z przejęciem smaruje masłem tosty, które znikają w buziach Antosia i Marysi. Spoglądam na sielankowy obrazek mojej rodziny i trudno mi uwierzyć, że to szczęście jest moim udziałem. Nasz pobyt w szpitalu był katalizatorem nowych relacji i sprawił, że dziewczynki zaczęły traktować Olafa z większą życzliwością, nawet Klara przestała popatrywać na niego spode łba, no, może robi to tylko od czasu do czasu.

Wbrew sobie głośno wzdycham i ogniskuję na sobie ich spojrzenia.

– Mamo, jesteś smutna?

– Nie, skąd? Zamyśliłam się.

– Bo miałaś taką minę…

– Nie, kochanie, wszystko w porządku, może jestem troszkę zmęczona. Właściwie to zastanawiałam się, czy może byśmy gdzieś nie wyskoczyli w weekend, żeby pooddychać innym powietrzem.

Olo spogląda na mnie przerażony, jakbym zaproponowała kolejny pobyt w szpitalu, tym razem dla całej rodziny, a ja zupełnie nie wiem, o co chodzi. Bo chyba nie o pracę?

– Coś nie tak?

– Nie, wszystko OK, tylko przygotowuję się do maratonu i umówiłem się z Beniaminem na trening.

– Nie możesz odwołać?

– Wiesz, raczej bym nie chciał, bo start się zbliża.

– A nie możesz trenować gdzie indziej?

– Sam nie wiem… A może zapytam Beniamina, czy nie miałby ochoty pojechać z nami?

– Oszalałeś? Nie zabierałam nigdy na wakacje czy wypady niańki, a mam zabierać jakiegoś gościa od sportu?

– Nie mów tak. Wiem, że go nie doceniasz, ale naprawdę jest dobry w tym, co robi.

Trudno zachwycać się młodym kogucikiem z wytatuowaną połową ciała, z wydepilowanymi nogami, z mięśniami zamiast mózgu i tlenioną grzywą, wmawiającym mojemu facetowi, że mimo czterdziestu kilku lat znowu może stać się nastolatkiem, a przynajmniej zmusić organizm do wydolności na poziomie dwudziestoletniego koszykarza, który pół dzieciństwa spędził na podskokach, biegach i kozłowaniu.

Jestem fanką zdrowego stylu życia, ale w parze z rozumem, który powinien zagwarantować racjonalizm. Tymczasem w szafce mam coraz mniej miejsca na szpilki, które są wypierane przez coraz to nowe buty do biegania i halówki. Dla mnie różnią się zaledwie kolorem, dla Olafa i Magdy – miękkością podeszwy, wyprofilowaniem wkładki i przeznaczeniem: na miękką powierzchnię, trawiastą, równą lub nierówną, na piątkowe popołudnie i niedzielny ranek. Do tego w kuchni pojawił się pojemnik z jakimś białkowym preparatem, który ma wspomagać regenerację mięśni. Przypomina mi to sposób żywienia kota, a nie dorosłego faceta, który co rano rozpuszcza w wodzie kilka łyżek proszku i twierdzi, że zjadł śniadanie.

– Olaf, nie ma mowy. Mam zamiar odpocząć i spędzić czas z wami, a nie z jakimś dziwnym kolesiem.

– Wiem, kochanie, ale ustaliliśmy, że będziemy szanować swoje pasje i potrzeby.

– No tak, ale nie sądziłam, że one staną między nami.

– Nie przesadzaj, to tylko weekend. Możemy zrobić tak: wy wyjedziecie, a ja do was dołączę trochę później.

– Ile zajmie ci trening?

– Jakieś trzy–cztery godziny, z tym że muszę trenować też w niedzielę, więc mógłbym do was dołączyć tak koło południa w sobotę, a w niedzielę wyjechałbym po obiedzie.

– No, nie wiem… Będziesz wykończony, a nie wypoczęty.

– Nie przejmuj się mną.

– Jak mam się nie przejmować? Przecież dla ciebie to też ma być przyjemność, a nie poświęcenie.

– Słuchaj, pogadamy o tym jutro, dobrze? A teraz chodź.

Czuję, jak moje ciało się odpręża na myśl o tym, że zaraz się przytulimy, ale niestety nie jest nam to dane, bo znowu ktoś dzwoni do furtki. Olaf idzie na górę, a ja mam wrażenie, że od pewnego czasu w moim domu ktoś zamontował drzwi obrotowe. Z nadzieją, że to jacyś zbieracze, kominiarz czy listonosz, podkradam się do okna. Niestety. Pod furtką stoi pani Aleksandra w czarnej garsonce. Dziwny strój jak na tę porę roku. Walczę z sobą, by jednak się oprzeć i nie otwierać, ale krótko i bezowocnie, bo po chwili teściowa stoi w kuchni i ze zbolałą miną informuje mnie, że właśnie wraca od lekarza.

– Herbaty?

– Tak, proszę, tylko nie czarnej, nie mogę.

– A dlaczego?

– Mam kłopot.

– Jak każdy z nas.

– Właśnie, że nie. Jestem chora.

– Co się dzieje?

Ostentacyjnie owinięty tylko czerwonym, i to niezbyt dużym, ręcznikiem w progu kuchni staje Olaf.

– Dzień dobry, nie wiedziałem, że mamy gościa.

– Nie taki znowu dobry.

– Nie? A co się stało?

– Nie będę was kłopotać.

Mimo to pani Ola, głośno wzdychając, zapada się w fotelu w salonie, a ja krzątam się po kuchni. Olaf i jego ręcznik siadają na kanapie. Mam nadzieję, że ręcznik przykrywa to, czego teściowa z pewnością nie chciałaby zobaczyć, choć nie mam wątpliwości, że Olo chętnie by ją pogonił, choćby widokiem przyrodzenia. Dobrze, że tymczasem wpada Ania i zagospodarowuje dzieciaki.

Ustawiam na drewnianej tacy trzy filiżanki i stary porcelanowy dzbanek, jedyną pamiątkę po prababci ze strony Bartka. Na małym talerzyku lądują plastry cytryny. Uzupełniam tacę łyżeczkami, miodem i potykając się o koty, docieram do salonu. Teściowa z miną w ciup spogląda na swoje dłonie, którymi nerwowo skubie brzeg żakietu. Sprawia wrażenie, jakby skurczyła się w sobie. Jestem wściekła na Wojtka nie dlatego, że wyjechał i ją zostawił, ale dlatego, że zostawił ją mnie. Zupełnie nie rozumiem jej obecnej fascynacji nigdy nieakceptowaną synową, ale chyba zadziałała zasada, że na bezrybiu i rak ryba, więc z braku laku zaczęła zarzucać swoimi problemami mnie. W dodatku nie zrezygnowała z aktorstwa, chętnie odwołując się do pantomimy, wielkich monologów, histerycznych zejść ze sceny i pełnych dąsów antraktów tylko po to, by powrócić w kolejnym dramatycznym akcie.

– Z cytryną?

– Nie mogę.

– Ale to zielona herbata.

– To nic, nie mogę cytryny.

– Oczywiście.

Olo, korzystając z okazji, unosi brwi i daje do zrozumienia, że jakoś musimy się jej szybko pozbyć, tymczasem teściowa odpina guzik pod sflaczałym podbródkiem, nabiera powietrza i wzdycha ponownie.

 

– Ach.

– Co teściowa tak wzdycha?

– A nic, dziecko, nic, tak sobie tylko rozmyślam.

– A o czym?

Czuję się jak siostra miłosierdzia w psychiatryku, która sprytnymi pytaniami usiłuje wydusić z pacjenta powód jego troski.

– O życiu.

– A ściślej?

– Skoro tak nalegasz, to powiem. Odebrałam wyniki.

Ręka mi drży, gdy dolewam sobie herbaty. Zaczyna ogarniać mnie przerażenie na myśl o tym, co tym razem ma na mnie spaść.

– Jakie wyniki? Robiła teściowa jakieś badania?

– No tak, przecież mówiłam, że źle się czuję.

– Tak, pamiętam, ale nie wiedziałam, że jednak poszła teściowa się przebadać.

– Sama mnie namawiałaś, a teraz masz pretensje?

– Jakie pretensje? Jestem pełna podziwu, że teściowa się do tego zabrała. To znakomicie – mówię coraz bardziej rozdrażniona.

– No, czasami lepiej nie wiedzieć.

– Czego nie wiedzieć?

– Co ci jest.

– Bzdura. Wiedza daje możliwość działania, leczenia.

– Oj, dziecko, dziecko. Jak będziesz w moim wieku, to zrozumiesz, że czasami już nie warto się leczyć.

– Niech mama tak nie mówi.

Znowu ta mama, cholerna podświadomość.

– Ale tak jest. Gdyby tak można skończyć z tym wszystkim…

Nie mówię jej, jak bliska jestem popełnienia mordu, gdy słyszę takie pieprzenie. Oczywiście nie mam zamiaru jej niczego ułatwiać, więc nie zrywam się, żeby biec do kuchni po nóż do filetowania czy największą poduszkę z sypialni. Przybieram pozornie obojętną minę i skupiona na naparze, wypytuję dalej:

– Co się dzieje?

– Jak to co? Źle się czuję.

– To wiemy, ale już było lepiej.

– Oj tam, tak tylko mówiłam. Nigdy nie było dobrze.

– Może to nerwy?

– To też. Jak Robert mógł mi coś takiego zrobić? Że też mnie to nie zabiło, no naprawdę.

– Co się stało, to się nie odstanie.

– Nigdy nie wiadomo. Ta cała Barbara mi się nie widzi. Posiedzi z Robertem, pogotuje mu, ale co ona może mu dać? Z natury jest nudna, bez grona przyjaciół… Ja ci powiem, że zupełnie nie rozumiem, co on w niej widzi, no bo chyba nie urodę? Ale mężczyźni już tacy są. Za byle spódniczką się uganiają…

– Nie ma co do tego wracać.

– Może masz rację. Taka jestem skołowana, taka skołowana.

Usiłuję dobrnąć do brzegu, żeby wreszcie się dowiedzieć, co tym razem jej dolega, i jak najszybciej się pożegnać.

– No to co z badaniami?

– Szkoda gadać. – Upija łyk herbaty, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie i w arystokratyczny sposób wystawiając mały palec. Jej upierścieniona ręka stała się jeszcze bardziej pomarszczona i zasuszona, tak że wielki pierścionek z brylantem wydaje się jeszcze większy.

– Albo teściowa mówi, o co chodzi, albo zmieniamy temat.

– Nie rozumiem, czemu się tak denerwujesz. Nawet w takiej chwili nie możesz się powstrzymać?

– W jakiej chwili?

– Mam raka.

– Słucham?

– Mam raka. Nowotwór, jeśli wolisz.

– Raka czego?

– Nie wiem, czy chcę o tym mówić, to krępujące.

Zastanawiam się, czy istnieje coś takiego jak nowotwór cipki, ale o to nie dopytuję.

– Macicy?

– Nie.

– Jajnika?

– Tak! Przestań mnie wypytywać!

– Skoro teściowa przyszła nas o tym poinformować, to siłą rzeczy chyba mamy prawo znać szczegóły.

– A niby po co? Żeby opowiadać znajomym?

Zaraz chwycę ją za te siwe loczki i wyszarpię je z czerepu. Mam dosyć. Olaf najwyraźniej również, bo niepostrzeżenie wychodzi i po chwili wraca w dżinsach i koszuli w kratę. Nie mam siły się odezwać, bo co tu mówić. Usiłuję uspokoić oddech, uspokoić siebie i zebrać myśli.

– Po to, żeby jakoś pomóc.

– Mnie już nie można pomóc.

– Proszę tak nie mówić. Zawsze coś można zrobić.

– No, nie wiem.

Przyglądam się jej uważnie. Jest smutna i zwiotczała, ale trwa w tym stanie od chwili, gdy Robert przyszedł do domu z narzeczoną i oświadczył, że się wyprowadza. Nie wydaje się bardziej załamana niż tydzień temu.

– Trzeba walczyć. Nie można się poddawać, jeszcze tyle lat przed teściową.

– Ale ja już nie mam dla kogo żyć. Wojtuś wyjechał, wnuczki zabrał, Bartek zrobił takie coś, a Robert sobie poszedł.

– Jak można mówić, że Bartek zrobił „coś”?! Miał wypadek! To się nie stało z jego woli! Nie życzę sobie takich uwag.

– Ja tam swoje wiem.

– To ma teściowa złe informacje i źle je interpretuje.

– To nie ma znaczenia. Pozostała tylko modlitwa. A, właśnie dałam na mszę w przyszłą niedzielę za spokój jego duszy.

– Niepotrzebnie.

– Grzeszysz, dziecko, grzeszysz!

– Naprawdę myśli teściowa, że dzięki temu będzie bardziej szczęśliwy?

– Trzeba próbować.

– Trzeba było to robić, kiedy żył.

– No to ja już pójdę.

– Chwila. Ma teściowa lekarza prowadzącego? Magda przyjaźni się z jakąś ginekolog, może mogłaby teściowa iść do niej na konsultację…

– Nie, nie. Mam swojego lekarza.

– Nie wątpię, ale zawsze warto się dodatkowo skonsultować.

– Nie ma po co, nie poddam się leczeniu.

– Dlaczego?

– Bo nie mam po co żyć.

– Bzdura.

Gwałtownie poprawia się na fotelu, wylewając resztkę herbaty na podłokietnik. Mimo że od razu rzucam się, żeby zetrzeć z jasnej tkaniny bure krople, zostaje ślad, który zawsze będzie mi przypominał o tej wizycie.

– A niby po co mam żyć?

– Dla siebie. To zawsze najlepsza opcja, szczęście trzeba znaleźć w sobie.

– Łatwo powiedzieć. Ciekawe, czy na moim miejscu byłabyś tak pozytywnie nastawiona. Nie życzę ci takiej sytuacji.

– Też sobie nie życzę. – Wychodzę z założenia, że nie ma co zapoznawać jej bliżej z moim punktem widzenia, bo nawet śmierć Bartka i Jasia wiele nas nie zbliżyła. – A wracając do meritum, czy mogę jakoś pomóc?

– Nie, dziękuję, chciałam tylko, żebyście wiedzieli. Niczego nie oczekuję, niczego nie potrzebuję. Co ma być, to będzie.

– Gdyby jednak coś przyszło teściowej do głowy albo gdyby pojawiła się jakaś potrzeba, proszę się nie krępować.

Gdy to mówię, nie mam świadomości, ile tych potrzeb się pojawi i jak szybko to nastąpi. Po wyjściu pani Oli nie mamy ochoty na nic. Nawet nie mamy czasu na relaks czy kawę na tarasie, o seksie nie wspominając, bo za chwilę do domu wróci Ania z rozkrzyczaną dzieciarnią.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?