KoralinaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział I.

Rozdział II.

Rozdział III.

Rozdział IV.

Rozdział V.

Rozdział VI.

Rozdział VII.

Rozdział VIII.

Rozdział IX.

Rozdział X.

Rozdział XI.

Rozdział XII.

Rozdział XIII.


Tytuł oryginału: Coraline

Copyright © 2002 by Neil Gaiman

Copyright for the Polish translation © 2017 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Ilustracja na okładce: Dark Crayon

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Wydanie VII

ISBN 978-83-7480-822-4

Wydawca: Wydawnictwo MAG

ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

tel./fax 228134743

www.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.

tel. 227213000

www.olesiejuk.pl.

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Zacząłem dla Holly,

skończyłem dla Maddy.

„Baśnie są bardziej niż prawdziwe: nie dlatego, iż mówią nam, że istnieją smoki, ale że uświadamiają, iż smoki można pokonać”.

G.K. Chesterton

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

I.

Koralina odkryła drzwi wkrótce po przeprowadzce do domu.

Był to bardzo stary dom – miał strych pod dachem i piwnicę pod ziemią, a wszystko otaczał zarośnięty ogród pełen wielkich, starych drzew.

Cały dom nie należał do rodziców Koraliny, był na to za duży. Kupili jednak jego część.

W starym domu mieszkali też inni ludzie.

Na parterze – panna Spink i panna Forcible. Obie były stare i okrągłe, i hodowały mnóstwo starzejących się szkockich terierów o imionach takich, jak Hamish, Andrew i Jock. Dawno, dawno temu panny Spink i Forcible były aktorkami. Panna Spink poinformowała o tym Koralinę, gdy tylko ją poznała.

– Widzisz, Karolino – powiedziała panna Spink, źle wymawiając imię Koraliny – w dawnych czasach obie z panną Forcible byłyśmy słynnymi aktorkami. Stąpałyśmy po scenie, skarbie. Och, nie pozwól Hamishowi jeść keksu, całą noc będzie go bolał brzuszek.

– Nazywam się Koralina, nie Karolina. Koralina – poprawiła Koralina.

Piętro nad Koraliną, pod samym dachem, mieszkał szalony starzec z wielkimi wąsami. Poinformował Koralinę, że zajmuje się tresurą mysiego cyrku. Nie pozwalał nikomu go zobaczyć.

– Pewnego dnia, mała Karolino, gdy wszystko będzie gotowe, cały świat ujrzy cuda mojego mysiego cyrku. Pytasz, czemu nie możesz obejrzeć go już teraz? Czyż nie o to spytałaś?

– Nie – odparła cicho Koralina. – Poprosiłam tylko, żeby nie nazywał mnie pan Karoliną. Mam na imię Koralina.

– Oto dlaczego nie możesz obejrzeć mysiego cyrku – oznajmił mężczyzna z góry. – Myszy nie są jeszcze gotowe. Nie są wytresowane, odmawiają też odgrywania piosenek, które dla nich napisałem. Wszystkie moje mysie piosenki brzmią tak: umpa, umpa. Ale białe myszy chcą grać wyłącznie tidu didu, o tak. Zastanawiam się, czy nie zacząć ich karmić innym gatunkiem sera.

Koralina wątpiła, by mysi cyrk istniał naprawdę. Podejrzewała, że stary człowiek wszystko wymyślił.

W dzień po przeprowadzce Koralina wyruszyła na wyprawę badawczą.

Zbadała ogród. Był wielki, na tyłach rozciągał się stary kort tenisowy, lecz nikt w domu nie grał w tenisa. Ogrodzenie wokół kortu świeciło dziurami, a siatka niemal całkowicie przegniła. Był tam też stary ogród różany, pełen zdziczałych, rozplenionych krzaków róż, i ogródek skalny złożony wyłącznie z kamieni, a także magiczny krąg podgniłych brązowych grzybków, które okropnie cuchnęły, gdy się na nie przypadkiem nadepnęło.

I studnia. Pierwszego dnia, gdy tylko rodzina Koraliny sprowadziła się do domu, panny Spink i Forcible uznały za stosowne poinformować Koralinę o niebezpieczeństwach związanych ze studnią. Ostrzegły, by trzymała się od niej z daleka. Toteż Koralina wyruszyła na poszukiwania, by wiedzieć, gdzie kryje się studnia, i móc skutecznie jej unikać.

Znalazła ją trzeciego dnia na zarośniętej łące obok kortu, za kępą drzew – niski, ceglany krąg, niemal całkowicie skryty wśród wysokich traw. Studnię przykryto deskami, by nikt nie wpadł do środka. W jednej z desek pozostała mała dziura po sęku. Przez całe popołudnie Koralina wrzucała do niej kamyki i żołędzie i czekała, licząc, póki z dołu nie dobiegło odległe pluśnięcie, gdy kolejny pocisk uderzył w wodę.

Koralina badała także ogród, poszukując zwierząt. Znalazła jeża i wężową skórę (ale nie samego węża) oraz kamień, który wyglądał zupełnie jak żaba, i ropuchę wyglądającą jak kamień.

Widziała też wyniosłego czarnego kota, który siadywał na murach i pniach i obserwował ją uważnie, lecz zmykał, gdy tylko podchodziła, próbując się z nim pobawić.

W ten sposób upłynęły jej pierwsze dwa tygodnie w domu – na badaniach ogrodu i okolicy.

Matka kazała jej wracać do mieszkania na lunch i obiad. Koralina musiała też pamiętać, by ubrać się ciepło przed wyjściem, tegoroczne lato było bowiem bardzo zimne, wychodziła jednak co dzień na badania, póki pewnego ranka nie rozpadał się deszcz. Wówczas musiała zostać pod dachem.

– Co mam robić? – spytała.

– Poczytaj książkę – odparła matka. – Obejrzyj film na wideo, pobaw się zabawkami. Idź, pozawracaj głowę pannom Spink i Forcible albo szalonemu staruszkowi z góry.

– Nie – rzekła Koralina. – Nie chcę robić nic z tych rzeczy. Chcę badać.

– Tak naprawdę nie obchodzi mnie, co będziesz robić – powiedziała matka Koraliny. – Bylebyś tylko nie nabałaganiła.

Koralina podeszła do okna, patrząc w niebo. Deszcz nie należał do tych, podczas których można wychodzić na dwór – był jednym z owych deszczów, które rzucają się z chmur na ziemię i rozbryzgują dookoła. Był to poważny deszcz, uparcie zmierzający do celu, a obecnie jego cel stanowiło najwyraźniej zamienienie ogrodu w błotnistą, zimną breję.

Koralina obejrzała wszystkie kasety, nudziły ją zabawki i przeczytała już wszystkie swoje książki.

Włączyła telewizor i zaczęła przeskakiwać z kanału na kanał, wszędzie jednak panoszyli się mężczyźni w garniturach, opowiadający o giełdzie, oraz talk-show. W końcu znalazła coś ciekawego – drugą połowę filmu przyrodniczego o zjawisku zwanym mimikrą. Oglądała zwierzęta, ptaki i owady udające liście, gałązki bądź inne zwierzęta, po to, by uniknąć stworzeń, które mogłyby je zranić. Film jej się podobał, skończył się jednak bardzo szybko. A potem nadawano program o fabryce ciastek.

Nadszedł czas, by porozmawiać z ojcem.

Ojciec Koraliny był w domu. Oboje rodzice pracowali przy komputerach, co oznaczało, że bardzo często przesiadywali w domu. Każde z nich miało własny gabinet.

– Cześć, Koralino – powiedział ojciec, gdy weszła do środka. Nawet nie odwrócił głowy.

– Mmhm – odparła Koralina. – Pada.

– Owszem – przytaknął ojciec. – Leje jak z cebra.

– Nie – nie zgodziła się Koralina. – Po prostu pada. Mogę wyjść na dwór?

– Co mówi twoja matka?

– Mówi: Nie wyjdziesz w taką pogodę, Koralino Jones.

– A zatem nie.

– Ale ja chcę badać dalej.

– Zatem badaj mieszkanie – zaproponował ojciec. – Proszę, oto kartka papieru i długopis. Policz wszystkie drzwi i okna, wymień wszystko co niebieskie, zorganizuj wyprawę i poszukaj bojlera, i daj mi spokojnie pracować.

– Mogę wejść do salonu?

W salonie Jonesowie przechowywali drogie (i niewygodne) meble, które pozostawiła im w spadku babcia Koraliny. Koralinie nie wolno było tam wchodzić. Nikt tam nie wchodził. I dobrze.

– Jeśli nie nabałaganisz. I niczego nie dotykaj.

Koralina zastanowiła się poważnie, a potem wzięła kartkę i długopis i wyruszyła na badanie mieszkania.

Odkryła bojler (mieścił się w szafce w kuchni).

Policzyła wszystko co niebieskie (153).

Policzyła okna (21).

 

Policzyła drzwi (14).

Ze znalezionych przez nią drzwi trzynaścioro otwierało się i zamykało. Pozostałe – wielkie, rzeźbione, brązowe, drewniane drzwi w najdalszym kącie salonu – były zamknięte na klucz.

– Dokąd prowadzą te drzwi? – spytała matkę.

– Donikąd, kochanie.

– Dokądś muszą.

Matka pokręciła głową.

– Spójrz – powiedziała.

Wyciągnęła rękę i z górnej framugi kuchennej zdjęła pęk kluczy. Przejrzała je uważnie i wybrała najstarszy, największy, najczarniejszy, najbardziej zardzewiały. Razem ruszyły do salonu. Matka przekręciła klucz w zamku.

Drzwi otwarły się szeroko.

Matka miała rację, drzwi prowadziły donikąd. Za nimi widniała ceglana ściana.

– Gdy cały dom był jedną całością – oznajmiła matka Koraliny – drzwi dokądś wiodły. Kiedy podzielono go na odrębne mieszkania, po prostu je zamurowali. Po drugiej stronie mieści się puste mieszkanie wciąż czekające na kupca.

Zamknęła drzwi i odwiesiła pęk kluczy na haczyk.

– Nie zamknęłaś ich – przypomniała Koralina.

Matka wzruszyła ramionami.

– Po co miałabym je zamykać? – spytała. – Donikąd nie prowadzą.

Koralina nie odpowiedziała.

Na dworze było już niemal ciemno. Deszcz wciąż padał, bębniąc o okna i zamieniając światła samochodów na ulicy w rozmazane plamy.

Ojciec Koraliny skończył pracę i przyrządził obiad.

Koralina była oburzona.

– Tato – rzuciła. – Znów zrobiłeś przepis.

– To potrawka z porów i ziemniaków przyprawiona estragonem i stopionym serem gruyere – przyznał ojciec.

Koralina westchnęła. Poszła do zamrażarki, wyjęła frytki i minipizzę do podgrzania w mikrofalówce.

– Wiesz, że nie lubię przepisów – poinformowała ojca.

Jej obiad obracał się niestrudzenie, a małe czerwone cyferki na wyświetlaczu kuchenki mikrofalowej malały, zmierzając ku zeru.

– Gdybyś spróbowała, może by ci zasmakowało – zaproponował ojciec Koraliny, ona jednak tylko pokręciła głową.

Tej nocy Koralina leżała w łóżku i słuchała deszczu. W końcu przestało padać. Już prawie zasypiała, gdy usłyszała szmer t-t-t-t-t.

Usiadła na łóżku.

Coś zaskrzypiało, skrrrzzz...

...yyyypp.

Koralina wyskoczyła z łóżka i wyjrzała na korytarz. Nie dostrzegła jednak niczego dziwnego. Ruszyła naprzód. Z sypialni rodziców dobiegało ciche chrapanie – ojca – i od czasu do czasu senne mamrotanie – to matka.

Koralina zastanawiała się, czy może to coś, czymkolwiek było, nie przyśniło się jej przypadkiem.

Coś się poruszyło.

Niewiele więcej niż cień. I ów cień przebiegł szybko przez ciemny korytarz niczym maleńki skrawek nocy.

Miała nadzieję, że to nie pająk. Koralina bardzo źle się czuła w towarzystwie pająków.

Ciemny kształt zniknął w salonie i Koralina nieco nerwowo podążyła jego śladem.

W pokoju panował mrok. Jedyne światło padało z korytarza i Koralina stojąca w progu rzucała na salonową wykładzinę wielki zniekształcony cień – wyglądała niczym chuda olbrzymka.

Koralina zastanawiała się właśnie, czy powinna zapalić światło, gdy ujrzała, jak ów ciemny kształt wysuwa się powoli spod kanapy. Na chwilę zamarł, po czym bezszelestnie śmignął po dywanie w najdalszy kąt pokoju.

W tym kącie nie stał żaden mebel.

Koralina zapaliła lampę.

Nie zobaczyła niczego, jedynie stare drzwi wychodzące na ceglaną ścianę.

Była pewna, że matka je zamknęła, teraz jednak uchylały się odrobinę – ot, wąziutka szczelina. Koralina podeszła bliżej i zajrzała przez nią. Nic – jedynie ściana z czerwonych cegieł.

Zamknęła stare drewniane drzwi, zgasiła światło i wróciła do łóżka.

Śniła o czarnych kształtach przemykających z miejsca na miejsce, unikających światła. W końcu zebrały się wszystkie pod księżycem – małe czarne stworzenia o maleńkich czerwonych oczkach i ostrych żółtych zębach.

Zaczęły śpiewać.

Jesteśmy mali, lecz jest nas wiele,

Jest nas tu wiele, jesteśmy mali.

Byliśmy tu przed waszym wzlotem,

Będziemy, gdy świat się zawali.

Głosy miały wysokie, szepczące i lekko jękliwe. Ich dźwięk budził w Koralinie niepokój.

Potem Koralinie przyśniło się kilka reklam, a później zupełnie nic.

II.

Następnego dnia przestało padać, lecz cały świat zasnuła gęsta biała mgła.

– Idę na spacer – oznajmiła Koralina.

– Nie odchodź zbyt daleko – upomniała ją matka. – I ubierz się ciepło.

Koralina włożyła niebieską kurtkę z kapturem, czerwony szalik i żółte kalosze. Wyszła na dwór.

Panna Spink właśnie wyprowadzała psy.

– Witaj, Karolino – pozdrowiła ją. – Paskudna pogoda.

– Tak – przytaknęła Koralina.

– Grałam kiedyś Porcję – oznajmiła panna Spink. – Panna Forcible opowiada często o swej Ofelii, ale to moją Porcję przychodzili oglądać, gdy stąpałyśmy po scenie.

Panna Spink opatulona w pulowery i rozpinane swetry wydawała się niższa i bardziej krągła niż zwykle. Przypominała wielkie puchate jajko. Za grubymi szkłami okularów jej oczy wydawały się olbrzymie.

– Przysyłali mi kwiaty do garderoby. Naprawdę to robili – dodała.

– Kto taki? – spytała Koralina.

Panna Spink rozejrzała się ostrożnie, zerkając najpierw przez jedno ramię, potem przez drugie, i próbując przeniknąć wzrokiem mgłę, jakby ktoś mógł je podsłuchać.

– Mężczyźni – szepnęła. Przyciągnęła do siebie psy i podreptała w stronę domu.

Koralina ruszyła dalej.

W trzech czwartych okrążyła już dom, gdy ujrzała pannę Forcible, stojącą w drzwiach mieszkania, które dzieliła z panną Spink.

– Widziałaś może pannę Spink, Karolino?

Koralina odparła, że owszem i że panna Spink wyszła z psami.

– Mam nadzieję, że się nie zgubi. Jeszcze dostanie od tego półpaśca, zobaczysz – mruknęła panna Forcible. – Trzeba być prawdziwym badaczem czy podróżnikiem, by odnaleźć drogę w tej mgle.

– Ja jestem badaczem – powiedziała Koralina.

– Oczywiście, że tak, słonko – przytaknęła panna Forcible. – Tylko się nie zgub.

Koralina nadal spacerowała po spowitym w szarą mgłę ogrodzie. Cały czas nie spuszczała z oczu domu. Po jakichś dziesięciu minutach znalazła się tam, skąd wyszła.

Opadające jej na oczy włosy były ciężkie i mokre. Twarz miała wilgotną.

– Ahoj, Karolino! – zawołał szalony starzec z góry.

– Och, cześć – odparła Koralina.

Ledwie widziała jego twarz we mgle.

Zszedł po zewnętrznych schodach domu, prowadzących do frontowych drzwi Koraliny i dalej, do jego mieszkania. Schodził bardzo powoli. Koralina czekała na dole.

– Myszy nie lubią mgły – oświadczył. – Przez nią opadają im wąsiki.

– Ja też niezbyt lubię mgłę – przyznała Koralina.

Stary człowiek pochylił się ku niej. Był tak blisko, że koniuszki jego wąsów załaskotały Koralinę w ucho.

– Myszy mają dla ciebie wiadomość – szepnął.

Koralina nie wiedziała, co powiedzieć.

– Wiadomość brzmi następująco: „Nie przechodź przez drzwi”. – Zawiesił głos. – Czy to coś dla ciebie znaczy?

– Nie – odparła Koralina.

Stary człowiek wzruszył ramionami.

– Myszy bywają dziwne, wciąż coś im się miesza. Na przykład twoje imię. Cały czas mówiły Koralina, nie Karolina. Wcale nie Karolina.

Podniósł z ziemi butelkę mleka i ruszył z powrotem do mieszkania na górze.

Koralina wróciła do domu.

Matka pracowała w gabinecie, w pokoju pachniało kwiatami.

– Co mam robić? – spytała Koralina.

– Kiedy wracasz do szkoły? – zainteresowała się matka.

– W przyszłym tygodniu.

– Mhm – mruknęła matka. – Chyba będę musiała sprawić ci nowe ubranie. Przypomnij mi, kochanie, bo zapomnę. – Po czym wróciła do stukania w klawisze i wpatrywania się w ekran monitora.

– Co mam robić? – powtórzyła Koralina.

– Narysuj coś. – Matka wręczyła jej kartkę papieru i długopis.

Koralina próbowała narysować mgłę. Po dziesięciu minutach wciąż miała przed sobą białą kartkę papieru. W jednym rogu lekko chwiejnymi literami wypisała:

M A.

Ł

G

Mruknęła coś pod nosem i podała rysunek matce.

– Mhm, bardzo nowoczesny, kochanie.

Koralina zakradła się do salonu i spróbowała otworzyć stare drzwi w kącie. Znów były zamknięte na klucz. Przypuszczała, że zrobiła to matka. Wzruszyła ramionami.

Potem poszła do ojca.

Siedział tyłem do drzwi, stukając w klawisze.

– Odejdź – rzucił wesoło, gdy przekroczyła próg.

– Nudzę się – oznajmiła.

– Naucz się stepować – powiedział, nie odwracając się.

Koralina pokręciła głową.

– Może byś się ze mną pobawił?

– Jestem zajęty – rzekł. – Pracuję – dodał. Wciąż na nią nie patrzył. – Może pójdziesz pozawracać głowę pannom Spink i Forcible?

Koralina włożyła kurtkę, naciągnęła kaptur i wyszła z domu. Zbiegła na dół. Nacisnęła dzwonek panien Spink i Forcible. Natychmiast usłyszała gorączkowe szczekanie – to szkockie pieski wybiegły do przedpokoju. Po chwili panna Spink otworzyła drzwi.

– A, to ty, Karolino. Angusie, Hamishu, Bruce. Spokojnie, moje skarby, to tylko Karolina. Wejdź, kochanie. Napijesz się herbatki?

W mieszkaniu pachniało pastą do mebli i psami.

– Tak, poproszę – odparła Koralina. Panna Spink poprowadziła ją do małego, zakurzonego pokoju, który nazywała salonikiem. Na ścianach wisiały czarno-białe zdjęcia ładnych kobiet i oprawione programy teatralne. Panna Forcible siedziała w jednym z foteli i szybko robiła na drutach.

Gospodynie nalały Koralinie herbaty do małej różowej porcelanowej filiżanki ze spodeczkiem. Poczęstowały ją też suchym herbatnikiem.

Panna Forcible spojrzała na pannę Spink, zaczęła jeszcze szybciej machać drutami i odetchnęła głęboko.

– W każdym razie, April, jak już mówiłam, musisz przyznać, że mamy jeszcze w sobie dość życia.

– Miriam, moja droga. Nie jesteśmy już tak młode jak kiedyś.

– Madame Arcati – odparła panna Forcible. – Piastunka w „Romeo i Julii”, lady Bracknell. Role charakterystyczne. Nigdy nie jest się za starym na scenę.

– Miriam, uzgodniłyśmy to już przecież. – Panna Spink westchnęła.

Koralina zastanawiała się, czy nie zapomniały przypadkiem o jej obecności. Dla niej ich rozmowa nie miała sensu. Uznała, że kontynuują dawną kłótnię, starą i wysłużoną jak ich fotel, jedną z tych, w których nikt nie wygrywa ani nie przegrywa i które mogą trwać wiecznie, jeśli tylko obie strony mają na to ochotę.

Pociągnęła łyk herbaty.

– Jeśli chcesz, powróżę ci z fusów – zaproponowała panna Spink.

– Słucham? – rzekła Koralina.

– Z fusów herbacianych, kochanie. Przepowiem ci przyszłość.

Koralina wręczyła pannie Spink swoją filiżankę. Starsza kobieta spojrzała na czarne herbaciane fusy oczami krótkowidza. Ściągnęła wargi.

– Wiesz, Koralino – rzekła po chwili – grozi ci straszliwe niebezpieczeństwo.

Panna Forcible prychnęła i odłożyła robótkę.

– Nie bądź niemądra, April. Przestań straszyć tę małą. Chyba zaczynasz ślepnąć. Podaj mi, proszę, tę filiżankę, dziecko.

Koralina posłusznie zaniosła ją pannie Forcible.

Tamta uważnie zajrzała do środka, pokręciła głową i ponownie spojrzała w głąb filiżanki.

– Ojej – mruknęła – miałaś rację, April. Rzeczywiście grozi jej niebezpieczeństwo.

– Widzisz, Miriam? – rzuciła tryumfalnie panna Spink. – Moje oczy są równie dobre, jak kiedyś...

– Co dokładnie mi grozi? – spytała Koralina.

Panny Spink i Forcible spojrzały na nią pustym wzrokiem.

– Nie wiadomo – oznajmiła panna Spink. – Fusy nie przekazują tego typu informacji. Nie nadają się. Są świetne, jeśli chodzi o sprawy ogólne, ale nie o szczegóły.

– Co więc mam robić? – spytała Koralina, lekko tym wszystkim zaniepokojona.

– Nie noś zieleni w garderobie – podsunęła panna Spink.

– I nie wspominaj o szkockiej sztuce – dodała panna Forcible.

Koralina zastanawiała się, czemu jedynie nieliczni dorośli, których zdążyła poznać, potrafią mówić z sensem. Czasami nie wiedziała, czy w ogóle zdają sobie sprawę z tego, z kim rozmawiają.

– I bądź bardzo, bardzo ostrożna – dodała panna Spink.

 

Wstała z fotela i podeszła do kominka. Na jego obramowaniu stał niewielki słój. Panna Spink zdjęła pokrywkę i zaczęła wyciągać z niego najróżniejsze przedmioty – maleńką porcelanową kaczkę, naparstek, dziwną małą mosiężną monetę, dwa spinacze i kamień z dziurką.

Wręczyła go Koralinie.

– Do czego on służy? – spytała Koralina. Dziurka przechodziła przez środek kamienia. Koralina uniosła go do okna i spojrzała przez otwór.

– Może pomóc – oznajmiła panna Spink. – Czasami przydają się, gdy jest źle.

Koralina włożyła kurtkę, pożegnała się z pannami Spink i Forcible oraz z psami i wyszła na dwór.

Mgła niczym ślepa ściana otaczała dom. Koralina podeszła wolno do schodów wiodących na górę. Potem zatrzymała się i rozejrzała.

We mgle świat zamienił się w krainę duchów. Niebezpieczeństwo, pomyślała Koralina. To brzmiało podniecająco. Wcale nie wydawało się złe. Nie tak naprawdę.

Wróciła na górę, mocno zaciskając palce wokół swojego nowego kamienia.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?