Otwórz się na miłośćTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Natalia Sońska-Serafin, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Marketing i promocja: Aleksandra Wolska

Redakcja: Paulina Jeske-Choińska

Korekta: Magdalena Owczarzak

Skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński, Justyna Nowaczyk

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Damasiewicz

Zdjęcia na okładce: © edelweiss722772 / Depositphotos.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66570-68-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Dla Małgosi @ladymargot –

jesteś Matką Chrzestną tej historii.

ROZDZIAŁ 1

Jesienna aura tego roku była wyjątkowo kapryśna. Wrzesień żegnał lato wręcz upalną pogodą, zaś już z początkiem października szaruga i plucha coraz częściej nieprzyjemnie psuły poranki. Nawet nie chciało się wstawać z łóżka, gdy o parapet z dnia na dzień wciąż dudniły ciężkie krople deszczu. Co więcej, przygnębiająca pogoda miała rozgościć się już do samej zimy, można więc było zapomnieć o złotej polskiej jesieni tego roku. Nie było wielu zwolenników ponurej i depresyjnej pogody. Do tego nielicznego grona osób zaliczała się jednak Ania. Lubiła siadać na parapecie w swoim jedynym pokoju, z kubkiem kawy lub herbaty, i obserwować z niego deszczowy krajobraz blokowiska, na którym mieszkała. Intrygowali ją przemierzający w pośpiechu osiedle ludzie, kulący się pod wielkimi parasolami. Lubiła patrzeć, jak zerkają w niebo i zastanawiają się, czy może poczekać jeszcze, aż choć trochę przestanie padać, czy może przebiec te dwadzieścia metrów w ulewie z marketu do pozostawionego nieopodal samochodu. Dziś parking pod blokiem wydawał się znacznie mniej zapełniony, większość mieszkańców zrezygnowała zapewne z komunikacji miejskiej na rzecz wygodniejszego auta, jak zwykle zresztą, gdy padał deszcz. W takich właśnie chwilach Ania doceniała fakt, że mogła wykonywać zlecenia z domu. Komfort pracy w wygodnym, ciepłym i własnym mieszkaniu, mimo jej uwielbienia deszczowej pogody, był naprawdę nieoceniony. W kawalerce było trochę ciasno, ale dla niej idealnie.

– Co za pogoda, no oszaleć można, tylko leje i leje! Ile jeszcze?! – narzekała matka już od progu, nie zdążywszy nawet zdjąć płaszcza. – Jeszcze trochę i nabawię się depresji!

Ania wzięła od niej mokrą parasolkę i postawiła w kącie na płytkach. Matka ściągnęła okrycie, strzepała z niego kilka kropli deszczu, po czym pokręciwszy głową, wsunęła stopy w stojące obok butów kapcie.

– Jaki ty masz tu bałagan – skwitowała, omiótłszy spojrzeniem wnętrze. – Zrób mi kawę, bo do tego wszystkiego jeszcze zaraz zasnę – dodała.

Ania nie skomentowała uwagi na temat mieszkania. Już dawno nauczyła się ignorować takie uszczypliwości ze strony swojej matki. Starała się nie wdawać z nią w jałowe dyskusje, bo znając nieustępliwy charakter rodzicielki, z własnymi, nawet racjonalnymi, argumentami nie miała szans. We własnym mniemaniu wcale nie miała bałaganu, wręcz przeciwnie, jeszcze wczoraj wysprzątała generalnie swoje trzydzieści dwa metry kwadratowe. Obojętnie więc traktowała wszelkie komentarze na swój temat, mimo iż wiedziała, że właśnie w ten sposób matka próbowała prowokować ją do rozmowy. W milczeniu zaparzyła kawę, po czym wyciągnęła z szafki kruche ciastka na wagę. Czekała na komentarz, którego matka również nie poskąpiła. Bo przecież jak można kupować takie suchary, które na pierwszy rzut oka wyglądają, jakby leżały na wierzchu co najmniej tydzień. Ania już chciała zapytać, dlaczego w takim razie mama sięga po drugie, skoro są takie niesmaczne, ugryzła się jednak w język. Sztukę cierpliwości opanowała do perfekcji. Tylko do kawy matka nigdy nie miała zastrzeżeń. I tu Ania niezaprzeczalnie tryumfowała. Parzyła naprawdę wyśmienitą, taką, jak uwielbiała – czarną, gorzką, niemal gęstą.

– W Anglii podobno wiele osób zapada na depresję przez taką pogodę, a lekarze bez problemu wypisują zwolnienia lekarskie z tego powodu. I nikt nie sądzi, że to przesada. Uważam, że u nas też powinno się to praktykować.

– Ale ty przecież nie pracujesz, mamo.

– Swoje się w życiu napracowałam – powiedziała lekko obruszona. – I jestem w końcu na zasłużonej emeryturze – dodała znacząco.

Matka Ani była nauczycielką, polonistką, która na emeryturę przeszła ledwie kilka miesięcy temu. Od początku pracowała w szkole podstawowej i od zawsze narzekała na to zajęcie. Ania nie raz zastanawiała się, dlaczego jej matka robiła w życiu coś, co nie dawało jej satysfakcji, kiedy jednak pytała o to wprost, matka zawsze wymijająco odpowiadała, że przecież muszą mieć na chleb, a ona potrafi tylko uczyć. Teraz, od kiedy miała znacznie więcej czasu, na nieszczęście Ani pożytkowała go na takie niezapowiedziane wizyty, którymi dziewczyna ostatnio była bardzo zmęczona. Kochała swoją matkę, to naturalne, ale jej charakter, który w ostatnim czasie dodatkowo zaczął zmieniać się na gorsze z powodu nadmiaru czasu i wynajdowania sobie kolejnych problemów, był nie do zniesienia. Potrafiła męczyć swoim narzekaniem, zniechęcać do życia i co najgorsze, zabierać energię na dalszą część dnia. Co prawda Ania starała się słuchać piąte przez dziesiąte tego, co mówiła matka, po jej odwiedzinach najczęściej jednak bywała tak zmęczona, że musiała serwować sobie kolejną kawę.

– A jak tobie w tej pracy? Zadowolona jesteś? Dobrze ci płacą? Zresztą, co ja mówię, jak mogą płacić informatykowi. – Machnęła ręką i sapnęła boleśnie.

– Mamo, ja nie pracuję jako informatyk w szkole, tylko jako graficzka i programistka w międzynarodowej korporacji. Nie narzekam na swoje obowiązki ani tym bardziej na zarobki. I przede wszystkim robię to, co lubię – zakończyła dumnie.

Matka jednak wydała się wyłapywać tylko to, co chciała.

– No tak, nie narzekasz, bo i ile ci trzeba. Sama jesteś, mieszkanie masz po babci, masz rację. Jak przyjdzie czas na rodzinę, to pomyślimy o zmianie pracy.

My?! I o jakiej rodzinie mówiła matka?! To podejście wciąż Anię denerwowało. O ile przywykła do narzekań i ciągłych uwag na swój temat, o tyle nie mogła przeboleć, że mama wciąż chciała ingerować w jej życie i karierę i ustawiać je według własnych upodobań! Musiała policzyć do dziesięciu w myślach, by uspokoić narastające w niej emocje. Tak, to była jedyna cecha rodzicielki, która wciąż wyprowadzała ją z równowagi – ta przemożna chęć układania jej życia. A kiedy ta się sprzeciwiała, spotykała się z krytyką, a nawet graniem na uczuciach.

Postawiła na stole kawę, po czym rozejrzała się wokół. Tak bardzo chciała zająć się czymś jeszcze, byle tylko nie musieć dosiadać się do matki i zabawiać jej rozmową, a raczej cały czas odpowiadać na jej dręczące pytania.

– No usiądźże wreszcie! Tak się kręcisz po tej kuchni bez celu, z matką porozmawiaj, opowiedz, co u ciebie!

– Mamo, od przedwczoraj nic się nie zmieniło. – Rzuciła jej przelotne spojrzenie i odruchowo otworzyła lodówkę.

– O, mleko możesz mi podać. Lubię tę twoją kawę, ale aż tak mocnej dziś nie potrzebuję.

Podała jej karton z mlekiem, po czym, gdy tylko matka niezainteresowana już jej sprawami, zaczęła opowiadać o tym, jak to sąsiadce z dołu pękła rura i zalała cały pion, wyłączyła się już na początku opowieści i odpłynęła myślami.

Ania była późnym dzieckiem, mama miała trzydzieści osiem lat, gdy ją urodziła. Wychowywała ją sama, przy niewielkiej pomocy dziadków. O ojcu nigdy nie wiedziała zbyt dużo. Podobno, gdy dowiedział się o nieplanowanej ciąży, z dnia na dzień spakował się i wyjechał bez słowa. Nie był mężem matki, nigdy nie uznał Ani za swoje dziecko, a ona sama nigdy go nie poznała. Nie mogła jednak powiedzieć, że brakowało jej miłości czy troski. Miała jej aż nadto. Mama opiekowała się nią najlepiej jak umiała, choć dopiero w okresie dorastania Ania zorientowała się, że to była czysta nadopiekuńczość. Dziewczyna nigdy nie mogła wyjść na podwórko sama, na spotkania z koleżankami była zawsze odprowadzana i przyprowadzana z nich, nawet gdy miała już naście lat. Ciągłe obawy o przeziębienie czy nieszczęśliwy wypadek kończyły się tym, że Ania nigdy nie zaznała prawdziwych zabaw na śniegu czy wakacji nad jeziorem. Tylko dzięki dziadkowi nauczyła się jeździć na rowerze, bo to właśnie on i babcia byli jedynymi osobami, które za plecami matki nauczyły ją samodzielności. I z tą myślą babcia przed śmiercią zapisała jej w testamencie mieszkanie, by w końcu uwolniła się od zaborczej i przewrażliwionej matki i zaczęła żyć po swojemu.

Ania długo miała matce za złe, że chowała ją pod kloszem, nie pozwalając na beztroskie dzieciństwo z odrapanymi kolanami i wieczorami na trzepaku. Mogła tylko obserwować z balkonu bawiące się na podwórku dzieci. Bo przecież zawsze coś mogło jej się stać, a mama wszystko robiła dla jej dobra. Czy w końcu matce wybaczyła? Tak, kiedy tylko wyprowadziła się z domu. Zrozumiała wtedy, że była jedynaczką, a mama za wszelką cenę chciała ustrzec swoje dziecko przed złem tego świata, nie dopuszczając do siebie myśli, że tak naprawdę wyrządza córce ogromną krzywdę. Do tej pory Ania miała wrażenie, że matka ma ją za małą, nieporadną dziewczynkę. A może to nawet nie było wrażenie, a po prostu fakt? Zresztą długo nie mogła pogodzić się z tym, że Ania postanowiła zamieszkać sama, do ostatniej wyniesionej przez dziewczynę walizki próbowała ją przekonać, że przecież nigdzie nie jest tak dobrze jak u mamy! Ania nie dała się namówić, mimo iż przez pierwszy tydzień w mieszkaniu babci niemal nie spała, a niezrozumiałe dla niej lęki i obawy o to, czy sobie poradzi, nie chciały opuścić jej myśli. Kilka razy wahała się, czy może jednak wrócić do matki. I wtedy uświadomiła sobie, jak bardzo nadopiekuńczość wpłynęła na jej życie. Zrozumiała, że wycofanie i lęk przed ludźmi, którego doświadcza, są skutkiem właśnie takiego wychowania, że jej brak zaufania do innych i unikanie nowych znajomości to wynik wpajanych jej przez lata przestróg przed wszystkim, nawet czymś zupełnie niegroźnym. Ania w pewnym momencie zdała sobie sprawę, że nawet wyjście do sklepu powoduje w niej psychiczny dyskomfort i wywołuje niezrozumiałe uczucie niepewności!

 

Wciąż z tym walczyła i choć wydawało jej się, że jest na dobrej drodze, by nauczyć się żyć po swojemu, między ludźmi i bez ostrzeżeń matki dudniących z tyłu głowy, wiedziała, że ta droga będzie wyboista i wcale nie jest powiedziane, że w ogóle ją pokona. Bo przecież nawet pracę wybrała taką, by mieć jak najmniejszy kontakt z obcymi, i przyznawała się przed samą sobą, że od początku właśnie czegoś takiego szukała. Nie mogła oszukiwać samej siebie, nie wszystko w niej działało jak należy. A przecież była dorosłą kobietą, miała prawie trzydzieści lat!

* * *

– Jak dzisiejsza inspekcja? – zapytała rozbawiona Ula, gdy rozgościła się na kanapie w pokoju.

– Jak zwykle, męcząco – odparła Ania i westchnęła ciężko. – Wokół bałagan, a ciastka najgorszego sortu.

– Podziwiam cię za twoją cierpliwość. Bez urazy, ale ja już dawno oszalałabym z taką matką.

– Uwierz mi, też bywam na granicy szaleństwa. Ale potem tłumaczę sobie, że mam tylko ją, ona tylko mnie i po prostu musimy się znosić.

– Przecież mówiłaś, że masz kuzynów, kuzynki, a twoja mama rodzeństwo.

– Owszem, ale raczej nie utrzymujemy ze sobą bliskich kontaktów. To są relacje typowo od święta.

– A nie myślałaś o tym, by to zmienić? Zaprzyjaźnić się z nimi?

Ania popatrzyła na Ulę niepewnie i jedynie wzruszyła ramionami. Chyba nie czuła takiej potrzeby. W ogóle nie odczuwała teraz konieczności zaprowadzania jakichkolwiek zmian w swoim życiu. Choć często była zła na siebie, że jest taka zamknięta, ostatecznie podjęcie jakiegokolwiek kroku, by to zmienić, wydawało się niemożliwe. Tym bardziej, jeśli chodziło o relacje międzyludzkie. Wyprowadzka czy zmiana pracy zdawały się przy tym naprawdę niewielkim wyczynem.

– Poza tym, chciałam zauważyć, że ty masz jeszcze mnie – dodała dumnie Ula. – A ja, twoja przyjaciółka, zapraszam cię na sobotę na moje trzydzieste urodziny. I nie przyjmuję odmowy. Będzie skromnie, w mieszkaniu, z kilkoma najbliższymi znajomymi.

Już samo to, że miało pojawić się kilkoro znajomych Uli, zaniepokoiło Anię. I od razu zbeształa samą siebie. Nie mogła być taka płochliwa! Może i czuła dyskomfort, ale przecież nie może popadać w paranoję, jest dorosłą, poważną kobietą – upomniała się w myśli.

– Będziesz? – upewniła się Ula, najpewniej widząc nieco zmieszaną minę Ani.

– Tak, jasne, że tak – odparła nerwowo.

– Nie wykręcisz się?

– No coś ty!

– Znam ciebie i twoje wymówki, moja droga.

– Ale to są twoje urodziny i byłabym marną przyjaciółką, gdybym próbowała się wykręcać – usiłowała przekonać samą siebie.

Ula skinęła z satysfakcją głową i zaczęła opowiadać o tym, że planowała znacznie większą fetę w klubie, ale kiedy okazało się, że tylko połowa z zaproszonych osób potwierdziła obecność, ostatecznie zdecydowała się po prostu zaprosić ich do siebie. Ani aż mocniej zabiło serce, gdy pomyślała o tym, co by było, gdyby Ula zechciała zaprosić ją do tego klubu. Na pewno zdawała sobie sprawę, że nie mogłaby wówczas liczyć na jej obecność, to zupełnie nie był jej klimat.

Poznały się przypadkiem, gdy Ania przeprowadzała się do mieszkania babci kilka lat temu i rozpoczynała niewielki remont. Ula zajmowała mieszkanie piętro niżej, a z pierwszą wizytą przyszła tylko po to, by upomnieć nową sąsiadkę i dać do zrozumienia, że po dwudziestej drugiej nie życzy sobie żadnych hałasów. Była wtedy w trakcie przygotowywania się do obrony pracy magisterskiej, rozdrażniona i nerwowa, a remont nad głową nie sprzyjał sąsiedzkim przyjaźniom. Przez długi czas więc Ania jej unikała, łapała się nawet na tym, że przechodząc obok jej mieszkania, gwałtownie przyśpieszała. Kilka tygodni później Ula znów zapukała do jej drzwi, tym razem z ciastem w dłoni, pragnąc przeprosić za swoje naganne zachowanie. Wytłumaczyła, czym było spowodowane, i z nadzieją, że Ania okaże się wyrozumiałą sąsiadką, zaproponowała odkupienie swoich win. Ania na początku była nieco skrępowana, trudno było im ze sobą rozmawiać, bo mimo szczerych chęci Ania była wciąż zamknięta w sobie. Zaprzyjaźniły się jednak dzięki uporowi Uli. Miała zupełnie odmienny charakter, można by powiedzieć, że gdy ktoś zamykał przed nią drzwi, ona wchodziła oknem. A nawet kominem. Była towarzyska i otwarta, i dlatego Ania nie rozumiała, dlaczego tak bardzo zależało jej na znajomości z tak nieciekawą osobą, za jaką uważała siebie.

– Polubiłam cię już, kiedy pierwszego dnia zaczęłaś mnie niemal przepraszać za to, że żyjesz! – tłumaczyła. – Możesz się śmiać, ale poczułam, że bije od ciebie takie niespotykane dobro, którego trudno teraz uświadczyć u drugiego człowieka.

Ania nie była pewna, czy rzeczywiście można powiedzieć o niej, że jest dobrym człowiekiem, na pewno jednak nie lubiła wchodzić innym w paradę. Wolała usunąć się w cień, nie wdawać się w dyskusje. Bycie biernym obserwatorem zdecydowanie bardziej odpowiadało jej niż bywanie w towarzystwie. Niedługo później przekonała się, że powiedzenie o przyciągających się przeciwieństwach ma wiele wspólnego z prawdą. Mimo wielu różnic świetnie się z Ulą dogadywała. Wnosiła w jej życie dużo światła, radości i spontaniczności, której jeszcze nie tak dawno Ania panicznie się bała. Ula uczyła ją każdego dnia, jak uśmiechać się do siebie i bez strachu patrzeć w przyszłość! Choć nie do końca potrafiła żyć w taki sposób, nie było to już dla niej czymś dziwnym, dotąd niespotykanym. Przy Uli uczyła się, że życie potrafi być nieprzewidywalne i nie ma w tym nic przerażającego! Ale najważniejsze było to, że Ula poznała ją jak mało kto. Przejrzała jej charakter na wylot, znała wszystkie lęki i jej za to nie potępiała. Nie uważała jej za dziwaka, mimo że nie rozumiała takiego podejścia, starała się nie krytykować. Choć czasem ciężko było zupełnie lekceważyć to, że Ania z trudem podejmowała decyzje, nawet te dotyczące wyjścia na kawę do pobliskiej cukierni! Ula jednak skutecznie wprowadzała w życie swój plan, by wyciągnąć złotowłosą Roszpunkę, jak ją nazywała ze względu na jej długi blond warkocz, z tej wieży, w której chcąc nie chcąc zamknęła się sama, przy niemałej pomocy nadopiekuńczej matki.

Kiedy więc w piątek Ania zakończyła pracę i odesławszy do przełożonego wszystkie zrealizowane projekty, zamknęła laptopa z satysfakcją, nagle znów poczuła w okolicy serca dziwny lęk. A może po prostu niechęć? Wiedziała jednak, że nie może pójść na jutrzejsze urodziny bez prezentu dla Uli, a na zamówienie czegoś przez internet, jak robiła to zazwyczaj, było już za późno. Spojrzała niepewnie przez okno, za którym co prawda dziś nie padało, ale było pochmurno i wietrznie. Zdecydowanie nie była to już pora na rower, choć i taka myśl przemknęła Ani przez głowę. Musiała jednak dziś wybrać komunikację miejską i aż się wzdrygnęła na samą myśl o tym. A może lepiej byłoby pójść pieszo? Do galerii Kazimierz bulwarami miała naprawdę niedaleko, nie musiała przecież przeciskać się do samego centrum. Jedyne, czego się obawiała, to fakt, że w drodze mógłby ją złapać ulewny deszcz, a wtedy nie byłoby już tak przyjemnie. Ostatecznie więc wyszła z mieszkania na Bajecznej i udała się na przystanek tramwajowy. Od razu uznała, że to był znacznie lepszy pomysł niż spacer wzdłuż rzeki. Chłód przeszywał na wskroś, a zimny, nieprzyjemny wiatr tylko potęgował to uczucie. Znacznie przyjemniej było obserwować tę aurę z okna swojego mieszkania.

W tramwaju, do którego wsiadła, tak jak przypuszczała, panował ścisk. Ludzie niemal napierali na siebie, stłoczeni w trzech wagonikach. Był to swoisty urok tego miasta, zwłaszcza o tej porze, w godzinach szczytu. Kraków w ogóle był bardzo klimatycznym miejscem i Ania nigdy nie żałowała, że urodziła się właśnie tutaj. Lubiła historię, a ta należąca do Krakowa była zdecydowanie jedną z najciekawszych. Urok, czar, magia miejsc, które można było odwiedzić w okolicach rynku, a w szczególności na Kazimierzu, były niepowtarzalne. Ania lubiła spacerować samotnie tymi starymi brukowanymi uliczkami i przypominać sobie historie, które niegdyś opowiadał jej dziadek, zabierając na spacery. W tym wszystkim nawet nie przeszkadzało jej to, że Kraków był turystycznym miastem pełnym ludzi przybywających z każdego zakątka świata. Mistyczna atmosfera wygrywała nawet z jej wewnętrznymi lękami. Nawet teraz, gdy pogoda zupełnie nie zachęcała, wręcz odstraszała, było tu mnóstwo turystów.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że zdecydowałam się na studia w Krakowie – powtarzała Ula za każdym razem, gdy wybierały się na spacer po klimatycznych zakamarkach dawnego miasta królów. – Chyba nigdzie nie ma takiej atmosfery, takiego klimatu jak tutaj. Cały Kraków kojarzy mi się z kamienicznym mieszkaniem starej wróżki, pełnym tajemnic, ciekawych przedmiotów i niesamowitych historii.

– I kojarzy ci się z zapachem kadzidła? – śmiała się Ania.

– Dokładnie! Skąd wiedziałaś?

– Bo mi z tym kojarzy się stara wróżka – dodała rozbawiona.

– Och, wiesz, o co mi chodzi. Tu jest taka niepowtarzalna aura, że nawet nie wiem, jakie słowa mogłyby lepiej opisać moje odczucia. A żydowski Kazimierz aż prosi się o to, by co najmniej raz się zgubić w jego uliczkach!

– A to akurat nic nowego. Mówi się, że nie zwiedził dokładnie Kazimierza ten, kto choć raz się na nim nie zgubił.

– A ty się zgubiłaś?

– Oczywiście! Pomimo tego, że dziadek przyprowadzał mnie tu od dziecka!

Uśmiechała się na każde wspomnienie tych wspólnych wycieczek. Bardzo żałowała, że nie mogła już trzymać go za rękę i słuchać tych barwnych opowieści, które w przepiękny sposób rozwijały jej wyobraźnię.

Kiedy tylko weszła do galerii handlowej, od razu zaczęła się zastanawiać, co mogłaby podarować Uli na jej trzydzieste urodziny. Przyjaciółka kolekcjonowała co prawda porcelanowe filiżanki, ale miała ich już tyle, że nie mieściły się we wszystkich witrynkach, jakie Ula miała w mieszkaniu. Poza tym, nie tak dawno sama też podarowała jej jedną. Spotkawszy na Kleparzu starszą panią sprzedającą używane przedmioty, wypatrzyła wśród nich piękną, pękatą filiżankę w barwne kwiatuszki i wiedziała, że Ula będzie przeszczęśliwa, gdy tylko ją zobaczy. Tak też było, od razu postawiła ją na honorowym miejscu! A może mogłaby jej kupić cały serwis kawowy? Ale na dobrą sprawę z całej porcelany, jaką miała przyjaciółka, uzbierałyby się pewnie co najmniej trzy takie zestawy. I wtedy minęła sklep, z którego wnętrza wydobywały się oszałamiające zapachy. To był strzał w dziesiątkę! Całe regały aromatycznych kaw i herbat, a do nich suszonych owoców, orzechów w czekoladzie i innych dodatków pyszniły się swoją obfitością. Kiedy pani ekspedientka zaczęła doradzać w wyborze i pokazywać kolejne mieszanki naparów, Ania sama miała ochotę kupić sobie kilka torebek tych aromatycznych smakołyków. Trudno było się zdecydować, dlatego ostatecznie wzięła cały kosz różnych herbat, kaw, bakalii, dorzuciła jakieś słodycze i nie mogąc się oprzeć, dobrała dwie śliczne filiżanki w drobniutkie listki. Tym bardziej wydały jej się wyjątkowe, gdy okazało się, że były to dwa ostatnie, unikatowe egzemplarze. Sprzedawczyni wszystko starannie zapakowała, prosząc jednak o ostrożność ze względu na bardzo delikatną porcelanę. Ania podziękowała, zabrała też kilka produktów dla siebie, po czym zadowolona wyszła ze sklepu. Z ulgą odetchnęła, wychodząc na przestronny hol. Udało jej się szybko wybrać odpowiedni prezent, dzięki czemu uniknęła bezproduktywnego snucia się po sklepach. Wstąpiła jeszcze do drogerii, by kupić kilka niezbędnych kosmetyków, i już miała z podniesioną głową wymaszerować z centrum handlowego, gdy w torebce przewieszonej przez ramię rozdzwonił się jej telefon. Przewróciła oczami, bo trzymając zapakowany prezent i zakupy kosmetyczne, nie miała ręki, by do niej swobodnie sięgnąć. Rozejrzała się dookoła, po czym ujrzawszy ławkę stojącą nieopodal, ruszyła w tamtym kierunku, by na chwilę odłożyć pakunki.

 

Westchnęła ciężko, gdy na wyświetlaczu telefonu ujrzała numer matki. Pewnie stała teraz pod jej drzwiami do mieszkania i dobijała się bez opamiętania. Musiała wziąć głęboki wdech, nim odebrała.

– Na miłość boską, gdzie ty jesteś? – usłyszała pełen pretensji zarzut.

– Mamo, w galerii Kazimierz.

– A co ty robisz w galerii?

– Jestem na zakupach – westchnęła, kręcąc głową.

– A co ty znowu kupujesz?

– Mamo, coś się stało, że dzwonisz? – postanowiła po prostu nie odpowiadać na poprzednie pytanie.

– No stoję pod twoimi drzwiami i czekam, aż mi otworzysz!

– Teraz ci nie otworzę, bo mnie nie ma.

– To ja poczekam, tylko się pośpiesz!

Ania zacisnęła powieki. Wcale nie musiała się śpieszyć. Nie chciała się śpieszyć. Miała idealną okazję, by uniknąć dzisiejszej rozmowy z mamą, a raczej konieczności wysłuchiwania jej spostrzeżeń z ostatnich dni. Tylko co miałaby ze sobą zrobić, skoro tak naprawdę właśnie miała wracać do domu?

– Ale ja jeszcze nie załatwiłam wszystkiego, co chciałam, mamo – powiedziała stanowczo.

– A co ty niby masz do załatwiania?

– Wyobraź sobie, że mam swoje sprawy.

– Jakie ty możesz mieć sprawy, o których ja nie wiem! – prychnęła matka. – Wracaj, wracaj, czekam.

– Nie, mamo. Ty wracaj, do siebie. Ja jeszcze nie skończyłam zakupów i na pewno jeszcze trochę mi zejdzie.

– Ale…

– Pa, mamo – ucięła, po czym rozłączyła się.

Serce dudniło jej w piersi, niemal czuła, jak obija się o żebra. Nieczęsto sprzeciwiała się matce, woląc unikać niepotrzebnych pretensji, teraz jednak dzieliła je dość spora odległość i Ania nie miała żadnych skrupułów, by w końcu postawić na swoim. Musiała przyznać przed samą sobą, że choć wciąż drżały jej dłonie i dopiero próbowała uspokoić oddech, jej serce zalała przyjemna fala satysfakcji. Rzadko miewała to uczucie tryumfu, dlatego teraz była z siebie naprawdę dumna. Tylko co miała ze sobą począć? Matka z pewnością jeszcze co najmniej piętnaście minut spędzi pod jej drzwiami, później zadzwoni jeszcze raz, by się upewnić, czy Ania mówiła poważnie, wolała więc nie ryzykować spotkania się z nią jednak gdzieś po drodze. Do Uli też nie mogła zadzwonić, by do niej dołączyła, bo przecież właśnie kupiła jej prezent urodzinowy. Rozejrzała się wokół, po czym postanowiła po prostu usiąść w jednej z kawiarni i tam przeczekać co najmniej pół godziny. Zamówiła oczywiście kawę i ciastko czekoladowe, by nie siedzieć przy pustym stoliku i nie przyciągać zdziwionych spojrzeń. Gdyby sytuacja jej do tego nie zmusiła, pewnie nigdy sama z siebie nie usiadłaby samotnie w kawiarni, wszystko jednak było w tej chwili lepsze niż kolejne popołudnie spędzone z matką. Przez chwilę tylko poczuła ukłucie wyrzutów sumienia. Nie powinna przecież w ten sposób traktować własnej mamy, ale z drugiej strony… czy ona mogła z kolei w taki sposób traktować ją? Nie liczyć się ze zdaniem własnej córki, narzucać jej nawet rytm dnia i krytykować wszystko, co Ania pragnęła zrobić samodzielnie? Oczywiście, że nie! I to właśnie usprawiedliwiało jej niezbyt porządne zachowanie. Mama jednak nie musiała o niczym wiedzieć, a Ania przecież naprawdę była w galerii!

Zerkała na zegarek raz po raz, dopijała powoli białą kawę, dojadała ciastko i obserwowała krążących po centrum handlowym ludzi. Niektóre kobiety z naręczami toreb z tych wszystkich drogich sklepów naprawdę ją zadziwiały. Wiele z nich wyglądało tak, jakby zakupy były sensem ich życia! Przemierzały korytarze po kilka razy, a z każdym kolejnym wzbogacały się o kolejną torbę z logo następnego luksusowego sklepu. Ania nigdy nie miała potrzeby otaczać się mnóstwem, jej zdaniem zbędnych, przedmiotów. Była estetką, lubiła to, co ładne i gustowne, ale wychodziła z założenia, że lepiej mieć kilka porządnych rzeczy niż kilkanaście takich, które po niedługim użytkowaniu trzeba było wyrzucić. I nie chodziło tylko o ubrania. Czasem myślała, że choć ma mało bliskich znajomych, to tak naprawdę oni wszyscy byli dla niej najbardziej wartościowymi ludźmi. Jeśli do kogoś nie pałała sympatią, z czasem ta relacja po prostu się urywała. Ona zresztą też nigdy nie zabiegała o czyjąś uwagę, nigdy tym bardziej nie pragnęła stać się przebojową osobą, będącą w centrum uwagi. Robiła po cichu swoje i to jej odpowiadało.

– Przepraszam, czy coś jeszcze podać? – zapytała kelnerka, która nagle pojawiła się przy stoliku.

– Nie, dziękuję. Dopiję kawę i poproszę o rachunek – powiedziała nieco speszona.

– Oczywiście. – Dziewczyna uśmiechnęła się i zabrała pusty talerzyk po ciastku.

Ania musiała przyznać, że było bardzo dobre, więc zdecydowała się wziąć jeszcze jeden kawałek na wynos. Kiedy tylko uregulowała należność, zabrała swoje zakupy i upewniwszy się, czy spędziła wystarczająco dużo czasu w kawiarni, w końcu wyszła. Mama faktycznie dzwoniła po około piętnastu minutach, nie odebrała jednak. Wytłumaczę się następnym razem, pomyślała, po czym sama upomniała się w myśli. Nie musiała się nikomu tłumaczyć, a tym bardziej swojej zaborczej matce! Zapłakawszy w duchu nad swoim brakiem asertywności, zatrzymała się gwałtownie na środku korytarza. Musiała coś z tym zrobić! Musiała w końcu zacząć stawiać na swoim i przede wszystkim przełamać te wszystkie lęki, które wciąż głęboko w niej siedziały. Potrzebowała silnego wstrząsu, impulsu, który pozwoliłby jej te wszystkie bariery pokonać! I los chyba wziął sobie na poważnie tę jej niemą prośbę, bo w tej samej chwili poczuła mocne uderzenie w plecy i nim zdążyła zareagować, straciła równowagę i runęła na podłogę, a wraz z nią wszystkie zakupy, w tym misternie zapakowany prezent dla Uli. Ania aż jęknęła, gdy podniosła głowę, nie z bólu jednak. Spomiędzy przeźroczystej folii zamajaczyły jej piękne filiżanki. Były w kawałkach.